Europa już bez ostatniego wielkiego humanisty

Ostatnie dni i tygodnie obfitowały w wydarzenia. Szalone negocjacje wokół możliwego Brytyjskiego wystąpienia z Unii Europejskiej, powracający z krótkiego urlopu kryzys uchodźczy, stopniowe ale konsekwentne uwalnianie się Polski z pęt liberalizmu i okowów państwa obywatelskiego, coraz silniej iskrzące relacje pomiędzy Turcją a Rosją, kolejne atomowe próby koreańskiego reżimu… Lista jest naprawdę długa. Ale najpoważniejszym wydarzeniem jest, naszym zdaniem, śmierć Umberto Eco, człowieka-instytucji, być może ostatniego wielkiego humanisty Starego Świata.

eco

Umberto Eco zmarł w zeszły piątek w Mediolanie, w wieku 84 lat (dzisiaj odbywa się pogrzeb, na Zamku Sforzów w Mediolanie). Pokonał go rak. Szerokiemu światu znany jest przede wszystkim jako autor Imienia Róży, choć – gwoli ścisłości – pewnie dla większości odbiorców jego nazwisko kojarzy się raczej poprzez związki ze scenariuszem do filmu o takim tytule.

Napisał siedem powieści, lecz to właśnie Imię Róży pozostaje – i pewnie już na zawsze pozostanie – tą, która najlepiej utrwaliła jego imię. Trochę szkoda, gdyż debiut pisarski wielkiego Włocha, mimo oczywistych walorów, nie do końca jednak oddaje charakter Eco jako pisarza. A nawet więcej: jest swego rodzaju zmyłką. Popularność Imienia Róży wynika – jeśli nie z siły przebicia doskonale skrojonego filmu Jeana-Jacques’a Annauda (którego bezcennym sojusznikiem okazał się charyzmatyczny Sean Connery) – to z wyjątkowego połączenia wątków naukowych (historycznych i literaturoznawczych), niedającego się podrobić klimatu, względnie dynamicznej akcji oraz świetnej, na poły kryminalnej intrygi. Mainstream niemal natychmiast zaadoptował Imię Róży, która to książka z powodzeniem może służyć jako praktyczna instrukcja introdukowania elitarnej w gruncie rzeczy wiedzy do zdecydowanie nie elitarnych półek księgarskich.

Dawna róża pozostała tylko z nazwy, same nazwy nam jedynie zostały*.

Imię Róży

Zupełnie inaczej prezentują się kolejne dzieła Eco. Wahadło Foucaulta nie jest już tak lekkostrawne, choć przecież warsztat Włocha wcale nie stał się gorszy w ciągu sześciu lat rozdzielających wydanie pierwszej i drugiej jego powieści. Treścią książki są wątki spiskowe – bohaterowie gładko przechodzą z dywagacji o dawnych intrygach do snucia własnej konspiracji. Poszukiwanie prawdziwej prawdy jest czynnością, która nie sprzyja zdrowiu psychicznemu, wszak rzeczywistość ma wiele warstw, a pod każdą nowo odkrytą jest kolejna. Bohaterowie to intelektualiści – ich umysły, silne, lecz znudzone i zarazem rozbudzone nadmiarem wiedzy stają się bronią, której ostrze stopniowo kieruje się ku im samym. Przebrnięcie przez Wahadło jest wyzwaniem nieco wyższego sortu niż spacerek po niemal mainstreamowym Imieniu Róży, jednak jest to wyzwanie które warto podjąć, jeśli od celu drogi preferuje się samą drogę. Droga, w wykonaniu Eco, staje się wartością samą w sobie. Wartością samą w sobie staje się lektura powieści określonej mianem erudycyjnej. Cóż owa „erudycyjność” oznacza? Krasomówczy talent autora do dobierania słów i tworzenia związków pomiędzy nimi. To właśnie ta umiejętność będzie się przewijała we wszystkich kolejnych jego dziełach, na plan drugi i trzeci spychając klasyczną fabułę. Uwaga: gnosis inside!

Świat jest zagadką łagodną, a nasze szaleństwo czyni ją straszną, gdyż chce objaśnić według swojej prawdy.

Wahadło Foucaulta

Wyspa dnia poprzedniego jest poniekąd połączeniem tego co najlepsze w Imieniu Róży i Wahadle Foucaulta: mamy tutaj rokokowe nagromadzenie wiedzy o Europie opatrzone trzeźwym, głęboko humanistycznym osądem poszczególnych procesów dziejowych oraz spinający wszystko wątek quasifabularny.

Melancholia nie jest osadem krwi, lecz jej kwiatem, i rodzi bohaterów, ponieważ pcha ich do najzuchwalszych czynów, jako że jest bliska szaleństwu.

Wyspa dnia poprzedniego

Baudolino zaczyna się jak powieść historyczna, jednak z biegiem stron (których, jak to u Eco jest całkiem sporo, bo ponad pół tysiąca) zmienia charakter, ulatując ku obłokom i kąpiąc narrację w roztworze baśniowo-filozoficznym (aj, aj… co by Eco powiedział na tak rozpasaną grafomanię?). Tytułowy chłopiec sprowadza do domu tajemniczego mężczyznę, który okazuje się być samym wielkim Fryderykiem Barbarossą! W efekcie trafia na dwór cesarski, a nawet jeszcze dalej, na odległe granice znanego i nieznanego świata, w trakcie wyprawy, której celem jest odnalezienie królestwa Księdza Jana (to nieistniejące królestwo, ale też nie wymyślone przez Eco – szukano go równie wytrwale jak Świętego Graala!).

W wielkiej Historii można zmienić maleńkie prawdy, by tym lepiej ukazać prawdę większą.

Baudolino

O kolejnych powieściach Eco nie jestem w stanie powiedzieć wiele, gdyż ich nie czytałem (Cmentarz w Pradze, co wstyd przyznać, trochę się kurzy na półce czekając na swoją chwilę). Wspomnę natomiast o kilku pozycjach spoza zestawu powieściowego, które warto poznać.

Na pierwszym miejscu wymienię Zapiski na pudełku od zapałek. Jest to pierwszy z kilku zbiorów felietonów Umberto Eco. Oryginalnie publikowane były w L’Espresso. Łączy je niewiele, może poza ironicznym stosunkiem do codzienności i jej absurdów. Zapiski ujawniają Eco jako szczególnie bystrego obserwatora rzeczywistości, który dzięki bibliotecznej wiedzy z łatwością potrafi poruszać się w królestwie odniesień i kontekstów, a tym samym: potrafi czytać świat na poziomach, które nie są dostępne zwykłym śmiertelnikom. Jednak największą zaletą Zapisków jest ich lekkość i kameralność. Jedne są lepsze, inne gorsze, niektóre zaś po prostu błyskotliwie. Przeczytałem je jakieś osiemnaście-dwadzieścia lat temu, mając lat kilkanaście. Do dzisiaj pamiętam kilka tych tekstów, co samo w sobie o czymś świadczy. Drugie zapiski na pudełku od zapałek, zawierające teksty publikowane oryginalnie po roku 1993 nie były już takie dobre, ale to też ocena sprzed wielu lat. Może warto by podejść do nich ponownie, dać im jeszcze jedną szansę. Jest też szereg innych felietonów zebranych: Trzecie zapiski na pudełku od zapałek, Wymyślanie wrogów czy Rakiem. Gorąca wojna i populizm mediów, by wspomnieć tylko te, które zdobią naszą biblioteczkę. O innych się nie mogę wypowiedzieć, ale mam szczery apetyt nadrobić zaległości.

Od dziecka wpajano mi zdrową zasadę, że kiedy proponują ci coś gratis, trzeba natychmiast telefonować na policję.

Zapiski na pudełku od zapałek

Dziełem z innej półki jest Semiologia życia codziennego. Ponownie, jest to zbiorek, tym razem nie felietonów ale artykułów. Mniej mainstreamowe niż Zapiski, ale za to bardziej naukowe. Eco był semiologiem, o czym czasami się zapomina. Fascynowały go badania obejmujące znaczenie formy przekazu – w przybliżeniu „znaku”. Znak jest nosicielem treści, ale nie pozbawionym znaczenia. Ma wartość sam w sobie. Podlega ewolucjom lub rewolucjom, sam też je potrafi zapoczątkować. Przez większość swojego życia starał się Eco odkodować święty Graal semiologii: odkryć co jest przyczyną popularności jednych tekstów, co zaś nie pozwoliło innym wybić się ponad minimalny próg zainteresowania odbiorców. Nie chodzi tu jednak o marketing, lecz o ukrytą w samych artefaktach moc przyciągania / hipnotyzowania. Semiologia życia codziennego to pozycja skierowana raczej do naukowców i studentów, ale przystępna w lekturze i na tyle interesująca, by zaciekawić także odbiorcę nieprofesjonalnego. Takich książek w dorobku Eco jest kilka.

Najważniejsze jest chyba to, że spisek zdejmuje winę z nas samych. Nie zrobiłem kariery, bo miałem zawistnego szefa. Albo dlatego, że akurat jacyś Żydzi…

rozmowa Miłady Jędrysik, Wszyscy mamy paranoję, „Książki. Magazyn do czytania” nr 2/październik 2011.

Osobną kategorię stanowią dzieła Umberto poświęcone agregacji zjawisk. Historia piękna, Historia brzydoty, Historia krain i miejsc legendarnych – tytuły mówią same o sobie. Książki te to poligony, na których bibliofil, mediewalista, semiolog i filozof w jednym ujawnia światu azymutalny przekrój swojej wiedzy. Z komentarzem, ironią, dystansem – jak to zwykle u Eco.

Kiedyś mawiano, że przyszłością Europy będą Stany Zjednoczone. Dziś niestety można powiedzieć, że przyszłością Europy będą Włochy. Włochy Berlusconiego zapowiadają analogiczne sytuacje w innych krajach. Tam, gdzie demokracja przeżywa kryzys, władza trafia w ręce tych, którzy kontrolują media.

rozmowa Vicentego Verdu, „El País”, tłum. „Forum”, 24 maja 2010

Skłamałbym, gdybym napisał, że kocham każde napisane przez Eco słowo. Wręcz przeciwnie. Niektóre z jego artykułów i felietonów są dla polskiego czytelnika całkowicie niezrozumiałe i pozbawione znaczenia. Zwłaszcza te, w których odnosi się do własnego podwórka, w których wymienia plutony znajomych z uczelni czy ruchów społecznych, a czytelnikowi z chłodniejszych obszarów Europy absolutnie anonimiowych. Na historię Eco nakładają się, rzecz jasna, jego przekonania polityczne. Nie są one łatwe do zgłębienia dla czytelnika z Polski. We Włoszech zbyt wiele ważnych rzeczy działo się w obrębie szeroko rozumianej myśli socjalistycznej czy nawet komunistycznej, jednak odniesienie się do tych określeń w sposób bezrefleksyjny, wyłącznie przez pryzmat polskich doświadczeń, byłoby równie sensowne jak proste porównanie filozofii liberalnej i konserwatywnej w Polsce a Stanach Zjednoczonych (w skrócie: niby to samo, ale a rebour). Często popada Eco w skłonność do warsztatowej przesady, chętnie pisze dla samego pisania, daje się ponieść miłosnym meandrom uwolnionego, swobodnego słowa. Słowa, które zdaje się być jego jedyną prawdziwą miłością. Nie zawsze odbywa się to z pożytkiem dla czytelnika. Rzadko, lub niemal nigdy z pożytkiem dla odbiorcy szukającego kontynuacji lajtowego Imienia Róży.

W księgarniach specjalizujących się w okultyzmie Brown kupował te same prace co ja, kiedy pisałem Wahadło Foucaulta. Tyle tylko, że ja nie traktowałem ich poważnie, a on tak.

rozmowa Miłady Jędrysik, Wszyscy mamy paranoję, „Książki. Magazyn do czytania” nr 2/październik 2011.

Jak na każdy wielki autorytet przystało, Eco nie dyskutuje, ale oznajmia. Bądźmy uczciwi: nie każdy z nas mógłby podjąć dyskusję z osobą, która w swojej głowie mieści kilka Bibliotek Aleksandryjskich! Jednak ten brak przestrzeni do nawiązania dyskursu może odrzucać. Z Eco albo się zgadzamy albo nie, i tyle!

Po Umberto Eco nie należy sięgać pomiędzy jedną kanapką a drugą. Nie należy szukać w nim kompana do upojnych lecz pustych chwil. Lektura jego książek to praca. Eco żąda myślenia, przetwarzania danych i szukania własnych rozwiązań. Wiele z jego powieści ma otwartą architekturę: końcówkę musimy dopisać sami, gotowego rozwiązania autor nie przewidział uznając je za zbędny luksus czy też upokarzający przejaw braku wiary w nasze umysły.

Telewizja ogłupia ludzi kulturalnych i ukulturalnia ludzi, którzy prowadzą ogłupiający tryb życia.

„Forum”, 18 czerwca 2007

Co niezwykłe, po osobie z takimi dokonaniami, tak głęboko zanurzonej w pasjonującej historii średniowiecza spodziewalibyśmy się, że będzie całkowicie wroga kulturze popularnej i tzw. mainstreamowi. O ile faktycznie Eco nie raz i nie dwa krytycznie odnosił się do ogłupiającego przekazu serwowanego przez coraz głupsze media, to nie zmienia to faktu, iż był wielkim fascynatem kultury popularnej. Nie odrzucał ani współczesnej muzyki ani alternatywnych wobec klasycznej książki form „okołoksiążkowych”. Bardzo cenił komiks i traktował go jako sztukę równorzędną wobec książki i raczej komplementarną niż alternatywną (zatem w poprzednim zdaniu ujawniło się drobne przekłamanie). Eco dostrzegał również Internet i widział w nim koło zamachowe postępującej coraz szybciej ewolucji kultury. Oficjalnie przyznawał się do korzystania z Wikipedii, do której napisał szereg artykułów, ale którą również regularnie krytykował.

Był Umberto Eco człowiekiem renesansu, zakochanym w średniowieczu i wprowadzającym oświecenie w tak zwaną współczesność. Niczym wielki pająk rozstawił swoje odnóża tak, by obejmować nimi cały świat i wszystkie niemal dokonania ludzkości. Nie było rzeczy, która by go nie interesowała. Miał gigantyczną wiedzę i potrafił jej używać w sposób tak swobodny, że aż nierealny. I wierzył w Człowieka. Wierzył, że bagaż ludzkich doświadczeń, zwłaszcza na polu kreacji kultury jest czymś, co predestynuje nas do wielkości. Być może była to jego największa i jedyna pomyłka – teraz, kiedy Umberto Eco hasa już po Krainie Wiecznej Lektury, zostawił nas w świecie skazanym na małostkowość, wojny o dziurawy worek i topienie diamentów w śmierdzącej brei codziennych układów i układzików.

* jest to cytat podany za Bernardem z Morlay (Stat rosa pristina nomine, nomina nuda tenemus (łac.)). Pochodzi z De contemptu mundi. Pełen tekst dostępny tutaj. Polecamy.

Wszystkie cytaty za wikicytatami. A co! Skoro Eco mógł, to my też.

PS. Na marginesie. Choć Eco był wielbicielem (ostrożnym, ale jednak) kultury popularnej, to kultura popularna okazała się znacznie bardziej ostrożna w cenieniu Eco. Symptomatyczne, że informacje  o jego śmierci zostały właściwie przemycone w popularnych portalach internetowych bez szumu. Poświęcono im hasła znacznie dyskretniejsze niż te, które nieustannie pieją nad nieustannie coraz większą pupą pewnej pani znanej wyłącznie z posiadania dużej pupy i z bycia znaną posiadaczką wielkiej pupy. Czy jakoś tak. Ale, jak sądzę, wobec tego fenomenu nawet Eco byłby bezsilny…

PSPS. Zapomniałem wspomnieć, a może raczej brakło stosownego miejsca na taką adnotację: Eco był oświeconym ateistą. Rzecz niby bez znaczenia, ale… jednak jakieś znaczenie mająca. Chyba nie do końca Eco – nomen omen – wierzył, by wiara przystawała racjonalnemu umysłowi. Poza tym… ograniczała, przycinała horyzonty umysłowe. Nie był przeciwnikiem religii.

Reklamy

24 thoughts on “Europa już bez ostatniego wielkiego humanisty

    • to było akceptowalnie konstruktywne ;-). Gdybyś kiedyś miała ochotę na coś więcej to wróć, bo przyznam, że ciekaw jestem Twojego zdania – oczywiście o Eco, nie o moim wpisie ;-). Za dobre słowo dziękuję.

  1. Myślę, że nie jest to ostatni wielki humanista.Niestety jego książki „O pięknie” i esej: O bibliotece, srodze mnie zawiodły. Szkoda.

    • nie wiadomo co nam przyniesie przyszłość, ale póki co mamy czasy niechętne humanizmowi. Wielkość Eco objawiała się w jego umiejętności podnoszenia na wyżyny kultury popularnej wątków kultury wysokiej. Inna sprawa, że faktycznie zawodził od czasu do czasu, samu się poddając własnej magii i tworząc dzieła niedopracowane, przeszacowane. Zgodzę się: szkoda. Mimo to, na razie czekam na jego konkurencję i jej nie za bardzo dostrzegam (oczywiście w porównywalnej skali, bo humanistów jako humanistów to by się paru znalazło).

      • Nie chodzi o to by dyskredytować samego Eco, chodzi jednak o fakt, że od pewnego momentu (tak to widzę) autorzy i autorki uznani/ uznane za wielkich odpuszczają sobie. Następca, nie wiem, muszę pomyśleć, ale tak naprawdę chodzi o to, że z jednej strony to my, czytelniczki i czytelnicy nie nauczone, i nie nauczeni jesteśmy by szukać i poznawać. Tak jeśli chodzi o następców/ następczynie, tak jeśli chodzi o czasy dawno minione. Kto służę przykładem: Bolesław Prus: http://wp.me/p59KuC-I a Orzeszkowa? http://wp.me/p59KuC-C nie wspominając o Świętosławie: http://wp.me/p59KuC-ye rzucam sznurkami, bo to pozwala ilustrować, i nie powtarzać. 🙂

        • Masz sporo racji. Odpuszczanie sobie to przecież, mówiąc kolokwialnie, odcinanie kuponów od wcześniejszych, wielkich dzieł.

          Faktycznie: nie szukamy następców. Może dlatego, że określenie „wielki taki-owaki” zarezerwowane jest dla ludzi uznanych w skali globalnej. Ja lub Ty możemy wielkim uznać pana Janka z klatki obok, ale będzie to uznanie wirtualne ;-). Zatem musimy czekać, aż zostaniemy poinformowani, że ktoś jest wielki ;-). Nie leży w mojej naturze akceptowanie odgórnych wskazań, bo przecież po to Bozia dała móżdżek, mózg i przodomózgowie by samemu dokonywać sądów. Ale tak właśnie jest. Niestety.

          Prus, Orzeszkowa? Ciekawe propozycje, aczkolwiek uważam, że ich potencjał się wyczerpał (nim w pełni przebrzmiał). Plus, jako pozytywiści, sami siebie uwiązali do konkretnego słupa, a zasięg formalny czy treściowy ich dzieł wynikał wprost z długości łańcucha (jak to porównać do Eco, który jednak był człowiekiem renesansu, z jego uwielbieniem artefaktami od średniowiecza po komiks?). Oczywiście i oni i nie oni jedni mogliby konkurować z Eco, bo przecież Umberto nie był pomazany przez Boga. Był dobrym specem w swojej dziedzinie, który w dodatku wykazał się konsekwencją i dobrą taktyką. Ale, ale… mimo wszystko szukałbym pośród współczesnych, bo odgrzewane kotlety pachną trochę wyszukiwaniem na siłę. Historia z samego założenia jest bardziej oświecona niż teraźniejszość, bo sądy dotyczące przeszłości mają inny charakter niż sądy bieżące.

          • No to kilka spraw.
            1. Wolę polegać na własnym oglądzie, a nie czekać, aż ktoś kogoś z jakiegoś powodu namaści na Wielką Personę. Chociaż to, wymaga, czasu, wprawy, i dokonania wyborów.
            2. Nie przeciwstawiam Eco Orzeszkowej, chociaż… Uważam, że wiem o niej więcej niż przeciętny Polak/ Polka więc sadzę, że w świetle posiadanej przeze mnie wiedzy Orzeszkowa mogłaby konkurować z Eco, zwłaszcza biorąc pod wzgląd sytuację polityczną, i wpływ Orzeszkowej na życie współczesnych. Nie odmawiam wiedzy Umberto Eco.
            3. Co do historii to czujność i zdrowy osąd obowiązuje tak czasy dawno minione jak i teraźniejsze.

          • 1. nie masz mocy sprawczej w temacie wyboru Wielkich. Możesz co najwyżej się z gotowym wyborem nie zgodzić. To poniekąd zamknięty klub. I nie należy tego mylić, rzecz jasna, z niemożnością wyboru ulubionych przez siebie twórców. Taką wolność mamy wszyscy i należy z niej korzystać. Nie jest ona tożsama z namaszczaniem na Wielkich. To po prostu dwie różne sprawy. Można rzecz: detal natury formalnej.
            2. O Orzeszkowej zbyt wiele nie wiem, pewnie w tym akurat temacie mieszczę się w stanach średnich dla narodu polskiego ;-). Chwali Ci się, że poświęciłeś czas by ją poznać.
            3. Historia to jednak historia. Wielkich z historii traktujemy mimo wszystko inaczej niż wielkich dnia dzisiejszego. Bo od autorytetów bieżących potrzebujemy odpowiedzi na pytania bieżące – nie musimy się z nimi zgodzić, możemy krytykować, ale przynajmniej nadają oni pewien kierunek dyskursowi. Są kulturowymi gatekeeperami, a to niezmiernie ważna funkcja, nawet jeśli jest się anarchistą ;-). Osądy historyczne bywają często dopasowywane do bieżących wydarzeń, wszak historia to magistra vitae, ale osoby nieżyjące nie uczestniczą w dyskusji, są po prostu w dyskusji używane. Tak więc i teraz rozdział pod tytułem Eco został zamknięty, pozostają tylko oceny i interpretacje, jednak u steru musi stanąć ktoś inny.

          • Ciekawa nam się dyskusja rodzi.
            ad1. Myślę,że wybór ten zyskuje a) poprzez rzetelne poznawanie, b) poprzez obalanie mitów i stereotypów, b) poprzez poszerzanie horyzontów. Wszystkie trzy działania są zależne ode mnie,mogę np odkryć kogoś kto dla mnie szybciej będzie wielkim/ wielką osobą niż np dla reszty ludzkości. Wyprzedzić ją o krok. Ale zgadzam się poniekąd z Twoją tezą, że to w jakiś sposób klub zamknięty, albo trudno dostępny.
            2. Dzięki za pochwałę, ale nie o to mi chodziło, a o to, by powiedzieć, że Orzeszkowa mieszkając wówczas w prowincjonalnym Grodnie miała siłę rażenia. Myślę, ze nie warto zdawać się na wiedzę nabytą podczas procesu edukacji formalnej, a powtórne chcąc być osobą mającą wiedzą o świecie to niejako warunek sine qua non, zwłaszcza jeśli na tą osobę się powołuje. Widzę, że nie zapoznałeś się z podesłanymi linkami,szkoda, bo to oznacza, że nie podyskutujemy? I że Twój sąd o Orzeszkowej był chybiony, w sensie nieprzystawalności Eco- Orzeszkowa. Wiesz, że zarówno on jak i ona to kandydaci do Nagrody Nobla?
            3. Piszesz: „Historia to jednak historia. Wielkich z historii traktujemy mimo wszystko inaczej niż wielkich dnia dzisiejszego”. Moim zdaniem,każda osoba powinna mówić za siebie, to znaczy, że Ty w taki sposób traktujesz osoby, które już umarły. Moim zdaniem, pytania są wieczne, tylko dekoracje się zmieniają, i oczekiwania można mieć niezależnie od tego, czy ktoś żyje czy nie, „używanie kogoś” także nie jest zależne od tego czy ten ktoś żyje, czy już rozstał się z życiem. Czy osoby uznane za autorytet, wyznaczają kierunek dyskursu? No to ciekawe pytanie.
            Historia dawno przestała być nauczycielką życia.

          • 1. czyli tutaj mniej więcej zgoda
            2. nie czytałem linków, ale zapoznam się z nimi. Na ten moment mam czas na czytanie komentarzy. Wgryzienie się w większy tekst to wyzwanie ;-). Co do formalnej edukacji: nauka zaczyna się po zakończeniu przykrego etapu jakim jest szkoła. Myślę, że jest to na tyle oczywiste, że aż niedyskutowalne. Osoby, którym się wydaje że namiastka wiedzy zdobyta w szkole wystarcza do głoszenia światłych poglądów narażają się na śmieszność. Chcę uniknąć tego losu – przyznaję, że Orzeszkowej nie znam. Nie znam bardzo wielu wartościowych postaci historycznych i nigdy nie będę miał szansy poznać wszystkich, to zawsze kwestia wyboru. Na Orzeszkową powołujesz się Ty, nie zaś ja, co poniekąd mnie usprawiedliwia. A mój sąd o mniejszej sile rażenia Orzeszkowej wynika z pewnego ujednolicenia warunków: skoro o Eco wiem więcej jako przeciętny użytkownik kultury, to proces ekspresji stanowiska Orzeszkowej był słaby lub zakłócony. Bądź też jej potencjał nie został wykorzystany. Niestety, ale wielu potencjalnie wielkich ludzi umiera nie uzewnętrzniajac swojego potencjału – znani są garstce (mniejszej lub większej) osób, które ich poznały. Jeśli mielibyśmy już sięgać ku pisarzom, to wygodniejszymi dla mnie postaciami są twórcy science fiction z czasów PRL – Zajdel i Lem. Przede wszystkim dlatego, że materia którą się zajmowali jest niemal idealnie aktualna (oczywiście „niemal” to nadal „niemal”), po drugie problematyka, którą podejmowali jest pod wieloma względami uniwersalna. A przemyślenia leżące pod warstwą fabuły i narracji głębokie. Każdy z nich spokojnie mógłby być autorytetem na skalę globalną gdyby dano im szersze możliwości komunikacyjne. Musieli tworzyć szyfrem, stąd np. nie pisali artykułów i książek socjologicznych. Szkoda.
            3. używanie czyichś wypowiedzi już po śmierci danej osoby to zabawa pod tytułem: co autor miał na myśli. Jesteśmy uczeni w szkołach, że każde słowo można wykorzystać w każdej możliwej konfiguracji. I okay, nie dyskutuję, jest to zasadne, bo jakże inaczej korzystać z historii? Przecież nie podyskutujemy ze zmarłymi. Ale, mimo wszystko, twierdzenie, że słowa człowieka, który umarł sto lat temu są nadal aktualne nie jest równorzędne z tezami ludzi żyjących, którzy na bieżąco oceniają sytuację i szukają rozwiązań dla tu-i-teraz.

          • Zanim odniosę się do Twojego komentarza, chciałabym byś rozwinął punkt 3. Dziękuję.

          • a co konkretnie mam rozwinąć w tym punkcie? Bo tutaj nie ma jakiejś wielkiej teorii do ujawnienia. Trudno mi wyjaśnić czemu inaczej odbiera się lub powinno się odbierać bieżące koncepcje/teorie a inaczej historyczne. Zwłaszcza, że zwykle akcje osób w teraźniejszości nakierowane są na teraźniejszość. Orzeszkowa, niechaj już będzie ona, zapewne odnosiła się do czasów sobie współczesnych – przynajmniej jeśli chodzi o wnioski, bo w kwestii argumentów mogła sięgać i do starożytnego Egiptu. Nawet najwięksi ludzie rzadko kiedy wybiegają myślą bardzo do przodu. Mówiąc o przyszłości zwykle starają się odnosić do swojej teraźniejszości, przyszłość jest w takim przypadku funkcją teraźniejszości, a nie zbiorem rad i teorii dla przyszłych odbiorców.

  2. Humaniści pewnie będą zawsze (a jak ich nie będzie, to i człowieczeństwa nie będzie 😉 ) ale chyba coraz mniej jest takich bezmiernych erudytów jak Eco. Wszystko na to wskazuje, że erudycja Homo sapiens przechodzi z ludzkich neuronów do digital memory komputerów, co chyba nie jest zjawiskiem pozytywnym, bo jednak komputery za nas (jak na razie , przynajmniej) myśleć nie mogą.
    Nie wiedziałem o Twoim zacięciu, dzięki któremu przeczytałeś kilka powieści Umberto. Ja nigdy nie miałem odwagi, by po nie sięgnąć, ale już artykuły, felietony, czy Eseje Eco to czytałem, i to z wielkim zainteresowaniem i uwagą (bez tej ostatniej nie ma się co za UE zabierać).
    Do historii piękna i brzydoty bym się nie przyczepiał (ja lubię te książki, czy też raczej albumy), bo z tego co wiem, to Eco bardziej był ich redaktorem, niż autorem. Te pozycje mają dla mnie walor bardziej estetyczny, niż erudycyjny i eseistyczny.
    Wprawdzie Eco był – jak piszesz – ateistą, to i tak mu życzę nieba, w którym będzie mógł wiecznie zgłębiać wiedzę, jaką posiadać może tylko Bóg 😉

    • Ateizm Eco brał się – chyba – z pewnego przywiązania do idei oświeceniowych. Bardzo oświeceniowe było (jest) nie ograniczanie horyzontów umysłowych / myślowych do stosunkowo wąskiego korytka wyznaczonego przez filozofię teologiczną. Nie chcę tutaj umniejszać znaczenia tej filozofii, która to przecież doczekała się kilku cennych bohaterów (w tym Polaków), ale rozumiem to w ten sposób, że wiara z założenia musi mieć niewzruszony rdzeń, wokół którego trudno zbudować naprawdę kompletną i „uczciwą” koncepcję wszechświata. Uczciwą, czyli odwołującą się do empirii.

      Humanistów, mam nadzieję, faktycznie nie zabraknie. Zarazem jednak w wielu krajach świata – w tym np. w Polsce – bycie humanistą jest traktowane właściwie wyłącznie jako wskazówka dotycząca adoptowanej przez siebie grupy nauk (czyli: humanista jest od literek, umysł ścisły od cyferek). O humanizmie dyskutuje się w podstawówce i liceum, czasami także na studiach, ale humaniści nie mają nic do powiedzenia w polityce. Nie mają wpływu na kształt polskiej rzeczywistości. I są traktowani jako piąte koło u wozu. Widzę w tym ostateczny triumf ideologii komunistycznej, która wpoiła moim rodakom, że definicję rzeczywistości dostarcza partia, nie humaniści. Drugą stroną medalu jest bardzo szerokie uczestniczenie kościoła w kreacji rzeczywistości – i niestety, kościół wywalczył sobie brak konkurencji, co oznacza, że osoby otwarcie niegodzące się z kościelną doktryną natychmiast są spychane do kąta z napisem „lewactwo, komunizm, faszyzm”. Przyznasz sam, że w tak urządzonej przestrzeni trudno o dyskurs humanistyczny.

  3. Cała rzecz w tym, że dzisiejszy świat uwielbia poświęcać czas tym, co mają KKKkkkkkasę – śpią na dolarach i się z tym obnoszą, nie ważne kto to, kim jest, jak się prowadzi. Przy tym ten nasz nowoczesny współczesny świat stara się prawie całkowicie zepchnąć mądrych ludzi na margines. Są niby temu całemu światu jakoś potrzebni, ale traktuje się ich jako takich „brzydszych ludzi”, jeśli wiecie co mam na myśli. Porównam. Kiedy ta znana pani znana z wypinania wielkiej pupy pojawiła się w kraju, z którego pochodził jej ojciec wiele polskich stacji telewizyjnych podawało to niczym news dnia. Poświęcono jej tyle czasu, że nawet widziałam specjalny program. Mówiono o tym w gł. wydaniu wiadomości. A kiedy zmarł właśnie Umberto Eco była sucha, krótka informacja, że zmarł wybitny humanista, krótkie wspomnienie, tyle. Ba! Nawet o jednej z nowszych polskich komedii w tv mówiono więcej i częściej niż o Eco. Ja wiem, że tv to nie pani pedagog, ale to smutne, że „piękne umysły” tak ten współczesny homo sapiens spycha na margines.

    • No właśnie, też tak to widzę. Zabawne zderzenie: piękne umysły a brzydcy ludzie. Coś w tym jest, choć oczywiście odczytuję to jako ironię. O pani z wielką pupą nie chcę się nawet wypowiadać, gdyż starannie omijam jej temat (a tym samym jej pupę). Głęboko wierzę, że jeśli nie będę dostrzegał jej odpowiednio dlugo to ona i jej podobni znikną ;-). Choć nie… chyba jednak w to nie wierzę, tym niemniej się i tak oszukuję. Myślę, że to nie jest charakterystyka naszych czasów, to ogólna przypadłość homo sapiens. Tyle, że my żyjemy w czasach uwięzionych w butelce mass mediów. Mass media kierują przekaz do mas(s), a my po prostu cierpimy z powodu braku filtrów. Zresztą, tak naprawdę jesteśmy składową owych mas, jakkolwiek próbowalibyśmy się od nich odciąć.

  4. Pingback: Gdyby Umberto nie czytał… | Dom Peonii

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s