Sto lat temu: Wielka Wojna

W natłoku rocznic (w tym roku mija siedemdziesiąt lat od wybuchu Powstania Warszawskiego, by wspomnieć tylko o tej), nie możemy zapomnieć o tym, że równo sto lat temu wybuchła Wielka Wojna. Tak przynajmniej nazywano Pierwszą Wojnę Światową… nim wybuchła jej następczyni, Druga Wojna Światowa, która ostatecznie ją zdetronizowała na szczycie tej niechlubnej tabeli. Faktem jest, że Wielka Wojna była wielka. Wszystko w niej było absolutnie bolsze: zasięg geograficzny, ilość użytych zasobów, lista wykorzystanych technologii (starych i nowych, opracowanych eksluzywnie na potrzeby frontu). Oraz, last but not least, ilość ofiar. To jest pewne: nigdy wcześniej ludzie nie zabijali się tak skutecznie, z takim pietyzmem i rozmachem.

Ale Wielka Wojna to także wielkie mity. I bardzo mało faktów. Sto lat po wybuchu wojny wiemy o niej stosunkowo mało. Więcej od nas, zwykłych Kowalskich, wiedzą historycy, ale i oni chyba się gubią w meandrach Wielkiej Wojny. My, oczywiście, historykami nie jesteśmy, ale to nawet dobrze: nie obowiązuje nas mechanika pracy naukowców, możemy sobie pozwolić na pewne emocje i subiektywne sądy. W ramach odświeżenia wiedzy i minimalnej choćby demitologizacji konfliktu, zapraszamy na lekturę naszej notatki. Obiecujemy, że nie będzie tutaj treści kopiowanych z podręczników, a przynajmniej ich kopiowanie nie jest dla nas celem samym w sobie. Zakładamy, że osoby poszukujące konkretnych liczb i stricte podręcznikowych informacji znajdą je bez trudu. Choćby we wspomnianych podręcznikach.

A zatem, do dzieła.

Kto zaczął?

W powszechnej świadomości winni wybuchu Wielkiej Wojny są Niemcy. Pomijając fakt, że Niemcy są winni wszystkiemu (z uwzględnieniem pogody), ten akurat fakt jest faktem mniemanym, z prawdą nie do końca zgodnym. Owszem, Niemcy mieli swój udział, ale to nie oni nacisnęli przycisk.

Nacisnęli go politycy Austro-Węgier, ale to nie oni zaczęli.

Wielka Wojna musiała wybuchnąć. Praktycznie na każdej płaszczyźnie wystąpiły czynniki pchające Europę w jej objęcia. Istotnym czynnikiem było powszechne niezadowolenie z bieżącego układu politycznego. Każde wielkie państwo – Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Austro-Węgry, Włochy, Rosja – czuło, że istniejący układ je krępuje i działa na jego niekorzyść. To niezwykłe: nikt nie przyznawał się do czerpania korzyści z sytuacji, która wytworzyła się w Europie na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Każdy z graczy natomiast gotów był zagrać o pełną stawkę – tak jakby nie miał nic do stracenia. Stało to w nijakiej sprzeczności do wygórowanych oczekiwań stawianych przed nowym, dwudziestym wiekiem – wiekiem, który miał być okresem ludzkiej świetności, pozbawionym wojen triumfem cywilizacji, która ostatecznie miała wyzwolić się z okowów brudnej brutalności.

Na jakiej właściwie podstawie oczekiwano, że będzie lepiej? Ówczesny świat miał już niewiele tajemnic, przynajmniej czysto teoretycznie. Dobrze poznany i jeszcze lepiej podzielony, z władzą nad większością globu skupioną w Europie, jawił się jako nieco większe podwórko. Skoro Londyn, Paryż, Berlin i Moskwa władały tak znaczącą częścią terra cognita to logicznym się wydawało, że ewentualne nieporozumienia będą rozstrzygane kulturalnie, przy stołach dyplomatów, a sporadyczne wojny toczone będą według wzorca wyniesionego z szacownych akademii militarnych, sprowadzających konflikty do szeregu pięknych manewrów i kontrmanewrów, ze śmiercią wstydliwie ukrytą gdzieś w ostatnim akcie sztuki. Wiek dwudziesty miał być wiekiem handlu, a przecież nic tak nie przeszkadza kupcom jak wojenna zawierucha. Lepiej kupować i sprzedawać niż tracić bezsensownie zasoby na obtłukiwanie się po głowach.

Niestety, nie wszystko da się sprowadzić do czystego rachunku ekonomicznego. A i ten u progu dwudziestego wieku nie był tak klarowny za jakiego go uznawano. Ówczesne gospodarki ówczesnych mocarstw zbyt mocno były uzależnione od rynków kolonialnych. I jednak, mimo wszystko, były jeszcze obszary świata, które choć już dobrze znane i nawet wkręcone w rozmaite strefy wpływów, nie były jeszcze dokładnie zdominowane. Zarazem nie dało się już wykonać jakiegokolwiek ruchu na planszy, aby nie wpłynąć na politykę innych graczy. Na tej płaszczyźnie wyrosła pierwsza grupa przyczyn Wielkiej Wojny: ciasnota świata i brak możliwości swobodnego rozwijania kolonialnych struktur przez państwa, które spóźniły się na wcześniejsze rozdanie. Incydent w Faszodzie doprowadził co prawda do pogodzenia dwóch odwiecznych wrogów – Francji i Wielkiej Brytanii – ale powstanie tego chybotliwego początkowo sojuszu okazało się kolejnym z kamyczków w lawinie. Groźna, hobbesowska wojna wszystkich ze wszystkimi jawiła się jako zabawa wobec potencjalnie bardziej groźnej wojny pojedynczych państw z silnie zorganizowanymi blokami przeciwników. W efekcie Europa podzieliła się na dwa mocno sklejone obozy. Centralnie ulokowane Trójprzymierze i otaczająca je Entanta. Niemcy i Austro-Węgry (plus Włochy, ale kto by tam ich liczył) kontra Francja, Wielka Brytania i Rosja. Parę wolnych państwek, które uchowały swoją niepodległość lub wyrosły po pełnym chaosu dziewiętnastym wieku z jego traktatami, restauracjami i rewolucyjnymi przemianami, mogło podjąć dowolne decyzje, byle były one zgodne z interesem najpotężniejszych sąsiedzkich mocarstw.

Ale Wielka Wojna rodziła się nie tylko na mapie Europy. Ona zaistniała najpierw w sercach i umysłach Europejczyków. Wspomnijmy o najważniejszych składowych: nacjonalistycznej edukacji, stawiającej na interes własny poszczególnych narodów i nie unikającej skrajnego szowinizmu narodowego; rewolucji technologicznej, która zawróciła w głowach generałom i szerzej – rewolucji naukowej, która przekonała planistów, iż konflikt można zaplanować co do godziny i minuty oraz każdego przebytego przez piechurów kilometra.

…ciąg dalszy nastąpi 😉

Reklamy

4 thoughts on “Sto lat temu: Wielka Wojna

    • ale zarazem zawsze żywe jest przekonanie, że „ta” wojna, czyli pokonanie „tego” wroga, zdobycie „tej” góry, zabezpieczenie „tego” obszaru pozwoli ludzkości żyć długo i szczęśliwie…

  1. Niestety, ciąg dalszy nastąpił (oczywiście mam na myśli II wojnę światową, a nie dalszą część Twojego tekstu – który, mam nadzieję, nastąpi 😉 )

    PS. O wojnach rozmawialiśmy nie raz, więc poniekąd znamy swe wzajemne zapatrywania.
    Mnie najbardziej w tym wszystkim zadziwia – nie tyle ludzka skłonność do destrukcji i mordu (to mniej więcej mam „obadane”) – ale kompletny brak wyobraźni ludzi, związany z ich owczym pędem na własną zatratę.

    • nastąpi także ciąg dalszy tekstu ;-). Choć Bogiem a prawdą: czasu za mało by napisać to porządnie i by dotknąć wszystkich ważnych wątków…

      Faktycznie, znamy swoje podejście do tematu wojny. Zgadzamy się w pryncypiach, choć rozchodzą się nasze drogi w detalach. Detale to detale, liczy się, że oboje w przelewaniu krwi i mordowaniu ludzi nie widzimy zjawiska chwalebnego i godnego pochwały. Choć, wiesz, że ja wojnę postrzegam odrobinę praktycznie: nie jest ona do końca szaleństwem, ale logiczną konsekwencją procesów, które zachodzą przez jakiś czas. Szaleństwo to coś bardziej romantycznego, wojna natomiast jest wynikiem dodawania i odejmowania, choć samo działanie bywa prowadzone na ukrytej przed wzrokiem ogółu tablicy.

      I chyba nie o brak wyobraźni tutaj chodzi – owszem, ten również ma swój udział. Obawiam się, że wybuch wojny to efekt kalkulacji, czasami słusznej, czasami błędnej. Ludzie, którzy idą na front kalkulują zapewne mniej niż decydenci, podatni są na ów owczy pęd, który jednakowoż ma coś wspólnego z patriotyzmem, wiarą, poczuciem zagrożenia itd itp. Wojna na różne sposoby dotyka ludzi. znajduje ścieżki do umysłów pacyfistów i intelektualistów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s