„Zjawa” dużego kalibru – słów kilka o filmie

Zjawa

Tak się składa, że ze Stanisławem Błaszczyną mamy tendencję do niezgadzania się. Nasze dyskusje – prowadzone na jego blogu – bardzo często kończą się okopaniem stron na z góry oznaczonych pozycjach. Wierny jednak maksymie, że lepiej z mądrym zgubić niż z głupim odnaleźć, regularnie wracam na bloga Logos Amicus, z przyjemnością czytając teksty Stanisława i chętnie się do nich ustosunkowuję. Tym razem dałem się przekonać autorskiej elokwencji i zmusiłem się do wykonania wielkiej wolty: udałem się do kina na film, którego wcześniej oglądać nie planowałem. Rzecz dotyczy Zjawy, o której Stanisław napisał tutaj.

Wszystko wskazuje na to, że i tym razem nasze stanowiska będą nieco odmienne. Ale nie do końca. Krótko: film zrobił na mnie (nas) ogromne wrażenie i szalenie zaimponowała nam praca jego Twórców, zarazem z seansu wyszliśmy nieco rozczarowani i zmęczeni.

Miejsce wydarzeń: Dziki Zachód. Czas: przełom XVIII i XIX wieku (tak naprawdę to wiemy, że chodzi o rok 1823, ale taka dokładna definicja jest zbędna). Motyw: zemsta. Hugh Glass to doświadczony traper (wzorem Karola Maya nazwalibyśmy go być może westmanem – określenie skądinąd świetne, ale chyba nie przyjęło się w potocznej mowie) i poszukiwacz ścieżek. Prowadzi grupę żołnierzy pod dowództwem nieco naiwnego ale i tak charyzmatycznego kapitana Henry’ego na wyprawę myśliwską. Nie wszystko idzie tak jak powinno. Napadnięci przez Indian z plemienia Arikarów, uciekają jedynie cudem – i nie wszyscy. Ścigani przez tubylców porzucają wygodny rzeczny szlak i rozpoczynają trudną przeprawę przez góry. Właściwa opowieść zaczyna się dopiero teraz. Głupi przypadek powoduje, że ścieżki Glassa i niedźwiedzia Grizzly opiekującego się młodymi krzyżują się z efektem krytycznym dla obu stron. Glass niedźwiedzia zabija, ale przeżywa ledwo-ledwo. Poszarpany, zmiażdżony, już nie człowiek, ale masa uszkodzonych mięśni i połamanych kości, staje się dla towarzyszy ciężarem. W efekcie dalszego splotu wydarzeń jeden z żołnierzy uśmierca syna Glassa, biało-czerwonego mieszańca (hybryda taka zwie się Metys), Sokoła. Sam Glass zostaje pogrzebany i zostawiony na śmierć. Która nie nadejdzie. Jeszcze nie. Byłoby to o pięć kręgów piekielnych zbyt łatwe dla wszystkich zainteresowanych.

Nie przez przypadek wiara, nadzieja i miłość zostały wymienione w liście do Koryntian (1 Kor 13;13) jako najpotężniejsze ludzkie emocje, jednak reżyser Zjawy, Iñárritu, do owej trójcy dopisuje siłę o większej mocy: zemstę. To zemsta utrzyma przy życiu na wpół martwego Glassa (widząc jego cierpienia, obserwując co się z nim dzieje, sami sobie wyjaśniamy, że my wybralibyśmy wyjście uproszczone: śmierć), to zemsta skłoni go do odbycia samotnie, bez narzędzi, żywności, pomocy długiej i najeżonej niebezpieczeństwami podróży, na której końcu czego go… no właśnie: co? Nie Iñárritu odkrył dla kina motyw zemsty. Ba! Zemsta jest zapewne jednym z najważniejszych fabularnych filarów kinematografii (ale i literatury, czy kultury popularnej sensu largo). W westernach bywała używana częściej niż w innych subgatunkach (co twórcom przychodziło o tyle łatwo, że życie na Dzikim Zachodzie funkcjonowało w ogóle wg nieco innych reguł niż w miastach cywilizowanego Wschodu), często nawet bywała eksploatowana do przesady. Zjawa nie jest właściwie sensu stricte historią zemsty, a przynajmniej nie taką jak na przykład Hang ’em high czy Kill Bill. Zemsta leży u podstaw opowieści, odżywia ją, ale jej motyw jest mimo wszystko zepchnięty na drugi plan. Na pierwszym mamy wątek przetrwania, który przesuwa akcenty w Zjawie do rejonów zajętych przez survival thrillery.

Czytając o Zjawie miałem skojarzenia z Cast away. Spodziewałem się podobnego, brutalnego naturalizmu. Iñárritu poszedł jednak w nieco inną stronę. Zamiast opowieści o człowieku, który musi ucywilizować to co nieucywilizowane, zaproponował historię człowieka, którego istnienie z punktu widzenia nieucywilizowanego świata jest tak mało istotne, że wręcz niedostrzegalne. Człowiek – Glass – musi przetrwać we wrogim otoczeniu, wobec którego majestatu jest pyłkiem. Ta narracja odbywa się na płaszczyźnie wizualnej, za pomocą obrazów. Film wręcz epatuje widokami Natury. Przyroda jeszcze nie pokonana, nie ujarzmiona przez człowieka, broni się mocami niepogody, bezludzkiej pustki, kłami i zębami zwierząt, ale nade wszystko obojętnością wobec cierpień. W takich warunkach wszyscy są sobie wilkami, a lawirowanie pomiędzy niebezpieczeństwami wpycha śmiałków w gardziele nowych niebezpieczeństw. Tutaj nie ma bezpiecznych azylów, nie da się odpocząć.

Obraz bez uzasadnienia fabularnego, ale jeden z tych, które w Zjawie najbardziej imponują. Źródło: http://filmline.pl/zdjecie/zjawa-2015-434-5.jpg

Po właściwej stronie lufy. Źródło: http://filmline.pl/zdjecie/zjawa-2015-434-5.jpg

Klimatowi opowieści ulegli sami twórcy, którzy zdecydowali się kręcić film w warunkach naturalnych, w prawdziwych plenerach i przy zastanym świetle. To właśnie ta decyzja wydłużyła pracę na planie do trzech miesięcy, a kiedy w Kanadzie zabrakło zimy (bo tam oryginalnie powstawały ujęcia) przeniesiono się do Argentyny. Warunki – bez mała wojenne – wykruszyły załogę i tylko najtrwalsi doczekali ostatniego klapsu. Sam reżyser okazał się wrogiem ułatwiania sobie życia – wspomniał, że „gdybyśmy skończyli przed blueboxem z kawą w dłoni, doskonale się bawiąc i spędzając czas przyjemnie, film okazałby się do dupy” („If we ended up in greenscreen with coffee and everybody having a good time, everybody will be happy, but most likely the film would be a piece of shit.”). I coś w tym jest, bo najważniejszym powodem dla którego Zjawę warto obejrzeć jest surowa moc tego filmu, zwielokrotniona przez doskonałe kadry i na wpół-monochromatyczną kolorystykę. Nie sposób nie nawiązać przy tej okazji do zapierającej dech w piersiach Cienkiej, czerwonej linii – na swój sposób Zjawa jest jej mroźnym awersem. W obu obrazach uświadczymy mnóstwo przewspaniałych, fotograficznych, szalenie wysmakowanych kadrów. Oba, jeśli się uprzemy, można obejrzeć bez dźwięku, po prostu delektując się wizualiami.

To tylko jeden z wielu doskonałych widoków w filmie. Niekoniecznie jeden z najlepszych. Źródło: https://media.multikino.pl/uploads/images/films/revenant_stills_digital_color_1-2_349c943e51.jpeg

To tylko jeden z wielu doskonałych widoków w filmie. Niekoniecznie jeden z najlepszych. Źródło: https://media.multikino.pl/uploads/images/films/revenant_stills_digital_color_1-2_349c943e51.jpeg

Parę słów o aktorach. DiCaprio – klasycznie: dobra rola, właściwie nie ma czego komentować, ale zarazem bez uzasadnienia do rzucenia się na kolana. Równie dobra, może nawet lepsza: Tom Hardy jako Tom Fitzgerald, czyli ten, który zostawił Glassa na (nie)pewną śmierć. Co ciekawe, oryginalnie to Sean Penn miał wcielić się w postać niegodziwca, podczas kiedy rolę Glassa miał objąć… Christian Bale (którego osobiście uważam za – jeśli nie najgorszego, to z pewnością jednego z najgorszych aktorów tych czasów). Zastanawiam się czy z tymi dwoma film nadal miałby swoją moc? Kto wie, wszak Bale’owi doskonale idzie nieodzywanie się i gra jedną miną (jedyną, którą posiada, ale za to jak on ją posiada!). Trzecią osobą, która bardzo zręcznie uzupełnia to grono jest Will Poulter, który wcielił się w postać młodego Bridgera, towarzysza Sokoła i Glassa i oportunistycznego ich zdrajcy. Na tle towarzyszy Poulter wypadł zaskakująco dobrze, dobrze grając twarzą i nieźle oddając rozterki zagubionego w tym całym bagnie młodzieńca. Niewykluczone, że jego gra wniosła najwięcej klasycznego aktorstwa, czemu nie przeszkodziła charakterystyczna twarz, z przyklejonym na stałe wyrazem zdumienia.

Co na minus? Moim zdaniem Zjawa jest nieco zbyt długa, gdzieś po drodze wkradła się w nią monotonia. Niezbyt przypadło mi do gustu rozegranie motywu Indian. Odniosłem wrażenie, że zamierzeniem Czerwonoskórych było poniesienie widowiskowej śmierci, stąd wszystkie ich ataki pozbawione były ładu i składu, prowadzono je tak, aby biali zostali jak najszybciej ostrzeżeni i mogli się bronić (przypomina mi to świetny felieton Umberto Eco, ale o tym może przy innej okazji). Szczytem szczytów – uwaga spoiler – jest scena, w której Indianie budzą (!!!) śpiącego Glassa strzelając do niego z łuków i rzucając toporki z dystansu, z którego zrobienie mu krzywdy było mało prawdopodobne. Ale wiadomo: gdyby podkradli się po cichu i go zarżnęli nie byłoby filmu. Z drugiej strony, dla filmu lepiej, gdyby zabrakło Indian. Szkoda, że w dwudziestym pierwszym wieku film z uzasadnieniem pukający do wrót ambitnej kinematografii sięga ku szablonom dobrym siedemdziesiąt lat wcześniej, ale nawet wtedy nie wybitnym. Inny przykład nielogiczności: kiedy Glass umknął rzeką przed Indianami, trafił na samotnego Pawnee, który go poczęstował mięsem bizona. Niezwykłe, że samotny Pawnee rozpalił wcześniej ogromne ognisko (i jeszcze, w ramach bonusu, podpalił krzak) dzięki którym był widoczny z ogromnego dystansu (u Karola Maya Indianie palili zawsze ogniska w ten sposób, że płonęły jedynie końcówki żagwi – stos dawał mało światła i dymu, sporo zaś ciepła). Mięso, ciekawostka, jadł surowe, zatem ogień miał za celu zapewne wyłącznie zwabienie wrogów. W takich niuansach zabrakło reżyserowi drobiazgowości, którą wykazał się np. Mel Gibson w Apocalypto czy Pasji.

Naciągana jest scena finałowa – uwaga, kolejne spojlery: Glass i kapitan we dwójkę udają się w pościg za Fritzem, pozbywając się przewagi jaką dałby oddział żołnierzy. Później redukują swoje szanse rozdzielając się w sposób, który uniemożliwia im wzajemne wsparcie. Kiedy dzieje się to co się wydarzyć musiało, Glass podejmuje pościg za swoim wrogiem, ale doświadczonemu tropicielowi umknął fakt, że wszędzie wokół leży śnieg i nawet przez chwilę nie czytał tropów. Czyli, ponownie, niuanse. Nieistotne zapewne. Rozczarowujące, mimo wszystko.

Stos czaszek. Niekoniecznie uzasadniony fabularnie, ale - na Boga! - jakiż przewspaniały to stos! Źródło: https://media.multikino.pl/uploads/images/films/revenant_stills_digital_color_3_75d7e49fed.jpeg

Stos czaszek. Niekoniecznie uzasadniony fabularnie, ale – na Boga! – jakiż przewspaniały to stos! Źródło: https://media.multikino.pl/uploads/images/films/revenant_stills_digital_color_3_75d7e49fed.jpeg

Ostatnia rzecz, która naszym zdaniem nie zagrała: retrospekcje. Wrzucone na siłę, nie w pełni zrozumiałe. Fabularnie zbędne, zwłaszcza że niezbyt skuteczne w budowie psychologicznego portretu głównego bohatera.

W Zjawie widać nieco szwów i niedoskonałości, a rażą one tym bardziej, że dzieło Iñárritu jest pozycją ponadprzeciętną. Jest to opowieść prawdziwie epicka, choć jej epickość wtłoczono do kameralnej formy, więżąc w historii jednego człowieka. Jakby dla równowagi, historia jest ukazana w szerokich kadrach, najczęściej z dominującymi w tle masywami górskimi, a oczy i usta bohaterów widzimy bardzo rzadko: albo są zasłonięte różnymi częściami garderoby, albo zwyczajnie niedostrzegalne w obszernych ujęciach. Mało tutaj typowych portretów, zwłaszcza takich, do których przyzwyczaił Sergio Leone w swoich rozciągniętych w czasie pojedynkach twardych charakterów. Reasumując: obraz jedyny w swoim rodzaju, warty wyłuskania ze stosu konkurencyjnych propozycji, ale zarazem arcydzieło utracone, zmarnowane.

Po bardziej obiektywną opinię zapraszam do Logosa Amicusa. Celowo starałem się nie powtarzać wszystkiego co u niego zostało napisane, choć nie do końca się udało.

PS. Zjawa, jak do tej pory, zgarnęła stos nagród. Wiadomo, że będzie ich więcej. Na razie odniosła triumf na Złotych Globach (najlepszy film dramatyczny, reżyseria, rola pierwszoplanowa.

Reklamy

21 thoughts on “„Zjawa” dużego kalibru – słów kilka o filmie

    • wiesz, to tak w ramach nakręcania pozytywnych emocji ;-P. Myślę, że opinie się nam rozjechały nieco w detalach. Cieszę się, że przeczytałem o tym filmie u Ciebie i że się skusiłem na seans 😉

        • jasne że tak ;-). Może nie opisałem tego zręcznie lub tak jak powinienem, ale natchnienie rzadko mnie dotyka ostatnimi czasy. Za dużo w głowie, a głowa taka mała… 😉

  1. Też jestem już po seansie. Film naprawdę przypadł mi do gustu, o dziwo nawet jego długość mi nie przeszkadzała. Kadry – bajkowe! Super, że wyliczacie takie detale, uważni jesteście, to się ceni! Swoją drogą, ciekawe czy Leo wreszcie dostanie Oscara…? Jak obstawiacie?

    • ma spore szanse, a Akademia lubi oceny polityczne. Czyli, jak uznają, że należy się za całokształt to konkretny film traktują jako pretekst. Zjawa to niezły pretekst 😉

        • niestety. Lub stety, w zależności jak spojrzeć ;-). Brak czasu, gdyby nie wpis u Logosa to nawet Zjawy byśmy nie obejrzeli, ale jej seans wyczerpał potencjalny margines czasu na takie rozrywki. My już jesteśmy na etapie takim, że jak synek zaśnie to zaczyna się życie, bo można sobie posiedzieć w milczeniu i podelektować się nicnierobieniem ;-P

  2. A abstrahując od „Zjawy”: ja nie odnoszę takiego wrażenia, że ciągle się nie zgadzamy w naszych dyskusjach. Zazwyczaj jednak się rozumiemy, a to już wystarczy do przeprowadzenia ciekawej dyskusji (a dla mnie każda rozmowa z Tobą jest ciekawa).
    Nie poważyłbym się także na stwierdzenie, że „bardzo często kończą się (te rozmowy) okopaniem stron na z góry oznaczonych pozycjach.”
    To prawda, że zwykle pozostajemy przy swoim zdaniu, ale chyba nie tak dogmatycznie, by wykluczało to poszanowanie – i jednak zrozumienie – racji drugiej strony.

    PS. Czekam na wyszczególnienie tego, w czym się nie zgadzamy, co do „Zjawy”, bo doprawdy, kiedy czytałem Twój tekst, to nie mogłem znaleźć niczego istotnego, z czym mógłbym się nie zgodzić

    • W kwestii Zjawy, jako napisałem: detale. Ogólnie mamy podobny odbiór. Napisałem o niezgadzaniu się trochę z przekory. Najczęściej nie zgadzamy się w pewnych tematach związanych z polityką, ale są to zasadniczo tematy na tyle wielopłaszczyznowe i skomplikowane, że nie demonizowałbym braku konsensusu. Zresztą, sądzę że chyba nadajemy na podobnych falach. Interesują nas podobne tematy, lubimy wgryzać się w nie nieco głębiej niż „wypada” w powierzchownej dyskusji (w jakiej, notabene, celują wszystkie niemal główne media). Okopanie to przenośnia, ale na swój sposób prawdziwa: bo udaje się nam obojgu zachować swoje zdanie i nie zgodzić się z interlokutorem bez związanego z tym obrzucania się granatami. A więc kulturnie, na poziomie. Jako rzekłem, czasami lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć.

      Co do dogmatów… w miarę jak się starzeję jestem coraz mniej dogmatyczny. A jedyny dogmat w jaki wierzę i jakiemu pozostaję wierny to paradygmat wolności absolutnej, nieco anarchicznej nawet. W przeciwieństwie do Ciebie jestem niereformowalnym zwolennikiem (z konieczności, nie z miłości) hobbesowskiej koncepcji świata.

      • Na razie, co do Hobbesa: to bardzo dziwne, że (i to w tym samym akapicie) hołdujesz paradygmatowi wolności absolutnej, a jednocześnie zgadzasz się z Hobbesem, że człowiek musi zrezygnować ze swojej wolności osobistej (indywidualnej) na rzecz suwerena (czyli państwa) – a to jest właśnie głównym zrębem filozofii Hobbesa 😉

        PS. Ja Hobbesa cenię, ale nie zgadzam się z wieloma jego poglądami, (które były determinowane przez jego epokę i jego uwikłania polityczne).

        • u Hobbesa kluczem była idea wojny wszystkich ze wszystkimi. Hobbes wierzył, że świat jest strukturą poliarchiczną, miejscem ścierania się wrogich sił. Celem każdej z sił jest zwycięstwo. Według znacznie młodszej koncepcji zwanej teorią gier, Hobbes widział świat jako grę o sumie zerowej. Nie był jednak anarchistą, uważał – tak jak mówisz – że koniecznością jest istnienie silnej władzy, która ma prawo uzurpować sobie taki zakres samodzierżawia jaki jest w stanie zagarnąć i utrzymać (siła decyduje o sile). Nie twierdzę, że wszystko u Hobbesa mi się podoba, ale w pewnym sensie zgadzam się, że świat jest miejscem wrogim, a naturalnym stanem człowieka jest wojna (to było chyba nawet tak ujęte u Hobbesa).

          Kiedyś nad Hobbesa przedkładałem oświeceniową koncepcję umowy społecznej. Dziś już w to nie wierzę, ale imponuje mi oświeceniowy eksperyment. Smutno mi kiedy politycy i wyborcy jednogłośnie uznają liberalizm za coś porównywalnego z komuną czy faszyzmem… Ale sposób w jaki społeczeństwo samo sobie strzela w nogę skłania mnie właśnie ku Hobbesowi. Mamy tutaj relacje siły i słabości, sprytu i głupoty. Zwycięża ten, który rozgrywa słabości przeciwnika. A władzę zgarnia się dla samej władzy, jest ona celem samym w sobie (być może akurat to nie jest do końca zgodne z Hobbesem).

          Na dobrą sprawę, moje przekonania to miks koncepcji. Nie lubię być uwiązany do jednej.

          • „siła decyduje o sile”
            no tak, trudno się nie zgodzić 😉

            No dobrze, skoro uważasz, że świat to walka wszystkich ze wszystkimi, to z kim Ty teraz walczysz? 😉
            Naprawdę ze wszystkimi?

            Hobbes był ojcem ideowym zarówno koncepcji państwa z władzą absolutną, jak i państwa totalitarnego. Z tego choćby względu nie jest on bohaterem mojego romansu.
            Dziwię się, że jest ideowcem Twoim, skoro, jak twierdzisz, jesteś wielbicielem wolności absolutnej, (która nota bene nie istnieje).

            Uważam, w przeciwieństwie do Hobbesa, że człowiek jest istotą społeczną (wg niego człowiek był automatem poddanym zupełnie siłom deterministycznym).

            Ludzie, oprócz tego że ze sobą konkurują (po co od razu mówić o wojnie, która zresztą, według mnie wcale nie jest „naturalnym” stanem człowieka), także ze sobą współpracują.

            Moim zdaniem widzenie świata jako „wojny wszystkich ze wszystkimi” jest dość prymitywne (nawet taki zagorzały orędownik darwinizmu, jak Dawkins się z tym nie zgadza).

            Ludzką cywilizację tworzyło przede wszystkim to, co ludzie wspólnie budowali, a nie niszczyli.

            Jeśli przetrwamy jako gatunek, to tylko ze względu na nasze cechy altruistyczne i solidarnościowe (wliczając to współpracę, siły budujące i scalające społeczność), a nie agresywne i destrukcyjne.
            Moim zdaniem największym wrogiem człowieka jest przemoc – instynkt destrukcyjny, który pozbawia człowieka rozumu, jak zresztą każda silna namiętność.

          • Jak napisałem wcześniej, nie jestem zwolennikiem czegoś / kogoś w 100% i absolutyzm mnie nie pociąga. Zarazem jednak widzę go jako naturalną formę władzy. Cywilizacja ludzka ulega cyklicznym przemianom. Demokracja jest fazą cyklu, absolutyzm drugą. Wszystko rozgrywa się gdzieś pomiędzy jednym a drugim (dzisiaj mamy bardzo niewiele przykładów czystego absolutyzmu jak i funkcjonującej demokracji).

            Owszem, ludzie ze sobą współpracują. Jak muszą. Ale robią to tylko tak długo jak jest to konieczne. Ludzie jednoczą się wobec niebezpieczeństwa, ale kiedy ono mija zaczynają sobie skakać do gardeł i rozszarpywać to co wcześniej zbudowali. Cywilizacja jest w dużej części budowana strukturami siły.

            Nic na to nie poradzę że mam prymitywne poglądy. Za dużo praktyki kontaktu z ludźmi.

          • Przepraszam, bo chyba zbyt ostro zareagowałem na Twoją deklarację afektu dla filozofii Hobbesa i widzenie świata, jako walki wszystkich ze wszystkimi 😉
            Pisząc to, nie byłem w zbyt dobrej formie 😉

  3. Dziękuję za inspirującą recenzję i poglądową wymianę zdań w komentarzach:)
    Myślę, że to co mnie najmocniej zastanawiało w tym obrazie to ludzka odporność na ból.
    Interesujące jest bowiem dla mnie – gdzie jest granica. Może ta niezniszczalność głównego bohatera nieco popsuła mi wrażenia i pozytywny odbiór całości dzieła, choć gdy przypominam sobie film Dannego Boyle’a pod tytułem „127 godzin”, to przecież trudno uwierzyć, że można złamać sobie kość przedramienia a potem powoli odciąć tępym scyzorykiem kończynę. Tutaj nie miałam jednak żadnych wątpliwości co do realności i wiarygodności przeżyć.
    Inną kwestią jest może fakt, że chyba przekornie lubię antybohaterów, więc podobała mi się niesamowicie rola Toma Hardy.
    Gdy kończy się seans lubię to uczucie niepokoju, gdy nie wszystko zostało powiedziane.
    Gdy zostaję z jakimś znakiem zapytania. W tym wypadku wszystko było jasne.
    Może dlatego doceniam filmy Michael Haneke i Carlosa Reygadas. Ten pierwszy znakomicie odzwierciedla ludzkie emocje, ten drugi łączy piękno krajobrazów z magią światła.
    Czegoś zabrakło mi w tym filmie, bo temat nie nowy, oczekiwałam więc czegoś zaskakującego. Może tego, co czuje się, gdy ogląda się „Konia Turyńskiego” Béla Tarra.
    Nie ma epatowania cierpieniem, ale czuje się, że ono jest, choć nikt się nie skarży, nie utyskuje. To się rozgrywa pomiedzy kolejnymi kadrami w zupełnej ciszy, a czasami przy wtórze szalejącego wiatru.
    Pozdrawiam ciepło!

    • Pierwowzór głównego bohatera ponoć przeczołgał się całą drogę, gdyż oczywiście tak szybkie wyleczenie poważnie skręconej (owiniętej) stopy jest niemożliwością. Faktycznie: ludzkie ciało ma potencjał, którego skala niemal przeraża.

      W Zjawie mamy zderzenie motywacji: zemsta głównego bohatera kontra wola przetrwania Hardy’ego. Hardy sam z siebie nie jest zły, po prostu chce iść łatwiejszą ścieżką. Na jego tle idealizm kapitana nie przekonuje zupełnie.

      Nie mam przekonania czy końcówka Zjawy jest zamknięta czy otwarta. Niby otwarta, ale – z drugiej strony – wątki zostały pozamykane w taki sposób w jaki to się dało uczynić. Pozostaje tylko wątpliwość co do działań samego bohatera: co zrobi, skoro jego główna motywacja przestała mieć znaczenie? Być może „zwykły” człowiek po prostu by żył dalej, ale z narracyjnego punktu widzenia lepiej nie domykać historii niż podobnie ją „banalizować”.

      Nie oglądałem Konia Turyńskiego, zapewne muszę to nadrobić.

      • Oglądając film, w chwili przypływu realizmu i prawdopodobieństwa pomyślałem, że to jest jednak niemożliwe, żeby człowiek z takimi obrażeniami – i w takich warunkach – mógł przeżyć (hipotermia przede wszystkim)
        Prawdziwy Glass, wprawdzie też miał złamaną nogę i był przez grizzly porozdzierany, ale przemieszczał się w zupełnie innym (łagodniejszym i cieplejszym) klimacie dzisiejszej Dakoty. Sam zbudował nawet tratwę, dzięki której mógł dotrzeć (po Missouri) do odległego fortu. Swoich towarzyszy, którzy go zdradzili, nie zabił.
        Zginął jednak z rąk Indian 10 lat później.

        PS. „Konia Turyńskiego” polecam. Film naprawdę niezwykły – chociaż w oglądaniu go istnieje pewne niebezpieczeństwo 😉

        Pisałem o nim kiedyś:
        https://wizjalokalna.wordpress.com/2011/10/12/kon-turynski/

        • Doczepiono się – słusznie – do wodnych przygód Glassa, który co i rusz pływa w zimnej wodzie, w ubraniu, po czym wychodzi z niej na ziąb i właściwie nie ma jak się ogrzać czy wysuszyć. To te momenty w których hipotermia byłaby wręcz pewna. Ogólnie rzecz biorąc autorzy filmu nieco pojechali po bandzie ;-). I to mi nieco przeszkadza, bo fałszywy ton w naprawdę potężnym dyskursie Człowiek kontra Natura zmienia rejestr całej dyskusji…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s