„Dwie śmierci senory Puccini” czyli nieplanowana wyprawa w mrok

dwieśmierci

Mrok jest groźny, mrok jest zły, mrok ma bardzo ostre kły… Nie, to nieprawda. Mrok jest przede wszystkim pociągający. Pociągał i przyciągał Anakina Skywalkera na tyle skutecznie, że ten przystojny (jesteśmy grzeczni, nie prawdomówni) młodzieniec zgodził się nosić czarne pudło na twarzy, byle się z owym mrokiem zsynchronizować. Często wydaje się atrakcyjny także nam, zwyczajnym Kowalskim i Fąfarom, jednak w przeciwieństwie do Niebochoda nie jawi się jako zdolność przesuwania planet i innych przedmiotów niebieskich, lecz po prostu przyzwolenie na naginanie granic. Dwie śmierci senory Puccini to opowieść o grupie zwyczajnych na pozór ludzi, z których każdy nosi w sobie własną, zimną jak międzygwiezdna pustka porcję mroku (kosmiczne odniesienia są w tym przypadku przypadkowe, powieść Stephena Dobynsa to dzieło z kategorii obyczajowej, czy też dramat psychologiczny, nie zaś science fiction). Opowieść zaskakująco wciągająca, momentami hipnotyzująca, ale równocześnie przerażająca i odpychająca. Rodząca wiele wątpliwości, z których niektóre dotyczą nas samych. Budząca dreszcz emocji z gatunku tych, jakie odczuwamy kradnąc pudełko zapałek na lokalnym targu albo „przypadkowo” myląc się przy wydawaniu reszty. Dreszcz, który literatura zapewnia nam stosunkowo rzadko, ale w wielu przypadkach, jeśli już go zapewni, to tytuły książek będących jego nośnikami zapamiętujemy po wsze czasy. Moja lista „mrocznych” powieści obejmuje przede wszystkim dwa tytuły, które wymienić mogę o każdej porze dnia i nocy:  Łaskawe Littella i, jakżeby nie!, Malowanego ptaka Kosińskiego . Niewykluczone, że lista się właśnie wydłużyła.

Dwie śmierci senory Puccini to powieść niezwykle teatralna, w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zachowania bohaterów, sposób w jaki „dzieją się” wydarzenia – wszystko to przywodzi na myśl deski teatru, niemalże słyszymy charakterystyczne „łup łup” wybijane przez stopy aktorów na jesionowych balach! Nie bez znaczenia jest trio trzech jedności – czasu, miejsca, akcji – charakterystyczne dla dramatu, który wszak jest gatunkiem z teatrem się kojarzącym w sposób całkowicie naturalny. Mimo epickiego tła, wszystko jest bardzo kameralne. Czterech mężczyzn, jedna kobieta, lecz na proscenium przenikają także aktorzy drugoplanowi, których nie ma potrzeby wymieniać, ani opisywać – każdy ma do wygłoszenia pewną kwestię, po czym znika za kotarą. Samo proscenium – skoro już trzymamy się tej nomenklatury – to dom, rozległy wprawdzie, wzbogacony jeszcze o niewielki fragment ulicy i ogrodu. Ciasnota świata przedstawionego jest niepozbawiona znaczenia. Ta ograniczona przestrzeń tworzy obszar wyjęty – zdawałoby się – z normalnego świata, obdarzony własną linią czasu i horyzontem zdarzeń. Czas wreszcie – najbardziej krytyczna z wymienionych jedności: pojedyncza noc, ledwie kilka godzin nabrzmiałych treścią i konsekwencjami.

Wspomnieliśmy o tle. Ma ono spore znaczenie: bunt, rewolucja, wojna domowa, wraz z bohaterami nie do końca potrafimy się w tym odnaleźć, otrzymujemy szczątkowe, nawet wykluczające się informacje, jedynymi faktami są serie karabinowe w oddali i kilka trupów, w tym jeden koński. Wojna tworzy specyficzny klimat, przywodzący na myśl chociażby Władcę pierścieni: podskórnie doświadczamy poczucia końca (pewnego) świata, zmianę więcej niż pokoleniową. Walec historii miażdży posągi i monumenty ancien regime‚u i nastać musi coś nowego, nawet jeśli będzie to stare i nieodkrywcze. Na spektakl historii wielkiej nałożony zostaje spektakl historii drobnej: retrospekcja losów trójki bohaterów. Wojna ma jeszcze jedno znaczenie, niczym zaraza w Decameronie, więzi nasze dramatis personae w przestrzeni domu (uzasadnia ograniczenie przestrzeni przedstawionej), zmusza do intensywnego przeżycia tej jednej, jedynej w swoim rodzaju nocy. A przy okazji rozluźnia gorset kontroli, wszak w akompaniamencie walących się murów znanego świata nie wypada pozostać do końca opanowanym, jak i nie wypada dalej pielęgnować mniejsze i większe tajemnice.

Tajemnice. Bez nich nie byłoby tych opowieści. Każda z postaci ma swoją, aczkolwiek… wiele jest w dziele Dobynsa tajemnic wątpliwych, udawanych, czy po prostu kultywowanych w ramach społecznego i towarzyskiego obrządku. Daniem najważniejszym jest stopniowe odsłanianie sekretu doktora Pacheco, a są nim niezwykłe relacje tego bogatego, doświadczonego i uwodzicielskiego mężczyzny z tytułową senorą Puccini. Relacje podszyte wysmakowaną erotyką, wyraźnie smakującą słodko-gorzko oskomą literatury iberoamerykańskiej. Wraz z trójką jego gości – z Batterbym (który, między innymi, dzięki anglosaskiemu nazwisku zdaje się być alter ego autora; Batterby to także narrator, który nie ukrywa, że o wydarzeniach pamiętnej nocy napisze książkę, co dodatkowo naprowadza nas na myśl, że Dobyns chciał się mocno utożsamić z kimś na kartach własnej powieści), Dalakisem i Malgioliem – poznajemy, krok po kroku, historię znajomości. Od poznania, poprzez… nie, wcale nie wybuch wielkiej miłości. Raczej narastanie zauroczenia, fascynacji, rozwój obsesji, ale i nienawiści… Aż po… katastrofę oczywiście. Każde słowo tej opowieści jest bowiem niczym opiłek stali tnący linę utrzymującą nad głową Pacheca i jego lubej ich własną, prywatną gilotynę. Szybko uświadamiamy sobie, że Pacheco ma silną skłonność do autodestrukcji – nabytą w toku trudnego związku.

Swoje tajemnice mają również Batterby i jego koledzy. Niektóre z nich łączą się z osobą Pacheca, który w miarę dojrzewania powieści wyrasta na postać alfa, lokalne słońce, wokół którego zawieszone zostały orbity marniejszych planet, czyli pozostałych dramatis personae. W rzeczywistości, Pacheco jako jedyny ma siłę aby podążyć za swoimi pragnieniami, aczkolwiek czyni to absolutnie nie zważając na społeczne normy i nie próbując wytyczać granic pomiędzy dozwolonym a niedopuszczalnym. Zagubiony we własnej obsesji przekracza Pacheco wszelkie limesy, staje się osobą ponad etyką i moralnością, jednak konsekwencje jego działań są niczym otwarty i rosnący rachunek, który w końcu będzie trzeba zamknąć i uiścić. Spotkanie z dawnymi przyjaciółmi ze szkoły jest właśnie tym momentem: Pacheco otwiera się, kruszy wieloletnią warstwę kłamstw, odsłaniając przerażającą prawdę. Ujawnia się jako człowiek zły, bezwzględny, okrutny, ale czy jest przez to gorszy od innych? Nim noc przemieni się w dzień i nim zabrzmi ostatni akord dramatu, także Batterby, Dalakis i Malgiolio odsłonią kompromitujące fakty o samych sobie.

Wielkie wyznania przy suto zastawionym stole. Palby karabinów maszynowych w tle. I śmierć – na ulicy, w domu. Wyreżyserowany spektakl, w którym Pacheco, niczym Neron na tle płonącego Rzymu, ustawił się w roli aktora odgrywającego ostatnią – ale i najważniejszą – rolę swojego życia. Emocje są wielkie, a satysfakcja z lektury nie mniejsza. Ciekawe czy przy kolejnym czytaniu, na chłodno, z większym dystansem, Dwie śmierci senory Puccini okazałyby się dziełem równie fascynującym? Po pierwszym kontakcie jesteśmy mocno na tak, a książka wędruje do wąskiej półeczki przeznaczonej dla pozycji nie-do-zapomnienia.


Trochę czasu minęło od ostatniego posta na blogu… i raczej nie planujemy wznowienia pracy na poważnie. Ale raz na jakiś czas – może – coś się pojawi. Czasu brak. Na wszystko, a na internet w szczególności…

Reklamy

4 thoughts on “„Dwie śmierci senory Puccini” czyli nieplanowana wyprawa w mrok

  1. Przyjemnie przeczytać coś od Was : ) Zaintrygowaliście mnie – nie znam tej książki, ale może po wrześniu uda mi się to nadrobić.
    Życzę Wam wszystkiego dobrego i słonecznego!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s