„Zjawa” dużego kalibru – słów kilka o filmie

Zjawa

Tak się składa, że ze Stanisławem Błaszczyną mamy tendencję do niezgadzania się. Nasze dyskusje – prowadzone na jego blogu – bardzo często kończą się okopaniem stron na z góry oznaczonych pozycjach. Wierny jednak maksymie, że lepiej z mądrym zgubić niż z głupim odnaleźć, regularnie wracam na bloga Logos Amicus, z przyjemnością czytając teksty Stanisława i chętnie się do nich ustosunkowuję. Tym razem dałem się przekonać autorskiej elokwencji i zmusiłem się do wykonania wielkiej wolty: udałem się do kina na film, którego wcześniej oglądać nie planowałem. Rzecz dotyczy Zjawy, o której Stanisław napisał tutaj.

Wszystko wskazuje na to, że i tym razem nasze stanowiska będą nieco odmienne. Ale nie do końca. Krótko: film zrobił na mnie (nas) ogromne wrażenie i szalenie zaimponowała nam praca jego Twórców, zarazem z seansu wyszliśmy nieco rozczarowani i zmęczeni.

Miejsce wydarzeń: Dziki Zachód. Czas: przełom XVIII i XIX wieku (tak naprawdę to wiemy, że chodzi o rok 1823, ale taka dokładna definicja jest zbędna). Motyw: zemsta. Hugh Glass to doświadczony traper (wzorem Karola Maya nazwalibyśmy go być może westmanem – określenie skądinąd świetne, ale chyba nie przyjęło się w potocznej mowie) i poszukiwacz ścieżek. Prowadzi grupę żołnierzy pod dowództwem nieco naiwnego ale i tak charyzmatycznego kapitana Henry’ego na wyprawę myśliwską. Nie wszystko idzie tak jak powinno. Napadnięci przez Indian z plemienia Arikarów, uciekają jedynie cudem – i nie wszyscy. Ścigani przez tubylców porzucają wygodny rzeczny szlak i rozpoczynają trudną przeprawę przez góry. Właściwa opowieść zaczyna się dopiero teraz. Czytaj dalej

Reklamy

Geraldine McEwan odeszła

źródło: Guardian

źródło: Guardian

Śmierci celebrytów nie robią na nas wrażenia. Są nam w większości przypadków obojętne, ale my jesteśmy deczko nienormalni. Zamiast ochać i achać nad bohaterami srebrnych, złotych i choćby rdzawych ekranów, traktujemy ich z pewną pogardą, na którą większość tego  towarzystwa wzajemnej adoracji chyba zasłużyła. Trafiają się jednak przypadki szczególne: osoby, do których żywimy szczerą sympatię i których prawdopodobnie będzie nam brakowało.

Jedną z takich niezwykłych postaci jest (była) Geraldine McEwan, aktorka, którą w Polsce kojarzymy być może wyłącznie z roli w ekranizacji powieści Agathy Christie o Pannie Marple. Geraldine umarła 30 stycznia 2015. Przyczyną był zawał, którego doświadczyła w październiku 2014. Wtedy też wylądowała w szpitalu, którego nie opuściła przez trzy ostatnie miesiące życia. Czytaj dalej

Opus magnum Kurosawy, czyli subiektywnie o „Ran’ie”

ran plakatOdgrażaliśmy się parę razy, że napiszemy o innych (niż tylko Siedmiu samurajach) filmach Akiro Kurosawy. I oto, po wielu miesiącach, ambitne zamierzenie staje się faktem. Na wokandę wzięliśmy Rana, jedno z ostatnich dzieł japońskiego mistrza..

Poniższy tekst nie należy do najkrótszych, ale tym razem nie dało się zbyt mocno szaleć z nożyczkami. Potraktujcie to jako coś więcej niż recenzję i krótką wskazówkę typu „obejrzeć czy nie?”.

Zapraszamy do lektury! 


„Ran”

Na początek krótkie doprecyzowanie. Ran powstał w roku 1985. Japończyk zmarł trzynaście lat później, a nim odszedł, nakręcił jeszcze trzy obrazy. Jednak to właśnie Rana możemy uznać za ostatnie naprawdę ważne i wielkie schyłkowe dzieło Kurosawy. Po Ranie Kurosawa tworzył już wolniej, z mniejszym przekonaniem.

Wielkie dzieło, w tym konkretnym przypadku, nie oznacza iż doskonałe. W rzeczy samej Ran jest pozycją zaskakująco nierówną, a nawet niespójną technicznie. Pewne elementy obrazu zostały dopracowane i robią wrażenie nawet dzisiaj, prawie trzy dekady po powstaniu. Inne zadziwiają nadmierną prostotą i banałem, który wszak nie należy do typowych dla Japończyka narzędzi twórczych. Czytaj dalej

„Człowiek ze stali”

Man-of-Steel-U.S.-Poster-LogoCzłowiek ze stali to kolejny z comebacków filmowych w roku 2013. Historia, która zdawałoby się, została już do cna wyeksploatowana, doczekała się kolejnej reinterpretacji. Jak to zwykle przy takich okazjach bywa, opowiedziano ją całkowicie od nowa, aby lepiej pasowała do wymagań współczesnego widza.

Lub po prostu do szablonów współczesnego kina.

Skorzystaliśmy z faktu, że rok 2013 okazał się troskliwy dla wielbicieli science fiction i okolic, a Człowiek ze stali to drugi, obok Star Trek. W ciemność film, który obejrzeliśmy właściwie przypadkiem, wcale nie mając na to większej ochoty. I ponownie daliśmy się zaskoczyć. W ramach spóźnionej podróży po wybranych pozycjach z roku 2013, zapraszamy Was dzisiaj do przeczytania paru słów o nowej wersji Supermana. Czytaj dalej

„W ciemność. Star Trek”

wciemnośćW minionym roku nie byliśmy częstymi gośćmi w kinie, by nie powiedzieć, że do przybytku X Muzy zaglądaliśmy bardzo rzadko. Tym niemniej, parę filmów udało się nam obejrzeć. Z uwagi na wbudowane lenistwo nie chciało się nam o wszystkich pisać – nie zamierzamy zanudzać Was także teraz wspomnieniami z tracenia wzroku, ale o kilku obrazach jednak napiszemy.

Po krótkim namyśle uznaliśmy, że W ciemność, czyli nowy Star Trek zasługuje na garść słów. Czemu zasługuje? O tym poniżej. A czemu garść? Bo postanowiliśmy mocno skrócić nasze epistoły. Jeśli nie będzie absolutnej potrzeby, to o filmach onibe pisać będzie w miarę krótko, a może nawet rzetelnie. Tego ostatniego nie obiecujemy, bo dobrze nam z naszym paskudnym, subiektywnym postrzeganiem hollywoodzkiej rzeczywistości ;-).

Ale, ale… my tu gadu gadu, a Enterprise oddala się od Ziemi, lecąc z prędkością Warp. Zajmijmy się nim póki jeszcze w ogóle majaczy na horyzoncie.

Obraz J. J. Abramsa zaskoczył nas niepomiernie. Okazał się strawny. Ba! To jeszcze nie zasługuje na wzmiankę, wszak Abramsowi udaje się od czasu do czasu stworzenie filmu wartego ceny kinowego biletu. W ciemność jest więcej niż strawna. Jest naprawdę dobra. W swojej kategorii, rzecz jasna, ale mniejsza o detale. Czytaj dalej

„Dama z Szanghaju” – Kino Noir nie takie noir

dama z szanghaju plakatZapewne zauważyliście już, że onibe lubi kryminały. Najbardziej te klasyczne. Filmowe i książkowe. W jednej i drugiej wersji szczególne miejsce w naszym sercu mają historie noir. Oczywiście noir powinno się kojarzyć przede wszystkim z kinem, choć przecież najsłynniejsze obrazy z tego nurtu oparte są na – czasami równie słynnych, czasami niemal zupełnie zapomnianych – powieściach.

Dzisiaj napiszemy kilka słów o Damie z Szanghaju – dziele bez dwóch zdań klasycznym, niemal legendarnym i… cokolwiek przereklamowanym.

Recenzując stare filmy staramy się pogodzić ogień i wodę. Z jednej strony, próbujemy spojrzeć na dany obraz oczami ludzi z tamtych czasów, widzieć go takim, jakim widzieli go oni: docenić nowatorstwo, naginanie lub przekraczanie konwenansów. Z drugiej, lubimy oceniać czy film przeszedł próbę czasu obronną ręką, czy też poległ śmiertelnie raniony wskazówkami zegara postępu. Dama z Szanghaju była zapewne świetnym filmem w latach czterdziestych („narodziła się” w 1947 roku). Orson Welles – TEN Orson Welles – wyreżyserował mroczną i sugestywną opowieść, napakowaną po brzegi celuloidu zmysłową erotyką podbitą trzymającą w napięciu intrygą. Widownia doceniła tę historię, ale równie dobrze mógł to być Titanic – zważywszy ilość gór lodowych na jego kursie…

Podobno Welles nawet nie przeczytał książki Sherwooda Kinga, spodobał mu się jej tytuł i okładka (widziana w księgarni – podobno nawet nie kupił tej książki… przynajmniej nie od razu). Dostał zgodę na realizację dzieła (inna wersja głosi, że nie miał wiele wspólnego z zakupem praw autorskich, które – notabene – wytwórnia nabyła za paręset dolarów), ale zapomniano mu powiedzieć, że główną rolę żeńską otrzyma Rita Hayworth. Fajnie? Nie, nie fajnie. Rita była żoną Orsona, wtedy już prawie byłą – para akurat próbowała się rozwieść, ze wszelkimi tego procesu bonusami. Orson uczynił z Rity paskudną femme fatale. Kobietę bez serca, egoistkę pozbawioną skrupułów. No i kazał jej (on, a może producent) ściąć włosy. Oraz ufarbować na cukierkowy blond. Rita przypominająca Marilyn? Oj tak?

Oj nie. Czytaj dalej

Zbierając łuski z Magnum 44. czyli śladami Brudnego Harrego

brudny harry kolekcjaOnibe-W-Dwójcy-Jedyne co jak co, ale obiecywać potrafi ;-). To też i non stop obiecuje, że a to książki ambitniejsze zrecenzuje, a to film jaki opisze. Dzisiaj następuje druga z tych okoliczności przyrody.

Na wokandę wzięliśmy cykl filmów z Clintem Eastwoodem, w których ten charyzmatyczny aktor gra jedną z najważniejszych ról swojego życia: „Brudnego” Harrego Callahana, inspektora z wydziału zabójstw policji San Francisco.

Nie każdy pamięta, że Brudnych Harrych było sztuk pięć. I my je wszyściutkie obejrzeliśmy, a poniżej prezentujemy nasze wrażenia – poczynając oczywiście od pierwszej części. Kolejne niebawem.

Miłej lektury!

dirty harry logoBRUDNY HARRY (Dirty Harry – 1971)

Pierwsza z odsłon cyklu. Poznajemy w niej Harry’ego, kłopotliwego gliniarza z San Francisco, który ma dość specyficzne podejście do swojej roboty. Najkrócej określić je mianem bezkompromisowego. Harry uznaje tylko jedną metodę walki z przestępcami: skuteczną. Poprzez skuteczność rozumie zaś posłanie delikwenta do piachu, w ostateczności do więzienia federalnego.

Burmistrz: Nie chcę powtórki z tego co urządziłeś przed rokiem w Fillmore. Jasne? To moja polityka.
Harry: Gdy dorosły mężczyzna chce zgwałcić kobietę, zabijam go. To moja polityka
Burmistrz: „Chce”? A skąd pan to wiedział?
Harry: Kiedy nagi mężczyzna goni kobietę z nożem i narządem w wzwodzie chyba nie zbiera na Czerwony Krzyż, nie?
(wychodzi) Czytaj dalej

5 filmów w moim wieku

Logo5filmMariusz z Panoramy Kina zaprosił nas do przyłączenia się do zabawy pod tytułem „5 filmów w moim wieku”. Oboje z Izą jesteśmy z dobrego rocznika 1982. Tak, tak… to właśnie w tym roku trawa była najzieleńsza, woda najmokrzejsza a polityka najpolityksza. Czy jakoś tak ;-).

W roku 1982 wydarzyło się wiele ciekawego. Wojna o Falklandy (z której nieomal brzydsza część naszego duetu pisała magisterkę. Nieomal.) pozwoliła pierwszy raz od czterech dekad przetestować bojowo sprzęt pływający i tonący. Wydano grę Moon Patrol, w którą piszący te słowa zagrywał się jakieś osiem – dziesięć lat później oraz słynną River Raid (stworzoną, notabene, przez pierwszą kobietę-twórcę gier komputerowych). Na papierze pojawił się szereg wartościowych powieści: Limes Inferior Zajdla i Wizja lokalna Lema, Wiosna Helikonii Aldissa oraz 2010: Odyseja kosmiczna Arthura Clarke’a (tak, książka), a także Dom duchów Allende (w ten sposób, przy okazji, wyszła nam także piątka powieści w naszym wieku, hehe). Z wydarzeń astronomicznych: wszystkie planety ustawiły się po tej samej stronie słońca, ale – o zgrozo – nie w dniu naszych urodzin, więc niezależnie od szczerych chęci, trudno jest to nam połączyć z pojawieniem się naszych osób na łez padole. Ale… dalsze badania trwają. Jesteśmy niemal pewni, że gdzieś tam, w odległym kosmosie właśnie w owym momencie rozbłysła pełnią swoich sił jakaś supernowa ;-). 1982 to także dobry rocznik dla Brunello Biondi-Santi – to czerwone wytrawne wino przez późniejsze lata nie dorównywało smakowi osiemdziesiątki dwójki. Zresztą, zdaniem Roberta M. Parkera, rocznik 1982 należy do najdoskonalszych i chłopak wie co mówi. Pardon: wie co pije 😉

1982 to rok, w którym zmarł Philip K. Dick, znany między innymi ze swojego kultowego dzieła Czy Androidy śnią o elektrycznych owcach?

No właśnie. Dick. Androidy. I rok 1982. Jeśli to zsumujemy to otrzymamy pierwszy wybrany przez nas film z roku 1982. Zaczynamy. Czytaj dalej

Grające celuloidy, czyli słów kilka o musicalu

IMG_3515Dzisiaj, jak rzadko kiedy, zamierzamy się rzeczywiście zmieścić w kilku słowach ;-). Bo skoro tematem mają być musicale, to jakże to gadać o nich bez słuchania ich! Zaprezentujemy kilka propozycji musicalowych, z uwzględnieniem naszych ulubionych pozycji w tym gatunku. Pomocny w tym będzie Jego Wysokość YouTube 😉

Zaczynamy!

Roztańczone i rozśpiewane celuloidy #1

Na początek kilka słów wprowadzenia. Co to jest musical? Oczywiście nie każdy film o muzyce czy też z muzyką w roli mniej lub bardziej głównej jest musicalem. Ba, sam musical nie jest gatunkiem filmowym jako takim, ale teatralnym. Narodził się na początku XX wieku i wyewoluował z extravaganzy. Film wchłonął potencjał widowisk musicalowych, rozwinął koncepcję. Upowszechnił musical i… doprowadził do jego śmierci. Ta, co prawda, jeszcze nie nastąpiła. Może nawet nie nastąpi nigdy – dopóki znajdzie się choć jeden reżyser gotowy tworzyć musicale i choć jeden widz gotowy je oglądać, ale konwencja musicalu dotarła do punktu, w którym dalsza ewolucja nie jest prawdopodobnie już możliwa. Musical utknął w martwym punkcie, ale winą należy obarczyć nie tylko musicalowych twórców, lecz również całą resztę świata kinematografii. To właśnie w szybkim, wręcz przerażającym rozwoju innych gatunków filmowych upatrywać należy najważniejszych przyczyn upadku musicalu. Czytaj dalej

Recenzja filmowa – „Django”

Jak już zaczęliśmy nadrabiać wizyty w kinie, to poszliśmy na całego ;-). Oprócz Lincolna, którego opisaliśmy, oraz Atlasu chmur, którego nie opiszemy, widzieliśmy także Django. Co ciekawe, film Tarantino okazał się najlepszym – w naszym mniemaniu – widowiskiem kinowym od pewnego czasu. Nie twierdzimy, że za rok będziemy o nim pamiętać, ale póki co jesteśmy pod wrażeniem ;-).

Stąd… poniższa quasi-recenzja, czyli przydługie gadanie o niczym i o Django. Zapraszamy wytrwałych ;-).

django plakat

Django – Wild, Wild Tarantino

Bardzo chcielibyśmy nie lubić Quentina Tarantino. Facet ma w sobie coś takiego, że chciałoby się dać mu w mordkę (uprzednio rysując ją na ścianie, bo nie oszukujmy się: inne sposoby nie są nam dostępne) lub zastosować jakąś formę dekapitacji, choćby artystycznej. Ale, niestety: upewniamy się ciągle od nowa, że cenimy go jako reżysera. Wbrew sobie, wbrew głęboko zakorzenionemu atawizmowi, wbrew wrodzonej niechęci do rewolucjonistów, dziwaków i innych ości w mainstreamowym gardle. Czytaj dalej