Wywiad z Alanem Akabem

alan akab więzień układuNie jest wielką, ani nawet małą tajemnicą, że Onibe lubi science fiction. I choć chętnie czytujemy nawet te mniej ambitne przejawy gatunkowej literatury, to najbardziej nas cieszy ilekroć natrafimy na twórcę, który naprawdę ma coś do powiedzenia. Spory sentyment mamy do polskiego science fiction, które silne nazwiskami naszych najlepszych twórców, mogłoby z powodzeniem zdobywać świat. Gdyby chciało.

Prawdziwe szczęście to dwa w jednym: dobre science fiction będące zarazem literaturą polską. Dwa tomy Więźnia układu autorstwa Alana Akaba idealnie wpasowują się w ten model.

Osoby, które nie przeczytały do tej pory recenzji, odsyłamy do odpowiednich tekstów (Tom #1 oraz Tom #2). Jednocześnie bardzo gorąco  zachęcamy do lektury obszernego, bardzo długiego (czujcie się ostrzeżeni, hehe) ale i (mamy uzasadnioną nadzieję) równie ciekawego wywiadu, którego Alan Akab udzielił nam dla Qfantu. Nim zagłębicie się w samym wywiadzie, pozwolimy sobie jeszcze krótko wyjaśnić, że spora jego część dotyczy obu tomów Więźnia układu, ale nawet jeśli nie czytaliście tej powieści, to zapewne zainteresuje Was sporo wątków bardziej unwiersalnych, poświęconych nauce i technologii czy literaturze science fiction oraz historii.

Zapraszamy do lektury!

Dystopia ma miejsce już teraz – wywiad z Alanem Akabem

h

 

Więzień układu to powieść science fiction przywodząca na myśl sztandarowe dzieła gatunku. Jest bardzo rozbudowana, konsekwentna i bogata w wątki problematyczne. Jaka była droga do napisania tak długiej i konkretnej historii?

Wiąże się to w znacznym stopniu ze sposobem, w jakim piszę. W skrócie, gdy powstaje jakaś konkretna scena, zastanawiam się, co jeszcze należałoby do niej dodać, jakie informacje dołożyć, a jakie usunąć lub przenieść, i przede wszystkim, jak wpłynie ona na te już napisane. Gdy zaczynam pisać wersję pierwotną, sam nie wiem, gdzie doprowadzi mnie fabuła. Miałem założenia pierwotne, ale nigdy nie podchodzę do nich jak do czegoś ostatecznego, że będzie tak, a nie inaczej i ani słowa o innych sprawach. Tematy i wątki mają u mnie tendencje do pączkowania, w trakcie spisywania pojawiają się kolejne wątki, nowe pomysły… Pisanie zawsze pomaga mi uściślić i ujednolicić sytuację, moment w czasie, w którym toczy się historia, wyczuć czego brakuje i tak było w tym przypadku. Dla przykładu, nie planowałem Zema, ale gdzieś tak w jednej trzeciej części książki pojawił się pomysł na postać spinającą ze sobą przeszłość i przyszłość, taki cień za sceną, który wprawia postacie w ruch. Wymyślam treść, ale w pewnym momencie treść wpływa na to, co wymyślam. Taka już moja faza, czy, jak inni mówią, wena. Ma to swoje plusy i minusy – Więzień powstał w dwóch transzach, podczas wakacji w dwóch kolejnych latach, trzy miesiące pisania co drugi dzień, bywało, że od rana do wieczora (mój rekord to wysiedzenie od dziesiątej rano do wpół do pierwszej w nocy, wtedy powstała scena rozmowy Arto z Zemem, gdy zaskoczył go w drodze powrotnej do domu; musiałem zmieścić i poukładać sporo informacji tak, by się nie pogryzły, ale to zajęcie dało mi ogromną satysfakcję), a potem przerwa do następnego lata… Tak już mam, raz opowieść wylewa się strumieniami, wątki wręcz same się zazębiają, a raz (i to znacznie częściej) walę głową w mur. I wtedy zazdroszczę tym, którzy mogą usiąść na godzinkę czy dwie dziennie, każdego dnia, i coś wystukać…

Czy należy zatem rozumieć, że kilka potężnych fabularnych trzęsień ziemi, jakie ufundowałeś Arto i Iwenowi, było efektem samonapędzania się fabuły? A czy szkielet opowieści był punktem wyjścia, czy również wykrystalizował się w trakcie?

Na pierwsze – tak. Na drugie – szkielet oraz spora ilość scen były „predeterminowane”. Jak dotąd wszystko, co napisałem, miało swój początek w zbitku notatek, zawierającym założenie głównej linii fabularnej, charakterystykę najważniejszych bohaterów, zestaw mniej lub bardziej rozbudowanych scen kluczowych oraz garść pomniejszych zdarzeń. Nawet nie próbuję zasiadać do pisania, jeśli nie osiągnę, nazwijmy to, trójstopniowości fabuły: czyli na pierwszej linii wątek główny, na drugiej jedna lub kilka historii pobocznych, a na trzeciej – relacje między bohaterami. Zwykle plik z takimi danymi leży sobie i czeka, aż osiągnie masę krytyczną i coś zaiskrzy między liniami. Pierwsza linia stanowi wtedy rodzaj łączenia fabularnych kropek, a druga to koraliki, jakie muszą w jej trakcie zostać na nią nanizane… Są więc w moim przypadku rzeczy z góry ustalone, są też celowe luki, które wypełniają się niejako same już w trakcie pisania oraz jest miejsce na to, co sam najbardziej lubię, czyli niespodzianki, te nieplanowane pomysły, które ładnie wszystko sklejają. Zresztą, o procesie tworzenia fabuły mógłbym opowiadać godzinami, choć nie wiem, czy dla kogoś innego byłby to temat interesujący. Każdy pisarz ma przecież własną metodę.

alan akab - więzień układu 2Opisując losy Arto i Iwena z jednej strony wykreowałeś ciekawego, obdarzonego ogromnym potencjałem bohatera podwójnego. Z drugiej… opowiedziałeś o czystej, męskiej przyjaźni, takiej, jakie zdarzały się dawno temu, w książkach Karola Maya, ale obecnie zostały zepchnięte na margines. Czy bliska, niemalże czuła a przy tym pozbawiona podtekstów przyjaźń dwóch chłopców była jednym z fundamentów powieści, czy okazała się niespodziewanym bonusem?

Tak się złożyło, że akurat dziś obejrzałem wywiad ze znanym pisarzem kryminałów, który stwierdził, że nie wierzy w istnienie czegoś takiego, jak wena. Cóż, pozostaje współczuć, bo jeśli chodzi o relacje między głównymi bohaterami to właśnie coś takiego, lub podobnego do weny, zadecydowało o rezultacie. Pewne założenia miałem od początku, to oczywiste, ale wynik końcowy był wypadkową scen, których na początku nie było, a o części z tych obecnych w ostatecznej wersji nawet nie myślałem. Na przykład, wizyta na śmietniku była jedną z trzech, które doszły jako ostatnie, a która buduje te relacje. Gdy nad tym teraz myślę… By osiągnąć pewien stopień zażyłości między parą głównych bohaterów, musiałem ich wystawić na odpowiednią ilość sytuacyjnych okazji, by mogli się poznać. W miarę rozwoju fabuły, co jakiś czas robiłem podsumowanie tego, co już o sobie wiedzą, a czego nie, a że dla Iwena Arto stanowił rodzaj układanki, to mógł ją złożyć tylko z tych elementów, które zdobył, a które kapitan skrzętnie ukrywał. Z drugiej strony, Arto znał, jak sądził, „ten typ ucznia”, więc zainteresowany niczym nie był. Dopiero sceny, które wynikły z fabuły, obdzierały ich z którejś z warstw tej szrekowej cebuli, a gdy nazbierało się ich dość… wtedy mogłem tworzyć sceny i akcje wynikłe już nie tylko z rozwoju głównych wątków fabuły, ale i z relacji między bohaterami. Nigdy nie zdarzyło mi się trzymać w pełni założeń relacji między bohaterami, gdyż w pewnym momencie zawsze dochodzę do momentu w rodzaju „no dobra, wiedzą o sobie to i to, czy wpłynie to jakoś na dialogi, na to, o co będą chcieli zapytać tego drugiego czy trzeciego? I na co zwrócą uwagę, gdy już wiedzą? W czym im to pomoże, jakie myśli nasunie?” Dlatego sceny fabularne definiują u mnie bohaterów i dlatego nie projektuję ich na sztywno. Prędzej czy później każda postać zacznie mi wyskakiwać ze schematu i w trakcie sceny czy dialogu stwierdzę, że wersja, która akurat mi wyszła jest bardziej realistyczna i wiarygodna od planowanej. Podsumowując, z jednej strony relacje pomiędzy postaciami, jako parametr wyjściowy, są fundamentem fabuły, ale ich forma i skala jest już tą wartością dodaną, która wyłazi w trakcie tworzenia. Czemu tak się dzieje? Chyba jakaś część podświadomości kalkuluje sobie na bieżąco, co wypisuję i w pewnym momencie daje mentalnego kuksańca. Albo też wena to nic innego, jak szczególny przypadek rozdwojenia jaźni…

W Więźniu układu dzieci nie są ozdobnikami fabuły, ale postaciami pierwszoplanowymi, ich przygody mają bardzo poważny ciężar. Skąd pomysł na takie rozwiązanie?

Oczywistym tropem są odniesienia do Gry Endera. Pierwszy raz przeczytałem ją może ze 20 lat temu, potem sięgnąłem po raz drugi – zadziałała jak katalizator dla pomysłu. Card opisuje świat dzieci rozgrywanych przez dorosłych, jednak strasznie wszystko idealizuje. Stworzył słodkiego zabójcę, którego ciężko nie polubić i nie wybaczyć, a ja powiedziałem sobie, że to nigdy w życiu by tak nie wyglądało. Nie wiem, czy Card inspirował się szkoleniem Spartan, ale zderzyłem jego wizje z tym, co udało mi się znaleźć w historii tego narodu. Tak powstała szkoła orbitalna.

Szkoła w Twojej powieści nie przypomina – na szczęście! – szkół znanych z naszej rzeczywistości. Nie jest chyba jednak też zupełnie wzięta z sufitu. Czy możesz zdradzić czym wzorowałeś się tworząc tak bardzo brutalną, wewnętrznie złożoną strukturę?

Czy nie przypomina… Większość mechanizmów, jakie wykorzystałem występuje obecnie wśród dzieci i młodzieży, lecz oczywiście nie w tak ekstremalnej formie, no i nie są też sterowane. Gdy Więzień powstawał, był to czas medialnego wysypu informacji o tym, co nasi milusińscy wyprawiają w placówkach oświatowych i jaki mają stosunek do nauczycieli. Na początku szkoła na stacji nie miała być aż tak brutalna, lecz im więcej dowiadywałem się o niektórych przypadkach, im bardziej zagłębiałem się w eksperymenty psychosocjologiczne, jakie kiedyś przeprowadzano głównie w Stanach, wyciągałem tym bardziej ponure wnioski. Struktura szkoły to wynik mechanizmów, odgórnego, niemal ekstremalnego, celowego ciśnienia psychicznego oraz cichej, dyskretnej kontroli. Mi wyszedł akurat taki obraz, ale ktoś inny mógłby widzieć to inaczej, jednak, niestety, nie jest to tylko i wyłącznie produkt mojej wyobraźni na potrzeby książki.

Szkoła orbitalna to ekstrapolowany eksperyment stanfordzki. Doskonale rozpisane role, których przyjęcie przez więźniów (uczniów) jest wymuszone przez perfekcyjny i samonapędzający się mechanizm właściwie eliminuje wolną wolę. Na drugim planie mamy Rząd i Flotę tłumiących przejawy wolności w galaktycznej skali. Przerażający scenariusz, a zarazem jakże typowy dla dystopicznej science fiction. Czy to jest kierunek, w którym prowadzi nas ewolucja ludzkiego społeczeństwa? Czy tak wygląda postęp?

Dystopia ma miejsce już dzisiaj. Z każdej dziesiątki ludzi, jacy obecnie żyją na Ziemi, dziewięciu pracuje na luksusy tego jednego. Przełowienie, dewastacja środowiska, beztroska przemysłu, czy brak woli ustabilizowania gospodarki tak, by niekończący się wzrost produkcji brutto nie był warunkiem koniecznym jej trwania… A z drugiej strony – władza, rząd, który w większości krajów na Ziemi jest wybierany przez ludność, lecz nie służy jej, a ponadnarodowym korporacjom, które nie mają już interesu w budowaniu społeczeństwa demokratycznego, czy wspieraniu klasy średniej, a są jak szarańcza; objadają jakiś kraik z surowców, wykorzystują lokalną tanią siłę roboczą, a jak się to skończy po prostu przelatują na inne miejsce żerowania. Obecny tak zwany konflikt krymski doskonale to demonstruje: nikt nie odważy się na poważne posunięcia względem Rosji, bo oznaczałoby to utratę stu, dwustu, tysiąca miejsc pracy lub zakręcenia kurka z gazem. A myślałby ktoś, że okres międzywojenny czegoś mógłby nas nauczyć… Przyjrzyjmy się zresztą samej demokracji, spójrzmy na nią jak na narkotyk: jak on, na początku dawała energię, pomagała uporać się z problemami wczesnego kapitalizmu i zwijających się monarchii, rozwijała gospodarkę, lecz z czasem wybory zaczęły przypominać wstrzyknięcie kolejnej dawki odurzającej: chwila zabawy i uniesień, po czym powrót do zmęczonej codzienności, wraz z niezdolnością podjęcia ważnych decyzji aż do czasu kolejnej dawki, lecz wtedy o wszystkim znów się zapomina. Analogii jest więcej, ale najważniejsza jest jedna – tak jak narkoman traci wszystko, co zarobił na kolejną działkę, po drodze rujnując sobie życie, tak współczesne demokracje trwonią swój kapitał, swoją dawną siłę gospodarczą, zadłużając się na potęgę, nie próbując nawet podjąć trudu niepopularnych, lecz koniecznych reform. Wstrzymują się z tym do czasu zażycia kolejnej dawki, pardon, wybrania kolejnego rządu. Skoro więc rządy ulegają pieniądzom, a informację można kupić, to wcale nie informacja będzie ważna, jak wierzą niektórzy. Ważny dalej będzie pieniądz. Gdy parę lat temu policja usunęła protestujących z Wall Street, uczyniła dokładnie to, co w Więźniu Flota robi z buntującymi się koloniami. Różnicą jest skala i oczywiście to, że jedno jest realne, a drugie fikcyjne. Lecz z drugiej strony, historia ludzkości to przeważnie rządy despotyczne, absolutne, przedzielane okresami oligarchii, z których wyłania się kolejna linia panujących monarchów. Demokracja jawi się w historii jako przypadkowy epizod i chyba łatwo zrozumieć, dlaczego tak jest. Winni nie są jednak rządzący, nie politycy, lecz ludzie, którzy ich wybierają. A ludzie są, jacy są. Tu się nic nie zmieni. Sądzę, że jak długo społeczeństwo próbuje ewoluować, podczas gdy nasz gatunek się nie zmienia, rezultat będzie się cyklicznie powtarzał. I jeszcze kilka słów o postępie, w tym kontekście: postęp to nie tylko technologia i nauka. To także społeczeństwo, ale i obywatel. Może się nam wydawać, że obecna tak zwana demokracja ustaliła pewne reguły, ale zapewne podobnie myśleli Ateńczycy za Peryklesa, że cofnięcie się do poprzedniego stanu nie jest możliwe. A jednak było…

A propos postępu jeszcze, wróćmy tam, gdzie wszystko się zaczęło: na Ziemię. U Ciebie zniszczoną, przeludnioną, będącą składowiskiem ludzkości. Mroczna wizja. Uzasadniona, czy jest to raczej licentia poetica?

Po części i jedno, i drugie, choć trudno mi powiedzieć, co przeważa. W wersji pierwotnej Więźnia był kilkustronicowy, skrócony opis tego jak kolonizacja przebiegała, jak i dlaczego pojawiły się ruchy migracyjne, jak załamała się ziemska ekonomia, jak ludzie uciekli do nowych kolonii w Układzie Słonecznym, zasilając Marsa, jak doszło do rywalizacji z Ziemią. Ostatecznie ta część nie znalazła się w wersji drukowanej, ale wciąż stanowi to nieobecne tło dawnych zdarzeń. Z jednej strony pofolgowałem sobie w wizji tego, do czego może doprowadzić nasze obecne podejście do Ziemi, jej zasobów, środowiska i całej reszty. Z drugiej, element predestynujący, czyli resztki po upadłych obcych cywilizacjach, które pozwalają na skok w nauce i technologii, są oczywiście zmyślone. Tworząc wizję kolonizacji oparłem się siłą rzeczy na jedynym znanym i dobrze udokumentowanym podobnym przypadku, czyli podboju Ameryki. Teraz wystarczyło wyobrazić sobie Nowy Świat jako martwy, za to pełen porozrzucanej broni i innych wynalazków; karabinów, czołgów, samolotów… i w to wszystko ładują się jeszcze nie renesansowi zdobywcy, by zaraz użyć do kontroli tych zasobów. Technologia sobie, a tempo kolonizacji sobie – nie wydaje mi się, byśmy zasiedlali inne, odległe światy szybciej czy wolniej niż tę starą Amerykę; problemem, jak i w Epoce Odkryć, byłby transport. I zapewne tak jak wtedy, gdy podbijano nowe lądy, na Starym Kontynencie swój zenit osiągały rządy absolutne, w jednych miejscach zakończone w końcu krwawym buntem, a w innych utemperowane w obawie przed ich powtórką. I teraz pozostaje otwarte pytanie: czy przy zaawansowanej technologii, ze swoimi perceptorami i kontrolą społeczeństwa, taka władza zdołałaby się obronić, powstrzymać kolejną, nową Rewolucję Francuską? I gdzie by ona nastąpiła – tu, czy tam, jako nowe, gwiezdne Stany Zjednoczone?

W Twojej wizji ludzkość ciągle jeszcze nie odcięła się od swojej biologicznej matrycy, pozostała wręcz niemal niezmieniona na tle drastycznie zmodyfikowanego świata. Czy jest jednak możliwe, aby któregoś dnia homo sapiens nie uciekł w przestrzeń wirtualną, ostatecznie porzucając ciało, choroby i materialne zmartwienia?

Możliwe? Prawie wszystko jest możliwe, poza trzaśnięciem obrotowymi drzwiami, idealnym zaczesaniem kuli i kilkoma innymi rzeczami. Jak rozumiem, chcesz wciągnąć do dyskusji teorię, która przewiduje pojawienie się „Osobliwości” za jakieś 50 lat od dziś, a niektórzy uważają, że zaistnieje przed połową tego wieku. Jednak co to znaczy uciec w przestrzeń wirtualną? Obecna wizja takiej procedury ma zaszyty w sobie ten sam problem, co użycie transportera ze Star Treka, który nagle został dostrzeżony i „zdebatowany” parę lat temu, choć od początku był widoczny dla każdego, kto ma w głowie choć trochę oleju. Czyli to nie my skorzystamy z takiej ucieczki, czy przejścia, lecz nasz klon. Przestrzeń wirtualna jest jednak lepsza od transportera – o ile ten drugi zabija oryginał, by stworzyć jego kopię w innym miejscu, to w przypadku maszynki „wirtualizującej” my pozostaniemy w naszym świecie i będziemy sobie mogli pogadać z nowym, wirtualnym sobą. Niemniej, jeśli opakujemy swoje ciało w coś podobnego do kokonów z Więźnia, będziemy mogli siedzieć tam bez problemów ile dusza zapragnie. To tylko kwestia technologii mogącej nas utrzymać przy życiu w izolowanym urządzeniu. Ten czy ów pewnie zdecydowałby się wręcz na umieszczenie gdzieś tam samego mózgu, by nie zawracać sobie głowy całą resztą, jednak ta cała reszta to mimo wszystko wciąż my: doznajemy wszystkiego poprzez ciało, nasze sensory są interaktywne, zintegrowane z systemem nerwowym… Pewnym wyjściem, czy ucieczką z biologicznej pułapki ciała mogłaby się okazać nanocyborgizacja. W skrócie, każdy żywy organizm przebudowuje się; zużywa cząsteczki i na ich miejsce tworzy nowe. Łatwo można sobie wyobrazić, że pływające we krwi nanomaszynki będą nas przerabiać komórka po komórce, synapsa po synapsie, zachowując wszystkie ustawienia, pamięć i osobowość, usuwając przy okazji wady i zamieniając nas powoli w coś trwałego, do czego po drodze zdążymy się przyzwyczaić. Jednak tu pojawia się problem – ktoś, na przykład producent takich urządzeń, może uznać, że warto by było wprowadzić każdej tak przetwarzanej osobie pewne dodatkowe usprawnienia, jak robocopowa czwarta dyrektywa – i nikt by tego nie zauważył, a wynik naszego nowego, tak wszczepionego zachowania uważalibyśmy za naturalny…

Strach przed podstępnym wykorzystaniem technologii w celu zniewolenia ludzkości to nic nowego. Ciągle jeszcze nie uporaliśmy się z przekazami podprogowymi, a już pakujemy głowy do hełmów VR. Portale społecznościowe, telewizory z dostępem do netu, lodówki zamawiające żarcie… Jak to jest, że bojąc się zniewolenia, zarazem nie okazujemy tego lęku w praktyce? Zdajemy się wręcz łaknąć nowinek, choćby kosztem totalnej inwigilacji i redukcji prywatności do poziomu czystej teorii. Prywatność i wolność to ślepa uliczka naszej ewolucji czy stracona nadzieja?

Gdy człowiek czegoś chce, rzadko miewa w zwyczaju zastanawiać się nad kosztem. Ot, bierzemy coś, bo fajne, bo chcemy, bo mamy ochotę, tak bezmyślnie. A przede wszystkim – bo tak jest łatwiej. Jesteśmy stworzeniami leniwymi, i to akurat dobrze, bo bez tego nie byłoby chyba postępu, bez tej chęci zrobienia lub zdobycia czegoś jak najmniejszym wysiłkiem. Jeśli ktoś wie, jak ładnie ubrać produkt, by wyciągnął od nas to, co chce zdobyć, lub skłonił nas do czegoś, to szybko okazuje się, że wcale nie jest to takie trudne do osiągnięcia… A prywatność, wolność? Ktoś, nie pamiętam kto, ładnie zauważył, że te rzeczy są czymś świeżym, nowym, że przez dziesiątki tysięcy lat istnienia ludzkich społeczności one nigdy nie miały miejsca. Zresztą, czy można być dziś naprawdę wolnym? Wszędzie są jakieś nakazy i zakazy… Jeśli mowa o tzw. państwach nowoczesnych, demokratycznych, większość z tych zakazów istnieje dla dobra ogółu, by jedni nie wykorzystywali drugich, jednak społeczeństwo i technologie są dziś tak złożone, że do końca nie wiadomo, gdzie się zaczyna nadużywanie sił lub środków danej jednostki. Na przykład banki – kiedyś było wszystko jasne, dajemy pieniądze, otrzymujemy jakiś procent w skali określonego czasu. Dziś te instytucje nas już jawnie i bezczelnie doją – i to legalnie. Co tam legalnie, godzimy się na to! Przecież to nie bank idzie do nas po wypłatę, nie wciska nam na siłę kredytu… Tak samo, wsiadając do samochodu i wyjeżdżając na ulicę przestajemy być wolni – sami ograniczamy swoje działanie do niewielkiego zestawu możliwości, jakie daje nam jezdnia i zasady ruchu drogowego. Robimy to dla dobra własnego i innych, oczywiście, niemniej jesteśmy wtedy tak ograniczeni, że… bardzo często równie dobrze może nas zastąpić automatyczny kierowca. Istotnym szczegółem w tym społecznym zniewoleniu jest to, że poddając się systemowi, zmuszamy jednocześnie, by ten system o nas zadbał. Gdy tego nie robi, mamy rewolucję. Gdy nie robi tego należycie, społeczeństwo jest niezadowolone, ale wciąż zachowuje ogromną inercję – popatrzmy na nas, na nasze reakcje na ciągłe podwyżki i pogarszające się warunki. Ba! Popatrzmy na Białoruś. Ludzie zniosą wiele w imię własnego konformizmu. A prywatność? Już w przysłowiowej jaskini każdy wiedział wszystko o każdym ze swego otoczenia. Z czasem pojawiły się ściany i płoty z drutem kolczastym, ale gdy dziś zastąpiliśmy je firewallami i routerami okazało się, że znów wszystko o nas wiadomo. Może nie wie tego sąsiad, ale firmy i osoby, które chcą wiedzieć, znajdują sposób, by dopiąć swego. Potrzeba by było ogromnego samozaparcia społeczeństwa, jego silnej woli, by to zmienić. Tylko czy społeczeństwo, w swojej masie, tego chce? Czy może to tylko marzenie garstki osób, a całej reszcie jest to obojętne?

Wracając do Twojej opowieści, niezwykły wydał mi się moment przełamania fabuły w drugim tomie. Nie zdradzając szczegółów (i nie psując zabawy), w pewnym momencie zmieniają się reguły gry dla dzieci. Ich świat zostaje stłamszony, otrzymuje skalę, która go redukuje. Arto nie podda się do samego końca, ale od tego momentu jest dla nas kimś mniejszym, a przy tym bardziej ludzkim, niż wcześniej. Czy tak musiało być? Czy w wykreowanym przez Ciebie, jakże spójnym świecie przyszłości, nie znalazłoby się miejsce dla modelu konkurencyjnego, w którym dziecięca rzeczywistość jest jednak ważniejsza? W którym to dzieci są największymi rekinami w bajorku?

Chciałoby się rzec, że tak, ale byłyby to pobożne życzenia. Dorosły jest o wiele sprytniejszy, bardziej podstępny i zdradziecki od dziecka, czy nastolatka. Tak nam mówi życie. Zwłaszcza, gdy ta młodzież byłaby skoncentrowana wyłącznie na rozgrywkach wewnątrz szkoły. Grupka oświeconych, jak Zem i „grupa rządząca szkołą”, aspiruje do czegoś większego, lecz ich władza opiera się na poddanych, zaplątanych w międzyklasowe waśnie. Rzymski system sprawowania kontroli, dziel i rządź, w zupełności wystarczy tajemniczym obserwatorom, by w odpowiednim momencie odwrócić czyjąś nadmiernie wścibską uwagę lub wyalienować niebezpieczne jednostki. A w razie czego, jest jeszcze zagrywka w postaci wyciągnięcia delikwenta do demonicznej, legendarnej Akademii. Pewna doza inwencji jest pożądana u uczniów, może ona nawet wyjść poza standardową piaskownicę, czy poligon, jakim jest szkoła, ale choć nikt nie jest w stanie kontrolować wszystkich uczniów w szkole, to żadne spójne działanie, mogące coś zmienić, nie jest możliwe. Pokazałem to na przykładzie Daela, który próbował zniszczyć swoje więzienie, a zamiast tego jedynie udoskonalił produkt. Jest też inne pytanie – czy chcielibyśmy, by tacy jak Anhelo, czy Aristo, mieli potem coś do powiedzenia w dorosłym, rzeczywistym świecie? Choć z drugiej strony z tych najzdolniejszych dzieci wyrastają potem Protektorzy…

Socjologia, psychologia, technologia, przygoda, polityka – czerpałeś z rozmaitych dziedzin, aby odpowiednio głęboko urzutować swoją wizję. Która z tych warstw była dla Ciebie najprzyjemniejsza w pracy?

Każda po trochu, a do tego one się ze sobą wiążą. Moje wycieczki wyobraźni zaczęły się od technologii, polityką wtedy gardziłem, ale z czasem zrozumiałem, jak to ujęła pewna osoba, że polityka jest zbyt ważna, by się nią nie zajmować. O wynalazkach najłatwiej pisać, najłatwiej je wymyślić – przy założeniu, że wiemy co nieco o już poznanych gałęziach nauki i istniejącej technice, ale dziś do stworzenia książki to za mało. Wystarczy rozejrzeć się po najbardziej znanych pozycjach science fiction i fantasy, by dostrzec, iż wymyślanie intryg przynosi co najmniej porównywalne dochody i wiąże się z większą satysfakcją autora.

A właśnie, technologia. Bardzo mocno upraszczając sprawę (z krzywdą dla gatunku, więc podkreślmy, że to tylko celowe uogólnienie), każde kosmiczne science fiction potrzebuje dwóch pierwiastków: fabuły oraz… pomysłu na gwiezdne podróże. Sposób w jaki autorzy radzą sobie z opisywaniem możliwych, być może możliwych i zupełnie niemożliwych metod przemieszczania się po wszechświecie (a przecież bez tego nie może być gwiezdnej fabuły!) stanowi temat na zupełnie osobną dyskusję, mnie natomiast interesuje Twoja metoda na „kurczenie” wszechświata. Napęd plazmowy to przemyślany pomysł czy raczej wygodne, bliżej niedoprecyzowane narzędzie, mniej lub bardziej wirtualne?

Napęd plazmowy już istnieje. Wersja, jaką zaadoptowałem, to silnik VASIMR (VAriable Specific Impulse Magnetoplasma Rocket, rodzaj napędu jonowego – przyp. D.B.), realna nadzieja kosmonautyki na szybkie podróże międzyplanetarne. Posunąłem się jednak trochę dalej i uczyniłem z silnika jedynie element współzależnych systemów – spaliny zjonizowanego gazu tworzą warstwę ochronną przed promieniowaniem kosmicznym, a pola magnetycznego wytwarzanego przez napęd użyłem do stworzenia (dla niektórych kontrowersyjnego) sztucznego ciążenia. Emiter, czyli napęd międzygwiezdny, to oczywiście rozwinięcie napędu fotonowego, czyli wielkiego lasera, tu zaczerpnięte od obcych, ale po prawdzie wykonalne już dziś, gdybyśmy tylko dysponowali należycie odpornym lustrem i wystarczająco potężnym źródłem zasilania. Moim osobistym wynalazkiem (choć nie gwarantuję, że nikt inny na to nie wpadł i nie wykorzystał w innej opowieści) to napęd wrap (nie mylić z warpem, choć pewne cechy mają wspólne), który na tym etapie historii nie został jeszcze rozpracowany. Zasada działania sprowadza się do wytworzenia wokół statku pola drżenia przestrzeni, coś jak oscylujące pole warp ze Star Treka, lecz w tym przypadku nie można się w nim poruszać, gdyż energia potrzebna do utworzenia stabilnego pola jest zbyt duża, a te małe oscylacje są za szybkie. Podróż w moim wynalazku polega na cyklicznym kotwiczeniu dziobu statku przy jednej skrajnej oscylacji i puszczeniu, gdy cykl osiągnie fazę przeciwną. To trochę jak zaczepienie gumki przy maksymalnym wychyleniu, gdy statek wpada w pole, a gdy się napnie, puszczeniu drugiego końca, zanim pojazd wróci do zwykłej przestrzeni. I tak po kilka tysięcy razy na sekundę… Na chwilę obecną fizycy twierdzą, że wymiary są zbyt małe, by można było w nie wejść, ale może udałoby się je wykorzystać jako takie konie pociągowe. Czas pokaże.

Silniki plazmowe są zatem możliwe do stworzenia, ale nawet one nie zmniejszą realnie rozmiarów wszechświata. W Więźniu układu kontrolowana przez ludzi przestrzeń obejmuje ogromny obszar wymuszający podróże trwające całe dekady. Czy Twoim zdaniem możliwe byłoby zarządzanie takim imperium, czy też inercja jednak pokonałaby siły adhezyjne?

Prędzej czy później wszystko się rozpada, każde imperium. Co ciekawe, wykańczają je zupełnie inne problemy, niż te wynikające wyłącznie z transportu i komunikacji. Hiszpańskie imperium funkcjonowało mimo trwającego i tygodnie czasu transportu wiadomości; nawet gdy korsarze zatapiały galeony, ich część wciąż docierała na miejsce, w ilości wystarczającej do podtrzymania molocha. Tak samo imperium angielskie – oba upadły, gdy zmienił się świat, zmieniła ekonomia, społeczeństwo. Lecz do tego czasu radziły sobie dobrze. Gdyby udało się utrzymać międzygwiezdną sztafetę z odcinków, którymi przelot zajmowałby tylko kilka lat, całość mogłaby się utrzymać wystarczająco długo. Jednak kolonie, prędzej czy później, osiągają taki stopień rozwoju, że zaczynają żądać uniezależnienia się. W książce istnieje czynnik wiążący kolonie z Ziemią, jest nim strach przed inwazją obcych. Bez takiego spoiwa kolonie zechciałyby się oderwać o wiele szybciej. W pewnym momencie nie pomoże nawet kontrola militarna – przecież tak powstały Stany Zjednoczone, tak spod panowania Hiszpanii wyrwała się, dzięki Simonowi Boliwarowi, cała Ameryka Południowa…

Jedno jest pewne: ani silniki plazmowe, ani gargantuiczne odległości nie wyplenią wojny… Nie uciekniemy już nigdy przed coraz to nowszymi postaciami maczugi?

Nic na to nie wskazuje. Mamy to po przodkach. Dla wielu ludzi rozwiązanie siłowe wciąż znajduje się na pierwszym miejscu, a inni, jak widać to chociażby dziś, na przykładzie Krymu, będą pozwalać takim agresorom na wszystko, póki nie dojdzie do momentu, w którym starcie będzie nieuniknione. Taka sytuacja nie jest, wbrew pozorom, wyłączną zasługą agresorów, lecz przede wszystkim tego, że reszta społeczności „nagradza” ich postawę poprzez brak reakcji. Rewolucja wybucha w odpowiedzi na nacisk, ale ten nacisk nie powstaje przecież z dnia na dzień. To nie było tak, że pewnego ładnego dnia jakiś poprzednik lorda feudalnego uznał, że chłopi mają dla niego pracować. Nie, najpierw ci chłopi przyszli do jego przodka prosić o ochronę przed grasującymi w okolicy bandami, a gdy potem jego potomkowie zaczęli sobie życzyć nowych usług, potomkowie chłopów tylko wzdychali i mówili, że trudno, jakoś to trzeba znieść… do momentu, gdy było już nie do zniesienia. Dziś mamy taką samą sytuację jeśli chodzi o prawa autorskie i patenty – jeśli dziś się ugniemy to za jakieś dwieście lat, jestem tego prawie pewien, będą one narzędziem opresji technologii, której nie będziemy mieli legalnego prawa złamać. Więc to nie tak, że ta maczuga jest wyciągana jedynie w złej sprawie – czasem służy do rozbicia muru, który zaczyna dusić społeczeństwo. U podstaw prawa posiadania broni w USA leży zapis pozwalający społeczeństwu zbrojnie przeciwstawić się rządowi, gdyby ten przestał służyć ogółowi. Broń niby mają, ale ktoś tam chyba przespał właściwy moment na jej użycie…

Wróćmy na chwilę do odniesień literackich. Gra Endera jest pierwszym, najbardziej oczywistym skojarzeniem (nawet jeśli, co już wiemy, niedoskonałym w pewnym kontekście), ale nie jedynym. Naturalizm i brutalność zachowań pomiędzy dziećmi, niewiara we wbudowany „mechanizm cywilizujący”, czy twarda i bezwzględna, wewnętrzna hierarchia w ich grupach przywodzą na myśl kultowe dzieło Williama Goldinga. Dramatyczny powrót Arto i Iwena do szkoły, skazujący ich właściwie na zagładę, przywiódł mi na myśl – dość niespodziewanie dla mnie samego – powieść z dzieciństwa, Chłopców z placu broni. Czy miałbyś ochotę – nie pytam o konkretne zamierzenia, jest to jedynie dywagacja – napisać te powieści od nowa? Czy uważasz, że się zdezaktualizowały, czy przeciwnie, nadal są aktualne? A może jest jakaś inna, ważna dla Ciebie powieść, którą miałbyś ochotę stworzyć od nowa w formie ostatecznego opus magnum?

Chyba nie, bo nie miałoby to sensu. Wszystkie te powieści są świadectwem swojej epoki, nawet jeśli zawierają ponadczasowe obserwacje. Czy miałyby być, tak jak Antygona, czy Romeo i Julia, wciąż przetwarzane, unowocześniane, adaptowane? Nie wiem. Nie czuję się w każdym razie na siłach. Wypełnienie luki w historii universum, jaką zajął Więzień, planowałem na o wiele późniejszy czas; nie czułem się i wciąż nie czuję wystarczająco wprawiony, doświadczony, by się zabierać za podobne tematy, zresztą spotkałem się już z takimi zarzutami. Może i napisałem go za wcześnie, ale coś musiałem ukończyć, a nie tylko siedzieć pośród kilku rozgrzebanych opowieści, nie mogących się doczekać końca. Golding napisał Władcę Much jako odpowiedź na dziś już zapomnianą, wyidealizowaną Koralową Wyspę, a ja zżymam się na Grę Endera, skądinąd zacną lekturę; różnica jest taka, że nie sądzę aby Więzień kiedykolwiek tak urósł w rangę, by został szerzej dostrzeżony. Jednak bardziej niż na Goldingu i innych opierałem się na badaniach, jak wspomniany przez ciebie eksperyment, oraz na tak zwanych child soldiers, żołnierzach dziecięcych, wykorzystywanych w Liberii i kilku innych krajach, zaprawiając to jeszcze spartańską szkołą, nadającą temu wszystkiemu cel i sens. Powieści, które przytoczyłeś… są doskonałe takie, jakimi są, a z takimi utworami nie próbuję polemizować. Gra Endera z kolei, choć stanowi bardzo dobrą lekturę, jednak miała poważne wady, z których, jak Atena z głowy Zeusa, wyskoczył Arto, mój następca czułego, kochanego mordercy Carda. We Władcy Much, ani w Chłopcach… nic mi nie zgrzyta i nie śmiałbym ich poprawiać.

To co mówisz o konstrukcji fabuły, zarządzaniu bohaterami itd., zdaje się świadczyć o Twoim merytorycznym przygotowaniu do pisarstwa. Na czym opierasz swoją wiedzę i umiejętności warsztatowe?

Czytam. Dużo. Bardzo dużo. Kiedyś więcej, no ale czas, ceny, a przede wszystkim trudno dziś o coś oryginalnego, wciągającego. Przyglądam się jak mistrzowie rozwiązują problemy fabularne, jak tworzą scenariusz, jak konstruują dialogi. Niestety, z polskich niewielu jest naprawdę dobrych, mamy za to sporo rzemieślników, a z nauką na zagranicznych autorach jest ten problem, że trzeba brać poprawkę na tłumacza, lub zdobywać oryginały. To żadna filozofia – jeśli dużo czytasz, nasiąkasz pewnym rodzajem wypowiedzi. Spotykałem się już z opinią, że Więzień wygląda jak z poprzedniej epoki literackiej, ale cóż na to poradzę, jak właśnie taką lubię, a nie zawsze tę nowoczesną, bezrefleksyjną, chłodną, a bywa bezduszną. Co gorsze, współczesna fantastyka jest pisana w coraz większym stopniu przez humanistów, gubiących się w kwestiach nauki i techniki – przykładem niech będzie przesławne Ślepowidzenie… Sięgnąłem też po teksty pisarzy opowiadających/wykładających jak sami piszą, ale te rzeczy są w znacznej mierze, przynajmniej dla mnie, bezużyteczne. Owszem, te podstawowe, o stylu, nie przesadzaniu w opisach i tak dalej się sprawdzają, ale reszta jest zbyt indywidualna, by zaszczepić je na własny grunt. Każdy chyba musi wypracować własny zestaw narzędzi – coś pożyczyć, coś podpatrzeć, a resztę pozamieniać i dociąć na własną miarę. Nie wiem, czy można mi zarzucić posiadanie jakiegoś sensownego warsztatu; dla wymagających czytelników Więzień jest pełen debiutanckich mankamentów, ale to co tam sobie wykoncypowałem trenowałem na trochę krótszych fabułach, wymyślanych historyjkach fantasy. Podobno te wprawki są coś warte, może w tym roku się okaże, czy zostaną gdzieś opublikowane, ale ćwiczenia to też istotny element wprawiania się w literkowym rzemiośle. Napisać coś, odłożyć na rok, dwa, a potem wrócić i łapać się za głowę nad własnymi błędami… To chyba tyle, co autor jednej, mało popularnej książki, jak ja, może poradzić. No, może jeszcze jedną rzecz, dla mnie stuprocentowo pewną – jeśli po tym roku czy dwóch twój tekst dalej będzie ci się wydawał dobry, to nie pisz nic więcej, bo ta profesja nie jest dla ciebie. Naprawdę.

Czy możemy się spodziewać kontynuacji Więźnia układu lub też osobnej opowieści, ale ulokowanej w wykreowanym na potrzeby tej powieści świecie?

Wszystko w rękach rynku i czytelników. Więzień czekał dosłownie lata, aby znalazł się chętny wydawca. Lata, które ostudziły twórczy zapał. Z ogólnego pomysłu na jedną książkę wyrosła mi kolekcja scen i fabuł na prequel z Daelem i jego historię w Akademii, na prequel Lerszena (który był planowany jako oddzielna historia) oraz dwie kontynuacje. Od dawna tworzyłem sobie dla zabawy pewne universum i zaczynając pracę przy Więźniu założyłem, że przedstawię konkretny moment jego historii. Miało to wyglądać trochę jak Fundacja Isaaca Asimova – kilka książek opowiadających historię czegoś w czasie, aż rozrosło się, przynajmniej koncepcyjnie, w samodzielną sagę. Pomysłów mam sporo, a to tylko jeden moment w długiej historii wędrówki ludzi, u mnie terran, do gwiazd. Chciałbym napisać o Wojnie Wtyczek, jak Flota z organizacji zapaleńców zamieniła się w żelazną pięść ziemskiej dyktatury, co się stało podczas Rozpadu i później, o Królowej Sfer, Solisji i Saigu, wojnie z Komputerem… ale od paru lat nie mam motywacji. Prawda jest taka, że polski rynek wydawniczy się zwija, a pisanie do szuflady… Szuflada pusta nie jest i być może, a być może nie, wychynie z niej coś innego, w pozornie innych klimatach. Czas pokaże. Nie idzie nawet o pieniądze, choć są przyjemnym dodatkiem, ale o czytelników. Jeśli nie będzie zainteresowania, cóż, znaczy to tylko, że dalsze części nie są nikomu potrzebne.

Ifryt nie zdążył wydać drugiej części Więźnia, ale w Twojej przygodzie najdziwniejsze jest to, że jednak znalazłeś alternatywnego wydawcę i to nie byle jakiego: Solaris. Taka sztuka udaje się chyba rzadziej niż częściej. Zdradzisz kulisy tych wydarzeń?

Kulisów do końca sam nie znam, ale szło tu o znajomości i poszukiwania kogoś, kto chciałby dokończyć dzieło. Wydanie pierwszej części ogromnie zaszkodziło całości. Myślę, że wielu czytelników, którym nawet się spodobała, zdążyła zapomnieć nim wyszła druga część. Czyli, kolejne ryzyko finansowe. Nie mam szczęścia do papieru: tomy Więźnia miały wyjść jeden po drugim, ale zadecydowano, że pomiędzy wrzuci się jeszcze innych autorów, a potem pojawiły się problemy… Naprawdę nie mi o tym mówić.

Wspomniałeś, że polski rynek książki zwija się. Możesz rozwinąć myśl? Jak to jest z rodzimą literaturą? Podobno rodzimi twórcy nie są rozpieszczani…

Trudno mi aż tak generalizować, bo nie znam osobiście zbyt wielu pisarzy, ale ze spotkań i rozmów na ten temat wynika, że sytuacja wesoła nie jest. To nie tak, że wydawnictwa nie chciałyby płacić lepiej. One po prostu nie mogą. Zwłaszcza nowy autor – to przecież ryzyko, a papier kosztuje. Pierwsze wydawnictwo, które przejawiło możliwość (samą możliwość) zainteresowania się Więźniem najpierw chciało skrótów, a potem, gdy już ciachnąłem tekst o jedną piątą, zrezygnowało. Cieszę się, że w ogóle znalazł się chętny na umieszczenie tego na papierze, choć na koniec zemściło się to i na powieści, i chyba także na samym wydawnictwie… ale to już historia, którą powinien opowiedzieć ktoś inny. Jak jest dziś, każdy widzi – mamy kilku znanych i uznanych pisarzy, którzy na zmianę odbierają nagrody i gwarantują przychód, ale nowych autorów to dotyka się jedynie długim kijem, głównie po to by ich odepchnąć. Minimalizacja ryzyka i te sprawy. I znów, to wszystko wina czytelników, a może sytuacji gospodarczej, oraz wykańczania pracowników przez pracodawców, aż ci pierwsi nie mają czasu, sił, ni ochoty, by wziąć do ręki książkę…

Parokrotnie pojawiały się w naszej rozmowie tytuły innych powieści. Nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował poznać Twojego gustu literackiego w bardziej bezpośrednim ataku. Czy na koniec tego i tak już szalenie bogatego w treść wywiadu mógłbyś zaprezentować nam sztandarowe pozycje swojej szeroko rozumianej biblioteczki?

Ojej… Moja biblioteczka jest bardzo „szeroka”, w rzeczy samej, a za sprawą cen mam może ćwierć tych książek, które chciałbym mieć na półce. Generalnie lubię to, co obecnie nazywa się twardą s-f oraz fantasy, choć tu jestem wybredny. Trzymam się z daleka od historical fiction – alternatywna historia mnie bawi, ale tylko, gdy gram w Cywilizację… Jeśli chodzi o moje ulubione lektury, to długi czas numerem jeden był Tolkien, ale ostatnimi laty ustąpił, po nierównej walce, Stevenowi Eriksonowi i jego Malazańskiej księdze poległych. Po nim znajduje się George R.R. Martin ze swoją sagą Ognia i Lodu, choć jeśli będzie dalej prezentował poziom z ostatniej części, to wróżę mu spadek… A na czwartym miejscu znajduje się Frank Herbert i cykl Diuny. Dalej, już niekoniecznie w kolejności, jest Fundacja Isaaca Asimova, Drzwi do lata Roberta Heinleina, cykl Endera Orsona Carda, prawie wszystkie Zajdle, garść Lemów, Strugaccy, Robert Silverberg, Frederik Pohl i Gateway, ale i takie rzeczy jak Karl Wagner i jego Kane (powieści: Pajęczyna Ciemności, Krwawnik, Mroczna Krucjata i szereg zbiorów opowiadań – przypis D.B.), Brian Aldis, Tad Williams, Glen Cook… Lista równałaby się chyba tylko tej zawierającej tytuły, które chciałbym przeczytać.

30.03.2014

Wywiad opublikowany oryginalnie (15.04.2014) na QfancieTUTAJ.

www.qfant.pl

Reklamy

4 thoughts on “Wywiad z Alanem Akabem

  1. Żałuję, że młodzieńcza pasja czytania SF bezpowrotnie minęła w 1980 roku. Wcześniej pasjonowałem się Lemem, Pertkiem, Strugackimi, Asimovem itp. Czasami wracam, ale tylko do niektórych lektur, które przeczytałem prawie 40 lat temu. Nie wiem dlaczego nie chce nowych. Może to powrót do dzieciństwa?

    • niezłe nazwiska wymieniłeś, Caddi. Ale z ulubieńcami jest tak, że nie zawsze ma się na nich ochotę. Czasami osiąga się stan nasycenia i tyle… A na siłę nie ma sensu, bo to nie w tym rzecz…

  2. Bardzo ciekawy wywiad. Najbardziej zainteresowały mnie fragmenty, w których rozmawiacie o sprawach – rzec można – par excellence uniwersalnych. Czyli o ewolucji ludzkiego społeczeństwa (jeszcze nie wiemy, czy jakieś „nieludzkie” istnieje 😉 ), o zagadnieniach władzy, wojny, ekspansji, eksploatacji, wolności i zniewolenia… etc. Imponuje wiedza autora i zakres jego zainteresowań. W sporej części jego zapatrywania na te sprawy pokrywają się z moimi – mimo iż, jak mniemań, nie należymy do tego samego pokolenia.
    Pewne wątki zresztą, poruszaliśmy i my w naszych rozmowach na blogu – ot, choćby w tej ostatniej.

    Postaram się zapamiętać to nazwisko (pseudonim?) i tytuł książki. Może trafię na nią kiedyś w jakiejś księgarni, (które zawsze są w moim itinerary, kiedy jestem w kraju).

    • Akaba polecam, naprawdę dobre science fiction i – jak to widać w wywiadzie – autor ma sporo do powiedzenia w różnych tematach. Zresztą, aby pisać dobre science fiction trzeba mieć szerokie horyzonty, to nie jest gatunek dla ludzi, którzy chcą pisać tylko o laserach i wybuchach. Mnie jego zapatrywania również wydają się bliskie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s