Grające celuloidy, czyli słów kilka o musicalu

IMG_3515Dzisiaj, jak rzadko kiedy, zamierzamy się rzeczywiście zmieścić w kilku słowach ;-). Bo skoro tematem mają być musicale, to jakże to gadać o nich bez słuchania ich! Zaprezentujemy kilka propozycji musicalowych, z uwzględnieniem naszych ulubionych pozycji w tym gatunku. Pomocny w tym będzie Jego Wysokość YouTube 😉

Zaczynamy!

Roztańczone i rozśpiewane celuloidy #1

Na początek kilka słów wprowadzenia. Co to jest musical? Oczywiście nie każdy film o muzyce czy też z muzyką w roli mniej lub bardziej głównej jest musicalem. Ba, sam musical nie jest gatunkiem filmowym jako takim, ale teatralnym. Narodził się na początku XX wieku i wyewoluował z extravaganzy. Film wchłonął potencjał widowisk musicalowych, rozwinął koncepcję. Upowszechnił musical i… doprowadził do jego śmierci. Ta, co prawda, jeszcze nie nastąpiła. Może nawet nie nastąpi nigdy – dopóki znajdzie się choć jeden reżyser gotowy tworzyć musicale i choć jeden widz gotowy je oglądać, ale konwencja musicalu dotarła do punktu, w którym dalsza ewolucja nie jest prawdopodobnie już możliwa. Musical utknął w martwym punkcie, ale winą należy obarczyć nie tylko musicalowych twórców, lecz również całą resztę świata kinematografii. To właśnie w szybkim, wręcz przerażającym rozwoju innych gatunków filmowych upatrywać należy najważniejszych przyczyn upadku musicalu. Czytaj dalej

Naftalinowa recenzja „Śniadanie u Tiffaniego”

W lipcu na naszym blogu pojawiła się recenzja „Szarady”. Okazało się, że nie mieliśmy dość Audrey, więc kilka miesięcy później zanurkowaliśmy ponownie do skrzyni z antykami i wypłynęliśmy z nieco zużytą już płytą DVD „Śniadanie u Tiffaniego”. Poniżej znajdziecie naszą podwójną recenzję tego filmu. Jak zwykle, zapraszamy do lektury ;-).

 Na wstępie dodajmy jeszcze, że „Śniadanie u Tiffaniego” miało swoją premierę w październiku 1961 roku, a w Polsce dokładnie 31 grudnia tegoż roku. Audrey okazał się zatem sylwestrowym prezentem dla naszych rodaków, którzy w tamtych wielki świat mogli poznawać właśnie z takich obrazów. I, niestety, często tylko z nich…

Śniadanie u Tiffany’ego

I.: „Śniadanie u Tiffany’ego” to film bez dwóch zdań kultowy. Myślę, że – gdyby przeprowadzić odpowiednie badania (te z pewnością gdzieś ktoś już kiedyś przeprowadził…) – zająłby jedno z pierwszych miejsc pośród najbardziej rozpoznawalnych tytułów w dziejach kina, ale i najbardziej lubianych i docenianych. Przede wszystkim dlatego, że jest uniwersalny: podoba się zarówno kobietom (Audrey Hepburn w swoich cudownych, oszałamiających elegancją kreacjach + historia miłosna), jak i mężczyznom (Audrey Hepburn, niezależnie od cudownych, oszałamiających elegancją kreacji i miłosnej historii). Czytaj dalej

Naftalinowa recenzja: „Szarada”

Dzisiaj, po raz drugi, odpalamy nasz naftalinowy cykl recenzencki. Po inauguracji, która upłynęła pod znakiem „Drużyny A„, pragniemy Was zainteresować filmem z 1963 roku – „Szaradą”.

 „Szarada” uchodzi za dzieło kultowe. Zebrała wprawdzie tylko jedną godną polecenia nagrodę (BAFTA dla Audrey jako najlepszej aktorki brytyjskiej), ale naprawdę jest warta uwagi. My „Szaradę” oglądaliśmy kilka razy i z pewnością będziemy do niej wracać. Audrey Hepburn, Cary Grant i spółka to argument nie do zbicia, ale nie jedyny…

Zapraszamy do lektury naszej recenzji podwójnej, a więc zapisu naszej dyskusji na temat filmu:

Darek: Jestem dziwnym człowiekiem. Prawdopodobnie urodziłem się z genetycznie zakodowaną niezdolnością padania na kolana przed celebrytami i celebrytkami, nie potrafię w sobie też znaleźć odpowiednich pokładów miłości wobec ekranowych wyjadaczy. Jest jednak pewien mroczny wyjątek od tej reguły: Audrey Hepburn. Czytaj dalej