Recenzja książki „Pan Whicher w Warszawie”

Pan Whicher w Warszawie (2)

Jednym z powodów dla którego zawiesiliśmy owocną i przyjemną współpracę z Gildią Literatury był rosnący stos książek spoza puli recenzenckiej. Dostawanie kniżek za darmo jest fajne, ale chyba jednak preferujemy łażenie po księgarniach, macanie okładek i stresowanie się myślami, że na wszystko nas nie stać, zatem coś trzeba wybrać. I to właśnie te ciężkie wybory sprawiły, że czeka na nas kilkadziesiąt pozycji do lektury. Czasu ostatnio jak na lekarstwo, stąd i na czytanie mniej go poświęcić można (jeszcze mniej na Internet, stąd spore u nas zaległości w odwiedzaniu ulubionych blogów), ale powoli zagłębiamy się w nieprzebrane zasoby zadrukowanego fabułą papieru.

Dzisiaj chcielibyśmy podzielić się kilkoma uwagami na temat powieści, która wpadła nam w ręce bardzo niedawno, a główną motywacją do jej zakupu była wysoka przecena w Matrasie, a która okazała się wyjątkowo przyjemnym rozczarowaniem. Kryminał, historia, niska cena – ten układ brzmiał obiecująco i w ten sposób któregoś wieczoru wylądowaliśmy z Panem Whicherem w Warszawie w ręku. Jest to dzieło aż dwojga autorów: Agnieszki Chodkowskiej-Gyurics oraz Tomasza Bochińskiego.

Akcja utworu osadzona jest w roku 1862. Ci, którzy nie spali na lekcjach historii – bądź ci, którzy budzili się w odpowiednim momencie – z pewnością kojarzą ten rok jako wigilię tragicznego Powstania Styczniowego. W rzeczy samej, to właśnie cień nadchodzącego zrywu narodowego stanowi tło opowieści – nie jedyne i nie dominujące, aczkolwiek wielce znaczące i w pewnym sensie definiujące klimat. Miejscem wydarzeń jest Warszawa, ongiś stolica mocarstwa, teraz (wg czasu lektury) zaś zaledwie największe i najważniejsze miasto polskiej prowincji Imperium Rosji. Co istotne, Warszawa odgrywa w tekście ważną rolę – także ona dokłada się do procesu klimatotwórczego, nade wszystko jednak stanowi barwną, żywą planszę, na której się dzieje to co się dziać powinno. Planszę, dodajmy, rewelacyjnie rozbudowaną, autentyczną, wielopłaszczyznową, wspaniale historyczną i realistyczną.

Dworzec Wiedeński pod koniec XIX wieku

Polski jako takiej nie ma – tkwi pod carskim zaborem, a Polacy są obywatelami drugiej czy też trzeciej kategorii. Logiczne i oczywiste jest zatem, że pierwsze skrzypce grają… Rosjanie. W Warszawie szaleje obłąkany seryjny morderca, zabijający Polaków, ale też Rosjan. Rozwiązanie sprawy spoczywa na młodych barkach inspektora Czernyszewskiego. Jest jeszcze druga zbrodnia, daleko poważniejsza: ginie jedna z najbardziej prominentnych rosyjskich arystokratek. Jej odnalezienie staje się priorytetem, który również obciąża Czernyszewskiego, tym razem mogącego liczyć na pomoc londyńskiego księcia detektywów, pana Witchera (autentyk!). Czernyszewski i pan Whicher to dwaj równorzędni bohaterowie powieści, przy czym każdy z nich patrzy na wydarzenia z nieco innej perspektywy, dodatkowo jeszcze do każdego z nich przyporządkowano odmienny typ narracji.

Jack_Whicher_CDV

Pan Jacek Whicher

Recenzja miała być krótka (miała być…). Pomińmy zatem dygresje i lanie wody, a skoczmy od razu do wniosków i oceny. Pan Whicher w Warszawie zasługuje na odrobinę krytyki, jednak przeważają ochy i achy. Po pierwsze: miejsce i czas wydarzeń. Rzecz to niespotykana, aby dobra, polska powieść – w dodatku jeszcze kryminalna! – ulokowana była w okresie narodowej smuty. Niepisane prawo mówi wszak, że starannie omijamy myślą bądź uczynkiem „te” rejony. I tak mamy już pewien progres, skoro od czasu do czasu pojawiają się perełki rzucone w odmęty mroków dwudziestolecia międzywojennego czy też lśniące socrealizmem dekady powojnia. Tym niemniej czas okołopowstaniowy to wciąż terra incognita współczesnej literatury rozrywkowej. Po drugie: w książce nie uświadczymy okołopowstańczej smuty, a i narodowe pobrzękiwanie szabelką nie stało się kanwą opowieści. Wręcz przeciwnie, jest to zaledwie żywe tło (kolejne), interesujący akcent fabularny i klimatyczny, coś jakby burza z piorunami zbierająca się nad sielską wioską. Efekt jest bardzo smaczny. Po trzecie: oddanie głównych ról nie-Polakom. Nie, nie… wcale nie jesteśmy agentami radzieckimi ani antypatriotami, po prostu bardzo doceniamy nieoczywiste zagranie literackie. Nieoczywiste, a z drugiej strony oczywiste. Wielu autorów pewnie na siłę wcisnęłoby w tę historię Polaków, choć nie miałoby to uzasadnienia w realiach epoki. Nasza dwójka zgrabnie poradziła sobie z potencjalnie problematyczną kwestią, na czym zyskała powieść, a tym samym jej Czytelnik. Po czwarte: w książce uświadczymy wiele postaci z różnych bajek. Mamy zatem angielską wróżkę, rosyjskich arystokratów, polskich patriotów (notabene podzielonych na dwa, wzajemnie zwalczające się stronnictwa), angielskich detektywów i rozmaite indywidua wciśnięte pomiędzy te grupy. Plus skromną porcję niezłego, dyskretnego humoru (Pan Whicher – rasowy Anglik – reagujący z przerażeniem na kolejną filiżankę herbaty podaną mu w siedzibie policji – bezcenne!)

Margrabia Aleksander Wielopolski – postać w tle, bardzo ważna jako zwornik fabuły okołopowstańczej, ale zarazem bez znaczenia dla historii kryminalnej

Minusy? Tak, kilka by się znalazło, na przykład nie zawsze przekonujące portrety charakterologiczne. Tytułowy książę detektywów mógłby być nieco wyraźniejszy, unikalny, podczas kiedy stoi totalnie w cieniu rosyjskiego kolegi po fachu. Co jeszcze? Jakieś detale, nic godnego uwagi.

Soldaci rosyjscy obozujący w centrum Warszawy

Pan Whicher w Warszawie to powieść lekka, a nawet zaskakująco lekka jeśli uwzględnimy czas i miejsce akcji. Potraktować ją należy przede wszystkim jako sprawnie opowiedzianą historię kryminalną (w dwóch wątkach), ale i dowód na to, że naprawdę da się wycisnąć doskonałe literackie danie z polskiej historii, także z mniej przyjemnych jej epizodów. Przy okazji: jedno z naszych najciekawszych odkryć księgarskich tego sezonu, w dodatku nabyte  na matrasowskiej wyprzedaży za pieniądze z gatunku śmiesznych (czymże jest kilka złotych za parę naprawdę przyjemnie spędzonych wieczorów?).


PS. Pan Whicher, jako już wspomnieliśmy wyżej, to autentyczny autentyk.  Jest to postać, która nie tylko istniała rzeczywiście, ale i rzeczywiście cieszyła się wielką renomą. Coś jak Poirot lub Holmes, ale taki prawdziwy, bo z samego Londynu. Co ciekawe, faktem jest także wizyta Whichera w Warszawie! Detale już niekoniecznie.

PSPS. Nie wiem czy też tak macie, ale przy moim sposobie czytania (raczej skanowanie i łączenie w głowie kwantów niż macanie każdej literki i każdego wyrazu) zdarza mi się, że w procesie lektury przeinaczam nazwy własne. Mój umysł tworzy, jak sądzę, tymczasowe pseudonimy, które łatwiej mu zapamiętać. W tym przypadku Pan Whicher stał się swojskim Panem Wichrem. Zazwyczaj jednak po przeczytaniu n stron łapię się na owym przeinaczeniu i się poprawiam, tymczasem w przypadku Pana Whichera nawet dziesięciokrotne i dwudziestokrotne skorygowanie nie pomogło. Do końca książki pozostał Wichrem. Wot, podświadomość 😉

Józef Ignacy Krawszewski – barwna postać, która drugoplanowo pojawia się na kartach powieści, świetny smaczek!

Reklamy

4 thoughts on “Recenzja książki „Pan Whicher w Warszawie”

  1. O. Zaskakujące odkrycie.
    Haha, też mi się często zdarza przeinaczać nazwy, a później – jeśli muszę/chcę napisać o książce – przyłapuję się na błędnej pisowni imion/nazw ; ) Więc tak, znam to znam ; )

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s