Rosja jak kromka chleba

Reflektorem w mrok - logoAlice z bloga Bo świat jest ciekawy wywołała nas do odpowiedzi w temacie co wiemy o Rosji. Tak naprawdę niewiele, ale wszak po to się człowiek męczy z tymi swoimi blogami, aby mieć gdzie sobie pogadać, prawda? No więc oto krótkie zestawienie – w dziesięć ujęte punktów – naszych wiadomości o Rosji. Ostrzegamy: z głowy, więc może nie do końca zgodnie z rzeczywistością ;-P. A skoro z głowy, to i bez liczb, statystyk, konkretów, coby zbyt mocno w błąd nie wprowadzać. Wystarczy, że wprowadzimy jeno umiarkowanie ;-). Lets start!

Po pierwsze. Rosja to państwo od dawien dawna aspirujące do miana mocarstwa słowiańskiego, jednak w praktyce, jest to państwo bardzo multi-kulti, o czym się zastanawiająco rzadko wspomina. Ilekroć myślimy o Rosjanach, na myśl przychodzą nam sympatyczne a szczere słowiańskie twarze, ewentualnie wielkie postury „dalekich”, syberyjskich obywateli tego ogromnego państwa, różnych tam Ałtajczyków i Jagutów. A przecież Rosja to ogromna populacja wyznawców Islamu! Południowe rubieże tego kraju są szczególnie mało słowiańskie. Jeśli doliczymy poszczególne grupy plemienno-etniczne z dalekiego wschodu, to wyjdzie nam wynik, o jakim większość multikulturowych państw z światłego i nowoczesnego Zachodu mogłaby jedynie pomarzyć! W pewnym sensie docenić można fakt, że Rosjanie umiejętnie (no, z tymi umiejętnościami to bywało różnie) włączali do swojego Imperium rozmaite ludy – szło im chyba lepiej niż Amerykanom, którzy po prostu wytępili rodzimych mieszkańców własnego kontynentu i następnie zajęli ich miejsce (niedobitkom pozwolono, co prawda, egzystować gdzieś, gdzie nie przeszkadzali). Dyskretnie trzymając w cieniu „subtelne” metody konwersyjne stosowane przez Rosjan – najpierw carskich, później sowieckich – moglibyśmy pokusić się o stwierdzenie, że w tym punkcie programu nasi wschodni sąsiedzi wygrywają z Jankesami!

Po drugie. Skoro już o sprawach etnicznych mowa, to na dalekim rosyjskim wschodzie rodzimi Rosjanie (szeroko tutaj rozumiemy słowo „rodzimi”) od dość dawna znajdują się pod ogromną i rosnącą presją ludności napływowej z terenu… Chin. To nie takie dziwne, jeśli uświadomimy sobie, że daleki rosyjski wschód to mnóstwo setek i tysięcy kilometrów kwadratowych oraz bardzo niewielu ludzi, podczas kiedy w Chinach rzecz ma się dokładnie odwrotnie: dużo Chińczyków, mało Chin. Bezkresne rejony syberyjskie kryją w sobie ogromne bogactwa, z ropą naftową na czele, jest to zatem rywalizacja o coś więcej niż kawałek gruntu pod ziemniaki i marchewki. Oczywiście dla samej Rosji potencjalna utrata owych rubieży to także odcięcie od Pacyfiku, a zatem „utknięcie” na zamarzających wodach północy, w ciasnym Bałtyku i jeszcze ciaśniejszym Morzu Czarnym (do którego wrota kontroluje niby-natowska Turcja). No i nie bez znaczenia jest fakt, że Kolej Transsyberyjska musiałaby zmienić nazwę…

Po trzecie. Chińskiej presji demograficznej idzie w sukurs chińska presja gospodarczo-polityczna. Dla nas, obywateli Europy i państwa cieszącego się z protekcji NATO nie jest wcale oczywiste, że to właśnie Chiny stanowią dla Rosji obecnie zarówno główne zagrożenie jak i największego partnera. Państwo Środka jest zainteresowane przede wszystkim zakupem surowców, z ropą naftową na czele. Rozwijająca się gospodarka Chin gotowa jest za te materiały płacić naprawdę sporo, podczas kiedy dla Rosji nadal eksport nieprzetworzonych surowców stanowi główne źródło dochodu. Co więcej, niezależnie od zatargów, Rosjanom i Chińczykom jest względnie łatwo się dogadać, choćby z uwagi na szczególne formy demokracji funkcjonujące w obu państwach. Nie bez znaczenia jest fakt, że Rosja jest obecnie ubogim krewnym dawnego komunistycznego klienta – Chiny natomiast niepostrzeżenie stały się mocarstwem opływającym w dobra wszelkiego sortu, z jenami i dolarami na czele. Zarazem to właśnie Chiny wyrastają na – być-może-już-wkrótce największe mocarstwo na Ziemi, dobrze jest zatem mieć z nim poprawne relacje. Czy faktycznie będą one poprawne? Politolodzy mają co do tego pewne wątpliwości: jest tutaj wiele niewiadomych, a bilateralne układy pomiędzy Rosją a Chinami mogą zależeć w dużym stopniu od pozostałych elementów układanki, przykładowo zatem staną się swego rodzaju zakładnikiem układów obu tych państw ze Stanami Zjednoczonymi.

Po czwarte(k). Zatargi pomiędzy Rosją a Chinami bywały krwawe, także w okresie po drugiej wojnie światowej. Chiny już raz, o ile pamięć mnie nie myli, próbowały pożyczyć sobie od Rosji (na wieczne nieoddanie) pewne tereny. Próba inwazji nie powiodła się, gdyż do niedawna to Rosja była silniejszym sąsiadem. Teraz sytuacja mogłaby wyglądać inaczej. Notabene, logika i pewne oderwane od siebie informacje podpowiadają, że nad granicą chińską Rosja trzyma gros swoich sił wojskowych. Nie w Obwodzie Kaliningradzkim, nie na rogatkach republik bałtyckich, ale właśnie tam. Nie dziwne. Wszak wschodu Europy strzegą pojedyncze bataliony sił amerykańskich, zbieranina niezbyt chętnych do wojaczki europejczyków i wojownicze acz nieliczne siły lokalsów, podczas kiedy Chiny mają sprzęt najnowszej generacji, liczne i doskonale wyszkolone wojsko, a na domiar złego/dobrego nieustannie inwestują w dalszy rozwój armii. W przeciwieństwie do Europy, Państwo Środka nie ma wątpliwości co robić i w którą stronę zdążać. Potencjalny europejski atak wyglądałby zapewne tak, że poprowadziliby go Amerykanie, wsparci przez Polaków i Bałtów, parę czołgów i jakiś lotniskowiec dorzuciliby Angole. Francja zapewniłaby sobie dostawy żywności do nacierającej armii, a Niemcy umówiliby się z Rosją, że będą chronić Nord Stream i tam skierowaliby wszystkie swoje siły. Zapewne Putin umarłby ze śmiechu, co zapewne też mu się nie uśmiecha (nomen omen), ale stanowi jednak mniejszą groźbę niż masowe uderzenie nowoczesnych i licznych sił dowodzonych z Pekinu.

Po piąte. Ciekawostkowo, możemy nadmienić, że potencjalny konflikt chińsko-rosyjski bywał i nadal bywa, co prawda sporadycznie, przedmiotem zainteresowania literatury popularnej. Sam Tom Clancy w dwutomowym Niedźwiedziu i smoku wziął się za próbę symulacji takiej wojny. Znacznie bardziej świeżą – i chyba zwyczajnie lepszą, tak literacko jak i „faktograficznie” – jest powieść naszego rodaka: Wschodni Grom Jakuba Pawełka.

Po szóste. Po zakończeniu drugiej wojny światowej największym przeciwnikiem Rosji były – oczywiście – Stany Zjednoczone. Po upadku Związku Radzieckiego, nowa Rosja nie potrafiła sobie ułożyć relacji z Waszyngtonem. Można odnieść wrażenie, zapewne słuszne, że Rosji w ogóle brakło planu (notabene, nie do końca tematycznie, ale bardzo blisko obok tematu, mógłbym polecić tutaj lekturę Generacji „P” Wiktora Pielewina). O ile w czasach ZSRR Moskwa chciała wszystkiego, czyli całego świata, plus ewentualnie księżyca, tak po sromotnej klęsce, straciła ochotę na cokolwiek. Nie wyrosła Rosja na regionalnego lidera, nie stała się nawet regionalnym mocarstwem (z pewnymi uwagami, które będą niżej), a jej siła polityczna niemal w całości opierała się na fakcie składowania materiałów rozszczepialnych w hurtowych ilościach. Notabene, ciągle nie wiadomo ile z tych materiałów zostało rozkradzionych. Osoby dobrze poinformowane twierdzą że zbyt dużo. W każdym razie to Stany Zjednoczone zdominowały dyskurs z Rosją i to Stany Zjednoczone wepchnęły Rosję do narożnika, w którym ta miała niewielkie pole manewru. Dopiero od niedawna widać pewną zmianę tej tendencji, a to za sprawą Putina.

Po siódme. Zanim jednak przejdziemy do Putina, poświęćmy jeszcze odrobinę uwagi rosyjskim siłom zbrojnym. Wszak jest to temat bardzo istotny z punktu widzenia niejednego wschodnioeuropejskiego państwa, w tym oczywiście Polski. Rosja miałaby kłopot ze stawieniem czoła Stanom Zjednoczonym (nie, wcale nie jestem fanatykiem jankeskiego sprzętu, po prostu fakty są faktami), nie wiadomo też jak poradziłaby sobie z Chinami, jednak dysponuje więcej niż wystarczającą zdolnością zduszenia jakiegokolwiek państwa poniżej progu supermocarstwa. Tak, pisaliśmy, że nie jest Rosja mocarstwem regionalnym, ale chodziło bardziej o mocarstwowość gospodarczo-polityczną. Wojsk bowiem w Rosji nie brakuje. Są liczne i w gruncie rzeczy nieźle uzbrojone. Są całe pułki i dywizje o zerowej wartości bojowej (w tym Wojska Wewnętrzne, służące głównie pacyfikacji kibiców i islamistów), niedozbrojone, pozbawione zaopatrzenia, części zamiennych, amunicji, a nawet stosownych racji żywnościowych, o nowoczesnych środkach transportu czy maszynach bojowych nie wspominając. Są też pułki i dywizje doskonale przygotowane do działań na współczesnym polu walki. Poczynając na jednostkach specjalnych (specnaz, czyli jednostki specjalnego naznaczenia, oryginalnie stworzone – tak jak nasz rodzimy Grom – do polowania na wrogie wyrzutnie rakiet strategicznych), poprzez lotnictwo i na zagonach pancerno-piechotnych kończąc. Rzadko komentatorzy zauważają, że radziecka doktryna wojenna nie polegała na dorównaniu do poziomu Stanów Zjednoczonych ale raczej na neutralizowaniu ich przewagi. Stąd sowieci rozwinęli wiele metod walki nakierowanych na zwalczanie określonego typu uzbrojenia. Szczególną uwagę poświęcali amerykańskim lotniskowcom, jako rdzeniom potężnej i niemal wszechmocnej US Navy. To przyzwyczajenie pozostało im do dziś. O ile zatem większość radzieckiej floty stoi skorodowana i zapomniana, tak wybrane jednostki zachowują sprawność bojową – nie wystarczającą wprawdzie, aby panować na morzach i oceanach, ale wystarczającą aby zagrozić amerykańskim grupom lotniskowców. Także lotnictwo rosyjskie ma w tym kierunku szczególną specjalizację. Warto jeszcze nadmienić rzecz, o której w Polsce się nie mówi, mianowicie taką, że Rosja do wielu lat, bardzo konsekwentnie, odchodzi od polityki wojska masowego. Takiej rewolucji nie da się przeprowadzić w rok, ani nawet w dekadę, zwłaszcza jeśli uwzględnimy rozległość terytorialną kraju i zapóźnienia infrastrukturalne, jednak fakt pozostaje faktem. Co to dla nas oznacza? W przypadku wojny z Rosją (odpukać!) mielibyśmy do czynienia z przeciwnikiem liczniejszym, uzbrojonym porównywalnie lub lepiej, ale też dobrze wyszkolonym. Nasza propaganda próbuje malować Rosjan jako odważnych ale raczej mało zdolnych wojowników, zwyciężających bezrozumną masą, nigdy zaś taktyką czy umiejętnością. Ten wariant, niestety, staje się powoli historią.

Po ósme. Władimir Putin to siłowik (wyraz ten najczęściej jest rozumiany, nieco wbrew literalnemu tłumaczeniu, jako oficer służb wywiadu / kontrwywiadu), który do polityki wszedł bocznymi drzwiami z siedziby czeki z Petersburga. No dobrze, nie do końca chodzi o WCZK, ale o któregoś tam pociotka wspaniałej instytucji tworzonej przez naszego rodaka, pana Dzierżyńskiego. Do tej pory Putin rozgrywał mecz na własnym boisku, przed własną publicznością i… bez drużyny przeciwnej. Może nauczony na doświadczeniach poprzedników, a może nazbyt skromny i nieśmiały, nie rzucał poważnych wyzwań Zachodowi, sporadycznie ograniczając się do pobrzękiwania mieczem świetlnym. Znacznie więcej… zachodu poświęcił na zorganizowanie sobie dobrego życia, stąd przez niektórych komentatorów uznawany jest za najbogatszego człowieka na Ziemi, acz próżno szukać go w oficjalnych zestawieniach najbogatszych. Jego majątek bierze się zapewne z haraczy ściąganych z nowej, rosyjskiej magnaterii, bonzów kontrolujących najpotężniejsze państwowe lub „prywatne” firmy, oczywiście w większości zajmujące się obrotem surowcami. Póki petrodolary płynęły do Rosji szeroką strugą, póty Putin mógł z marnego procenta zbierać wcale niemarny majątek. I tak pewnie czynił. Jeśli niepokoi nas zawłaszczenie państwa przez partię w Polsce, to pocieszmy się: do Rosji nam naprawdę daleko.

Po dziewiąte. Gospodarka rosyjska niewiele się  zmieniła od czasu upadku ZSRR. Wolny rynek w Rosji to mieszanina brutalnej, wolnej amerykanki… pardon: rosjanki z na poły mafijną polityką syndykalno-koncesyjną. To co najważniejsze w Rosji kontrolowane jest przez oligarchów, którzy namaszczeni na swoje stanowiska są przez Putina lub za jego dorozumianą zgodą. To co mniej ważne jest w rękach nie do końca legalnych organizacji pożytku niepublicznego (mafia, która oczywiście odprowadza procent wiadomo gdzie). Na tym polu biją się także zagraniczne firmy, podobnie jak w każdym kraju trzeciego świata startujące z uprzywilejowanej pozycji i egzystujące nieco ponad rynkiem (przy czym w Rosji ich działalność obarczona jest znaczącym ryzykiem). To co najmniej ważne, czyli warzywniaki i myjnie samochodowe pozostawiono Rosjanom bez koneksji. Niektórzy mają na tyle dużo warzywniaków i myjni aby stać się naprawdę bogatymi Rosjanami, w skrócie zwanymi nowobogackimi. Ta grupa stanowi główne pole zbytu na co bardziej rokokowe, przekombinowane, kapiące od złota i niegustowne dobra na świecie. Ich aktywność na tym polu skutkuje pojawianiem się galerii zdjęć pod tytułem „takie rzeczy możliwe tylko w Rosji”.

Po dziesiąte. Długo by jeszcze można pisać. Rosja to wszak także doskonała literatura (klasyczna i popularna, nowoczesna – w tej drugiej grupie wymienić mogę chociażby bardzo lubianego przez nas Borisa Akunina, „fantastycznego” Bułyczowa, braci Strugackich, nietuzinkowego Pierumowa) i jeszcze lepsza muzyka (klasyczna przede wszystkim, ale jakże zapomnieć o niesamowitej „piosence żołnierskiej” promowanej na świecie przez Chór Aleksandrowa z moją ulubioną Piosenką partyzancką). Przyznaję bez bicia, że jestem fanem radzieckiego hymnu państwowego – jest to przykład najbardziej porywającej i sugestywnej muzyki w tej kategorii, aż by się chciało nasadzić bagnet na broń i pognać wszystkich burżujów do Atlantyku. Rosja to także „faile” drogowe, czyli miliony youtubowych filmików przedstawiających unikalne sytuacje, możliwe bodaj do wydarzenia się jedynie w Rosji, ze szczególnym uwzględnieniem faktu, że tam chyba każdy kierowca wozi ze sobą kij bejsballowy i potrafi się nim posługiwać. A okazji ku temu mają sporo, skoro dość powszechnie stosuje się tam metodę pierwszeństwa bardziej logiczną niż wszędzie indziej, czyli po prostu: kto pierwszy / większy / szybszy ten lepszy. W ramach podsumowania pozwólmy sobie zatem na jeden, krótki cytat, nie wiadomo skąd, ale doskonale odnoszący się do tego potężnego i nietuzinkowego kraju:

Rosja to nie kraj, Rosja to stan umysłu.

PS. Załączone zdjęcia, grafiki i linki z głowy nie są, rzecz jasna ;-). Na takie minimum internetu sobie pozwoliliśmy, a co! Wszystkie zdjecia z wyszukań w internecie.

Advertisements

25 thoughts on “Rosja jak kromka chleba

  1. Cytat bardzo trafny. Warto jednak wiedzieć co się za tym stanem umysłu kryje…

    „Dziś nawet Aleksander Dugin, doradca Putina, postać kluczowa dla rosyjskiej politologii, przyznaje to, o czym pisał Feliks Koneczny nazywając Rosję cywilizacją turańską. On mówi, że Rosja to jest kolektyw, a indywidualizm jest dla nich zły, że Rosja spełnia swoją dziejową misję tworzenia imperium. Warto zwrócić uwagę, jakie jest tam miejsce prawosławia, na to jak oni pogodzili komunizm stalinowski z carskim prawosławnym imperializmem, bo oni to łączą. Da się to połączyć na płaszczyźnie cywilizacyjnej. Religią Rosjan jest imperium. To jest ich prawdziwy kościół, a prawosławie jest tylko funkcją spełniającą rolę uzupełniającą. Oni się uważają za dzieci Dżyngis-chana. Zachód najchętniej by zasiedlili Tatarami i Arabami. Dla nich katolicyzm jest zdradą Słowiańszczyzny. Oni mają swój specyficzny mistycyzm. Współczesne prawosławie jest o tyle uzasadnione, ile uzasadnia imperializm. Jaki był stosunek Rosji do Tatarów? Wrogi, ale dziś Rosja sama przyjmuje mongolski czyli azjatycki sposób urządzenia kraju” – podkreślał prelegent.

    „Putin jest przywódcą, bo wygrał wojnę. W nihilistycznej kulturze rosyjskiej wygranie wojny daje legitymację do rządzenia. Rosjanie są inni prywatnie, a inni w grupie. W grupie występuje mentalność gromadna. Tam nie liczy się człowiek, a jedynie gromada. Przez kolektywne uczestnictwo w imperium Rosjanin się zbawia. Jak car przegrywał wojnę, to tracił pozycję. Tam z powodów sakralnych nie można przegrać. Tylko siła jest ceniona. Jak ktoś chce z nimi rozmawiać w polityce z poziomu słabszego, to jest to poziom, którym oni gardzą” (prof. Mieczysław Ryba)
    https://odyssynlaertesa.wordpress.com/2014/06/10/odklamac-wczoraj-i-dzis-spotkanie-z-prof-mieczyslawem-ryba-rosyjska-durnoj-sintez/

    • bardzo zasadny komentarz. Aczkolwiek, co do idei „inni-jako-jednostki-inni-w-grupie” to jest to akurat pewna oczywista oczywistość. To samo da się powiedzieć o Polakach, którzy zdają się być mąrymi i pracowitymi ludźmi, ale zgromadź ich w jednym miejscu setkę, to zrobią ci taki kipisz jakiego nie widziały wyprzedaże marketowe…

      • No właśnie o to chodzi! Polacy może i są czasem ospali ale kipisz urządzić potrafią bo cenią sobie wolność i wynikający z niej indywidualizm.
        Polaków nie zagonisz do życia za ile tam dolarów wynosi płaca/renta w Rosji, albo żeby się cieszyli z wolności pędzenia bimbru i zagryzania go słoniną/cebulą (od święta), z uwielbieniem na ustach dla „umiłowanych przywódców” 🙂
        Taka różnica

        • taa… dlatego zwą nas anarchistami i już parę razy próbowali nam anarchizm z głów wybić. Niby ciągle wypływamy na powierzchnię, ale długofalowo wielkich korzyści z tego nie widzę… niestety ;-(

          • Próbowali tylko wtedy kiedy sami sobie podpiłowaliśmy gałąź. A to całkiem insza inszość. Nasza słabość to dla nich zawsze była okazja.
            Marzy mi się powrót do potęgi I RP kiedy sami stanowiliśmy o swoim bezpieczeństwie, ale niestety bez zrozumienia naszych przywódców na czym tamta potęga została zbudowana nie mamy co marzyć o samodzielności i „anarchii” (złotej wolności), która uczyniła z Polski bogate i prężnie rozwijające się państwo.
            Realizując obecny status wiecznie uwieszonego u czyjejś Pańskiej klamki (NATO – militarnie, UE – pieniądze) możemy się tylko modlić żeby Rosja (i Niemcy) miały ciągle jakieś kłopoty i pootwierane gdzie indziej fronty… niestety

          • Pytanie na ile rzeczywiście była potężna I RP, a może raczej: ile jej potęga trwała. Odpowiedź: potężna była, ale krótko. Zbyt krótko. Wyczerpała swoje siły na obronie granic bo sama zapomniała o ekspansji. Jej mocą była wojowniczość Polaków ale nawet u szczytu potęgi nie do końca poparta strukturą, która ową wojowniczość by kanalizowała (tudzież brakiem regularnej, pewnej armii). Źródłem upadku RP było nie tylko osławione liberum veto, choć i ono miało swój ogromny udział w klęsce. Przyczyn było sporo, a ich analiza ukazuje – a rebour – także przyczyny zaistnienia potęgi. Weźmy na przykład wolną elekcję, na wpoły anarchiczną strukturę społeczną i słabą gospodarkę. To na płodach ziemi wyrosło bogactwo szlachty, które urodziło potęgę kraju. Brak ewolucji, ślepe trzymanie się latyfundiów spowodowało nieco później załamanie owego bogactwa.

            Co do obecnej sytuacji… to bardziej skomplikowane. Właściwie to nawet UE nie jest w stanie poradzić sobie sama na arenie międzynarodowej, stąd często komentuje się tragiczny układ TIPP jako prostą transakcję: UE „rozkłada nogi” przed USA w zamian za ochronę i protekcję. Polska będąca krajem drugiej kategorii ma jeszcze mniejsze możliwości samodzielnego zaistnienia. Obecny rząd przekonuje nas, że jest inaczej, ale to myślenie życzeniowe. W globalnej wiosce mocarstwowość wymaga znacznie skuteczniejszego obłożenia wielu płaszczyzn niż Polska jest w stanie sobie zapewnić ze swoją rachityczną gospodarką i słabą armią. Aby nie było: piszę to ze smutkiem, zwłaszcza że i tak od czasu odzyskania niepodległości nie byliśmy w lepszej kondycji…

          • „W lepszej kondycji”… ale na kredyt 🙂 więc nie ma o czym mówić. To tylko bal (dla ubogich zadłużonych) na Tytaniku.

            Ciężko wyznaczyć szczyt potęgi I RP, ale braku ekspansji terytorialnej nie traktowałbym jako naszej słabości. Tylko słabe państwo musiało się w ten sposób realizować (słabe pod względem zasobów ludzkich, surowcowych, produkcji itp).
            Tym miernikiem (do dziś) może być wyłącznie zasobność/bogactwo obywateli, bo tylko takie społeczeństwo stać na silną armię i samowystarczalność, oraz wolności i prawa w których mogą się obywatele realizować (i dzięki czemu odczuwają coś takiego jak tożsamość z władzą/państwem). Pod tym względem byliśmy dłuuugo u szczytu. Stać nas było na wiele zarówno pod względem finansowym jak i militarnym. Sami sobie zapewnialiśmy bezpieczeństwo i o to chodziło! Jedynym problemem (który z czasem zaczął wpływać na politykę realizowaną w ramach tzw. „demokracji szlacheckiej”) była tu proporcja udziału obywateli w owym bogactwie i wolnościach z którymi wiąże jeszcze jeden czynnik decydujący o potędze państwa – sprawiedliwość/praworządność (czyli równość obywateli wobec prawa).
            I brak tego ostatniego warunku przyczynił się moim zdaniem tak naprawdę do upadku I RP. Spowodował nadmierne rozwarstwienie i degradację moralną w środowisku nadmiernie uprzywilejowanej grupy zwanej szlachtą. To polaryzacja na obrzydliwie bogatą magnaterię (o wybujałych ambicjach zwanych „prywatą” z czasem pod protekcją obcych dworów) i tzw. „szlachtę gołotę” (która sprzedawała się magnaterii i obcym dworom) oraz brak silnego centrum w postaci władzy królewskiej (niestabilnej i mało ambitnej za sprawą tzw. „wolnej elekcji”) doprowadziła do upadku I RP.

            Katastrofy nie da się niestety zwalić na „liberum veto” która moim zdaniem była bardzo dobrą koncepcją (ryzyko veta „współbraci” szlacheckiej dość długo powstrzymywało ambicje co bardziej wpływowych bonzów) i nie taka straszna jak ją malują, bo przez wieki nie używano tego mechanizmu, a dopiero kiedy chciwość i prywata (z powodu nadmiernego uprzywilejowania) zaczęła przesłaniać szlachcie (magnaterii) „interes narodowy” nastąpiły pierwsze na tym polu wybryki (dodatkowo ośmielone przez umacniające się wpływy obcych dworów). Jeśli miałbym wskazać na jeden czynnik który generował możliwość takiego obrotu sprawy to wskazałbym „demokrację szlachecką”.

          • ekspansja jest jednak bardzo istotnym elementem potęgi. Zauważ, że historia zdaje się wyróżniać jedynie dwa stany: atak i obronę. Jeśli nie atakujesz to się bronisz, a pozostawanie w defensywie od zawsze jest uznawane za pierwszy krok do klęski. Szczyt IRP został podsumowany długą serią „chwalebnych” wojen obronnych, z powstaniem chmielnickiego i potopem szwedzkim na czele. Nawet dzisiaj, w czasach tak zwanego pokoju, ekspansja trwa. Stany Zjednoczone dla przykładu przeniosły ją na inne pole – gospodarcze – ale zadania realizują równie brutalnie. Nowy uczestnik zmagań czyli Chiny niewiele im ustępują. Siedzenie w obrębie własnych granic to rzecz, która sprawdza się wyłącznie w Szwajcarii i Monte Carlo 😉

            Liberum veto to element demokracji szlacheckiej – trudno docenić jedno i krytykować drugie. Nie byłoby d.sz. bez l.v. Aczkolwiek zgodzę się, że liberum jest demonizowane – zwykle zresztą mówimy o rozumieniu historii, nie o historii. Historia to fakty i detale, a te są znane nielicznym (nie dlatego, że to tajemnica, ale dlatego, że większość zadowala się hasłami).

            Nadmienię, że demokracja szlachecka miała cechy demokracji bezpośredniej na wzór polis greckich – jeśli się z tym zgodzimy to otwiera to nowe, ciekawe pole dyskusji 😉

          • I RP dowiodła że broniąc się można uchodzić za potęgę i a nawet powiększać (przy okazji) swoje terytorium wcale nie wykazując agresywnych zapędów wobec sąsiadów 🙂 Więc podtrzymuję że agresywna ekspansja nie jest wyznacznikiem siły (a wyłącznie złych zamiarów).
            Otwarcie dzięki tak agresywnej polityce kliku frontów na rubieżach wielkiego (terytorialnie) państwa kończy się zawsze posiadaniem zbyt wielu wrogów (zazdrosnych i zaniepokojonych wzrostem potęgi) oraz niepokojami wewnętrznymi w ramach zaanektowanych „mniejszości” podbitych państw.
            To nie chwalebne wojny obronne nas rozłożyły ale brak stosownego zarządzania ogromnym obszarem (w pewnym momencie „od morza do morza”) na który to brak złożyło się to wszystko o czym wspomniałem wcześniej (w czym właśnie nasi agresywni sąsiedzi upatrywali naszą słabość aż w końcu im się udało rozwalić nas od środka za pomocą „jurgieltu” a potem dopiero na tak osłabione/nieporadne wewnętrznie państwo napadli we trzech 🙂 ).

            No i USA właśnie w wyniku coraz większej wewnętrznej słabości muszą się posiłkować ekspansją militarną (tak jak Rosja). Kreują i szukają zagrożenia na zewnątrz żeby mieć na kogo zwalić porażkę lewicowej polityki (wzrost zadłużenia, „kryzysy” finansowe) oraz by zająć czymś głowy swoich obywateli. Chiny poszły inną drogą. Wygrywają bo udało im się odnieść sukces gospodarczy, korzystają z tego i rozpychają się teraz na zewnątrz (na wielu kierunkach od syberii po Afrykę) i to nie one prą do wojny bo już nie muszą 🙂 Prędzej przygotowują się na paniczną reakcję USA które tracą grunt pod nogami (zobaczymy jaką politykę będzie prowadził nowy prezydent).

            Ja nie doceniam liberum veto w oderwaniu od demokracji, ale uważam że właśnie w warunkach demokracji szlacheckiej było to bardzo dobre rozwiązanie (nie byłoby demokracji to i liberum veto nie musiałbym „chwalić” 🙂 ).

            Po co rozmawiać/otwierać dyskusję na temat patologii (demokracji)… Lepiej pomówmy o samorządności bo to jest tak naprawdę uczciwa i zdrowa droga do rozwoju zarówno gospodarczego jak i politycznego. „Demokracja” na poziomie lokalnych społeczności (ala Twoje „polis”) jak najbardziej mogłaby się sprawdzić. Tysiące gmin samo się rządzących i wchodzących ze sobą w różne unie gospodarcze. Konkurencja Panie! (nieudolnie rządzone gminy by się po prostu wyludniły 🙂 ). A nad tym wszystkim „król” z niewielkim gabinetem ministrów/doradców pilnujący porządku i bezpieczeństwa za drobną opłatą do „skarbu państwa” (celowy fundusz). Długo by gadać. Kiedyś coś napisałem na ten temat więc nie będę zanudzał 🙂

          • każda ekspansja jest agresywna, acz oczywiście moglibyśmy się spierać o ilość odcieni „agresywizmu”. Z założenia jeśli wchodzisz na czyjeś podwórko, to musisz zdeptać i wykorzenić to co na nim znajdziesz. Ekspansja, czy to militarna, czy gospodarcza, jest więc agresją. Praktycznie wszystkie mocarstwa w dziejach były potężne bo ekspandowały i to właśnie nakręcanie owej ekspansji wyzwalało w nich moc, także wewnętrzną, społeczną. Państwa zamknięte, skierowane do wewnątrz mogą iść drogą Korei Północnej. Ja osobiście nie znam żadnego innego przykładu państwa, które nie próbowałoby stosować ekspansji w którymś z jej dwóch wymiarów…

            Oczywiście masz rację, Polska była poniekąd źle rządzona. Skoro już wchodzimy w detale, to moim zdaniem szalenie istotnym „drobiazgiem” było nieuporządkowanie kwestii kozackiej, to się srodze zemściło. Innym błędem była niechęć do zmiany wiary pretendenta do tronu moskiewskiego. Dodajmy jeszcze niemal totalną pacyfikację i słabość mieszczaństwa, które na zachodzie było siłą zamachową rozwoju, u nas zaś miało symboliczne znaczenie. Brak sensownych sojuszy politycznych – sojusze były zawierane przeciwko nam, nawet słynna odsiecz wiedeńska przyniosła więcej zgryzoty niż pożytku. Dalej: brak masowego, odpowiednio wyposażonego wojska, blokowanie dostępu do wojska nie-szlachcie (z wyjątkiem wyjątków, rzecz jasna, wszak nawet w chorągwiach pancernych byli tzw. pocztowi z „plebsu”). Itd itp.

            Taka samorządność o jakiej piszesz poniekąd występuje w Europie. Poniekąd, bo z jednej strony jest obecna, z drugiej nie do końca. Weźmy kantony szwajcarskie lub landy niemieckie – każda z tych jednostek samorządowych ma ogromne możliwości działania, nieporównalnie większe niż nasze województwa. Są jeszcze Zjednoczone Emiraty Arabskie, będące de facto federacją państw-emiratów. Zazwyczaj im silniejszy samorząd tym słabszy rząd – w Polsce to by nie przeszło, bo u nas króluje myślenie „centralne”. Niestety.

            Liberum veto teoretycznie, tylko teoretycznie, ma kilka zalet. Wszystkie one jednak tracą znaczenie wobec tylko jednej, jedynej wady: w każdym przypadku wystarczy jeden, jedyny głos – jakiegoś gołodupca przekupionego przez X – aby zablokować prawo. Aby strzec wolności można stosować inne wynalazki, akurat liberum veto było szlachetną i idealistyczną próbą unowocześnienia prawa, ale była to próba nieudana, w dodatku tworząca ogromny obszar choroby, która zaraziła tkanki polityczne państwa w sposób wystarczający aby zablokować naprawę / uzdrowienie.

          • Agresywna jet tylko taka ekspansja która jest agresywna 🙂 tzn. dokonuje się się na szkodę celu ekspansji. Tymczasem ludność na zagarniętych przez I RP w wyniku wojen obronnych terenach wcale nie czuła się poszkodowana. A wielu obywateli, i całe ziemie obcych państw wręcz pchały się pod skrzydła I RP. Nie słyszałem o przypadku chęci odłączenia się od Rzeczypospolitej czy buntu jakiejś mniejszości narodowej. Ekspansja RP była spowodowana porażką agresji jej sąsiadów (ale nie agresji RP).
            Nie ma tu znaczenia jak działały inne państwa i czy wszystkie kierowały się agresją, bo casus I RP pokazuje że nie trzeba być państwem agresywnym i ekspansjonistycznym żeby zbudować potęgę. Sukces i dobrobyt gwarantowało coś zupełnie innego 🙂
            Liberum Veto praktycznie pokazało swoje zalety dopóki naród (szlachta) rozwijała się w prawidłowym kierunku. To co zakłóciło ten kierunek i doprowadziło do upadku RP nie było liberum veto.

          • jest to jakiś przykład, zresztą w tym klimacie dałoby się pewnie znaleźć ich kilka więcej. Bo jak trwoga to do Boga. W czasach pokoju nikt się nie pcha pod niczyje skrzydła. O ile dobrze jednak pamiętam, od Polski próbowała się odłączyć kozacka Ukraina, bo kozakom wcale tak dobrze w naszym kraju nie było – byli właściwie rzecz ujmując konkretnie dyskryminowani. Elektor brandenburski też wycyrklował sobie zniesienie zależności wasalnej i uniezależnił się od Polski, ostatecznie zaś ta domena stała się krwawym cierniem w polskim boku. Litwa do unii z Polską dążyła wyłącznie w okresach narastajacego zagrożenia, czy to ze strony krzyżackiej czy ruskiej, ilekroć zaś zagrożenie malało wycofywali się z negocjacji, a nawet zaczynali pustoszyć polskie kresy.

            Polska agresja miała się dobrze w swoim czasie – u podstaw naszej mocarstwowości legły udane wyprawy wojenne czy nawet akcje zaczepne o mniejszej skali. Inflanty nie zdobyły się same ;-). Inna rzecz, że każde państwo ma określony potencjał hegemonii – nie może zarządzać terytorium zbyt rozległym, gdyż jego struktura ulega osłabieniu w miarę oddalania od stolicy. Stąd na jakimś etapie ekspansję militarną powinna zastąpić ekspansja gospodarcza – a tego u nas niestety brakło całkowicie… Oczywiście kłamstwem byłoby stwierdzenie, że polska mocarstwowość była efektem przypadku i trwała tylko przez chwilę. Badania nad polskim dorobkiem – prowadzone przez naukowców/historyków, niekoniecznie amatorów – wskazują na głęboki sens wielu zjawisk w dawnej rzeczypospolitej. Bzdurą jest także twierdzenie zaczerpnięte od Sienkiewicza, że „Polacy tylko w dym idą”, bez taktyki, wojska, umiejętności, gdyż polskie wojska były reformowane i zazwyczaj doskonale przystosowane do swoich czasów. Było ich przy tym zazwyczaj zwyczajnie zbyt mało. No i trafiały się momenty, kiedy nie zauważalismy dokonanego na świecie postępu, czego efektem była np. bitwa pod Kliszowem, bardzo mało znana w naszej historiografii, a jakże znamienna. Wtedy to husaria została zmasakrowana przez piechotę uzbrojoną w szybkostrzelną broń palną…

  2. Onibe,

    Poruszyliście tu tyle ciekawych wątków, że po prostu „na swój sposób” spróbuję na nie „odpowiedzieć” w moim poście, a ten obiecuję przygotować w miarę sprawnie.

    P.S.: a tymczasem żeby nie było, że tak krótko i sucho odpowiedziałam na Wasz tekst… Jako wielbicielka poezji zostawiam Was z Błokiem i jego „Rosją” (w przekładzie Włodzimierza Słobodnika), znacie to?:

    „”Znów, jak w minionych latach złotych,
    Telepią się trzy stare szleje
    I barwne szprychy grzęzną w błotach
    Rozbryzgujących kolein.

    Rosjo, uboga moja Rosjo,
    Twe szare chaty i zagrody,
    Twe wiatry z pieśnią ich żałosną
    Są mi jak łzy miłości młodej.

    Żałować ciebie ja nie mogę
    I w trosce dźwigam krzyż surowej…
    Oddaj zbójecką swą urodę
    Jakiemu bądź czarodziejowi.

    Niech cię omami, ocygani –
    Nie zginiesz z ręki jego wrażej
    I tylko żal zasnuje mgłami
    Przepiękne rysy twojej twarzy…

    Cóż? Jeszcze jedną masz niedolę –
    Nurt w jeszcze jedną łzę bogaty,
    A ty ta sama – las i pole,
    I aż po brwi chusteczka w kwiaty…

    I niemożliwe jest możliwe,
    Najdalsza droga już nie męczy,
    Gdy w polnej dali oczy żywe
    spod chmury rzucą błysk gorętszy,
    Gdy pieśń woźnicy przeraźliwie
    Więziennym, głuchym smutkiem dźwięczy”.

    • hejka. Nie, nie znałem tego. Muszę się wczytać, bo coś dzieje między wersami. I chyba pójdę tropem autora, bo coś mi się zdaje, że się polubimy ;-). No i czekam na ripostę ;-P

  3. Ciekawy tekst o Rosji.
    I ciekawa dyskusja w komentarzach.

    PS. Zbyt dużo jednak moim zdaniem, militaryzmu i fascynacji ekspansywną agresją w Twoim myśleniu i widzeniu świata. (Ja to poniekąd rozumiem, bo wynika z Twojego… hobby 😉 )
    Wbrew pozorom niemal całą egzystencję zdecydowanej większości przedstawicieli Homo sapiens wypełniały nie podboje ale – najczęściej nudne i monotonne – wysiłki, by utrzymać się przy życiu. To była powszedniość. Stan ataku czy obrony to okazjonalne ekstrema, wyolbrzymione przez nasze (opaczne moim zdaniem) widzenie historii jako jednego ciągu klęsk i zwycięstw (niech żyje wojna!). To coś takiego, jak np. wiadomości, w których najwięcej jest o wypadkach, katastrofach i agresywnych palantach – podczas gdy życie 99.99% ludzi toczy się gdzie indziej, jest zwykle i powszednie, pozbawione podobnych rozrywek.

    PS2. Nie wiem czy zauważyłeś, że Twoja koncepcja imperatywu (konieczności) agresywnej ekspansji (bo bez niej państwo pozostanie ponoć słabe) i tęsknoty za imperium, pokrywa się doskonale np. z koncepcją agresywnej i ekspansywnej polityki Hitlera.

    Ja w sumie cieszę się z tego, że z wiekiem wyrosłem z fascynacji osiłkiem 😉

    • coraz częściej dochodzę do wniosku, że lepiej się po prostu nie odzywać, bo zwykle to co mówię jest interpretowane na dwa sposoby. Jeśli wpisuje się w model rozmówcy, to ten akceptuje mnie jako followera bez wnikania w to co rzeczywiście mówię. Jeśli się nie wpisuje, to pojawia się jakaś trzecia narracja z której wynika, że jestem intelektualnie nierozwiniętym nastolatkiem, zafascynowanym wojną, mordowaniem i gwałceniem. To jedna z tych chwil, kiedy po prostu nie będę tłumaczył że nie jestem wielbłądem ;-). Zwłaszcza, że wszystkie odpowiedzi są w tekście / komentarzach.

      • To trochę dziwna reakcja na moja uwagę, bo przecież znamy się (wirtualnie) od wielu lat, przeprowadziliśmy ze sobą mnóstwo dyskusji więc powinieneś raczej zauważyć w międzyczasie, że nigdy tego co pisałeś nie traktowałem „na dwa sposoby”: nigdy nie traktowałem się jako followera bez wnikania w to co rzeczywiście mówię (bo zawsze wszystko co pisałeś traktowałem poważnie i starałem się w to wnikać); ani tym bardziej nigdy nie uważałem Cię za intelektualnie nierozwiniętego nastolatka (sic 😉 ) – było wręcz przeciwnie.
        Cóż to w ogóle za pretensje! 😉

        A że jesteś zafascynowany wojną i militariami – to fakt 😉
        Natomiast o krwiożerczość (fascynację mordowaniem i gwałceniem) Cię nie podejrzewam.
        Zważ jednak, że KAŻDA wojna pociąga za sobą gwałt i mord.

        • nie fascynują mnie wojny, militariami fascynowałem się – trochę – jakieś naście lat temu, w czasach liceum. Fascynuję się kobietami i ich nogami, czasami także kobiecym intelektem ;-P, historią sztuki i malarstwem w szczególności, fotografią, owadami, literaturą, historią powszechną, trochę grami komputerowymi, naprawianiem świata i paroma innymi rzeczami, ale z pewnością nie wojnami. Nie rozumiem jak można być zafascynowanym wojnami… wybacz Logosie, ale to w moim języku po prostu obelga, trochę tak jakby nazwać kogoś psychopatą czy socjopatą. Nigdy nie chwaliłem wojen, nigdy do nich nie podżegałem, uznaję jednak że wojna jest niezbywalną częścią ludzkiego istnienia. Uczy tego historia. Mówię o czymś, co wynika z faktów. I obawiam się, że trudno mnie przekonać że nie mam racji, bo w historii świata bywały jedynie krótkie okresy bez wojen – każdy z nich związany był z wcześniejszymi wojnami. Np. pax romana nastąpił kiedy Rzym podbił i uciemiężył ogromne rejony Europy – paradoksalnie zatem, dzięki przemocy i gwałtowi zafundował kontynentowi mnóstwo spokoju, ciszy i rozwoju. Później bywały okresy krótszego i mniej konsekwentnego spokoju, też powiązane z wybiciem się na prowadzenie jakiegoś hegemona. Wielka Brytania mogła narzucić pokój na ogromnych obszarach świata, bo było to jej terytorium i strzegła wszystkiego, co groziło mu. Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego było mniej skuteczne, ale też na jakimś spłachetku Europy niemal wytworzyło pax germana. Pax americana to najdłuższy w historii nowożytniej okres bez wojen w Europie, zarazem jednak sporo było wojen w innych częściach świata, także u wrót Europy. Każdy z tych „paxów” wiązał się z ekspansją – o tym pisałem w którymś z postów. Ekspansja jednak może mieć charakter także gospodarczy, nie tylko militarny. Nie zmienia to faktu, że nawet wtedy jest swego rodzaju agresją. Nawet jak rozbudowujesz swoją firmę i zyskujesz grzecznie, bez chamskich zagrywek jakiś fragment rynku, to jest to zwykle fragment rynku, który ktoś musi stracić na twoją korzyść.

          Summa summarum, nie wierzę w cywilizację ludzką, która mogłaby się ostać bez jakiejś formy agresji. Szczegółem jest tylko jaka to agresja. Niestety, rozwój wymaga agresji. Wiem, że się ze mną nie zgodzisz, ale zanim mnie posądzisz o uwielbienie dla Nitchego czy kogoś w tym stylu, to po prostu zauważ, że życie to zazwyczaj gra o sumie zerowej. Oficjalnie możemy w to nie wierzyć, oficjalnie możemy być przekonani, że wszystko co robimy to samo dobro, ale plus jednej strony jest minusem drugiej strony. Nie zawsze łatwo jest ustalić kto jest tą drugą stroną…

  4. Mój błąd polegał na tym, że zamiast odnieść się do Twojego (notebane ciekawego) artykułu, zareagowałem alergicznie na kilka Twoich uwag w komentarzach.
    Tak jakbyś miał pretensje do Polski, że była mało agresywna i ekspansywna – i że z tego wynikała jej słabość.
    Wydaje mi się, że Ty ten koncept przenosisz na całą historię, zakładając wręcz, że agresywna ekspansja to spiritus movens wszelkiego postępu cywilizacyjnego.
    Jestem innego zdania.
    Ale już nieraz o tym dyskutowaliśmy, więc nie chcę się powtarzać.

    Nie zgadzam się też z Twoim „postulatem”: „Z założenia jeśli wchodzisz na czyjeś podwórko, to musisz zdeptać i wykorzenić to co na nim znajdziesz.”
    Dość dobrze znasz historię, więc powinieneś wiedzieć, że sukces okupanta (zaborcy) nie wynika nigdy z wykorzenienia (destrukcji) wszystkiego, co endemiczne, a właśnie na zaadoptowaniu tego dla własnych potrzeb – włączenie tego do własnej struktury (to właśnie dzięki temu – a nie ślepej, agresywnej „koszenia” wszystkiego, co znajdzie się na drodze – wynikał sukces ekspansji islamskiej, czy inwazji Mongołów na Chiny, ponoć dzikusów, którzy przejęli rządy nad największym państwem ówczesnego świata, bez niszczenia jego kultury i osiągnięć cywilizacyjnych, a wręcz przeciwnie: rozwijając je.
    Klęska Niemiec wynikała przede wszystkim z tego, że zaczęły one siać destrukcję na niespotykaną dotąd skalę – zwłaszcza na Wschodzie i na Wyspach Brytyjskich. (Wymowna przy tym wszystkim jest swoista symbioza okupowanej Francji z Niemcami, która była możliwa tylko dlatego, że Niemcy mieli respekt dla francuskiej kultury).
    Wymowny i znaczący jest też casus agresywnej Japonii. Dopiero klęska na całej linii spowodowała, że Japończycy zmądrzeli, i stali się jednym z najbardziej pacyfistycznie nastawionych państw (i społeczeństw) na świecie. (Podobnie było z Niemcami.)
    Jak myślisz: dlaczego oni zmądrzeli?
    Co dotarło do ich świadomości?

    Koniec końców uważam, że rozwiązania siłowe (które najczęściej nie są dobrymi rozwiązaniami, pociągając na za sobą wojnę, a więc chaos, destrukcję i ludobójstwo) cofają nas do czasów jaskiniowego barbarzyństwa – powodują, że pozostajemy na dość nędznym w sumie poziomie cywilizacyjnym.

    Ja również sądzę, że bez (różnie rozumianej) agresji niemożliwe byłoby życie (w znanej nam formie) i cywilizacyjny postęp. Ale agresja nie musi oznaczą walki na noże i totalnej demolki. Bardziej inny rodzaj presji – konkurencję, rywalizację, wprowadzanie własnej technologii, innowacji, pomysłowość… ekspansję ekonomiczną, rozwój gospodarczy.// etc. A to wszystko może być elementem współpracy, funkcjonować na zasadzie pewnego konsensusu…

    PS. Źle mnie zrozumiałeś z tą wojenna fascynacją. Tak sobie myślę, że bardziej wojną zafascynowany jestem ja sam. Z tym, że u mnie wojna wzbudza wstręt, Ty zaś uznajesz (chyba), że jest ona naturalnym stanem cywilizacyjnym, którego nie można uniknąć.
    Ja uważam, że jest to możliwe, tylko trzeba w to włożyć pewien wysiłek – zmienić sposób myślenia (jak myślisz, dlaczego po II wojnie światowej Europa przeżywa najdłuższy (chyba) okres pokoju w swojej historii? Otóż właśnie dlatego, że pod tym względem zmądrzała – do świadomości ludzi dotarło wreszcie czym jest wojna, że nie tędy droga i że warto za wszelką cenę należy unikać zbrojnej agresji na obce państwo).
    Ale ja długo ta „mądrość” będzie trwała?
    Otóż będzie ona tym dłuższa, im dłużej do głosu nie dojdą właśnie ci, którzy wrócą do koncepcji vis pacem para bellum – wojnę uznając za jedyne rozwiązanie, na dodatek: za coś nieuniknionego i dla Homo sapiens naturalnego.

    • Odpowiem nie po kolei, ale może chociaż z sensem 😉

      Dlaczego Europa przeżywała tak długi okres pokoju? Pisałem o tym: pax americana. W cieniu skrzydeł bombowców strategicznych, lotniskowców i czołgów. Bez nich zapanowałby w Europie pax sovietica, a my tkwilibyśmy w kamaszach i czekalibyśmy na wskazanie nam jakiegoś wroga do spacyfikowania. Si vis pacem, para bellum, niestety. Pewna relacja „dobrego”, humanitarnego myślenia do prężenia muskułów jest po prostu konieczna aby móc się cieszyć pokojem. Widać to doskonale w dzisiejszej Europie, która popełnia właśnie skomplikowane i długie, bolesne se-pu-ku. Z pewnością jednak okres dłuuuugiego pokoju nie był wynikiem wyłącznie humanitarnego myślenia w Europie.

      Druga sprawa: owszem, aby był pokój trzeba zmienić sposób myślenia, ale historia uczy, że ilekroć poszczególne mocarstwa zmieniały sposób myślenia, wtedy też kończyła się ich wielkość. Nie twierdzę, że jest to sprzężenie niezrywalne, ale na ogół inne państwa czekają na swoją kolej. Kiedy słabnie konsekwencja i siła mocarstwa (oczywiście nie musi to być tylko mocarstwo), wtedy te państwa nie spuszczają powietrza, ale raczej próbują wejść na trupa. Oczywiście przy zastosowaniu siły.

      Nie sądzę też by ludzkość zmądrzała. Mówisz o ludziach, którzy gotowi są tłumnie wbiec do krematorium, na cmentarz, do szpitala czy na drogę szybkiego ruchu aby złapać wirtualnego pokemona… Naprawdę aż tak wysoko oceniasz przymioty cywilizacyjne tych ludzi?

      W Europie chęć wojowania jest dzisiaj bardzo niska, dlatego (m.in.) Europa jest niczym bezwolna kobieta lekkich obyczajów – rozkłada nogi przed każdym kto ma na nią ochotę, byle tylko móc dalej śnić swój sen o dobrobycie i potędze… Trochę to przypomina słynne „bezrządem Polska stoi”, które to miało nam zapewnić immunitet od zaborczych zapędów silniejszych sąsiadów.

      Co do różnych rodzajów agresji – rozumiemy się. Wskazywałem kilka razy, że agresja to także ekspansja gospodarcza. Oczywiście masz rację pisząc, że nie zawsze agresja wymaga zaorania nowego rynku. Faktycznie, lepiej zagospodarować zastane chwasty niż je plenić, jednak nawet najbardziej cywilizacyjna metoda „implementacyjna” nadal jest agresją, bo to agresor – czyli np. potężna zagraniczna firma – decyduje kto na nowym dla niej rynku a tradycyjnym dla podmiotów zastanych – może zostać a kto zniknie.

      Niemcy określają się obecnie mianem dobrotliwego mocarstwa, czyli mocarstwa gospodarczego, dbającego o własnych obywateli, środowisko i resztę świata. Jak to wygląda w praktyce… cóż, to osobna historia, ale oczywiście Polsce nie musi zależeć na tym by Niemcom zachciało się wojowania ;-). Japonia, faktycznie, stała się krajem pacyfistycznym – bardziej jednak od klęski na całej linii dokonały tego dwie eksplozje jądrowe, potraktowane jako kara z niebios – oraz ogólnie mocny cios w łeb. W tamtym kregu kulturowym docenia się siłę, gardzi słabością. Amerykanie w równym boju pokonali Japonię i zyskali prawo narzucenia jej nowej filozofii życia. Swoje trzy grosze dorzucił Hirohito, który też uznał swoją osobistą klęskę i w przeciwieństwie do np. szeregu nazistów, gotów był wziąć odpowiedzialność za swoje czyny (i nie tylko swoje). Ale z tego co pamiętam Japonia już zmieniła zapis we własnej konstytucji zakazujący jej wysyłania sił zbrojnych poza swoje granice. Twoje przykłady Niemiec i Mongołów są doskonałe, zarazem jednak w obu przypadkach – przecież wiesz – siła stworzyła możliwość do zaistnienia sytuacji. Niemcy, dla przykładu, mogli za półdarmo mieć miliony sojuszników w krucjacie przeciw ZSSR, by wymienić tylko Kozaków… ale ostatecznie woleli wszystkich walić pałą po łbach, za co jesteśmy im wdzięczni, bo ostatecznie pozostali sami i dało się ich pokonać ;-).

      Notabene, doskonała współpraca jest możliwa często właśnie w obliczu zagrożenia, weźmy np. Entante cordiale – rewolucyjne wyciszenie odwiecznej agresji i błyskawiczne zacieśnienie więzów, trwające praktycznie po dziś dzień, było możliwe tylko jako odpowiedź na zagrożenie. Zarazem jednak tak Francja jak i Wielka Brytania szukały pomocy u siebie nawzajem bo były państwami równorzędnymi i silnymi. Gracze słabi musieli liczyć na siebie, bądź też byli pacyfikowani i przyjmowani do sojuszy jako uczestnicy piątej kategorii, zniewoleni i pozbawieni prawa głosu…

      • Trudno odmówić sugestywności Twojej argumentacji (a nie kiedy i obrazowości), ale nadal bym polemizował z Twoja wizją świata, w którym siła i agresja (zbrojna, jednak, bo odwołujesz się do maksymy si vis pacem para bellum) jest tym, co go konstytuuje i organizuje – i jest przez to konieczna.
        Jednym zdaniem, Twoja wizja świata jest moim zdaniem zbytnio „zmilitaryzowana” – myślisz więc (takie mam wrażenie) – jak militarysta (przyjmując taki a nie inny punkt widzenia).

        Pisząc o „zmądrzeniu” ludzi, nie miałem na myśli szeregowych przedstawicieli gatunku Homo sapiens (a zwłaszcza tych, którzy uganiają się za pokemonami) ale twórców polityki nienastawionej na zbrojną agresję a na wzajemną współpracę (albo konkurencję) gospodarczą, społeczna i polityczną.
        To prawda, że Niemcy, a zwłaszcza Japończycy, zmienili swoje nastawienie do świata pod presją (dostali po łbie), ale spowodowało to także ich przemianę mentalną (to właśnie miałem na myśli, pisząc o „zmądrzeniu”).
        Przeciw wprowadzeniu tej zmiany do konstytucji protestowali właśnie najwięcej ludzie młodzi, (których trudno podejrzewać, by nadal bali się amerykańskiej pięści).

        Nie wiem czy zauważyłeś, ale pisząc o Europie vel. dziwka rozkładająca nogi, dajesz argument tym, którzy optują za rozluźnieniem związku z tąż że „dziwką” (czy to przypadkiem nie podejrzewa się o to PiS-u – mówiąc że jest to siła anty-europejska, czyli oddalająca nas od Europy i w ogóle anty-cywilizacyjna? 😉

        Zawsze miałem – a od jakiegoś czasu mocno się to u mnie wzmocniło – opory, by wypowiadać się na temat polityki (lokalnej, obecnej). Także i z tego powodu, by się odciąć od tych wszystkich pyskówek i szopek (jak np. KOD).
        Kiedy np. widzę – i słyszę – jakie bzdury wygadują ludzie skądinąd inteligentni, ze znacznym dorobkiem twórczym, identyfikujący się z jakąś opcją polityczną i partyjną), to nie opuszcza mnie wielkie zdziwienie.
        Ta polityka to jednak odbiera ludziom rozum – w znacznym stopniu, niestety.

        • Dla mnie Europa to piękny sen, ale powoli przeradzający się w koszmar. Jestem i zawsze byłem zwolennikiem Unii Europejskiej – także ze względu na fakt, iż jest to orzech trudniejszy do ugryzienia przez potencjalnego agresora niż pojedyncze skłócone państwa. Tym niemniej, to co się obecnie dzieje w UE to jakaś masakra i bycie przeciwko lub za UE coraz bardziej przypomina zabawę w wybór mniejszego zła. Trochę jakbyśmy od nowa musieli wybierać pomiędzy nazistami a komunistami… UE miała coś do zaoferowania, teraz już tego nie oferuje. Swobodny ruch transgraniczny i szereg ułatwień biznesowych to jedno, ale czymś zupełnie innym jest narastające pęto biurokratycznego imbecylizmu. Mam nadzieję, że UE oprze się chociaż amerykańskim zakusom, czyli TIPPowi, ale nie jestem aż takim optymistą… niestety. UE staje sie miejscem na ziemi znanym z prozy Orwella, z tą tylko różnicą, że nie strzela się tutaj do ludzi (no, pomijam wypadki z imigrantami i terrorystami). Moim zdaniem UE powinna zostać drastycznie odchudzona – z totalnej organizacji ingerującej w kazdy przejaw życia ludzkiego powinna stać się czymś na kształt swoich protoplastów, jak np. Stowarzyszenie Węgla i Stali czy EWG.

          Ale oczywiście masz rację, PIS jest antyeuropejski, jednak nie z powodu niechęci do Europy. Po prostu PIS nie chce by ktoś przyglądał się temu co się dzieje. Inna rzecz, że obecnie to takie trochę przyganianie kotłu przez garnek, bo i pisowska Polska i totalnie zidiociała Europa nie są miejscami na świecie idealnymi do życia 😉

          Nie zgaszasz się ze mną w kwestii siły. I dobrze. Świat byłby nudny, gdyby wszyscy się ze sobą zgadzali (mam nadzieję, że nawet w Polsce nie będzie to obowiązkowe). Tym niemniej zauważ, że mówię o praktycznej ocenie rzeczywistości, ty zaś trochę o mrzonkach. Piękna sprawa, nie mówię że nie. Nie miałbym nic przeciwko gdyby w ogóle zlikwidować armie i żyć spokojnie, bez stresu i zagrożenia wojną… ale póki co poczekam i postoję 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s