Jerzy Kosiński – „Wystarczy być”

kosiński wystarczy być

Malowany ptak Jerzego Kosińskiego to jedna z najważniejszych powieści jakie przeczytałem. Tak, wiem: w obliczu wszystkich kontrowersji wokół tego tytułu być może lepiej nie wspominać najsłynniejszego dzieła Kosińskiego, jednak pozostaje faktem, że Malowany ptak ma w sobie moc pocisku przeciwpancernego. Przebija się przez ścianę czytelniczego doświadczenia i eksploduje wewnątrz umysłu, tnąc milionem rykoszetów. I nic już nie jest takie samo. Ale Kosiński to przecież nie tylko Malowany ptak. Kosiński to także – obok wielu innych powieści (w sumie: dwunastu) – także Wystarczy być.

Jerzy Kosiński, zdjęcie z 1973 roku.

Jerzy Kosiński, zdjęcie z 1973 roku.

Pierwszy kontakt z tą opowieścią miałem wiele, wiele lat temu, jeszcze przed Malowanym ptakiem, chyba nawet w podstawówce. Dziwne? Niekoniecznie, raczej zabawne, gdyż Wystarczy być w postaci filmu próbowałem obejrzeć z uwagi na osobę odtwórcy głównej roli, mianowicie Petera Sellersa, w owym czasie kojarzonego przeze mnie… jako oczywiście detektywa Clouseau. Cóż, to była bardzo zwodnicza ścieżka ;-). Mimo, iż film nie przypadł mi do gustu (jakże mogło być inaczej, skoro oczekiwałem czegoś pokroju Różowej Pantery?), to zapamiętałem smutnego, milczącego Sellersa wyruszającego na podbój nieznanego sobie świata z telewizorem pod pachą. Głowy jednak nie dam, że on ten telewizor rzeczywiście targał, zapewne jest to nadpisanie wspomnień, ale co tam 😉

Gif / kadr z filmu z Sellersem.

Gif / kadr z filmu z Sellersem.

Wystarczy być to rzecz bardzo krótka, do przeczytania w kilka godzin, mająca ledwo ponad sto stronic tekstu. Na tak niewielkiej powierzchni papieru zmieścił Kosiński opowieść nietuzinkową, trudną do wciśnięcia w gatunkową szufladę. Fabuła nosi barwy absurdu, styl zdaje się być nieporadny czy też infantylny, a całość nawet nie próbuje zachęcić czytelnika do lektury. Spójrzcie sami: główny bohater jest ogrodnikiem służącym przez całe życie w willi zamożnego Amerykanina (zwanego Starym Człowiekiem). Kiedy ten umiera, nasz wierny ogrodnik zmuszony jest po raz pierwszy opuścić mury bezpiecznej przystani i posmakować świata na zewnątrz. Pozbawiony jakichkolwiek umiejętności społecznych, nietowarzyski, skrajnie introwertyczny, ograniczony poznawczo (jego wiedza pochodzi wyłącznie z oglądanego nałogowo telewizora) i pozbawiony miliona kontekstów oraz doświadczeń umożliwiających korzystanie z dobrodziejstw współczesnego świata, niepotrafiący nawet kłamać i udawać, Los (takie jest jego imię) jest skazany na klęskę pewną i prędką. A jednak Kosiński ma dla niego zupełnie inne przeznaczenie. Wkrótce bowiem Los rozpoczyna karierę, która doprowadzi go na same szczyty polityki Stanów Zjednoczonych. Absurd? No właśnie. Absurd, lecz pokrętnie uzasadniony.

Skojarzenia z Karierą Nikodema Dyzmy jak najbardziej na miejscu, zresztą autor był posądzany o plagiat powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza (dzieło Kosińskiego powstało w 1971 roku, „oryginał” zaś w 1932) . O ile jednak Nikodem miał pewną inicjatywę oraz cwaniackie zacięcie, to Los – wierny tytułowi książki – ograniczył się do swobodnego lotu. W gruncie rzeczy kariera Losa to studium przypadków ludzi go otaczających, dopowiadających sobie do bezbarwnego, nijakiego osobnika potrzebne im konteksty oraz ustawiających go w takim świetle, jakie pasowało do ich światopoglądu. Weźmy samo imię i to co się z nim stało: Los stał się Rossem, bo przecież poważni ludzie nie mają na imię Los, prawda? Kim jest Ross? Ogrodnikiem? Acha, pewnie jego nazwisko to O’Grodnick. No i mamy Rossa O’Grodnicka. Co Ross ma do powiedzenia? Jakieś banialuki o sianiu nasion, podlewaniu roślin, pielęgnacji ogrodu? Czyż nie jest to genialna metafora rynku czy nawet całej gospodarki? I tak, krok po kroku, będący nikim i nic niemający do przekazania Ross, staje się celebrytą, guru finansowym i politycznym, a słowa z jego ust spijają poważni komentatorzy i najwięksi politycy największego na świecie mocarstwa – im potencjalnie mądrzejsi, im bardziej obyci, tym łatwiej wpadają w sidła. Mało tego, Ross swoją osobą zainteresuje także przedstawicieli obcych mocarstw, co ostatecznie umożliwi nakręcenie się niemożliwej już do zatrzymania spirali wirtualnej popularności. Im więcej osób o Rossie rozmawia, im więcej osób o Rossa pyta, tym więcej osób będzie o nim rozmawiało, tym więcej osób będzie o niego pytało.

Z pośród wszystkich Nikodemów Dyzmów świata, ten jest najlepszy: Wilhelmi. Zdanie subiektywne, ale podlegające obronie ;-)

Z pośród wszystkich Nikodemów Dyzmów świata, ten jest najlepszy: Wilhelmi. Zdanie subiektywne, ale podlegające obronie 😉

W angielskim oryginale Los jest Chancem, „przejęzyczony” Ross jest Chaunceyem, a O’Grodnick Gardinerem (od „gardener” – ogrodnik). Obie wersje zdają się podobnie rozgrywać słowa i skojarzenia. Właściwie to na kanwie współbieżnie brzmiących wyrazów opiera się szeroko rozumiana intryga, która oczywiście dla Kosińskiego jest pretekstem. Nie wierzymy jakoby autor chciał nam wmówić, że w tym wszystkim chodzi o niezrozumienie, literówki i takie tam błahe przypadki. Oj nie, rzecz jest tutaj znacznie poważniejsza, bowiem w przesadzony, groteskowy i absurdalny sposób (nie potrafię zdecydować który z tych wyrazów jest najlepszy, zostawmy je zatem w komplecie) ukazuje Kosiński jak bardzo dziurawe są struktury elit społecznych, jak bardzo fałszywe i niespójne procesy kreacji autorytetów. Ogromne zapotrzebowanie na autorytety sprawia, że autorytetem stać się można niemal przez przypadek – u Kosińskiego wystarczyła koincydencja miejsca, czasu, nazwiska i odpowiedniej – nie bójmy się tego słowa – głupoty bohatera. Profetyzm? Czy już wtedy, w latach sześćdziesiątych, widać było ten trend? Cóż, dzisiaj taka przemysłowa, mechaniczna i w ogromnej mierze przypadkowa kreacja herosów jest codziennością – i to do tego stopnia, że już na niezwykłość zjawiska nie zwracamy uwagi.

Peter Sellers / Chance w trakcie swojej ulubionej czynności.

Peter Sellers / Chance w trakcie swojej ulubionej czynności.

Jest jeszcze jedno: niuans pomijany przez komentatorów jako mniej istotny wobec głównej osi utworu. A przecież Los to taki idealny Obcy: nie człowiek, lecz istota, która człowieczeństwa nie zasmakowała, instynktownie nie wyczuwa, potrafi jednak sztampowo i sztywno odtwarzać je (odgrywać rolę człowieka) na podstawie przekazów telewizyjnych. Czyż nie taką wiedzę o homo sapiens mieliby mieszkańcy Alfa Centauri, gdyby w ramach własnego programu SETI odkodowali sygnały radiowe płynące z Niebieskiej Planety? Clou jest konstatacja, że i pośród ludzi żyją nie-ludzie, którzy mimo szerokiego (a nawet szerokopasmowego) dostępu do kultury nie są jej częścią, nie są z nią zintegrowani, a jedynie połączeni protezami (dzisiaj temat jest nawet ciekawszy, wszak i protez więcej: Facebooki, gry augumented reality… ale tego Kosiński przewidzieć nie mógł). Ludzie odgrywający rolę ludzi. I ludzie nieustannie na te role się nabierający.

Pewną ciekawostką jest fakt, że wydarzenia opisane w Wystarczy być trwają dokładnie tydzień. O ile jednak Bóg stworzył świat w sześć dni, a siódmego odpoczywał (w niedzielę), to przygoda Rossa-wtedy-jeszcze-Losa zaczyna się w niedzielę, a kończy w sobotę. Powieść nie jest dopowiedziana, prawdziwe zakończenie – przy tym tempie – mogłoby nastąpić dnia ósmego. Co by to jednak było? Ostateczny triumf Losa? O jakim jednak triumfie może być mowa, skoro Los/Ross przeżywa swój awans bezwładnie, niczym liść unoszony przez wiatr coraz wyżej, wyżej i wyżej, co jednak liściowi ani nie służy, ani nie przeszkadza? A może triumf niższego kalibru, ale zarazem jedyny, ku jakiemu Los rzeczywiście dąży, to jest powrót do ogrodu na wieki wieków amen…


A poniżej (bardzo) krótka galeria okładek książkowo / filmowych z serii Wystarczy być:

Reklamy

35 thoughts on “Jerzy Kosiński – „Wystarczy być”

  1. Oooo, Kosiński! Wspaniale.

    Świetny tekst, bardzo ważne zagadnienia poruszasz.
    Tak, nieustannie ludzie poszukują tyleż autorytetów, ile wzorów do naśladowania – na tyle są zaślepieni, że pozwalają się omamić fałszowi i ułudzie. Ich samoświadomość pozostaje uśpiona i, tak, słusznie zauważasz, człowiek bywa do kultury podłączony „protezami”, nie współtworzy jej, przyjmuje biernie przekaz, uczucia zna z Internetu, słowo „empatia” jest tylko pojęciem w słowniku, liczy się wyłącznie liczba znajomych na fb i innych „protezach”, a nie realne, autentyczne uczucie, rozmowa, chęć zrozumienia innej osoby, toteż manipulatorom łatwiej jest rządzić (oni rozdają karty, wyznaczają trendy, wskazują „normy” i „zasady”).
    Długo by można było ; )
    Dziękuję za tekst i inspirację!

    • bardzo mi miło, że tekst się spodobał. I że trafiłem z tematem, autorem i książką ;-). Byłem przyjemnie rozczarowany tym Kosińskim, obawiałem się czegoś trudniejszego, a mini-powieść jest zaskakująco lekka jak na poruszane problemy. I lekko wchodzi do głowy.

      Protetyka kultury społecznej… temat rzeczka. Ja już na kulturę popularna coraz bardziej jestem uczulony i reaguję, coraz częściej, nawet agresją. Mam serdecznie dość, licznik mi się przekręcił. Jak widzę np. odcinanie kuponów od pięć razy odcięty już kuponów, np. poprzez tworzenie kolejnych odcinków czegoś, co kiedys było niezłym filmem czy książką, to krew mnie zalewa. Media od dawna nie służą już dyskusji a są jedynie tubą jednostronnej „komunikacji”, czyli informują społeczeństwo co warto oglądać, czytać, jak się ubierać, a wszystko w oparciu o jakieś zakulisowe ustalenia finansowe. Ludziom to odpowiada, bo nie muszą myśleć, oceniać, wybierać, idą na gotowe. No i mogą się podpiąć do kolejki górskiej, to zawsze łatwiejsze niż kopanie własnej studni na pustyni. Kultura stała się produktem, który kupujemy na tony i natychmiast sprzedajemy dalej, bez immersji, delektowania się, analizy. Przypomina mi to trochę wycieczki zorganizowane: tłum ludzi w autokarze, jadą w pięć miejsc, robią milion zdjęć, wszystko szybko, na gwałt, bo czasu nie ma, a przecież trzeba „zaliczyć”, obfotografować. Kultura jest zaliczana w ten sam sposób: statystycznie.

      • Bardzo! Dziękuję!
        On coś takiego ma w swoim pisarstwie – a może to tylko wrażenie? (nie czytałam jego zbyt wiele) – że nie obciąża czytelnika, ale potrafi w jakiś magiczny sposób, hm, snuć opowieść.
        Rozumiem Cię, bo był taki moment, że kultura popularna stanowiła ciekawą kontrpropozycję, była swego rodzaju nie tyle zabawą, ile grą. Ale to był moment. Bo później stało się to, o czym piszesz – żerowanie na „popularności”, na „stylowym”, „trendowym”, „modnym”, ale dlatego „modnym”, bo tak stwierdziły samozwańcze „autorytety” brylujące w mediach. Taka czysta manipulacja. A głodna masa/tłuszcza to łyka i jeszcze się cieszy, że jest „na bieżąco”.
        No, dobre porównanie ze zorganizowanym wycieczkami. A później te zdjęcia zamieszczają na portalach społecznościowych, żeby móc się pochwalić, że się „zaliczyło” miejsce kultu(ry) i odhaczyć na liście typu „1000 rzeczy, które musisz zrobić przed śmiercią”. Teraz się patrzy, ale się nie widzi, nie dostrzega, nie zastanawia, nie analizuje, nie wnioskuje. Tylko się biernie patrzy albo gapi. Prymitywnie. Takim społeczeństwem dobrze się rządzi…

        • W swoim czasie to przecież i Christie była przykładem kultury popularnej. Dzisiaj, choć nadal nie nazwiemy jej książek literaturą piękną, można się zawahać, bo poziom literatury popularnej spadł na łeb na szyję. I nagle spójne, logiczne, dopracowane historie detektywistyczne są zbyt dobre by je w ten sposób otagować. Niestety, nie jest dobrze. Właściwie to kultura staje się powoli kontr-kulturą. U Logosa dyskutowaliśmy niedawno o podobnych sprawach – Stanisława strasznie denerwuje trend widoczny w malarstwie: tzw. autorytety nie znają nawet dorobku klasycznego, na wstępie go odrzucają (bo nie znają i/lub bo nie jest modny) i koncentrują się na pianiu peanów na rzecz przysłowiowego „gówna artysty”. Kolejne autorytety bazują na wcześniejszych autorytetach, wyścig zbrojeń trwa: aby zaistnieć trzeba być głupszym niż idiota przed tobą. A twój następca musi być jeszcze głupszy, bo tylko to się sprzedaje. Literatura, malarstwo, muzyka… wszędzie to samo.

          • To prawda, że nastąpiło przesunięcie, przeniesienie akcentów. Dziś to, co „wczoraj” było kultura popularną, niekoniecznie nadal nią jest, a to wszystko za sprawą chałtury, bylejakości, sięgania dna i czynienia z niego „sztuki”. A ci, którzy się nie zgadzają z samozwańczymi „autorytetami” i „specjalistami” od sztuki, kultury, w dużej mierze się wycofują albo rozprawiają w małym gronie o upadku kultury, bo już nawet nie jej podgryzaniu. Masa weszła na salony i wyznacza styl, normy – czyt. brak jakichkolwiek zasad i norm, everything goes, wszystko jest dobre, jeśli dobrze się sprzedaje. Przykre.
            Tak, o ile literatura czy muzyka, czy film są na tyle dostępne, że zawsze przyciągają wszystkich, którym się wydaje, że potrafią pisać czy śpiewać, czy grać, o tyle malarstwo, teatr, rzeźba jednak były bardziej elitarne. Dziś już nie. Dziś każdy jest artystą, nawet jeśli nie ma podstawowej wiedzy o swoich poprzednikach, o wielowiekowej tradycji, o przemianach, które zachodziły. Tak, dziś królują zarozumiali ignoranci.
            I chyba najbardziej boli ta bezsilność. Bo patrzysz, próbujesz coś zrobić, powiedzieć, ale to głos wołającego na puszczy…

          • kiedyś sztukę tworzono dla bogatych ludzi. Największe dzieła klasyczne powstawały na zamówienie. Także Mozart nie pisał dla robotników portowych. Z jednej strony cieszy, że teraz jest bardziej egalitarnie, z drugiej jednak egalitaryzm artystyczny to nie do końca dobra ścieżka. Chyba jednak fajnie było, kiedy sztuka była elitarna, o jej trendach decydowało jakieś wąskie grono osób o określonych gustach i odpowiednim wykształceniu. Teraz… po prostu anything goes. Literatura wydaje się być najprostszą z dziedzin bo nie wymaga „nadludzkich” umiejętności, ani umysłowych ani fizycznych. Dzierżenie w dłoni pędzla to już coś innego. Ale wszystkie dziedziny i tak zrównały się, bo wszystkie zanurkowały do samej podłogi. A o ile szczyty mogą być różne, wyższe i niższe, to podłoga jest zawsze poziomem jednym: zerowym.

            I faktycznie, tak jak piszesz, jesteśmy bezsilni. Sobie pogadamy, pomarudzimy, pogrozimy kosturem… i tyle z tego będziemy mieć. Patykiem rzeki nie zawrócisz. To o czym mówimy to proces historyczny, niepowstrzymany niczym lawina… Strach myśleć gdzie to nas doprowadzi. Może jednak okaże się, że dzisiejsze dno będzie wyżyną wobec dna jutrzejszego…

          • Tak, to prawda. Ale z drugiej strony całkiem sporo tych zamożnych była jednak sztuką autentycznie zainteresowana, a nie tylko na pokaz. Byli świadomymi odbiorcami. Wśród biedniejszych przecież było podobnie. Dlatego klucz pieniężny nie powinien być brany pod uwagę. Jeśli rozmieć elitarność jako nie finansowe możliwości, ale intelektualne, emocjonalne predyspozycje i pragnienia, to ja jestem tego zwolenniczką i sądzę, że tak rozumiana elitarna sztuka ma szansę nie stać się swoją własną parodią.
            Wydaje mi się, że o trendach zawsze decyduje wąskie grono, tylko ostatnio rzadko są to mądrzy ludzie, a większości koniunkturalni, powierzchowni, byle jacy. Anything goes jest czymś, co z jednej strony w pierwszy odruchu pociąga, fascynuje (bo jak się mówi, że nie ma granic, to zawsze chce się to sprawdzić, przetestować), ale z drugiej strony, po zastanowieniu się, przeraża.
            Oj, tam, pędzel też może trzymać każdy – wystarczy parę kresek i kropek, plam i kleksów, a już gotowe (arcy)dzieło ; )
            Doskonałe porównanie z podłogą. Ale może jak dobijemy już całkiem do zera, do dna (bo teraz to, tak, moim zdaniem jest wyżyna wobec jutrzejszej niziny ; )), to zaczniemy się odbijać. Chociaż powoli, ale jednak.

          • Masz rację, ważne jest doprecyzowanie charakteru elitarności sztuki. Co prawda moim zdaniem klucz finansowy jest obecnie najważniejszy, ale nie należy się z tym godzić. Natomiast na elitarność intelektualną, czy też rozumianą jako przynależność do wąskiej / węższej grupy ludzi o określonej wrażliwości… tak, to jest dobra ścieżka. To poniekąd bolesne stwierdzenie, ale nie wszystko na świecie musi być równe i ogólnodostępne. Demokratyzacja sztuki uczyniła ją dziedziną – przepraszam – plebejską, nijaką, pozbawioną wartości, karykaturalną. Oczywiście od razu się wytłumaczę: w moich żyłach nie płynie niebieska krew – ową „plebejskość” rozumiem nie jako element wojny klas, ale raczej celowe, uporczywe zaniżanie poziomu. Moim zdaniem można mieć szacunek do siebie i swoich gustów nawet jeśli są to niskie gusty, jednak szacunek ów nie wyklucza – nie powinien wykluczać – nadrzędnej i priorytetowej tendencji do patrzenia w górę, rozwijania się, adaptowania czegoś wyższego, lepszego. A teraz mówi się wszem i wobec: nie wspinaj się wyżej, po prostu ściągnij resztę świata na swój poziom…

          • A widzisz, to już automatycznie np. ja jestem wykluczona, a z kolei znam osoby bardzo zamożne, które żadną formą sztuki się nie interesują (albo wyłącznie ze snobizmu), bo wolą łatwiejszą rozrywkę, nie lubią się wysilać intelektualnie itp. Dlatego moja perspektywa jest inna ; )
            Sztuka wybitna, tzw. „wysoka” chyba zawsze wymaga odpowiednich predyspozycji ducha i/czy intelektualnych – przynajmniej w teorii. Problem widzę w tym, że teraz popkulturę, plebejskość, o której piszesz, nijakość itp. nazywa się sztuką, a w dodatku nierzadko sztuką tzw. „wysoką”. Brakuje wyznaczenia granic. To jakby gdzieś w okolicach postmodernistycznej sztuki się zaczęło. A może wcześniej? I to ciągnięcie w dół, o którym wspominasz – teraz wstydem jest mieć ambicje, chcieć coś więcej wiedzieć, dociekać, szukać itd. Przykre.

          • jesteś wykluczona z kryterium elitarności intelektualnej? Nie uwierzę, choćby pasy ze mnie darto ;-P. Wiesz, pisząc o wadze argumentu finansowego chodziło mi o to, że jednak za sztuką idą pieniądze, a sztuka za pieniędzmi.

            Określanie sztuki niskiej mianem wysokiej to chyba po prostu zagrywka marketingowa, lub jak kto woli: schlebianie gustom. Ech, z drugiej strony wymieszanie wysokiej i niskiej sztuki jest już tak kompletne, że nie chciałbym posuwać się do stwierdzeń absolutnych. Trzeba by używać konkretnych przykładów 😉

            Postmoderna ponosi część winy. Drugą, może większą część należy złożyć na karb ewolucji społecznej, a konkretnie stopniowego awansu „zapomnianych” grup społecznych. Na rynku kulturowym pojawili się po prostu nowi klienci. Zapatrzeni w wyższe warstwy, próbowali je parodiować w ten lub inny sposób. Ogólnie dobrze się stało, bo przecież wrażliwość na sztukę nie przychodzi z pieniędzmi, jednak zjawisko to w skali masowej wywołało – chyba – masowy efekt kulturowy. Tak to widzę. Teraz wszystko z kolei zwaliłbym na mass media, które od dawna ganiają za własnym ogonem…

          • Z kryterium ekonomicznego ; )
            Nie do końca się zgodzę z tym mariażem sztuki i finansów. Jasne, od zawsze istnieli sponsorzy, mecenasi kultury. Jasne, dzisiaj każdy może publikować za zebrane pieniądze w internecie. Dla mnie jednak sztuka jest – wiem, może to trochę idealistyczne – poza tym, poza ekonomią. Prawdziwa sztuka wynika – dla mnie – z predyspozycji ducha i intelektu, a nie zasobności rodziny czy finansowego wsparcia sponsorów. Pewnie że to umożliwia wiele, ale jednocześnie zobowiązuje twórcę ; )
            Chyba trudno znaleźć jednego sprawcę ; ) To cały proces, trwający od lat, a może nawet wieków? Może ten ruch rozpoczął się całkiem niewinnie, może intencje były dobre, ale wszystko wymknęło się spod kontroli?
            Tak, nowi klienci kultury. Tylko od nie tak dawna w zasadzie oni dyktują warunki, niszczą granice. Jakby skapitulowano na rzecz masy i zrównano „wysoką” sztukę z tą przystępną dla masy, rzeszy, ogółu.

          • nie sposób odmówić Ci racji. Ja podchodzę do tematu nieco praktyczniej, czyli od razu schodzę na dół, szukam pod kamieniem. Stanisław zapewne potwierdzi, że zwykle tak podchodzę do sprawy: szukam rozwiazań dalekich od ideału. Może dlatego, że jestem sceptykiem, nie wierzę w wielkość ludzkiego ducha. Wierzę jednak, że w ludziach rodzi się od czasu do czasu coś wielkiego i czasami owa wielkość staje się „ciałem” poprzez sztukę właśnie. Inna rzecz, że Buonarotti nie stworzyłby Dawida czy Pietii gdyby nie znalazł się ktoś kto ufundowałby mu wielki blok marmuru. Z drugiej strony, taki Van Gogh działał w pewnym sensie poza systemem. Sprzedał bodaj tylko wycięty kwiatek z obrazu… Mimo braku finansowania przebił się na szczyt – wprawdzie pośmiertnie, ale jednak.

            Myślę, że kapitulacja na rzecz masy jest koniecznością dziejową wprost zwiazaną z demokratyzacją świata. Pamiętajmy zarazem, że coś co z jednej strony jest rejteradą sztuki na rzecz parobkowskiej, dulskiej masy, z drugiej jest wiatrem ożywiającym sztukę i demokratyzującym dostęp do niej. Idealny byłby środek, ale życie lubi ekstrema 😉

          • Tak, zauważyłam, że tak robisz. I dobrze – z mojego punktu widzenia. Bo inne stanowisko zawsze rozszerza, a nie zawęża spojrzenie, dużo też uczy.
            Chyba jest i tak, i tak – dla jednym przepustką okazał się mecenas/sponsor/kapitał, dla innych po prostu zbieg okoliczności, przypadek albo przeznaczenie (w zależności od tego, w co się wierzy).
            Racja – demokratyzacja świata wpływa na umasowienie sztuki, nauki, w zasadzie wszelkich aktywności człowieka. Ale chyba gdyby znalazł się „złoty środek”, to życie nie byłoby już życiem naszym, życiem człowieka, nieidealnym, nieustannie poprawianym, modyfikowanym, a stałoby się czymś, co nie przynależy do domeny człowieka – tak mi się wydaje, ilekroć się nad tym zastanawiam. Dlatego chyba dobrze, że życie lubi „ekstrema” ; )

          • Tak jest, ludzkie znaczy niedoskonałe, zresztą sztuka jest w pewnym sensie niedoskonałością. Choćby poprzez zaprzeczenie „naukowości” – jeśli nauka jest ideałem, perfekcją, doskonałością, jeśli nauka jest cyfrowa, to sztuka jest chropowata, nieidealna, dziwna, występna i analogowa 😉

          • Naukowość też – w sumie w pewnym znaczeniu, w pewnym aspekcie – naznaczona jest niedoskonałością ; ) Nauka jest tworzona przez człowieka i chociażby z tego względu może być naznaczona niedoskonałością i być daleko od prawdy. Chyba ; )

          • zgoda, ale ideą nauki jest sprowadzenie wszystkiego do cyfr podstawowych i stworzenie takiego wizerunku wszechświata, aby uzyskać model absolutnie bezbłędny, pozbawiony ludzkiego wpływu. Sztuka odwrotnie: na ogół stara się koncentrować na ulotności zjawisk, jest raczej subiektywna niż obiektywna – obiektywizm jest nudny według sztuki 😉

          • Jasne, że tak. Twoje podsumowanie przywołało jedno skojarzenie u mnie, dlatego zapytam, czy czytałeś może kiedyś poezję Tymoteusza Karpowicza? „Odwrócone światło” zwłaszcza albo „Słoje zadrzewne”? Bo to jest właśnie poetycki mariaż nauki i sztuki, myślenia o przestrzeni – za Banachem – jako o cyfrze, to poezja erudycyjna, intelektualna.

          • Nie czytałem i przyznaję, że nawet nie znam. Sama idea mariażu świata analogowego i cyfrowego nie jest mi do końca obca. Wiesz jak to jest: reguły są wszak po to, by je łamać, a przecież sztuka szczególnie polega na łamaniu reguł. To pewien paradoks, że sztuka miałaby udowadniać swoje prerogatywy poprzez zaprzeczanie swojemu „duchowemu” rdzeniowi. W praktyce, moje podsumowanie to tylko rachityczna teoria próbująca opisać większość zjawiska. Niuanse nie poddają się tak łatwej kategoryzacji. A Karpowicza sobie sprawdzę, bardzo dziękuję za trop. Swoją drogą, też powinienem kojarzyć kilka nazwisk lub tytułów, ale mam dzisiaj jakąś pustkę w głowie… ;-(

          • Polecam Karpowicza (Tymoteusza, bo swego czasu był modny Ignacy, a to zupełnie różni twórcy) – jeśli będziesz miał okazję : )
            Otóż to – sztuka pozwala na łamanie reguł, ale wpierw (znów wracamy do początku rozmowy) trzeba mieć ustalone zasady, wyznaczone kanony. To punkt wyjścia i punkt kontrolny jednocześnie, punkt do sprawdzania, testowania możliwości sztuki, ale i źródło, miejsce, z którego się wywodzi i do którego wraca, jeśli chce się coś nowego w sztuce powiedzieć. Tak sądzę. Ale to chyba zbyt, hm, ogólnikowe, co napisałam.
            Masz rację, że to paradoks, ale z drugiej strony to chyba też część sztuki – paradoksalność.

          • Jeśli któregoś dnia uda się zawrzeć kompletną istotę sztuki w dwóch-trzech zdaniach, będzie to dzień końca sztuki jako takiej 😉

          • Ale… jeśli na przykład sztukę rozumieć jako formę ciszy, praźródła wszystkiego, potencjalności, możliwości?

          • Hmm… w Silimarilionie świat powstał bodajże z dźwięków ;-P. Czyli, de facto, ze sztuki ;-). A poważnie: trudne pytanie. Musielibyśmy zdefiniować prapoczątek wszystkiego. Jeśli początkiem – znanym nam – był wielki wybuch, to przed wielkim wybuchem nie było niczego o tyle, że nie było czasu jako takiego. Była cisza, to na pewno ;-). Ja chyba się będę trzymał opcji, że sztuka jest rodzajem wypadku przy pracy: czymś co poszło nie tak w matematyczno-fizycznym modelu wszechświata. Tak jak skazą mogą być ludzie…

          • Haha, ale dźwięki to przerwanie ciszy – pomiędzy dźwiękami jest miejsce na źródło, potencjalność, możliwości. Ale dobra, chyba za daleko wybiegam ; )
            Sztuka jako wypadek przy pracy to wizja, która zawsze w jakiś sposób mnie intrygowała. W takim razie, skoro skazą mogą być ludzie, a sztuka jest wypadkiem przy pracy, to tę „pracę” musiał wykonywać ktoś (coś?) ponad człowiekiem. Absolut? Innymi słowy – w idealnym świecie pojawiła się rysa, czyli człowiek, który wprowadził kolejne pęknięcia i skazy – sztukę. Czy tak (w wielkim, ogromnym uproszczeniu)?

          • Pozwolę sobie pominąć w rachubach potencjalnego Kogoś, bo to już za wysokie progi, a i rozważanie o Kimś zwiększają ryzyko minięcia się z prawdą… i tak przecież duże. Świat sam z siebie jest o tyle idealny, że dąży do ideału wyrażonego prawami fizyki. Światem rządzi ekonomia, poddane są jej wszystkie procesy. Człowiek sam w sobie jest skazą, ale i on podlega ekonomizacji. Sztuka jest chyba procesem odwrotnym: wprowadza coś, co nie jest niezbędne do przetrwania. Coś, co nie jest niezbędnym elementem ciągu. Sztuka jest dodatkiem, upiększaczem. Czasami także elementem komplikującym, dododającym wątpliwości, zmuszającym do zwiększenia ubytku energii. W takim ujęciu jest wypadkiem przy pracy wszechświata i działaniem przeciwstawiającym się prawom fizyki. Ale to już wszystko jest wyższą formą dywagacji… i to bez możliwosci weryfikacji 😉

          • Zawsze mnie zastanawia, na ile prawa fizyki, które my znamy, są skażone naszym błędnym myśleniem, niekompletną znajomością prawdy, ale mniej więcej rozumiem w jakim kierunku zmierzasz. Oj, takie dywagacje są bardzo ciekawe, inspirujące czasami. Oczywiście, może być tak, że w większości bądź w całości będą mijały się z prawdą, ale stanowią jakiś impuls do poszukiwań prawdy, jak sądzę.

          • to trochę jak z kolorami: coś, co dla nas jest czerwone, będzie np. szare dla kota, a z punktu widzenia fizyki kolor jest tylko długością fali. Fizyka nie jest romantyczna ;-P. Wolę sztukę odcinającą się od fizyki ;-P. Prawdy oczywiście warto szukać, wszak ponoć to prawda ma nas wyzwolić 😉

          • To prawda z tymi kolorami. W ogóle to ciekawa rzecz – tak na marginesie dodam – z kolorami i ich postrzeganiem przez człowieka i inne stworzenia.
            Oj, fizyka może być romantyczna ; ) Jeśli patrzeć na rozwój, nieustanną dynamikę rzeczywistości, rozpady i scalenia… – coś może w tym być ; )

  2. Ciekawy wpis, ciekawy temat, bardzo ciekawa dyskusja między Wami.
    Wprawdzie trochę ponarzekaliście (jak najbardziej zasadnie), ale to, co powiedzieliście to miód dla mojej duszy atakowanej zewsząd badziewiem i pseudo-sztuką.
    Sam wiele razy o tym pisałem, bo nie mogłem się nadziwić zidioceniu np. sztuki współczesnej (nie całej, oczywiście) a i samej pop-kultury, którą dawniej zawsze byłem, skłonny bronić (nie tylko dlatego, że sam byłem jej odbiorcą – teraz są zaś „konsumenci”)., bo uważałem, że w jej obrębie także powstaja rzeczy bardzo dobre i wartościowe. To jest absolutna prawda, że pop-kultura zniżyła się teraz do niebywale niskiego poziomu. A przecież jeszcze za „moich czasów” nie było z nią tak źle. Wystarczy sobie przypomnieć (mówię o poletku muzyki popularnej) choćby Beatlesów, czy takie zespoły jak np. Queen. Przecież niektóre ich kawałki to prawdziwe arcydzieła (piszę to oczywiście bez sarkazmu). Podobnie było z filmem, ale i z literaturą, która trafiała „pod strzechy”.
    Naturalnie w dalszym ciągu powstają w obrębie kultury popularnej dobre rzeczy, ale przygniatane są jednak przez badziewie – więc nie są już takie popularne.

    Kosiński mnie intrygował, jednak mam do niego stosunek dość ambiwalentny. A to głównie z tego powodu, że poza (maska, kamuflaż, zmyślenie) była jego głównym narzędziem zdobywania przez niego popularności i zarabiania na swojej twórczości. Czasem miałem wrażenie, że w tym Ogrodniku jest jakaś cząstka jego samego. W sumie (w końcu)okazało się jednak, że jest to postać tragiczna.

    PS. A propos plagiatu z Dyzmy. Kiedyś pod moim wpisem (dotyczącym mojego spotkania z człowiekiem, który twierdził, ze napisał Kosińskiemu „Malowanego ptaka” po angielsku)odbyła się na ten temat mała dyskusja. Jeśli masz ochotę, to zajrzyj:

    https://wizjalokalna.wordpress.com/2014/11/09/ptasior-jordana/

    O, widzę że tam byłeś, ale nie wiem czy dotrwałeś do tego momentu w dyskusji, w którym mowa o rzekomym plagiacie.

    • sztuka popularna powinna się różnić od sztuki „wysokiej” właściwie głównie większą dostępnością, może też pewną lekkością. Aby odbierać / konsumować sztukę popularną nie trzeba mieć wiedzy, przygotowania, nawet szczególnego nastroju. Stało się jednak tak, że sztuka popularna stała się kpiną samą z siebie. W miejscu dostępności i lekkości pojawiły się zwykłe trociny, bylejakość. Dzięki mediom jest to samonapędzający się mechanizm, bo media – choć nie generują kultury – to w propagowaniu bylejakości dostrzegły klucz własnej popularności. Wszystko musi być niekończącą się imprezą, musi być lekkie, głupie i na haju.

      Przyznaję, że nawet w kulturze popularnej znajduję interesujące rzeczy. Zdarza mi się czytywać głupsze książki i się nie wstydzę, bo spełniają swoją rolę: dają odrobinę wytchnienia. Muzyki popularnej nie słucham z założenia, ale od czasu do czasu trafiam – pośrednio – na kawałki naprawdę niezłe i warte uwagi. W swoim czasie bardzo mnie zainteresował np. Hozier i Take me to church, mam pewną słabość do Duffy, ale to pewnie przez jej nogi ;-P. Ale i tak w samochodzie najczęściej słucham klasycznej… nauczyłem się myśleć przy niej ;-). Beattles i Queen to też pop, ale z dzisiejszej perspektywy niemal sztuka wyższa, zwłaszcza Queen. Może dlatego, że Freddie miał naprawdę dobry głos i mocne przygotowanie wokalne – nie był oszołomem, który po prostu pierwszy dobiegł do mikrofonu.

      Kosińskiego znam jeszcze zbyt mało by się wypowiedzieć szerzej, ale postanowiłem nieco nadrobić zaległości. Nie żebym się zaraz rzucał na jego książki, lecz powoli, bez presji, kilka przeczytam w ciągu najbliższego pół roku. Wiem już, że Wystarczy być nie jest pozycją dla niego typową, zatem poszukam perspektywy bardziej dla niego naturalnej.

      Z uśmiechem na twarzy przypomniałem sobie naszą dyskusję o ślimakach ;-P

      Moim zdaniem Wystarczy być nie jest plagiatem Kariery. W pewnym sensie jest zaprzeczeniem. Niektórzy ludzie koncentrują się na warstwie pierwszej, czyli metodzie robienia kariery. Moim zdaniem kluczowa jest warstwa poniżej: jak rzeczywiście ta kariera jest zrobiona, kto za tym stoi, jaki mechanizm rządzi procesem. O’grodnick to – jak napisałem w recenzji – liść na wietrze, a jego wysokie loty to nic innego jak ciekawy przypadek ptaka, który dostał się w niezależne od siebie prądy wstępujące. Kariera Nikosia to już inna inszość, bo choć Nikodem pierwsze kroki w biznesie stawia nijako przez przypadek, to całą resztę już reżyseruje on. Jest odpowiedzialny za swoje postępowanie, ma upatrzony cel, manipuluje ludźmi świadomie. Sądzę, że to dwie zupełnie inne opowieści, porównywalne tylko na poziomie otwarcia.

    • ciekawe zestawienie. Nabrałem ochoty na Dr. Strangelove… muszę obejrzeć ten film przy jakiejś okazji. Ale widzę w tym zestawieniu jeszcze parę nieznanych mi pozycji wartych uwagi. Dzięki za linka!

        • obejrzę. Aczkolwiek nie wiem czy zaskoczy mnie jeszcze jakieś spojrzenie na wojnę. Zaliczyłem już etap jakiejś fascynacji w dzieciństwie (kiedy wojna wydaje się być zabawą i ma charakter stricte wirtualny), teraz zaś im lepiej poznaję historię, im więcej detali odkrywam, tym większym staję się przeciwnikiem wojny… aczkolwiek jako realista i pesymista mam tutaj cokolwiek szczególne podejście, które już znasz ;-). Ale… obejrzę, nawet dla samego filmu. Poza tym, kto wie, może jednak jeszcze jakaś klapka się otworzy?

  3. „Parobek… zabił sztukę. Gombrowicz trafnie przewidział w Ferdydurke, zwłaszcza w Operetce całkowite odwrócenie dominanty estetycznej w kulturze światowej. Gwałtowny wzrost znaczenia politycznego i ekonomicznego niższych warstw spowodował rozwój form przekazu z definicji plebejskich, takich jak radio, a zwłaszcza telewizja… Co zaowocowało całkowitą dominacją gustu parobka w kulturze i zepchnęło sztukę na margines… Ostatecznym przypieczętowaniem tego stanu rzeczy było wynalezienie internetu, który zatarł granicę między twórcą a odbiorcą, wytwarzając fałszywe z gruntu przekonanie, że twórcą może być każdy – ergo nikt…”

    • Bardzo słuszna uwaga – wzrost znaczenia niższych warstw z pewnością miał ogromne znaczenie w omawianym procesie degrengolady kultury i sztuki. Z drugiej strony, właściwie i radio i telewizja plebejskie od zarania nie były. Z początku byly to chyba zabawki bogatych… Dzisiaj już wiemy, że każde z tych mediów miało potencjał masowości, który został wykorzystany. A nawet nad-wykorzystany ;-). Ciekawostką może co najwyżej być fakt, że cytat pochodzi z telenoweli, która chyba nie jest przykładem zawyżania poziomu. Zatem kultura popularna, jak widać, potrafi się żywić nawet własną krytyką. Wchodzimy w etap zombie… 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s