„Pająk z góry Katsuragi” Waldemar J. Dziak, Mirosław M. Bujko

bujko i dziak pajak_z_gory_katsuragi

Od dawien dawna odgrażamy się, że ugryziemy w końcu literaturę japonistyczną, ku której grawitujemy – ze zmiennym szczęściem – od (nomen omen) dawien dawna. Traf chciał, że kiedy ostatnio byliśmy na książkowym głodzie niemal dosłownie w ręce nam spadła (z biblioteczki) książka kupiona ze dwa-trzy lata temu na jakiejś przecenie. Pająk z góry Katsuragi zabrzmiał dość japońsko, by stać się przedmiotem lektury.

Pająk to beletrystyka (i jednak nie do końca japonistyka), ale dość nietypowa. Winę za to należy złożyć – po części – na karb specyfikacji autorskiej. Waldemar Dziak to badacz Azji mający na swoim koncie około dziesięciu pozycji naukowych poświęconych Chinom, Koreom oraz mniej lub bardziej ogólnie Dalekiemu Wschodowi (w biblioteczce, jeszcze z czasów studiów, mamy jego Korea. Wojna czy pokój – polecamy politologom, historykom i wielbicielom gatunku). Mirosław Bujko gra w tym duecie rolę fabularyzatora – Pająk z góry Katsuragi to czwarta w jego dorobku powieść sensacyjna. Sami przyznacie, że to układ cokolwiek niezwykły: spec od mówienia prawdy plus spec od ściemniania. To się nie mogło udać… ale jednak się niemalże udało. Czytaj dalej

Arthur Conan Doyle – „Trujące pasmo”

arthur conan doyle trujące pasmo

Czy jest ktoś, kto nie słyszał nigdy, choćby raz, o przesłynnym detektywie Sherlocku Holmesie? Holmes to ikona literatury kryminalnej i zarazem jedna z najlepiej znanych postaci książkowych, która – notabene – dawno już przeniknęła do innych stref kultury popularnej i elitarnej. Ale, ale… nie o Sherlocku dzisiaj będzie mowa. O ile bowiem wszyscy – lub niemal wszyscy – kojarzą kultowego tropiciela, a dzięki niemu nazwisko jego twórcy, sir Arthura Conana Doyle’a, tak zapewne niewielu z Was wie lub pamięta, że wielki Anglik powołał do życia nie tylko Holmesa. Innym jego fascynującym dziecięciem był profesor Challenger, a powieści, w których się ukazywał to czyste i wcale wysokich lotów (aczkolwiek nieco retrowe)… science fiction. Arthur Conan Doyle i science fiction? Nie inaczej. Wszak to Doyle, na długo przed Michaelem Crichtonem wymyślił niezwykły Zaginiony świat (1912), w którym uchowały się do naszych czasów najprawdziwsze dinozaury. W tymże Zaginionym świecie po raz pierwszy światło dzienne ujrzał profesor Challenger. Po raz drugi pojawił się rok później, w minipowieści Trujące pasmo (1913), które z przyjemnością przeczytaliśmy, a o którym chcielibyśmy napisać słów kilka. Czytaj dalej

Stanisław Lem „Wielkość urojona” – archirecenzja… lub prawie recenzja ;-)

Wielkosc urojona lem

Dzisiaj prezentujemy Wam kolejną ze starych powieści Stanisława Lema. Wielkość urojona to książka niezwykła i nietypowa. Lub na odwrót. Dzieło to nie jest ani klasyczną opowieścią z klasyczną narracją i równie klasyczną fabułą, nie jest to również zbiór opowiadań. Wielkość urojona to coś pomiędzy. Wielkość urojona to a więc („a więc” miało być na początku linijki, ale Pani Od Polskiego mówiła, że niewolnonigdyprzenigdy, więc trafiło dalej) zbiór… wstępów. Tak, właśnie tak. Jakkolwiek dziwnie to brzmi.

Brzmi ciekawe, prawda? Lem odtworzył – a właściwie stworzył – sześć wstępów do sześciu, nieistniejących książek. Nie jest to pierwszy taki przypadek w karierze Lema (w rzeczy samej czwarty, obok Doskonałej próżni, Biblioteki XXI wieku oraz Prowokacji). Jak jednak sensownie zrecenzować taką powieść?

Może nie recenzować jej wcale? Może oddać głos samemu autorowi? Zróbmy tak. Poniżej garść cytatów, które naszym zdaniem interesująco obrazują z czym mamy do czynienia.

Jesteśmy wciąż tak samo dalecy od zrozumienia GOLEMA, jak w chwili, gdy powstał. To nieprawda, że myśmy go stworzyli. Stworzyły go właściwe światu materialnemu prawa, a nasza rola ograniczyła się do tego, że umieliśmy je podpatrzyć.

Rozdział VI: Golem XIV

Czytaj dalej

Opus magnum Kurosawy, czyli subiektywnie o „Ran’ie”

ran plakatOdgrażaliśmy się parę razy, że napiszemy o innych (niż tylko Siedmiu samurajach) filmach Akiro Kurosawy. I oto, po wielu miesiącach, ambitne zamierzenie staje się faktem. Na wokandę wzięliśmy Rana, jedno z ostatnich dzieł japońskiego mistrza..

Poniższy tekst nie należy do najkrótszych, ale tym razem nie dało się zbyt mocno szaleć z nożyczkami. Potraktujcie to jako coś więcej niż recenzję i krótką wskazówkę typu „obejrzeć czy nie?”.

Zapraszamy do lektury! 


„Ran”

Na początek krótkie doprecyzowanie. Ran powstał w roku 1985. Japończyk zmarł trzynaście lat później, a nim odszedł, nakręcił jeszcze trzy obrazy. Jednak to właśnie Rana możemy uznać za ostatnie naprawdę ważne i wielkie schyłkowe dzieło Kurosawy. Po Ranie Kurosawa tworzył już wolniej, z mniejszym przekonaniem.

Wielkie dzieło, w tym konkretnym przypadku, nie oznacza iż doskonałe. W rzeczy samej Ran jest pozycją zaskakująco nierówną, a nawet niespójną technicznie. Pewne elementy obrazu zostały dopracowane i robią wrażenie nawet dzisiaj, prawie trzy dekady po powstaniu. Inne zadziwiają nadmierną prostotą i banałem, który wszak nie należy do typowych dla Japończyka narzędzi twórczych. Czytaj dalej

Stanisław Lem „Wizja lokalna” – archirecenzja

wizja-lokalna-lem

Philip Kindred Dick uznał w przypływie szaleństwa (z którym było mu generalnie po drodze), iż Stanisław Lem to wieloosobowa komórka propagandowa marksistów usiłująca podstępem przejąć kontrolę nad umysłami Amerykanów. Prawdopodobnie Dick nie miał racji, choć oczywiście nie możemy tego wiedzieć z całą pewnością, wszak jesteśmy ofiarami manipulacji Lema osoby lub Lema grupy. Ewentualnie obu. Być może odpowiedź znajduje się w archiwach FBI, bowiem Dick właśnie do tej instytucji zgłosił swoje podejrzenia. Mniejsza o to. Faktem jest, że czytając Wizję lokalną nie sposób oprzeć się wrażeniu, że zaiste Lem jest kilkoma twórcami w jednym, zbiorczym ludzkim opakowaniu, opatrzonym jakże modnym za oceanem trójliterowym kodem-nazwą (której nie podejmujemy się rozwałkować, choć zabawa byłaby przednia).

Wizja lokalna to kontynuacja, luźna, Dzienników gwiazdowych. Mamy tutaj Ijona Tychego, który właśnie powrócił był na Ziemię w glorii kosmonautycznego odkrywcy. Udaje się Tychy na zasłużony odpoczynek aż do Szwajcarii. Tam wplątuje się w kilka kabał, czy to łyżeczkowych, czy to zamkowych, a nawet w obie naraz, aż w Instytucie Maszyn Dziejowych odkrywa możliwe reperkusje swojej wyprawy na Encję i spisanych w jej wyniku wspomnień. Rzecz w tym, że za lat wiele (setki, bo w kosmosie nic się nie dzieje szybko), ktoś na Encji przeczyta owe zapiski. I dokona ich analizy. Po czym je opacznie zrozumiawszy sprawi, że wystosowana zostanie poważna w tonie i dziwna w formie nota protestacyjna… Antycypowanie pojawienia się owej nieistniejącej noty (nie istniały jeszcze istoty, które miały ją spłodzić), stało się faktem przed faktem, a może po prostu ów przyszły fakt zmaterializowało w przeszłości, czyli teraźniejszości. W skrócie: problem to poważny, acz nie do końca bieżący, co jednak nie mogło zrazić wysoce odpowiedzialnych person politycznych, rzeczą poważnie zgorszonych.

Polityka dotyczy bowiem zajść przyszłych, których przewidzieć z pełną trafnością nie można, a polityk wytrawny to ten, który wie o tym doskonale i robi swoje z patriotyzmu, poczucia obowiązku oraz wyższej konieczności dziejowej. […] Czy nie wiadomo mi o tym, że krytyczne decyzje, przesądzające o wojnach światowych, zapadały przy całkowitym nieuwzględnieniu raportów i innych niepodważalnych dokumentów wyjawiających, że wojny wypowiadać nie należy? Jakież znaczenie może zatem mieć to, czy podobne raporty i dokumenty są autentykami, czy fantomami? Jak miałaby właściwie ta różnica wpłynąć na tok urzędowania?[72]

Czytaj dalej

Stanisław Lem „Śledztwo” – archirecenzja

lem2

Kiedyś musiało to nastąpić: osiągnęliśmy punkt przełamania. Zbyt dużo nowej literatury, zbyt dużo ukochanego science fiction, które z pewnego dystansu przestaje być aż tak ukochane. Odgrażaliśmy się (po cichu, pokątnie), że wyłamiemy się z mainstreamu i zanurkujemy w końcu w oceanie szeroko rozumianej klasyki. I oto, stało się. Wakacyjne postanowienie: książki do recenzji zostają w domu, na wyjazd jadą „te inne”. Postanowienie numer dwa: „ta inna” powinna być tytułem możliwie anonimowym, a zarazem sprokurowanym przez twórcę zdecydowanie nieanonimowego. Postanowienie numer trzy: mimo wszystko, byłoby jednak dobrze, gdyby „ta inna” przynależała do któregoś z ukochanych naszych gatunków, a więc science fiction lub kryminału. Na tym warunków koniec. Nikt przy zdrowych zmysłach nie dodawałby kolejnych, skoro i te są potencjalnie nie do spełnienia.

A jednak…

Przez zupełny i niezawiniony przypadek, nasze oczy spoczęły na powieści, która łączy w sobie kilka światów. Na początek postać samego autora, Stanisława Lema, która kojarzyć się musi (i faktycznie tak czyni) z literaturą science fiction. Następnie tytuł i treść książki – Śledztwo – sprowadzające nas do strefy kryminałów, w której de facto pozostaniemy w trakcie lektury. I wreszcie rok wydania dzieła – 1959, podkreślający wspaniałą archiwalność pozycji. Potencjalny kryminał będący zarazem mało znanym („nieodkrytym”) dziełem klasycznego twórcy. Czego chcieć więcej? Odrobiny czasu na lekturę, a tego wszak na wakacjach nie brakuje, prawda? Zobaczmy zatem co w Śledztwie piszczy. Czytaj dalej

„W 80 sekund dookoła wszechświata” – artykuł z Qfantu

q18W ramach walki z dziurami w archiwach, prezentujemy dzisiaj artykuł opublikowany w grudniowym, osiemnastym, numerze Qfantu. Tym razem na wokandę trafił motyw podróży, który zbadaliśmy (bardzo pobieżnie) w literaturze science fiction. Czemu pobieżnie? Cóż, powiedzmy, że nie da się w kilku zdaniach ująć czegoś, co stanowi dobrze zamaskowaną istotę gatunku. Bo przecież, czy wyobrażacie sobie którąkolwiek z kluczowych historii science fiction bez wątku podróży? Zresztą, nie uprzedzajmy faktów. Więcej przemyśleń poniżej.

Miłej lektury!

h

W 80 sekund dookoła wszechświata, czyli słów parę o warpach, nadprzestrzeni i innych przypadkach specjalnych

Pomyśl, w rakiecie człowiek może pęknąć jak bąbel albo skrzepnąć, albo rozgotować się, albo tak prędko wybuchnąć krwią, że ani krzyknie, a potem tylko kosteczki stukają w blachę, kręcą się po orbitach Newtona z poprawką einsteinowską, te nasze grzechotki postępu! A my ochoczo, bo to piękna droga, aż doszliśmy, i w tych komórkach, nad tymi talerzami, wśród nieśmiertelnych pomywaczek, z hufcem wiernych szaf, klozetów oddanych, tu jest nasze ziszczenie… popatrz Kelvin.

Stanisław Lem, „Solaris”

Czy zastanawialiście się kiedyś, czym jest podróż?

Gdybyśmy chcieli odpowiedzieć na to pytanie mając na uwadze przede wszystkim oszczędność słów (takie czasy, oszczędzać należy na wszystkim…), wskazalibyśmy w definicji na główny cel podróży, tj. zmianę lokacji. Podchodząc do tematu czysto teoretycznie (brudnym teoriom powiedzmy stanowcze „niet”!) możemy przyjąć, że proces przemieszczania się jest absolutnie drugorzędny wobec jego „docelowości”. Zapewne nie zgodziliby się z tym filozofowie, którzy jednak, jako rzadko godzący się sami z sobą, w pełni kwalifikują się do pominięcia w niniejszych rozważaniach. Dodajmy do tego doświadczenia tak zwane własne – któż z nas nie telepał się nigdy słynnym „ogórkiem” po szwajcarsko-serowych drogach Rzeczypospolitej Dowolnego Numerka? Któż z nas nie stał wciśnięty niczym szprotka pomiędzy sardynki w środkach komunikacji publicznej, narażony na krew, pot i łzy braci w procederze? Kto z nas, wreszcie, nie odmierzał nieskończoności w niekończących się korkach, objazdach, zatorach i remontach? No właśnie. Aż chciałoby się rzec, że podróż to coś, co należałoby wykreślić z tablicy umysłu. Czytaj dalej

Felieton Miesięcznik Literacki # 18 – luty

Kwiecień to nie taki zły moment aby pogadać o… lutym ;-). A zatem, rzućmy okiem co się wydarzyło w świecie literatury, co oczywiście uczynimy reblogując odpowiedni odcinek qfantowego Miesięcznika Literackiego ;-).

A co właściwie wydarzyło się w lutym, standardowo najkrótszym miesiącu w roku? Wbrew pozorom nie tak znowu mało. Przeczytajcie o najbardziej męskiej pisarce / pisarzu najbardziej kobiecych romansów. A także o Jej Wysokości Aghacie Christie. I jeszcze, na dokładkę, o autorze Gry Endera.

Miłej lektury! 

Czytaj dalej

Felieton Miesięcznik Literacki # 17 – styczeń

Po standardowej, dłuższej przerwie, wracamy do odkopywania zaległości. Czyli standardowo zaległego Miesięcznika Literackiego ;-).

Dzisiaj, w numerze styczniowym, mamy – między innymi – kilka informacji o najlepiej zarabiających pisarzach i najdroższych białych krukach. Słowem: pora na poważną rozmowę o kasie. Oraz… legginsach ;-D

Miłej lektury! 

Czytaj dalej

Recenzje książkowe, odcinek 95 (10/2013)

No i nadeszła. Wiosna. Nie widzicie? Hmm… trochę śnieg ją zasłania, ale ona tam jest. Przyczajona. I nieco zmarznięta. Trzeba będzie bidulę ogrzać, jak już otrząśnie się z białej pelerynki… Ach, co wiosna, to piękniejsza…

Mniejsza o dywagacje pogodowe. Dzisiaj, jak niemal co tydzień, mamy dla Was kilka recenzji książkowych. Tym razem zachęcamy do lektury recenzji Namiestniczki #3 Wiery Szkolnikowej oraz Domu Jedwabnego Anthony’ego Horowitza.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Miłej lektury!

Czytaj dalej