Opus magnum Kurosawy, czyli subiektywnie o „Ran’ie”

ran plakatOdgrażaliśmy się parę razy, że napiszemy o innych (niż tylko Siedmiu samurajach) filmach Akiro Kurosawy. I oto, po wielu miesiącach, ambitne zamierzenie staje się faktem. Na wokandę wzięliśmy Rana, jedno z ostatnich dzieł japońskiego mistrza..

Poniższy tekst nie należy do najkrótszych, ale tym razem nie dało się zbyt mocno szaleć z nożyczkami. Potraktujcie to jako coś więcej niż recenzję i krótką wskazówkę typu „obejrzeć czy nie?”.

Zapraszamy do lektury! 


„Ran”

Na początek krótkie doprecyzowanie. Ran powstał w roku 1985. Japończyk zmarł trzynaście lat później, a nim odszedł, nakręcił jeszcze trzy obrazy. Jednak to właśnie Rana możemy uznać za ostatnie naprawdę ważne i wielkie schyłkowe dzieło Kurosawy. Po Ranie Kurosawa tworzył już wolniej, z mniejszym przekonaniem.

Wielkie dzieło, w tym konkretnym przypadku, nie oznacza iż doskonałe. W rzeczy samej Ran jest pozycją zaskakująco nierówną, a nawet niespójną technicznie. Pewne elementy obrazu zostały dopracowane i robią wrażenie nawet dzisiaj, prawie trzy dekady po powstaniu. Inne zadziwiają nadmierną prostotą i banałem, który wszak nie należy do typowych dla Japończyka narzędzi twórczych. Czytaj dalej

„Ona” – recenzja filmu

onaŚcigamy się sami z sobą i ciągle przegrywamy. Ledwo obejrzymy jakiś fajny film, ledwo zaświeci nam pomysł na jego recenzję, ledwo ją napiszemy i wstawimy na bloga… i okazuje się, że właśnie minął miesiąc. Lub półtora ;-).

Sami już nie pamiętamy, kiedy oglądaliśmy filmy Spike’a Jonze Ona. Chyba w lutym, ale głowy nie damy. To jednak kwestia drugorzędna. Liczy się, że spodobał się dość, abyśmy chcieli mu poświęcić jeszcze odrobinę uwagi. Jest kilka powodów, dla których nad Oną zastanowić się warto. Jeśli zatem macie odrobinę czasu, zapraszamy do lektury naszej recenzji.

Współczesne kino science fiction zdominował paradygmat obfitej wizualności: musi być spektakularnie, pięknie i zapierać dech w piersiach. Scenariusze i fabuły straciły na znaczeniu w gatunku, który jakiś czas temu uchodził za komfortowe okno zwyczajnego Kowalskiego i Smitha na świat filozofii, socjologii i paru innych dziedzin nauki, oczywiście także (a może przede wszystkim) z uwzględnieniem technologii. Na fali tej rozbuchanej wizualności przetaczają się przez ekrany kin dzieła, które korzystają z taryfy ulgowej: filmy bazujące na komiksach oraz ente części prastarych cykli. Od czasu do czasu trafia się jednak perełka: taką jest Ona Spike’a Jonze. Film pod niemal każdym względem niezwykły – choć nie idealny, to godny obejrzenia. Czytaj dalej

„Człowiek ze stali”

Man-of-Steel-U.S.-Poster-LogoCzłowiek ze stali to kolejny z comebacków filmowych w roku 2013. Historia, która zdawałoby się, została już do cna wyeksploatowana, doczekała się kolejnej reinterpretacji. Jak to zwykle przy takich okazjach bywa, opowiedziano ją całkowicie od nowa, aby lepiej pasowała do wymagań współczesnego widza.

Lub po prostu do szablonów współczesnego kina.

Skorzystaliśmy z faktu, że rok 2013 okazał się troskliwy dla wielbicieli science fiction i okolic, a Człowiek ze stali to drugi, obok Star Trek. W ciemność film, który obejrzeliśmy właściwie przypadkiem, wcale nie mając na to większej ochoty. I ponownie daliśmy się zaskoczyć. W ramach spóźnionej podróży po wybranych pozycjach z roku 2013, zapraszamy Was dzisiaj do przeczytania paru słów o nowej wersji Supermana. Czytaj dalej

„W ciemność. Star Trek”

wciemnośćW minionym roku nie byliśmy częstymi gośćmi w kinie, by nie powiedzieć, że do przybytku X Muzy zaglądaliśmy bardzo rzadko. Tym niemniej, parę filmów udało się nam obejrzeć. Z uwagi na wbudowane lenistwo nie chciało się nam o wszystkich pisać – nie zamierzamy zanudzać Was także teraz wspomnieniami z tracenia wzroku, ale o kilku obrazach jednak napiszemy.

Po krótkim namyśle uznaliśmy, że W ciemność, czyli nowy Star Trek zasługuje na garść słów. Czemu zasługuje? O tym poniżej. A czemu garść? Bo postanowiliśmy mocno skrócić nasze epistoły. Jeśli nie będzie absolutnej potrzeby, to o filmach onibe pisać będzie w miarę krótko, a może nawet rzetelnie. Tego ostatniego nie obiecujemy, bo dobrze nam z naszym paskudnym, subiektywnym postrzeganiem hollywoodzkiej rzeczywistości ;-).

Ale, ale… my tu gadu gadu, a Enterprise oddala się od Ziemi, lecąc z prędkością Warp. Zajmijmy się nim póki jeszcze w ogóle majaczy na horyzoncie.

Obraz J. J. Abramsa zaskoczył nas niepomiernie. Okazał się strawny. Ba! To jeszcze nie zasługuje na wzmiankę, wszak Abramsowi udaje się od czasu do czasu stworzenie filmu wartego ceny kinowego biletu. W ciemność jest więcej niż strawna. Jest naprawdę dobra. W swojej kategorii, rzecz jasna, ale mniejsza o detale. Czytaj dalej

Zbierając łuski z Magnum 44. czyli śladami Brudnego Harrego

brudny harry kolekcjaOnibe-W-Dwójcy-Jedyne co jak co, ale obiecywać potrafi ;-). To też i non stop obiecuje, że a to książki ambitniejsze zrecenzuje, a to film jaki opisze. Dzisiaj następuje druga z tych okoliczności przyrody.

Na wokandę wzięliśmy cykl filmów z Clintem Eastwoodem, w których ten charyzmatyczny aktor gra jedną z najważniejszych ról swojego życia: „Brudnego” Harrego Callahana, inspektora z wydziału zabójstw policji San Francisco.

Nie każdy pamięta, że Brudnych Harrych było sztuk pięć. I my je wszyściutkie obejrzeliśmy, a poniżej prezentujemy nasze wrażenia – poczynając oczywiście od pierwszej części. Kolejne niebawem.

Miłej lektury!

dirty harry logoBRUDNY HARRY (Dirty Harry – 1971)

Pierwsza z odsłon cyklu. Poznajemy w niej Harry’ego, kłopotliwego gliniarza z San Francisco, który ma dość specyficzne podejście do swojej roboty. Najkrócej określić je mianem bezkompromisowego. Harry uznaje tylko jedną metodę walki z przestępcami: skuteczną. Poprzez skuteczność rozumie zaś posłanie delikwenta do piachu, w ostateczności do więzienia federalnego.

Burmistrz: Nie chcę powtórki z tego co urządziłeś przed rokiem w Fillmore. Jasne? To moja polityka.
Harry: Gdy dorosły mężczyzna chce zgwałcić kobietę, zabijam go. To moja polityka
Burmistrz: „Chce”? A skąd pan to wiedział?
Harry: Kiedy nagi mężczyzna goni kobietę z nożem i narządem w wzwodzie chyba nie zbiera na Czerwony Krzyż, nie?
(wychodzi) Czytaj dalej

Recenzja filmowa – „Django”

Jak już zaczęliśmy nadrabiać wizyty w kinie, to poszliśmy na całego ;-). Oprócz Lincolna, którego opisaliśmy, oraz Atlasu chmur, którego nie opiszemy, widzieliśmy także Django. Co ciekawe, film Tarantino okazał się najlepszym – w naszym mniemaniu – widowiskiem kinowym od pewnego czasu. Nie twierdzimy, że za rok będziemy o nim pamiętać, ale póki co jesteśmy pod wrażeniem ;-).

Stąd… poniższa quasi-recenzja, czyli przydługie gadanie o niczym i o Django. Zapraszamy wytrwałych ;-).

django plakat

Django – Wild, Wild Tarantino

Bardzo chcielibyśmy nie lubić Quentina Tarantino. Facet ma w sobie coś takiego, że chciałoby się dać mu w mordkę (uprzednio rysując ją na ścianie, bo nie oszukujmy się: inne sposoby nie są nam dostępne) lub zastosować jakąś formę dekapitacji, choćby artystycznej. Ale, niestety: upewniamy się ciągle od nowa, że cenimy go jako reżysera. Wbrew sobie, wbrew głęboko zakorzenionemu atawizmowi, wbrew wrodzonej niechęci do rewolucjonistów, dziwaków i innych ości w mainstreamowym gardle. Czytaj dalej

Recenzja filmowa – „Lincoln”

Powiedzieć, że utraciliśmy synchronizację z globalnym frontem kinematograficznym, to powiedzieć zbyt mało. Faktem jest, że od dawna już szerokim łukiem omijamy kina, a jak już któreś odwiedzamy, to najczęściej z tych z mniejszych, starszych, ukrytych wstydliwie przed wzrokiem świata i wyświetlających filmy, których premiery zostały już dawno temu zapomniane. Brak czasu powoduje też, że kontakt z dziesiątą muzą utrzymujemy przede wszystkim przez płyty dvd – Bogom niechaj będą dzięki za wypożyczalnie! W tym roku postanowiliśmy jednak trochę zaległości nadrobić. I przez chwilę znowu być na bieżąco.

Lub prawie na bieżąco ;-).

Efektem tego postanowienia było kilka seansów, z których zapewne się spowiemy na łamach bloga. Dzisiaj zapraszamy Was do lektury recenzji Lincolna Stevena Spielberga, dzieła, po którym obiecywaliśmy sobie naprawdę dużo, a które nieco nas rozczarowało. Nie żeby Spielberg zapomniał jak się kręci filmy – jego warsztatowi nic zarzucić nie można, ale… Zresztą, po co uprzedzać fakty? Poniżej zapoznacie z naszą pełną, jak zwykle nadmiernie rozległą opinią ;-).

Miłej lektury!

lincoln

Lincoln kontra Lincoln

Abraham Lincoln to jeden z kilku prezydentów Stanów Zjednoczonych, których zna nie tylko każdy Polak, ale nawet każdy Amerykanin1. Do grupy tak docenionych polityków dorzucić możemy jeszcze Jackie Kennedy (lub, w ostateczności, jej męża, tylko po co?) i F.D. Roosevelta (wygrał wojnę światową, co prawda nie w pojedynkę, lecz jednak!). Ewentualnie jeszcze Reagana i Waszyngtona. Wbrew pozorom, Lincoln wcale nie jest najbardziej nietuzinkową postacią w tak elitarnym gronie2, a nawet powiedzieć możemy, że potencjalnie drugorzędną. Czego dokonał? Utrzymał jedność Stanów Zjednoczonych – zwyciężył Skonfederowane Stany w wojnie, która pochłonęła ponad sześćset tysięcy ofiar śmiertelnych (plus plagę kalectw fizycznych i psychicznych), zdewastowała kraj i… otworzyła Ameryce drogę do światowej mocarstwowości. Jednak samo zwycięstwo w wojnie secesyjnej to mało, aby Lincolna hołubić. Może lepszym powodem jest jego drugie osiągnięcie, a mianowicie zniesienie niewolnictwa.

  Czytaj dalej

Naftalinowa recenzja: „Dolarowa trylogia” Sergio Leone

Jakiś czas temu – raczej dłuższy niż krótszy – odgrażaliśmy się, że obsmarujemy słynną trylogię westernową Sergio Leone. Oto nadszedł czas ku temu odpowiedni. A skoro się naczekaliśmy, to przejdźmy do konkretów, a więc do samego tekstu.

Zapraszamy do lektury!

Dolary w spaghetti i garść ołowiu

Western to jeden z tych gatunków, które ciągle czekają na uznanie ze strony goalkeeperów broniących bram twierdzy Wysokiej Kultury. Jest wiele powodów, dla których takiego awansu gatunek się zapewne nie doczeka – jakich konkretnie? Do tego jeszcze wrócimy, acz nie w tym tekście. Na ten moment zadowólmy się stwierdzeniem, że western, od wielu dekad niepotrafiący odzyskać dawnej popularności, ma stałych wielbicieli i to po obu stronach srebrnego ekranu. Faktem jest, że nowe obrazy w tej kategorii powstają rzadko, a jeśli już, to z klasyką gatunku nie mają wiele wspólnego. Pod tym względem western podzielił los innych „wąskich” gatunków, takich jak science fiction, horror czy musical – zostały one zassane przez mainstream, utraciły unikalne parametry, a poprzez uratowane od zagłady, charakterystyczne dla siebie cechy, realizują założenia fabularne owego mainstreamu. Jeśli szukamy rdzenia owych gatunków – dodajmy: rdzenia czasami bardzo hermetycznego, zwłaszcza z perspektywy współczesnego widza – cofnąć się musimy o kilka dekad wstecz. Tutaj pojawia się miejsce dla Sergio Leone i jego słynnej „Trylogii dolarowej”, o której chcielibyśmy napisać Wam dzisiaj kilka słów.

  Czytaj dalej

Parszywa Siódemka Kurosawy, czyli słów kilka o „Siedmiu Samurajach”

Dawno, dawno temu, za siedmioma postami, za piętnastoma weekendami… obiecaliśmy napisać recenzję „Siedmiu samurajów” ;-). Długo, długo trwało nim udało się nam zabrać do tego tekstu, ale co się odwlecze, to nie uciecze.

Jako, że „Siedmiu samurajów” to pozycja nienowa, pozwoliliśmy sobie skrobnąć nieco inną recenzję niż zwykle. Oznacza to, że przede wszystkim – przepraszamy! – jest dłuższa, ale na tym, rzecz jasna nie koniec ;-).

Dosyć gadania, pora na czytanie. Zapraszamy zatem do lektury!


Parszywa Siódemka Kurosawy, czyli słów kilka o „Siedmiu Samurajach”

Im dalej w las, tym więcej drzew. Im dana kultura lepiej poznana, tym trudniej o szybkie, instynktowne wskazanie najbardziej charakterystycznych jej twórców i artefaktów. I tak, gdybyśmy chcieli wskazać najsilniej kojarzący się z Ameryką film czy też takiegoż „sprawcę”, to zapewne poleglibyśmy w długich dysputach i niekończących się sporach. Pewnie lepiej poszłoby nam z Europą, która choć bliżej naszych kin, przedziwnym trafem ciągle stanowi terra incognita – co nie dotyczy, rzecz jasna, znawców i twardogłowych fascynatów. Niewykluczone, że najmniej kłopotów mielibyśmy z… Japonią. Zastanówcie się: jaki japoński reżyser przychodzi Wam na myśl w pierwszej kolejności? Czytaj dalej

„Unthinkable” – recenzja filmu

Przez chwilę niewiele się u nas działo i niewiele brakowało, a nie działoby się nadal ;-). Bieżące upały wysysają z nas ostatnie resztki sił i nie chce się nic. Poza niczym, skoro już o tym mowa 😉

Dosyć marudzenia, pora na konkrety. Dzisiaj chcielibyśmy Was zaprosić do przeczytania kolejnej podwójnej recenzji filmowej. Tym razem na wokandę wzięliśmy „Unthinkable”. Jest to film sensacyjny, thriller wręcz, który zasłużył sobie na naszą uwagę ze względu na kilka detali. Przede wszystkim, poprzez zakres tematyczny. W filmie jest bowiem mowa o arcyciekawym temacie, jakim jest zakres obowiązywania praw człowieka w sytuacjach ekstremalnych. Jako, że mamy do czynienia z dziełem przeznaczonym dla każdego bez mała odbiorcy, cała opowieść jest podana lekkostrawnie i… No, trochę się zagalopowaliśmy, wszak szczegóły znajdziecie poniżej. Zapraszamy!

Unthinkable

D.: Zauważyłem ostatnio, że nie chce się nam pisać o filmach współczesnych. Rzadko który z nich okazuje się na tyle ciekawy, by opłacało się poświęcić na niego choćby pięć minut już po napisach końcowych (o ile, jakimś cudem, potrafimy do nich dotrwać bez wsparcia koleżanki stolicznej). Oczywiście, poprzez „filmy współczesne” rozumiemy głównie mainstream, pracowicie wykuwany przez bezimiennych bohaterów wielkiej fabryki zwanej Hollywood (a może odwrotnie: przez celebrytów z imionami i nazwiskami wielkimi jak Związek Radziecki. No właśnie: jak Związek Radziecki…). Czasami jednak scenarzyści z wielkich wytwórni biorą się za temat intrygujący, ważny i trudny. Co więcej: bywa, że stawiają inteligentne pytania, a nawet – o matko! – inteligentnie starają się na nie odpowiedzieć. Filmem, który warto przeanalizować pod kątem wystąpienia podobnego zjawiska jest „Unthinkable” (tytuł polski – raczej kiepsko dobrany, to „Bez reguł”). Czytaj dalej