Parszywa Siódemka Kurosawy, czyli słów kilka o „Siedmiu Samurajach”

Dawno, dawno temu, za siedmioma postami, za piętnastoma weekendami… obiecaliśmy napisać recenzję „Siedmiu samurajów” ;-). Długo, długo trwało nim udało się nam zabrać do tego tekstu, ale co się odwlecze, to nie uciecze.

Jako, że „Siedmiu samurajów” to pozycja nienowa, pozwoliliśmy sobie skrobnąć nieco inną recenzję niż zwykle. Oznacza to, że przede wszystkim – przepraszamy! – jest dłuższa, ale na tym, rzecz jasna nie koniec ;-).

Dosyć gadania, pora na czytanie. Zapraszamy zatem do lektury!


Parszywa Siódemka Kurosawy, czyli słów kilka o „Siedmiu Samurajach”

Im dalej w las, tym więcej drzew. Im dana kultura lepiej poznana, tym trudniej o szybkie, instynktowne wskazanie najbardziej charakterystycznych jej twórców i artefaktów. I tak, gdybyśmy chcieli wskazać najsilniej kojarzący się z Ameryką film czy też takiegoż „sprawcę”, to zapewne poleglibyśmy w długich dysputach i niekończących się sporach. Pewnie lepiej poszłoby nam z Europą, która choć bliżej naszych kin, przedziwnym trafem ciągle stanowi terra incognita – co nie dotyczy, rzecz jasna, znawców i twardogłowych fascynatów. Niewykluczone, że najmniej kłopotów mielibyśmy z… Japonią. Zastanówcie się: jaki japoński reżyser przychodzi Wam na myśl w pierwszej kolejności? Czary-mary, hokus-pokus i nasza szklana kula z Ikei szepce odpowiedź: the winner is… Akira Kurosawa. Pociągnijmy tę zabawę jeszcze chwilę. Pytanie numer dwa: jaki tytuł filmu z kraju kwitnącej wiśni pojawia się w Waszych umysłach w pierwszej kolejności? Cóż, kula z Ikei się zbuntowała, bo jak na wysoko jakościowy wyrób tej wysokojakościowej sieci handlowej nie została przygotowana do powtórnego wykorzystania, więc zdajmy się na wróżenie z lotu jaskółek. Ptaki nie mają wątpliwości: „Siedmiu samurajów” byłoby wybieranych najczęściej, zapewne nie tylko przez latających producentów guana. I tym sposobem, cokolwiek okrężnym, doszliśmy do finału wstępu. Mówiąc krótko – albo: mówiąc wreszcie krótko – dzisiejsza recenzja będzie poświęcona „Siedmiu samurajom” Akiry Kurosawy, dziełu kultowemu i pod wieloma względami wybitnemu. A przy tym… niemal zupełnie nieznanemu.

 

Ledwo przeszliśmy do konkretów i już pierwsza niejasność. Jak to: najpierw piszą, że znane i to jeszcze jak, później, że nieznane i to w ogóle. Sprzeczność? Niekoniecznie. Oto bowiem możemy założyć, że „Siedmiu samurajów” to przede wszystkim znany tytuł. Lub, jak kto woli, znana marka. Coś jak perfumy Chanel No. 5. Znane? Znane. Stosowaliście? Męska część naszego duetu nie. Damska… zachowuje milczenie. Przywilej kobiet, nie ciągnijmy tego tematu. Faktem jest, że „Siedmiu samurajów” nie jest filmem poznanym. Każdy o nim słyszał, ale nie każdy go oglądał. Trochę jak z Yeti, prawda? A jeśli nie z legendarnym futrzakiem, to z pewnością samurajska siódemka ma coś wspólnego z takimi dziełami kultury jak „Ulisses” Jamesa Joyce’a czy nawet Biblia. Oczywiście jedyna płaszczyzna wspólnoty to właśnie owa powszechna znajomość danego artefaktu bez osobistego z nim się zapoznania – znajomość, którą można określić mianem kulturowej, może nawet memowej. Na tym skończmy dywagacje o znajomości i nieznajomości, spróbujmy po prostu dokonać analizy filmu.

Dzieło Kurosawy przenosi nas do średniowiecznej Japonii, do zaginionej w górach wioski, której biedni mieszkańcy cierpią niekończące się napaści ze strony lokalnej bandy rozbójników. Zbiry kradną żarcie, od czasu do czasu lubią komuś przetrzepać skórę. Kiedy w oczy wieśniaków zagląda widmo głodu, decydują się na krok iście desperacki, a w dodatku rewolucyjny: postanawiają wynająć ochronę. W średniowiecznej Japonii pozwolenie posiadania broni – rozumiane przede wszystkim jako akceptacja społeczna – przysługiwało przede wszystkim żołnierzom i samurajom. Ci ostatni stanowili rodzaj szlachty, najczęściej byli przy tym silnie związani ze swoimi suzerenami. Dodajmy jeszcze, że były to więzi wykraczające poza typowe w Europie relacje klient – opiekun. Tutaj następuje odpowiedni moment, by w naszych głowach zaświtał tytuł innego filmu, mianowicie „Ronin” z Robertem De Niro: historia z historią w tle o samurajach, którzy po śmierci swojego pana wzięli odwet ostateczny, szturmem zdobywając twierdzę jego przeciwnika, zabijając go, a następnie w chwalebnym finale całej akcji, popełniając zbiorowe samobójstwo. Wieśniacy z wioski Kurosawy takich właśnie rębajłów postanowili nająć, choć należy przypuszczać, że liczyli przede wszystkim na miecze wojowników, nie zaś ich skłonność do ceremonialnego otwierania własnych brzuchów (otwieranie cudzych zostało natomiast wpisane w kontrakt). Dodatkowy warunek, bardzo oczywisty w tych okolicznościach, brzmiał następująco: potencjalni najemnicy powinni być dość biedni, aby przyjąć służbę w zamian za ryż, a nie – jak to zwykle się przytrafiało – za złoto.

Co się dzieje dalej? Schemat jest raczej banalny: wieśniacy trafiają na właściwego ronina na właściwym miejscu. Jest nim Kambei Shimada – doświadczony, inteligentny wojownik, świetnie władający ostrą kataną, ale i równie nietępym umysłem. Kambei przejmuje kontrolę nad sytuacją i to właściwie on sprawia, że werbunek dobiega do szczęśliwego końca. Wkrótce więc siódemka samurajów – w liczbie tej szalony Kikuchiyo – wyrusza do wioski, gdzie czeka na nich ryż, proso, czterdziestu rozbójników (bez Ali-baby) i perspektywa marnej śmierci w równie marnej służbie. Banał, jako się rzekło.

A jednak, nie bez przyczyny „Siedmiu samurajów” traktowanych jest jako arcydzieło światowej kinematografii. Diabeł tkwi w szczegółach. Te zaś są liczne niczym ziarenka ryżu w miarce koku.

Widz europejski i amerykański najczęściej podchodzi do projekcji filmu Kurosawy starannie przygotowany. W roli wprowadzenia sprawdza się informacja, że właśnie na bazie „Siedmiu samurajów” powstał kultowy western „Siedmiu wspaniałych”. To spore ułatwienie do odczytania treści japońskiego filmu, swoista ściągawka, ale i – jak to zwykle w takich przypadkach bywa – rzecz czyniąca oryginałowi krzywdę.

Film Kurosawy przełamał wiele kinowych zwyczajów. Okazał się obrazem iście rewolucyjnym i choćby tutaj leży pogrzebana jego wartość. Zacznijmy od samej konwencji: mamy tutaj mieszankę narzędzi gatunkowych i kontekstów znacznie wyprzedzającą epokę powstania dzieła (dodajmy, że „Siedmiu samurajów” datujemy na 1954 rok). Jest dramat historyczny (ale i społeczny), jest nienachalny romans, jest batalistyka. Kurosawa był pionierem – nie jednym, raczej jednym z wielu – który kładł podwaliny pod dynamiczne, nośne kulturowo kino. To w „Siedmiu samurajach” widać: statyczne czarno-białe kadry uporządkowane są w sposób, który czyni z nich sekwencje naprawdę niezłych uderzeń akcji. Przyjrzyjcie się, jak starannie zostały skomponowane niemal wszystkie ujęcia: są to bardziej ruchome fotografie niż typowe „klatki” celuloidu – można wręcz napisać, iż są to wysmakowane obrazy.

Znaczenie filmu bierze się także z bardzo szczególnego sposobu, w jaki Kurosawa sportretował japońskie społeczeństwo szesnastego wieku. O co w tym chodzi? Prawda jest taka, że przedstawić fakty może każdy i wielu rzeczywiście próbuje. Zastanawialiście się, czemu tak wielką popularność zyskał Szekspir, skoro pisał o rzeczach – teoretycznie – wszystkim znanych? Pomijając urodę jego pióra, sława spadła nań za nietuzinkowe, wybitne wręcz uchwycenie pewnych kluczowych motywów (zemsta, miłość, zazdrość itd.). Kurosawa dość podobnie, złapał w kadr czynniki pierwsze pośród równych. Efektem jego pracy jest opowieść zaskakująco kompleksowa, łatwo poddająca się nawet drobiazgowym analizom i wielopłaszczyznowa. A skoro o Szekspirze mowa, to warto pamiętać, że Kurosawa parokrotnie brał się za ekranizacje dzieł poety ze Stratford („Tron we krwi”, „Ran”). Wróćmy jednak do portretu społecznego. Kurosawa uchwycił umiejętnie dwie kasty (to określenie jest więcej niż zasadne): chłopów i samurajów. Przede wszystkim podkreślił ich bezkompromisowe przywiązanie do wyznaczonych ról. Chłopi uprawiają ziemię i karmią wyżej plasowane grupy, samurajowie zabijają, ale i giną dla idei, honoru, misji. Wspomnieliśmy już, że tytułowa siódemka podejmuje się pracy za garść ryżu, acz de facto, to nie o ryż chodzi. Samurajowie odczuwają imperatyw służby. Silni, cieszący się szacunkiem, zdolni wykrawać sobie chwałę katanami, nie potrafią uciec od przeznaczenia. Niezdolni do uzyskania pracy na odpowiadającym im poziomie, gotowi są na identycznie takie same poświęcenia w ramach żałosnej i nieprzynoszącej satysfakcji misji. Nie oznacza to, że siódemka wojowników podąża do wioski bez szemrania. Wręcz przeciwnie. Każdy z nich toczy ze sobą wewnętrzną walkę, każdy zostaje przekonany niemal na siłę. Ale w końcu idą, bo iść muszą. Ot, los samuraja…

Chłopi i samurajowie współpracują ze sobą – z konieczności, lecz podziały pomiędzy nimi nie są możliwe do zakopania. Kurosawa portretuje tę sytuację z perspektywy dwudziestowiecznego humanisty, ale bez próby renegocjowania historii. Mówiąc krótko, ukazuje rzeczywistość, ocenia ją, lecz nie moralizuje. To ostatnie pozostawia nam, a raczej swoim rodakom, którzy w 1954 roku mieli jeszcze wiele do myślenia o niedawnych wydarzeniach. Lata pięćdziesiąte to przecież ciągle wykuwanie demokracji. Trwa proces zapominania o wyjątkowo krwawej wojnie, której plonem jest stracone pokolenie wojowników (współczesnych samurajów), radioaktywne ruiny Nagasaki i Hiroszimy oraz wielka trauma, którą synowie Niponu leczą po swojemu: pracą i poświęceniem.

Innym, bardzo ważnym aspektem „Siedmiu samurajów” jest tak zwany (przez nas) „kompleks drużyny”. Kurosawa wdrożył do swojego dzieła pomysł, który dzisiaj jest tak oczywisty, że aż niedostrzegalny, lecz wtedy, okazał się przełomowy. Rzecz polega na uchwyceniu procesu kształtowania drużyny. Zobaczmy sami. Najpierw zostaje zarysowany problem, odpowiedzią na niego jest zapotrzebowanie na ekipę specjalistów. Ważne jest, że ta drużyna nie istnieje. Nie jest to batalion szybkiego reagowania, czy oddział nudzącej się kawalerii. Ekipa zostaje budowana od podstaw, krok po kroku, człowiek po człowieku, ziarenko do ziarenka – wbrew okolicznościom, naprzeciw trudom. Drużyna nabiera charakteru, tworzą się w niej wewnętrzne struktury: przyjaźnie, wrogość, napięcia, lojalność. Dzięki temu film uzyskuje coś, co możemy określić mianem wartości dodanej. Wektor sił działa bowiem nie tylko na linii „źli bandyci” -> „biedne ofiary” czy „biedne ofiary” -> „superherosi”, a nawet „superherosi” -> „źli bandyci”, lecz również wewnątrz grupy „superherosów”, a układ naprężeń pozwala odczytać rzeczywistą hierarchię owej grupy. „Kompleks drużyny” to niezwykle cenna zdobycz dwudziestowiecznego kina. Znalazła przełożenie na nieprzeliczone filmy. Oprócz „Siedmiu wspaniałych”, z owego genialnego w swojej prostocie pomysłu skorzystały takie obrazy, jak choćby „Działa Nawarony”, „Parszywa dwunastka” czy nawet „Żądło” (nie wspominając o kolejnej warstwie filmów, będących naśladowcami naśladowców). Oczywiście sama idea drużyny nie jest patentem Kurosawy – smakowitą ciekawostką jest fakt, że dokładnie w tym samym roku, tzn. 1954, powstała książka, która motyw ów rozpropagowała jeszcze silniej, choć na zupełnie innym poziomie. Mowa oczywiście o „Drużynie Pierścienia”.

W „Siedmiu samurajach” znalazła się także odrobina przewidywania przyszłości. Niezwykłe jest, że (uwaga – będzie spojler) żaden z zabitych w czasie obrony wioski samurajów nie ponosi śmierci w równej walce, żaden także nie ginie od miecza czy strzały, a więc standardowych narzędzi, jakimi posługiwali się samurajowie. Wszystkie straty biorą się od kul muszkietowych. Przekaz jest dość czytelny: dobrze znającego swoje rzemiosło samuraja nie pokona byle bandyta, staje się to możliwe dopiero po implementacji niesprawiedliwych, burzących ustalony porządek społeczny osiągnięć nowej epoki. Znacznie dosadniej opowie o tym inny film, tym razem amerykański, mianowicie „Ostatni samuraj”, choć należy pamiętać, że oba obrazy poświęcone zostały diametralnie innym czasom. A skoro już o umieraniu mowa: niezwykłym zrządzeniem losu, w tzw. realu, umarli najpierw ci aktorzy, których bohaterowie przetrwali do samego końca filmu. Z kolei odtwórca roli najbardziej pechowego samuraja, tego, który zginął w „Siedmiu samurajach” w pierwszej kolejności, odszedł ostatni. Czyżby i to było elementem scenariusza? Czyżby reżyserski zamysł Kurosawy sięgnął tak daleko? Strach się bać…

Listę powodów, dla których warto obejrzeć „Siedmiu samurajów” można ciągnąć bardzo długo, a że tekst się rozciąga ponad miarę, pozwolimy sobie skrótowo wspomnieć o kilku jeszcze drobiazgach. W dziele Kurosawy zagrali Toshiro Mifune oraz Takashi Shimura. Mifune zyskał sobie wielką sławę i stał się znany także daleko poza Japonią, ale to Shimura dzierży palmę pierwszeństwa w tym duecie. Można się spotkać z opiniami, że jest to jeden z najbardziej wartościowych aktorów dwudziestego wieku. Obaj zagrali na poziomie i zostawili w filmie serce i trochę krwi, przy czym Shimurze przypadła postać poważniejsza, istotniejsza fabularnie (Kambei Shimada, lider grupy), natomiast Mifune otrzymał przydział nieco mniej chwalebny: jego Kikuchyio to swego rodzaju błazen, a na pierwszy rzut oka nawet nieudacznik, dopiero później okazuje się, że jest kimś lepszym niż pozory wskazują. Mifune i Shimura stworzyli role wyraziste. Może nawet hiperwyraziste lub jak kto woli: przerysowane, ale to akurat kwestia kontekstu.

Nie da się ukryć, że „Siedmiu samurajów” ma sześć dekad na karku, acz nadal robi wrażenie niezwykła precyzja reżyserskiego zamysłu. Podobno Kurosawa kazał strzelać do aktorów prawdziwymi strzałami (oczywiście, nie kazał trafiać), aby emocje były rzeczywiste. Dodatkowo, już poza scenariuszem, reżyser stworzył niezwykle rozbudowany rejestr mieszkańców wioski ze starannym opisem relacji pomiędzy nimi, a nawet genealogią, aby aktorzy grający chłopów nie pogubili się nawet przez chwilę! Zresztą, aktorzy musieli rzeczywiście nocować w wiejskich chatach, coby należycie wczuć się w klimat historii i dotyczy to także odtwórców ról samurajów. Kamieniem węgielnym filmu był oczywiście scenariusz, nad którym praca trwała przez czterdzieści pięć dni – Kurosawa i jego dwóch pomocników nie przyjmowali przez ten czas telefonów i z nikim się nie spotykali, a efektem tego poświęcenia, prócz rewelacyjnego skryptu, były także liczne problemy natury zdrowotnej!

„Siedmiu samurajów” to film niezwykle długi: liczy sobie dwieście siedem minut! Nie jest dobrze oglądać go w kinie, ale – na szczęście – obraz ów spadł już ze srebrnych ekranów, dostępny jest przede wszystkim w edycjach kolekcjonerskich na dvd, od czasu do czasu odgrzewa go telewizja. Jeśli macie wybór, podzielcie go sobie na kilka seansów – nawet cztery czy pięć. Nie odbędzie się to ze stratą dla dzieła Kurosawy, wręcz przeciwnie: unikając zmęczenia (dwieście minut toż to maraton jest!), łatwiej skupić się na ciekawych detalach i docenić talent reżysera i aktorów. Fani po dziś dzień zajmują się odnajdywaniem smaczków w najsłynniejszym z filmów Kurosawy i pewnie ich katalog nie zostanie nigdy zamknięty. Na jednym z forów znaleźliśmy np. ciekawą interpretację sztandaru uszytego przez któregoś z samurajów: jest na nim sześć kółek symbolizujących wojowników i… jeden trójkąt przeznaczony Kikuchyio. Żart i kpina z zawadiaki? Zdaniem niektórych: niekoniecznie. Raczej rozbudowana nomenklatura służąca opisowi grupy, wyjaśniająca, iż Kikuchyio nie jest klasycznym samurajem i że bliżej mu do chłopów niż typowych wojowników. W innym przypadku pojawiła się wątpliwość co do użycia w pewnej scenie miecza no-dachi (również przez Kikuchyio). To wielkie, dwuręczne ostrze, niezbyt sensowne do bliskich pojedynków. Kurosawa nie popełniłby zapewne błędu merytorycznego, a więc nie nakazałby samurajowi użyć niewłaściwej broni. Tym razem był to chyba jednak żart i kpina z zawadiaki, zwłaszcza że kilka scen dalej Kikuchyio przed ruszeniem do walki oddaje miecz, a przeciwnika pokonuje skacząc na niego. Być może próżnym wysiłkiem jest interpretowanie liczby samurajów, ale można spróbować i tego. W kulturze japońskiej siódemka symbolizuje siedmiu bogów szczęścia i powodzenia, stanowi zatem pomyślny omen.

Gwoli kronikarskiej dokładności, dodajmy jeszcze, że „Siedmiu samurajów” zdobyło Srebrnego Lwa w Wenecji, kilka nominacji BAFTY oraz do Oscarów, a także garść nagród na pomniejszych festiwalach. Jeśli przeraziło Was dwieście siedem minut trwania filmu, to pewnie podobnemu przerażeniu ulegli edytorzy w szeregu krajów na całym świecie. Rekord w używaniu nożyczek padł w USA, gdzie pierwsze wydanie filmu liczyło sobie zaledwie… 140 minut i dopiero reedycja spęczniała do 203 minut. Także w Wielkiej Brytanii zadowolono się zaledwie 150 minutami, a typowa, handlowa wersja międzynarodowa liczyła sobie minut 160.

„Siedmiu samurajów” to film bardzo precyzyjnie skonstruowany. Kadr po kadrze, scena po scenie, Kurosawa wykuł swoje opus magnum. Czerń i biel doskonale konserwują zamysł autorski, a obraz może zachwycić nawet dzisiaj, po ponad połowie wieku. Film ten warto obejrzeć, ale należy się do niego odpowiednio przygotować. To nie jest japoński odpowiednik westernowych „Siedmiu wspaniałych”, to nie thriller ze skrótowo naszkicowaną fabułą i akcją pędzącą zbyt szybko, aby zauważyć dziury w poszyciu całej konstrukcji. To propozycja dla tych, którzy lubią kino niekoniecznie lekkie, acz przede wszystkim dobrze zrobione, poddające się interpretacjom, chętne do analizy i rozbijania na atomy.

PS. jeśli szukacie dobrej edycji filmu, to polecamy tą poniżej – niezły remastering, dobre nagranie, wad brak (to nie była reklama).

Reklamy

20 thoughts on “Parszywa Siódemka Kurosawy, czyli słów kilka o „Siedmiu Samurajach”

  1. „7 samurajów” to niestety film do którego trzeba dojrzeć, co zauważyłem po sobie. Pierwszy seans w wieku 10 lat zaowocował sporym rozczarowaniem. Dopiero po latach zauważyłem i wyczułem smaczki tej perełki. Film jest za długi nawet dla dorosłego, zachodniego widza, a co dopiero małolata. Większe wrażenie zrobił na mnie „Tron we krwi” – dlatego, że Szekspir jest jednak mocniej osadzony w wyobraźni, to i recepcja łatwiejsza i przekaz czytelniejszy. A siódemka już się zapisała dużymi literami w historii kina. Niestety nigdy nie będzie to film dla mas ze względu właśnie na rozmach czasowy rodem z Bombaju i dość powolną akcją. Ale na każde dzieło przychodzi jego moment w historii.

    • „Tron we krwi” podobał się nam – dla odmiany – mniej. Może to kwestia nieco innej narracji?

      „Siedmiu samurajów” widzieliśmy po raz pierwszy właśnie teraz (no, będzie parę miesięcy temu, bo recka jest moooocno opóźniona). Mieliśmy całą bazę oczekiwań i gotowych kontekstów, jak to zwykle w takich przypadkach bywa. Najważniejsze odniesienie – przynajmniej dla piszącego te słowa – to „Siedmiu wspaniałych”, jeden z lepiej zapamiętanych filmów z dzieciństwa. Bo „Siedmiu wspaniałych”, w przeciwieństwie do „Samurajów” jednak spokojnie dawał się obejrzeć nawet w szczenięcym wieku 😉

      wydaje mi się, że filmy, które nie wchodzą łatwo, czasami są po prostu ciekawsze niż te, które przelatują przez ciało jak woda. Zdarzyło się nam recenzować (jest na blogu) np. „Mr. Nobody” – pozycję też horrendalnie długą, przedziwnie skonstruowaną, pełną nietypowych zagrań i ogólnie: szaloną. Bardzo się nam spodobała, choć jednocześnie jesteśmy w pełni świadomi faktu, że innego dnia, przy innym nastawieniu… moglibyśmy nie przetrwać nawet dwudziestu minut.

      • „7 wspaniałych” świadczy troszeczkę o kompleksie Amerykanów: „jak mogą robić to lepiej od nas?!” Samurajowie Kurosawy są wspaniałą opowieścią, fenomenalnie wyreżyserowaną z bardzo wyrazistymi postaciami, co ujęło Jankesów do tego stopnia, że przenieśli uproszczoną opowieść w swoje realia. Ja tam „7 wspaniałych” strasznie lubię właśnie za tę lekkość i patosik (ale najbardziej za muzykę). Amerykanie już nas oswoili z ich tendencja do remake’ów: Jak nie klątwy, to ringi, widma, rec, nawet Les Visiteurs nie odpuścili i TAXI. I oczywiście zgodzę się, że o odbiorze pewnych filmów decyduje głównie nastawienie. Ale moim zdaniem świetna opowieść zawsze się obroni bez względu na to czy ma 7 minut, czy 3 godziny 🙂

        • to fakt, kopistyczne zacięcie Jankesów jest niesamowite, ale w gruncie rzeczy jest ono dość oczywiste. Żaden inny kraj nie ma tak dobrze rozwiniętej sieci sprzedaży artefaktów kulturowych. Film etniczny powstający w Ugandzie pozostaje w Ugandzie. Ten sam film zrobiony w USA staje się dobrem globalnym. Albo złem. Uwzględniając to co się dzieje obecnie w Hollywood to jednak częściej złem 😉

          a czy dobry film zawsze się obroni? Tutaj w grę wchodzi kwestia subiektywnych sądów. Wiadomo: co się komu podoba…

  2. Oooo, wreszcie xDD Świetny tekst!

    I tak wyimkowo-wyrywkowo-bezskładnie:

    Dzieło Kurosawy przenosi nas do średniowiecznej Japonii
    No tak, era Sengoku – coś między XV a XVI wiekiem
    Wiem, że uproszczenia są konieczne ; )

    można wręcz napisać, iż są to wysmakowane obrazy
    Piękne ujęcie

    Wcześniejsze są na przykład: Pijany Anioł, Rashōmon (luźno na kanwie opowiadań Akutagawy), Idiota (luźno na motywach Dostojewskiego), Ikiru (Piętno – chyba taki był polski tytuł), ale w nich nie ma aż takiej płynności jak w Siedmiu Samurajach, to prawda. Cieszę się, że zwróciliście w tym tekście na to uwagę.

    Kurosawa nawet nie tyle ekranizował Szekspira, co wykorzystał (świetnie, zachwycająco) motywy – choćby w Kumonosu jō (Tron we krwi – nie jest tłumaczeniem odpowiednim, ale się przyjęło chyba z angielskiej wersji językowej) zachwyca mnie szczególnie połączenie szekspirowskiej Lady Makbet z japońskim wyobrażeniem o kobiecie opętanej przez demona. Doskonałe. A Ran to mój ulubiony film Kurosawy.
    Dużo u niego jest też z rosyjskiej literatury – choćby wcześniej wspomniany Idiota. Albo Dersu Uzala. Sięgał i po rodzimą literaturę (Natsumego czy Akutagawę – tych wielkich ; )).

    Odnośnie „kompleksu drużyny”:
    – warto zwrócić uwagę na japońskie podejście do życia w grupie, w dużej zbiorowości, do nie wychylania się (ta unifikacja) – dobrze widoczne i dziś, i niegdyś,
    – to też nie tak, że jest podział na „złych bandytów” i „superherosów” – nie ma jednoznacznie złych u Kurosawy (przynajmniej z mojego punktu widzenia), bo każdy ma swoje motywy i, jak słusznie wspomnieliście, odgrywa swoją rolę społeczną,

    A to zdumiewające, co piszecie o śmierci aktorów – nie zwróciłam na to uwagi.

    Ostatni samuraj to jedna wielka pomyłka.

    Takashi Shimura jest świetnym aktorem. W każdym filmie Kurosawy, w którym zagrał, jest zachwycający. Bardzo… teatralny. Chociaż niepozorny, mnie reprezentatywny niż Mifune.

    A tam, przerysowane ; p Ale to i tak temat na inną dyskusję/tekst.

    Ja oglądałam jednym ciągiem – nie jest aż tak źle. Wysiadłam natomiast przy Sadze o judo, o ile pierwszą obejrzałam, o tyle drugiej do tej pory nie.

    Opus magnum, mówicie. Ciekawe.

    Warto było czekać na Wasz tekst o Siedmiu samurajach xD

    • w Europie średniowiecze zamyka się dwiema datami – czcionką Gutenberga i lądowaniem Kolumba w Ameryce (czyli 1450 i 1492, zatem końcówka XV wieku). W Japonii średniowiecze jest chyba liczone nieco inaczej, przyznam, że nie poczuwam się do odpowiedzi w tym temacie, ale jeśli uznamy, że nadejście nowych wieków musiało się wiązać z jakimś mocnym przełomem, to pewnie koniec owego średniowiecza nastąpił tam później. Sengoku to podokres ery Muromachi – nie wiem czy zgodzisz się ze stwierdzeniem, że Muromachi w pewnym uproszczeniu jest właśnie japońskim średniowieczem? (XIV – XVI wiek)

      Oglądałem kiedyś Rashomon i chyba Idiotę (ale głowy nie dam). Zbyt dawno temu jednak, aby cokolwiek pamiętać i pokusić się o estetyczne porównanie ;-). Dzięki więc za podpowiedź – wspomnienie tych tytułów rozbudowuje naszą obserwację, a że ta okazała się przy okazji mniej więcej trafna to już super 😉

      Dzięki za rozbudowane uwagi, bardzo cenne co do jednej! Pozwolę sobie ustosunkować się do wybranych, coby nie mielić niepotrzebnie bajtów:

      – życie w grupie w Japonii – fakt, którego nie uwzględniliśmy w eurocentrycznym pędzie. Ciekawe jest, czy motyw tworzenia drużyny jest zatem szczególnym dzieckiem kultury azjatyckiej (i japońskiej zwłaszcza) czy po prostu jest to zabieg narracyjny przypadkowo jedynie podpadający pod kulturową dominantę?

      – naszym zdaniem bandyci są źli jednoznacznie ;-). Może dlatego, że Kurosawa nie poświęca im wiele uwagi i szkicuje ich skrótowo, jako mroczną masę zła. Być może gdyby film miał 300 minut zamiast marnych 207… wtedy by rzecz wyglądała inaczej ;-). Nie upieram się, że czarno-biały podział jest zabiegiem celowym, może to tylko efekt ograniczeń narracyjnych…

      Fajno, że tekst się spodobał. Z pewnością nie jest wyczerpujący. Dałoby się jeszcze pisać i pisać, ale wyszło tego siedem stron worda (jakże symboliczna ilość, prawda?) i to już przekroczyło statystyczną pojemność odbiorczą przeciętnego czytacza, więc nie chcieliśmy jeszcze tego tekstu rozbudowywać.

      Aha, widzę, że też doceniasz Shimurę. Nie jest dziwne, że w Europie jest mniej znany niż Mifune?

      • Z tymi datami różnie bywa – co chwilę wszyscy się spierają, kiedy się zaczęło, kiedy się skończyło ; )
        Japonia inaczej (bym powiedziała, że lepiej, bo jasno i klarownie) oznacza kolejne epoki, dlatego zamiast określeń typu „średniowiecze”, zwykle wolę operować datami w odniesieniu do ichniejszej sztuki. Ale rozumiem, jaka była Wasza intencja – dlatego nic więcej nie mówię.

        – hm, też mnie to zastanawia; może nie tyle japońskiej, co raczej kultur kształtowanej pewnymi filozoficzno-religijnymi myślami, ideami – bo Japończycy wiele (nawet pismo) „zapożyczyli” od choćby Chińczyków.

        – pewnie kwestia optyki – lepiej widać to w Ranie czy Pijanym Aniele, a chyba najlepiej w Niebie i piekle.

        Pewnie, o takich filmach można całe książki pisać, a i tak będzie mało. Ale cieszę się, że tak dobry i rzetelnie napisany tekst miałam okazję przeczytać xD

        Nie dziwi mnie, że jest mniej znany. Przede wszystkim dlatego, że w Europie – jak sami napisaliście – bardziej się zna nazwisko „Kurosawa”, niż jego filmy. A skoro się zna nazwisko, to zdecydowanie łatwiej zapamiętać Mifunego wylansowanego w Europie i Ameryce jako naczelnego aktora Kurosawy. Do czego przyczynił się też w dużej mierze ów bliżej niedookreślony „konflikt”. No ale Mifune ma prezencję, jest przystojny, porywający. Shimura zdaje się bardzo teatralny (choćby to, że jednym gestem, zmianą intonacji czy miny potrafi wyrazić bardzo wiele), niepostrzeżenie włada filmem, ma siłę niebywałą, jest wymagający, stawia wysoko poprzeczkę.

        • oczywiście, nie można zapominać, że periodyzacja ma charakter umowny, więc każdy podział jest dyskusyjny 😉

          podoba mi się wspomniana teatralność Shimury. Potrafi porwać widza: kiedy się uśmiecha, każdemu się chce uśmiechać. A kiedy się złości, każdy się złości 😉

          dzięki za miłe słowa, pisanie tego tekstu to była przyjemność. Przyjemnością było też ponowne zanurzenie się w świat Kurosawy i rozbijanie na atomy różnych motywów. Ten film się świetnie czyta, a zabawa z nim nie kończy się na napisach końcowych. Za parę miechów trzeba będzie rzucić na ruszt jakiś jeszcze obraz Kurosawy…

          • Ten film się świetnie czyta
            Tak. Dobra metafora (bo chyba zamierzone? ; )).

            Ależ, czemu za kilka miesięcy? xD Jakżeż to xD
            Ciekawa jestem, co też tym razem wybierzecie.

          • też jesteśmy ciekawi co wybierzemy. Czeka nas jeszcze wyprawa do sklepu ;-). Do napisania jeszcze kilka recenzji, warto się z nimi obrobić. W najbliższych tygodniach zanurzymy się na chwilę w świat westernów, coby pozostać tematycznie blisko… 😉

          • Westerny? A to będzie ciekawie xD’
            I jako przewrotne podsumowanie dobrze by było zamieścić recenzję albo omówienie wspomnianej… Ukrytej fortecy Kurosawy – pozostawiam pod rozwagę Szanowny Autorów ; )

          • Zobaczymy co się uda upolować :-). Miałbym ochotę na Rana ale i Ukryta da rade :-). A z westernów czeka… Leone 🙂

          • cierpliwość jest taktyką dobrze dopasowaną do naszych możliwości i chęci 😉

  3. Świetny tekst, taka recenzja i analiza w jednym, czyta się dobrze, szczególnie tym, którzy film oglądali. „Siedmiu samurajów” oglądałem kilka razy w telewizji, mimo że pokazywany był bardzo późno (po północy) to nie miałem problemów z wytrwaniem do końca przez te dwieście minut seansu. A np. film „Ran” nie udało mi się obejrzeć w całości, właśnie z powodu późnej pory emisji. Fabuła jest banalna i można ją streścić w jednym zdaniu, ale ten film dopiero na ekranie nabiera prawdziwych emocji i należy film obejrzeć od początku do końca, by docenić jego wartość. Perfekcyjnie wyreżyserowane dzieło z dobrze poprowadzoną akcją i z ciekawymi portretami psychologicznymi samurajów i mieszkańców wioski. Podobał mi się również western „Siedmiu wspaniałych”, nie jest to bezmyślna rozrywka, lecz dość ambitny i kreatywny przykład przeniesienia japońskiego oryginału w westernowe realia. Z filmów Kurosawy najbardziej podobały mi się, oprócz „Siedmiu samurajów”, wspomniany przez poprzedniczkę „Dersu Uzała” oraz niedoceniana, ale według mnie świetna, rozrywkowo-przygodowa „Ukryta forteca”.

    • dzięki za komentarz i miłe słowa 😉

      „Siedmiu wspaniałych” rzeczywiście nie są głupawym filmem, ale – z drugiej strony – mimo pewnej ukrytej treści są pozycją przystępniejszą niż „Siedmiu samurajów”. Może dlatego, że da się ich obejrzeć bez konieczności wyłuskiwania tzw. bonusów interpretacyjnych, podczas kiedy „Siedmiu samurajów” traci, jeśli ograniczyć się do pobieżnego oglądania tegoż filmu.

      „Ukryta forteca” to chyba dość szczególna pozycja w dorobku Kurosawy, właśnie przez te cokolwiek komiczne akcenty 😉

      Kurcze, czyżbyśmy tylko my mieli problem z przetrwaniem 207 minut filmu na jedno posiedzenie? ;-D

  4. „Każdy o nim słyszał, ale nie każdy go oglądał. Trochę jak z Yeti, prawda? A jeśli nie z legendarnym futrzakiem, to z pewnością samurajska siódemka ma coś wspólnego z takimi dziełami kultury jak „Ulisses” Jamesa Joyce’a czy nawet Biblia. Oczywiście jedyna płaszczyzna wspólnoty to właśnie owa powszechna znajomość danego artefaktu bez osobistego z nim się zapoznania – znajomość, którą można określić mianem kulturowej, może nawet memowej” – bardzo trafnie napisane. Ciekawy tekst! I nic nie szkodzi, że ma taką objętość, o takich filmach nie powinno pisać się w kilku słowach. Ja już dawno oglądałam „Siedmiu Samurajów” więc Wasz komentarz do filmu motywuje mnie do odświeżenia tego tytułu.

    • dzięki 😉

      odświeżyć sobie ten film warto. Zdecydowanie. A co do pisania długich tekstów… heh… o „Siedmiu samurajach” dałoby się napisać paręset stron, to gigantyczny wręcz zasób tematów do wykorzystania 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s