Reflektorem w mrok. Nie taki detektyw idealny, jak go malują… czyli felieton drugi.

23 marca 2011 na łamach QFanta ukazał się drugi felieton z cyklu „Reflektorem w mrok„. Tytuł odcinka brzmi: „Nie taki detektyw idealny, jak go malują…” Tym razem rzecz o drobnych przypadłościach detektywów… Zapraszamy do lektury artykułu, zarówno na stronach QFanta (TUTAJ) jak i w zaciszu naszego bloga, czyli poniżej…

 

Co jak co, ale detektywi nie bywają ideałami! Wśród skaz na kryształowym charakterze literackich śledczych w oczy szczególnie rzucają się ich nałogi. Można by wymienić od groma przypadków – wrzucając je do jednego worka – zamiłowania do alkoholu, pięknych, niekoniecznie trudnych kobiet i upojenia papierosowym dymem.

Najważniejszy, niemal archetypowy byłby w tej grupie on, Philip Marlowe: przyciągający – obowiązkowo piękne i niebezpieczne – kobiety oraz kłopoty, zawsze w świetnym stylu, nieodmiennie ze szklaneczką czegoś mocniejszego (szkockiej, żytniówki itp.) w dłoni. Właściwie niemal to samo można powiedzieć, opisując Sama Spade’a, bohatera „Sokoła Maltańskiego”. To dwaj samotni idealiści walczący ze złem i upadkiem otaczającego świata. I od obu… na kilometr czuć męskie hormony.

Tak sobie myślę, wybaczcie małą dygresję, że Spade powstał cztery lata przed Marlowem, więc to on powinien być literackim wzorem. Z drugiej strony, narodziny Philipa poprzedziła egzystencja innych postaci w twórczości Chandlera: Mallory’ego, Teda Carmady’ego, Teda Malverna i Johna Dalmasa[1]. Może więc podobieństwo Sama i Philipa bierze się z klimatu lat 30. (okres ten stanowił bowiem moment poczęcia obu detektywów)? Może chodzi po prostu o typ postaci? A że to Marlowe wygrał w konkursie na popularność, jest zasługą szczęścia lub/i talentu Chandlera… Jak by nie było, do tego właśnie typu odnoszą się od dziesięcioleci inni pisarze.

A wracając do nałogów, jakkolwiek picie whisky nie wydaje się bardzo problematyczne (z wyjątkiem tych sytuacji, w których ilość przeważa drastycznie nad jakością), o tyle narkotyki, to już znacznie poważniejsza sprawa. Holmes – bo o nim przecież głównie mowa – nie jest typowym nałogowcem. Kokainę lub morfinę bierze z nudów, dla pobudzenia rozleniwionego – z powodu braku ciekawych do rozwiązania spraw – umysłu. Sherlock Holmes sięgnął po buteleczkę stojącą na gzymsie kominka, a następnie wyjął z ładnego futerału wykonanego z marokańskiej skóry strzykawkę. Długimi bladymi nerwowymi palcami osadził na nią delikatnie igłę i podwinął mankiet lewego rękawa. Przez krótką chwilę wpatrywał się w zadumie w swoje żylaste przedramię i nadgarstek, poznaczone bliznami po niezliczonych nakłuciach. Wreszcie wbił igłę w rękę, nacisnął tłoczek strzykawki i z przeciągłym westchnieniem zadowolenia zagłębił się w obitym aksamitem fotelu. Choć byłem świadkiem tej sceny trzy razy dziennie już od wielu miesięcy, to ani się do tego nie przyzwyczaiłem, ani nie potrafiłem się też z tym pogodzić[2]. Brrr, aż ciarki przechodzą po plecach!

Przychodzi mi do głowy także przykład na lekomanię… przyznaję od razu, że z małym „ale”. Chodzi bowiem nie tyle o detektywa, co o tytułowego hipnotyzera i psychologa, Erika Marię Barka, z książki Larsa Keplera. Pomaga on, a właściwie w dużej mierze sam rozwiązuje zagadkę zamordowania rodziny pewnego nastolatka oraz porwania własnego syna. Bark jest uzależniony od tabletek przeciwbólowych, a bierze ich tyle, że właściwie niemal od razu po ich zażyciu traci świadomość tego, co dzieje się dookoła, oczy mu ciemnieją, a jedyne, do czego się nadaje, to pochrapywanie na kanapie. Stanowi on, jak mi się wydaje, dość oryginalny, odosobniony przypadek.

Jest jeszcze uzależnienie, które dotyka chyba wszystkich detektywów… Czy znacie bowiem śledczego, który nie byłby pracoholikiem? Bo nawet jeśli wydaje się leniem (jak w przypadku Nero Wolfe’a w ramach rozwiązywania kryminalnych zagadek robiącego wszystko, na przykład namiętnie wertującego książki i jedzącego, byleby tylko się nie przemęczyć), to jest to tylko złuda. Również taki Wolfe, czytając czy oddając się innemu hobby, intensywnie myśli nad wykryciem winnego – idzie mu to zresztą całkiem nieźle, skoro zawsze mu się udaje!

Jeśli do nałogów dodać inne wady (chorobliwe zamiłowanie do symetrii i porządku Poirota czy plotkarskie ambicje panny Marple) lub fobie (słynne 312 rodzajów właściwych Monkowi, w tym także niezdrową dbałość o porządek – to widać jakieś detektywistyczne zboczenie – i higienę[3]), otrzymujemy postaci… z krwi i kości, bardziej wiarygodne psychologicznie. Taka odrobina dziegciu nie może przecież zaszkodzić konstrukcji bohatera, a nawet powinna pomóc.

Oczywiście, wszystko zależy od umiejętności warsztatowych pisarza… Nie raz zdarza się wszakże, że dodawanie na siłę skazy, słabostki lub głębokiej jak kałuża motywacji działań detektywistycznych herosów bądź heroin, mające w zamierzeniu służyć wprowadzeniu psychologicznej głębi, nie tylko się nie udaje, ale i psuje całą powieść.

Jakkolwiek, pod piórem wirtuoza, arcymistrza i znawcy literatury w jednym, taki zabieg powoduje, że czujemy się, jakbyśmy znaleźli bratnią duszę! Albowiem detektyw z fobią lub nałogiem, to jeden z nas, „swój chłop”, niby geniusz, ale jakże do nas podobny, bo też miewa złe dni, codzienne kłopoty, jakże ludzkie ułomności. Może możemy się w nim przeglądać jak w zwierciadle i dostrzec własne niedoskonałości? A może i po cichu radujemy się, że ktoś ma gorzej niż my (choćby i ktoś wymyślony) – niby taki fenomenalny i błyskotliwy, a za dużo pije / boi się nieładu / kopci jak komin itp. Kto nas tam wie? W końcu errare humanum est…

I o to właśnie chodzi w kreowaniu literackich postaci. Bohater nie spodoba się czytelnikowi, jeśli ten nie poczuje z nim więzi. A nie poczuje więzi, jeśli nie będzie miał z nim nic wspólnego. Pisarze wyposażają więc swoje twory w słabostki, które nadadzą im bardziej ludzki charakter.

Istnieje jeszcze jedna przyczyna, dla której niektóre z postaci mają tak swojski wymiar – ot, powstały z inspiracji prawdziwymi, pełnokrwistymi, realnie żyjącymi osobami. O kilku takich wzorach słynnych książkowych detektywów już za dwa tygodnie.

[1] Zob. http://pl.wikipedia.org/wiki/Philip_Marlowe.

[2] A. Conan Doyle, Znak Czterech, przeł. z ang. A. Krochmal, R. Kędzierski, w: tegoż, Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa, przeł. z ang. A. Krochmal, R. Kędzierski, M. Domagalska, Z. Wawrzyniak, Warszawa 2010, s. 88.

[3] http://pl.wikipedia.org/wiki/Adrian_Monk.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s