Opus magnum Kurosawy, czyli subiektywnie o „Ran’ie”

ran plakatOdgrażaliśmy się parę razy, że napiszemy o innych (niż tylko Siedmiu samurajach) filmach Akiro Kurosawy. I oto, po wielu miesiącach, ambitne zamierzenie staje się faktem. Na wokandę wzięliśmy Rana, jedno z ostatnich dzieł japońskiego mistrza..

Poniższy tekst nie należy do najkrótszych, ale tym razem nie dało się zbyt mocno szaleć z nożyczkami. Potraktujcie to jako coś więcej niż recenzję i krótką wskazówkę typu „obejrzeć czy nie?”.

Zapraszamy do lektury! 


„Ran”

Na początek krótkie doprecyzowanie. Ran powstał w roku 1985. Japończyk zmarł trzynaście lat później, a nim odszedł, nakręcił jeszcze trzy obrazy. Jednak to właśnie Rana możemy uznać za ostatnie naprawdę ważne i wielkie schyłkowe dzieło Kurosawy. Po Ranie Kurosawa tworzył już wolniej, z mniejszym przekonaniem.

Wielkie dzieło, w tym konkretnym przypadku, nie oznacza iż doskonałe. W rzeczy samej Ran jest pozycją zaskakująco nierówną, a nawet niespójną technicznie. Pewne elementy obrazu zostały dopracowane i robią wrażenie nawet dzisiaj, prawie trzy dekady po powstaniu. Inne zadziwiają nadmierną prostotą i banałem, który wszak nie należy do typowych dla Japończyka narzędzi twórczych.

Ran to jedna z kilku okołoszekspirowskich opowieści Kurosawy. Tron we krwi jest odbiciem Makbeta, Zły śpi spokojnie został oparty na Hamlecie, natomiast omawiany Ran odwołuje się bezpośrednio i pośrednio do Króla Leara. Historia przenoszenia Szekspira na wielki ekran jest długa oraz fascynująca, stanowi interesujący temat sam w sobie. Dość wspomnieć, że Kurosawa nie był pierwszym, który spróbował tego wyzwania. I nie był pierwszym, który… bądźmy delikatni… odniósł umiarkowany sukces. Każdą ekranizację można ocenić na dwa sposoby – przez pryzmat wierności z oryginałem oraz jako indywidualny film, mający własny scenariusz i takąż myśl przewodnią. Niezwykle trudno byłoby znaleźć choć trzy filmy, w których naprawdę udanie połączono te dwie opcje. Być może jedynym takim przypadkiem jest czterogodzinny Hamlet Kennetha Branagha z 1996 roku. O ile, rzecz jasna, słowo „czterogodzinny” potraktujemy jako zaledwie trzeciorzędne ograniczenie konsumpcyjne… Kurosawa nie przyjął paradygmatu wierności – próżno zatem w Ranie szukać szekspirowskich dialogów czy precyzyjnie odniesionych relacji pomiędzy osobami klasycznego dramatu. Rdzeniem opowieści jest natomiast kształt planszy i – z pewnym przybliżeniem – także rozstawienie pionków, którymi słynny syn ze Stradford nad rzeką Avon rozegrał wspaniałą partię Króla Leara.

Bohaterem jest lord Hidetora Ichimonji (odpowiednik tytułowego u Szekspira króla Leara). Kurosawa wymienił „oryginalne” córki Leara na trzech braci, miejsce akcji przeniósł do średniowiecznej Japonii (jak podpowiada wiki: okres Sengoku, czyli lata pomiędzy 1467 lub 1493 – zatem tradycyjnym kresem średniowiecza w Europie – a 1573 – czyli do końca europejskiego renesansu i jeszcze kawałek dalej). Hidetora to stary i twardy wojownik. Mieczem i ogniem zdobył i powiększył swoją domenę, nijako w bonusie zyskując wielu zaprzysięgłych wrogów. Bezpośrednią przyczyną tragedii jest decyzja Hidetory o ustąpieniu z książęcego tronu, choć źródłem nieszczęść są przede wszystkim zaszłości z przeszłości, długa karawana grzechów i nieszczęść, którymi Hidetora skaził siebie samego i swoje otoczenie. Lord wyznacza na głowę rodu najstarszego syna (Tarō), dwóm młodszym (Jirō i Saburō) oferując po zamku jako rekompensatę. Jak to u Szekspira i braci Grimm bywa, z potencjalnie niezłego układu wyłamuje się najmłodszy Saburō, który wyśmiewa ojca i odrzuca decyzję ojca. Popiera go wierny sługa rodu, Tango i obaj w rezultacie tego protestu wylatują z zebrania, zostają także wygnani z domeny. Postawa Saburō przypada jednak do gustu jednemu z okolicznych władców, który przyjmuje go na swój dwór. To wszystko stanowi zaledwie wstęp do właściwej opowieści.

A teraz uwaga: będą spojlery. Jeśli nie chcecie poznać zbyt wielu detali fabularnych, to pomińcie ten akapit i od razu przejdźcie do kolejnego. Oczywiście pytaniem nadrzędnym, w tym przypadku, powinno być, czy w ogóle w przypadku opowieści okołoszekspirowskich, a więc opartych na klasyce klasyki, istnieje coś takiego jak spojler, ale mniejsza o to, przejdźmy do meritum. Zgodnie z przepowiednią Saburō, Tarō odtrąca ojca, a wkrótce później razem z Jirō atakują go i wyrzynają jego samurajów. Sam Hidetora ucieka z płonącego zamku, szalony i pozornie nieszkodliwy, już nigdy więcej nie uczyni zła, choć zło nadal będzie nękało go pośrednio. Tarō zwycięża, ale popełnia krytyczny błąd, ufając swojej żonie, lady Kaede. Ta, będąc jego najważniejszym doradcą realizuje własne, tajne zamierzenia, starannie manipulując mężem i pchając go ku ostatecznej klęsce. Wkrótce później Jirō doprowadza do zabójstwa starszego brata, przejmując zarówno władzę nad klanem, jak i dziedzicząc pociągającą, lecz niebezpieczną lady Kaede. Przyszłość rodu zostanie rozstrzygnięta na placu boju, w którym zmierzą się Jirō i Saburō. Wyniku walki podać nie możemy, ale przecież wiadomo, że będzie on typowo szekspirowski, czyli pozytywny inaczej.

Znowu kolor i kadr. Tu jednak zawiązuje się fabuła i zapadają decyzje o przyszłości. Źrodło: http://stephenesherman.com/discussions/ran.html

Znowu kolor i kadr. Tu jednak zawiązuje się fabuła i zapadają decyzje o przyszłości. Źrodło: http://stephenesherman.com/discussions/ran.html

Sto sześćdziesiąt minut to dużo jak na typowy film, mało jak na interpretację Szekspira. Z powyższego skrótu fabularnego wyłania się kilka wątków, ale dzieło Kurosawy ma ich znacznie więcej. Trudno określić, który z bohaterów tej historii jest naprawdę najważniejszy. Teoretycznie pierwszym pośród równych jest Hidetora (my, w naszym opisie fabuły, potraktowaliśmy go zdawkowo, ale Hidetora jest rdzeniem, wokół którego owijają się losy pozostałych postaci). Niewiele ustępują mu synowie, po ich piętach depcze lady Kaede, błazen Kyoami (skądinąd, jest to jedyna w filmie postać obca japońskiej kulturze – w tym przypadku Kurosawa poszedł na skróty i odniósł się bezpośrednio do szekspirowskiego oryginału), wierny sługa Tango i adiutanci braci, doświadczeni i mądrzy samurajowie.

A więc wojna! Zaraz w niebo pomkną strzały. Na tych scenach kształcili się twórcy wspólczesnych obrazów chińskich takich jak Hero czy Dom latających sztyletów. Źródło: http://samurajskiekino.blogspot.com/2014/01/ran-akira-kurosawa.html

A więc wojna! Zaraz w niebo pomkną strzały. Na tych scenach kształcili się twórcy wspólczesnych obrazów chińskich takich jak Hero czy Dom latających sztyletów. Źródło: http://samurajskiekino.blogspot.com/2014/01/ran-akira-kurosawa.html

Dla ułatwienia ustalmy, iż najważniejszy jest Hidetora. Koniec, kropka. A skoro najważniejszy, to jego dyspozycja powinna być projektowana na ogólny odbiór filmu. W ten sposób dochodzimy do poważnego problemu: rola Hidetory nie tylko nie zapada w pamięć, ale wręcz szkodzi obrazowi Kurosawy. W naszych oczach Hidetora został przerysowany, przeszarżowany. Jego obłęd graniczy ze śmiesznością, ale jest to granica płynna, która dopiero trakcie trwania filmu przesuwa się (niepostrzeżenie) ku niewłaściwemu biegunowi. Tatsuya Nakadai, kompetentny aktor odtwarzający postać Hidetory, zagrał bardzo dynamicznie, niesamowicie angażując się w kreację swojego filmowego alter ego, ale zupełnie pominął co bardziej subtelne środki wyrazu. Gra ciałem i krzykiem, ale rzadko kiedy twarzą, która pozostaje bierną maską, nie wyrażającą uczuć lub wyrażającą je w sposób nieautentyczny. Synowie Hidetory podążają tą samą ścieżką – Akira Terao i Jinpachi Nezu grają intensywnie, nie oszczędzają się, ale ilekroć do przekazania emocji wystarcza drobny gest oparty o głębokie zrozumienie swojej postaci, oni preferują przebieżkę po scenie i rwanie włosów z głowy. Daisuke Ryu radzi sobie nieco lepiej w roli najmłodszego syna, ale i jemu można zarzucić podobny grzech. Niewykluczone, a nawet pewne, że winę za to ponosi Kurosawa. Wszak to reżyser decyduje o rozłożeniu akcentów. W parze z drętwą grą aktorską idzie daleko posunięta niechęć do zbliżeń portretowych, rzecz niesłychana w opowieści psychologicznej, opartej o znajomość ludzkiej psychiki. Tak naprawdę, w całym stusześćdziesięciominutowym filmie znalazła się tylko jedna (!) scena typowo portretowa. W rezultacie Ran staje się przypadkiem kuriozalnym: film teatralny do bólu, ale bez głębi świadomej aktorskiej gry, którą wszak teatr stoi. Ni to dramat, ni sensacja. Ale już bardziej sensacja niż dramat.

ran

Kurosawa w białych rękawiczkach. A w tle zastępy gotowe do umierania przed okiem jego kamery. Źródło: http://www.lanocheintermitente.com/2014/01/04/documental-de-chris-marker-sobre-el-rodaje-de-ran-de-akira-kurosawa/

Sytuację ratują („ratujmy co się da, obróćmy jeszcze raz…”) postaci drugiego planu. Lady Kaede, choć niezbyt subtelna, zdaje się być (anty)bohaterką rozegraną najlepiej. Jej zachowanie ma widoczne uzasadnienie. Jest zresztą postacią szalenie ciekawą, diaboliczną, podstępną, ale i erotycznie fascynującą, pociągającą niczym trujący bluszcz i jak trujący bluszcz wiążącą i zabijającą pechowców, którzy ulegli jej urokowi. Lady Kaede to nemezis rodu Ichimonji, prawdziwa bogini zemsty (retaliacja to ważny motyw filmu, a lista pokrzywdzonych przez Hidetorę jest długa). Tango i adiutanci synów Hidetory (przede wszystkim Kurogane) także przekonują i zyskują sympatię, zarówno jako bohaterowie tragiczni, skazani na zagładę wraz z wielkimi swojego świata, jak i osoby mądre, widzące co się dzieje i starające się ograniczyć straty, a przy tym bezwzględnie lojalne i skłonne do najwyższych poświęceń. W nich Kurosawa najsprawniej związał węzeł szekspirowskiej tragedii i japońskiego etosu wojownika, odwołując się zarazem do jednej z najbardziej trwałych symbolik filmowych.

Kadr typowy dla Rana: piękny, lecz szeroki. Źródło: http://amufilm.wordpress.com/2010/11/14/broad-strokes-kurosawas-visual-masterwork/

Kadr typowy dla Rana: piękny, lecz szeroki. Źródło: http://amufilm.wordpress.com/2010/11/14/broad-strokes-kurosawas-visual-masterwork/

W tym miejscu kończymy narzekanie. Skoro już przebrnęliśmy przez czarną listę filmowych wpadek, spójrzmy śmiało ku jaśniejszym i bardzo jasnym stronom Rana. Jest ich kilka, ale nam do gustu przypadła jedna w szczególności: estetyka wizualna dzieła Kurosawy. Ran to jeden z pierwszych kolorowych filmów nakręconych przez słynnego Japończyka, a zarazem najbardziej wysmakowany kolorystycznie. Aż nie sposób uwierzyć, że Kurosawa nie miał wielu możliwości eksperymentować z kolorem – feeria barw użytych do ukazania historii Hidetory i jego synów oszałamia i wbija w fotel. Majstersztykiem są sceny batalistyczne, niewykluczone, że jedne z najlepszych, jakie kiedykolwiek nakręcono – nawet dzisiaj, po niemal trzech dekadach, robią kolosalne wrażenie, a nawet zostawiają w tyle niejeden współczesny, wielkobudżetowy obraz wojenny.

Kurosawa perfekcyjnie wykorzystał specyfikę japońskiej sztuki wojennej. Pancerze samurajów, kolorowe chorągiewki przytroczone do pleców żołnierzy, specyficzne tempo przemieszczania się piechurów zderzone z łomoczącą dynamiką konnych szarży… Sceny batalistyczne są po prostu piękne i muszą się nam spodobać nawet jeśli na ogół w batalistyce nie gustujemy. Niesamowite kadry połączone zostały parokrotnie z robiącą wrażenie muzyką przy jednoczesnym wyciszeniu dźwięków samej bitwy. Ruch, kadr, dźwięk, tempo – ich melanż jest bezbłędny. Bitwy w Ranie są niczym przemyślny taniec, który uwodzi i hipnotyzuje.

Kolejny punkt programu to kadry. Film Kurosawy należałoby właściwie traktować jak pokaz samodzielnych, bardzo wysmakowanych zdjęć. Już pierwsze ujęcia stanowią obietnicę tego, czego w dalszej część filmu nie zabraknie: spokojne, statyczne obrazy z postaciami ludzkimi wpasowanymi w okolice mocnych punktów, ale jakby przesunięte na zewnątrz (świadome zerwanie ze sztuką fotografii, czy po prostu naginanie zasad?). Przez pierwszą minutę mamy wrażenie, że oglądamy zdjęcia, a i później, nie raz i nie dwa, Kurosawa stosuje quasi homeryckie zawieszenia akcji, koncentrując oko kamery na pozornie pustych, niezagospodarowanych widokach, minimalistycznych w formie, lecz współgrających z treścią dzieła. W miarę rozwoju wydarzeń piękne i sielskie widoki ustępują miejsca krajobrazom przerażającym, iście piekielnym lub marsjańskim. W filmie Kurosawy sama przyroda zdaje się uczestniczyć w dramatycznym spektaklu, poddając się jego nastrojowi i dostarczając współgrających z klimatem dzieła plenerów.

Im dalej, tym smutniej. Krajobraz wojenny ożywiają tylko mundury. Źródło: http://kenjutsu.tumblr.com/page/2

Im dalej, tym smutniej. Krajobraz wojenny ożywiają tylko mundury. Źródło: http://kenjutsu.tumblr.com/page/2

Ran to także popis umiejętności organizacyjnych Kurosawy. Reżyser zabierał się do stworzenia tego filmu dziesięć lat, napotykając po drodze liczne problemy (przede wszystkim finansowe). Dziesięć lat powstawał scenariusz, który przeszedł w tym czasie długą drogę – sam Kurosawa zdradził, że jego oryginalnym zamierzeniem nie była ekranizacja Szekspira i niechaj to świadczy o skali ewolucji idei. Podobno wcześniejszy film Akiro, Sobowtór, był niczym więcej jak polem testowym dla Rana.

Produkcja kostiumów (wszystkie wykonano ręcznie – a było ich około półtora tysiąca) trwała dwa lata. Na potrzeby filmu zgromadzono mnóstwo rozmaitych akcesoriów i kilkaset koni (bodaj dwieście sztuk), które sprowadzano w tym celu nawet ze Stanów Zjednoczonych (najwyraźniej Japonia końmi nie stoi – nie dziwota, do Toyoty się ich zaprząc wszak nie da, pogryzłyby się z tymi pod maską). Krytycy docenili sprawność Kurosawy, a nawet ją przecenili, wielu bowiem uległo czarowi zmultiplikowanej zamożności i nie dostrzegło sprytnego żonglowania ograniczonymi zasobami. My, którzy przywykliśmy do „nowoczesnych” scen batalistycznych a’la Ogniem i mieczem możemy mieć trudność z uwierzeniem, iż Ran został zrealizowany tak, jakby reżyser dysponował nieskończonym budżetem i nieprzebraną pulą wierzchowców, statystów, broni, pancerzy i zamków. Ach, właśnie: jeden z ze zniszczonych zamków został zbudowany specjalnie na potrzeby filmu. W tamtych czasach, kilka dekad przed Tytanikiem, stosowano chętniej ujęcia trikowe, sceny wymagające wielkiego rozmachu realizowano w oparciu o sprytnie fotografowane miniaturki. Bardzo rzadko posuwano się do budowania tak wielkich konstrukcji. Uwzględniając powyższe, nie dziwi fakt, iż Ran był najdroższym filmem Kurosawy i najdroższym w tamtym momencie filmem japońskim – jego budżet zamknął się w dwunastu milionach dolarów. Niewiele w porównaniu z hollywoodzkim rozmachem (taki na przykład Rambo kosztował trzy lata wcześniej jedyne pięćdziesiąt milionów zielonych). Co ciekawe, mimo pozytywnego przyjęcia, Ran ledwo zarobił na owe dwanaście milionów.

Przeciętnie Ranowi poszło z nagrodami. Nie załapał się na Cannes, bo został ukończony zbyt późno. Jako, że Kurosawa nie pojawił się na oficjalnej, japońskiej premierze filmu (gdzieś przeczytaliśmy, że taka premiera w ogóle się nie odbyła – pozwalamy sobie nie ustalać tego do końca), podpadł swoim rodakom. I to na tyle, że nie zgłosili Rana do Oscara w kategorii Najlepszy Film Obcojęzyczny. Co ciekawe, pomóc Kurosawie starali się Francuzi i Amerykanie. Serge Silberman, producent obrazu, starał się zgłosić Rana jako koprodukcję francusko-japońską, lecz nie podołał wyzwaniu. Sidney Lumet „wkręcił” natomiast nominację Kurosawy jako Najlepszego Reżysera. Ostatecznie, Ran zgarnął statuetkę w kategorii Najlepsze Kostiumy (Emi Wada). Zasłużenie, ale… niedosyt w tym przypadku uzasadniony. My rozważyliśmy oddanie złotego Oscara w ręce Kurosawy także w kategorii Najlepsze Zdjęcia (w 1985 roku trofeum zgarnął David Watkin za Pożegnanie z Afryką). Kto wie czy Ran nie zasłużył na Oscara bardziej niż Świadek w kategoriach Najlepszy montaż i Najlepszy Scenariusz Oryginalny. Ale gdybanie to nic innego jak wyrafinowana metoda tracenia czasu, porzućmy zatem te czcze rozważania.

Ran był bardzo ważnym dziełem z punktu widzenia Kurosawy. Wiemy, że słynny Japończyk chciał uczynić z tego filmu swoje opus magnum. Wspomnieliśmy już, że szykował się do nakręcenia Rana aż dekadę. Dodajmy, że w trakcie pracy nad filmem umarła jego żona. Nieutulony w żalu reżyser przerwał zdjęcia na… jeden (ale długi) dzień, po czym zapędził ekipę z powrotem do pracy. Do pracy, która zresztą była dla niego bardzo trudna. To podczas kręcenia Rana Kurosawa niemal stracił wzrok. Ledwo widział i musiał korzystać z pomocy asystentów. Na szczęście, nim jego oczy storpedowały wysiłki twórcze, Kurosawa stworzył liczne szkice i miał już przygotowaną dość szczegółową koncepcję filmu. Ciężko uwierzyć, że to wystarczyło, aby stworzyć dzieło tak intensywnie kolorowe (a może właśnie dlatego Ran ma właśnie taki kształt?), tak dynamiczne i tak intensywne. Z drugiej strony, słabnący wzrok Kurosawy w połączeniu z dalekimi ujęciami postaci ludzkich zdewastował psychologię obrazu. Akiro dał swoim widzom piękne obrazy, zupełnie jakby wysublimowana estetyka dzieła była jego prywatnym pożegnaniem z własnym wzrokiem, ale nie dopilnował, aby aktorzy zagrali z duszą. Słabnący wzrok genialnego twórcy nie przebił przywdzianych przez odtwórców masek. Szkoda. Ten film zasługuje na to by być jeszcze lepszym. Nawet jednak w niedoskonałym kształcie, pozostaje ważnym dziełem filmowym, jednym z must see każdego kinomaniaka.

Jeszcze w temacie zdjęć. Załączyliśmy kilka zdjęć znalezionych w internecie. Nie są powalającej jakości i nie są to te kadry, które chcielibyśmy przytoczyć. Akurat tych najfajniejszych nie znaleźliśmy.

A poniżej kilka dodatkowych plakatów z Rana.

Jeszcze jeden plakat filmowy. Źródło: http://www.listal.com/viewimage/146902

Jeszcze jeden plakat filmowy. Źródło: http://www.listal.com/viewimage/146902

To jest chyba najpopularniejszy z plakatów / okładek do Rana. Źródło: http://images.1233.tw/akira-kurosawa-ran/

To jest chyba najpopularniejszy z plakatów / okładek do Rana. Źródło: http://images.1233.tw/akira-kurosawa-ran/

I jeszcze jeden. Źródło: http://images.1233.tw/akira-kurosawa-ran/

I jeszcze jeden. Źródło: http://images.1233.tw/akira-kurosawa-ran/

 

 

Reklamy

10 thoughts on “Opus magnum Kurosawy, czyli subiektywnie o „Ran’ie”

  1. Jak to możliwe, że mnie ominęła o taka fantastyczna recenzja, żem normalnie przeoczyła:)
    Miałam na punckie tego filmu podobnie, zresztą ja w ogóle mam coś bliżej do tej kultury.
    Szalenie podobał mi się także „Kagemusha”.

    • o, tego jeszcze nie widziałem ;-). Kultura japońska jest arcyciekawa – kiedyś fascynowała mnie także w wersji bardziej popularnej, dzisiaj doceniam przede wszystkim takie niszówki jak dzieła Kurosawy 😉

      • Współcześni młodzi Japończycy z ulgą odcinają się od tradycji i przeszłości, ale niektórym kompletnie to nie wychodzi:)
        Z książek, które utkwiły mi w pamięci, i do której wracam jest „Imperium znaków” Barthes’a – doskonale napisana, właśnie o kulturze japońskiej. Nie znoszę albowiem:) tych wszystkich turystycznych opisów i nowinek z kraju wiśni.
        A co niszy, to proszę ja Ciebie, to Ozu jest tym the best dla mnie. Uwielbiam minimalizm w jego filmach.

        • niemniej azaliż jednak 😉 jest to – obecnie – sztuka niszowa. Film długi, fotograficzny bardziej niż stricte kinematograficzny, w gruncie rzeczy trudny, wymagający wysiłku… dzisiaj się to już robi inaczej. Zanim film się zacznie wiesz już nawet jaki stanik nosi główna aktorka i kiedy go zdejmie ;-P.

          • a to się ubawiłam:)) naprawdę !
            Tak masz sporo racji, dlatego tak szaleńczo brakuje mi Festiwalu Nowe Horyzonty we Wrocławiu, bo tam zawsze przekąsiłam coś pysznego.
            Sporo dobrego kina, troszkę z klasyki, no i mało zrozumiałej awangardy, tego chyba nie trawię najbardziej, bo nie lubię jak się ludzie silą na coś, co już dawno ktoś wymyślił, tylko w prostszej formie. .

          • awangarda… prawdę mówiąc nie wiem już co dzisiaj jest awangardą ;-). A z innej beczki: bardzo dynamiczne, napakowane hałasem i akcją kino nie sprzyja ludzkiemu zdrowiu. Już parę razy czytałem, że szykuje się nam nowa choroba cywilizacyjna: wyczerpanie nadnerczy i układu „alarmowego”, który tysiąc lat temu ratował człowieka przed byciem zjedzonym przez lwa, a dzisiaj jest nadstymulowany i wysiada…

          • A co do fotografii, to polecam Ci obiema ręcami 🙂 film „Sól ziemi „- o życiu Sebastiao Salgado. Przepiękne zdjęcia, i ujmująca historia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s