Recenzja filmowa – „Django”

Jak już zaczęliśmy nadrabiać wizyty w kinie, to poszliśmy na całego ;-). Oprócz Lincolna, którego opisaliśmy, oraz Atlasu chmur, którego nie opiszemy, widzieliśmy także Django. Co ciekawe, film Tarantino okazał się najlepszym – w naszym mniemaniu – widowiskiem kinowym od pewnego czasu. Nie twierdzimy, że za rok będziemy o nim pamiętać, ale póki co jesteśmy pod wrażeniem ;-).

Stąd… poniższa quasi-recenzja, czyli przydługie gadanie o niczym i o Django. Zapraszamy wytrwałych ;-).

django plakat

Django – Wild, Wild Tarantino

Bardzo chcielibyśmy nie lubić Quentina Tarantino. Facet ma w sobie coś takiego, że chciałoby się dać mu w mordkę (uprzednio rysując ją na ścianie, bo nie oszukujmy się: inne sposoby nie są nam dostępne) lub zastosować jakąś formę dekapitacji, choćby artystycznej. Ale, niestety: upewniamy się ciągle od nowa, że cenimy go jako reżysera. Wbrew sobie, wbrew głęboko zakorzenionemu atawizmowi, wbrew wrodzonej niechęci do rewolucjonistów, dziwaków i innych ości w mainstreamowym gardle. Czytaj dalej

Naftalinowa recenzja: „Dolarowa trylogia” Sergio Leone

Jakiś czas temu – raczej dłuższy niż krótszy – odgrażaliśmy się, że obsmarujemy słynną trylogię westernową Sergio Leone. Oto nadszedł czas ku temu odpowiedni. A skoro się naczekaliśmy, to przejdźmy do konkretów, a więc do samego tekstu.

Zapraszamy do lektury!

Dolary w spaghetti i garść ołowiu

Western to jeden z tych gatunków, które ciągle czekają na uznanie ze strony goalkeeperów broniących bram twierdzy Wysokiej Kultury. Jest wiele powodów, dla których takiego awansu gatunek się zapewne nie doczeka – jakich konkretnie? Do tego jeszcze wrócimy, acz nie w tym tekście. Na ten moment zadowólmy się stwierdzeniem, że western, od wielu dekad niepotrafiący odzyskać dawnej popularności, ma stałych wielbicieli i to po obu stronach srebrnego ekranu. Faktem jest, że nowe obrazy w tej kategorii powstają rzadko, a jeśli już, to z klasyką gatunku nie mają wiele wspólnego. Pod tym względem western podzielił los innych „wąskich” gatunków, takich jak science fiction, horror czy musical – zostały one zassane przez mainstream, utraciły unikalne parametry, a poprzez uratowane od zagłady, charakterystyczne dla siebie cechy, realizują założenia fabularne owego mainstreamu. Jeśli szukamy rdzenia owych gatunków – dodajmy: rdzenia czasami bardzo hermetycznego, zwłaszcza z perspektywy współczesnego widza – cofnąć się musimy o kilka dekad wstecz. Tutaj pojawia się miejsce dla Sergio Leone i jego słynnej „Trylogii dolarowej”, o której chcielibyśmy napisać Wam dzisiaj kilka słów.

  Czytaj dalej