Stanisław Lem „Śledztwo” – archirecenzja

lem2

Kiedyś musiało to nastąpić: osiągnęliśmy punkt przełamania. Zbyt dużo nowej literatury, zbyt dużo ukochanego science fiction, które z pewnego dystansu przestaje być aż tak ukochane. Odgrażaliśmy się (po cichu, pokątnie), że wyłamiemy się z mainstreamu i zanurkujemy w końcu w oceanie szeroko rozumianej klasyki. I oto, stało się. Wakacyjne postanowienie: książki do recenzji zostają w domu, na wyjazd jadą „te inne”. Postanowienie numer dwa: „ta inna” powinna być tytułem możliwie anonimowym, a zarazem sprokurowanym przez twórcę zdecydowanie nieanonimowego. Postanowienie numer trzy: mimo wszystko, byłoby jednak dobrze, gdyby „ta inna” przynależała do któregoś z ukochanych naszych gatunków, a więc science fiction lub kryminału. Na tym warunków koniec. Nikt przy zdrowych zmysłach nie dodawałby kolejnych, skoro i te są potencjalnie nie do spełnienia.

A jednak…

Przez zupełny i niezawiniony przypadek, nasze oczy spoczęły na powieści, która łączy w sobie kilka światów. Na początek postać samego autora, Stanisława Lema, która kojarzyć się musi (i faktycznie tak czyni) z literaturą science fiction. Następnie tytuł i treść książki – Śledztwo – sprowadzające nas do strefy kryminałów, w której de facto pozostaniemy w trakcie lektury. I wreszcie rok wydania dzieła – 1959, podkreślający wspaniałą archiwalność pozycji. Potencjalny kryminał będący zarazem mało znanym („nieodkrytym”) dziełem klasycznego twórcy. Czego chcieć więcej? Odrobiny czasu na lekturę, a tego wszak na wakacjach nie brakuje, prawda? Zobaczmy zatem co w Śledztwie piszczy.

Dobry kryminał nie może się obyć bez kilku obowiązkowych składników, jak choćby dobrej (odpowiednio intrygującej i mającej konkretne konsekwencje) zbrodni. Wielbiciele Agathy Christie dodaliby zapewne, że również bez dobrego podsumowania sprawy na końcu powieści. Stanisław Lem zaproponował niewielką rewolucję gatunkową. Powieść zaczyna się czymś, co wedle Herculesa Poirot i jego wąsików powinno nastąpić na końcu. Anglicy nazwaliby to debriefingiem, czyli odprawą „po”. Literatura kocha ten motyw, albowiem to on umożliwia autorom popisanie się elokwencją, wyjaśnienie tego, co nie zostało wyjaśnione wcześniej i – de facto – podkreślenie klimatu całej opowieści oraz sprawne spięcie aparatem narracyjnym wszystkich wątków. Lem zaproponował debriefing na pierwszych stronach. W gabinecie inspektora Scotland Yardu spotyka się grupa osób zaangażowanych w śledztwo w pewnej dopiero rozkręcającej się sprawie. Z ich ust poznajemy fakty bezwzględne – a więc co, gdzie i kiedy – oraz sugestie dotyczące charakteru zjawiska. No właśnie: zjawisko. Dobre określenie na zbrodnię, która właściwie nie jest zbrodnią. Lem, być może w próbie ośmieszenia gatunku, być może w ramach wyrafinowanej gry konwencją, a być może po prostu chcąc niemal dosłownie przejść fabularną ścieżką per angusta ad augusta (po namyśle, stawiamy na opcję nr 2), nakreślił scenariusz, który teoretycznie nie powinien trafić na łamy szanowanej powieści kryminalnej. I tutaj, wreszcie, przechodzimy do samego sedna.

Tak wygląda rzeczywista okładka książki. Sami przyznacie: praktyczna, ale jednak mniej ciekawa niż piąta strona powieści użyta w nagłówku.

Tak wygląda rzeczywista okładka książki. Sami przyznacie: praktyczna, ale jednak mniej ciekawa niż piąta strona powieści użyta w nagłówku.

Rzecz się dzieje w Anglii. Z prowincjonalnych kostnic giną trupy, a na samym początku tej makabrycznej serii domniemanych przestępstw leżą przypadki równie kuriozalne: ciała znajdowane wprawdzie w kostnicach, ale w zupełnie innych pozycjach niż być powinny. Scotland Yard podchodzi do sprawy bardzo poważnie, starannie badając miejsca „zbrodni”, ponosząc jednak niemal całkowitą klęskę. Nie udaje się namierzyć sprawcy, ani nawet określić metod jego działania, nie wspominając o motywach. Śledztwo przejmuje porucznik Gregory, oficer pełen zapału, lecz niezbyt doświadczony. Wkrótce możliwe staje się zastawienie pułapki na cwanego przeciwnika, jednak ta nic nie daje, a na domiar złego jeden z policjantów trafia do szpitala ze śmiertelnymi obrażeniami. Sprawa gmatwa się coraz bardziej, jako że wszystkie kolejne wydarzenia zdają się sugerować nadprzyrodzone źródło „przestępstw”. Gregory, empirysta i racjonalista, ma swoje własne podejrzenia. Skomplikowane śledztwo poprowadzi go na krawędź obłędu, a jego efektem będzie… ach, jaka szkoda, że nie można zdradzić tego w recenzji. A przynajmniej nie odbierając przyjemności z lektury przyszłym czytelnikom powieści.

Dziwne to lemowskie Śledztwo, nieprawdaż? Zrekapitulujmy: intryga oparta jest na banalnych założeniach, kaliber sprawy jest w najlepszym wypadku przeciętnego sortu (by nie powiedzieć, że mikrego), a i brak konkretnego, mniej lub bardziej namacalnego poczucia zagrożenia nie pomaga – teoretycznie – w kreacji klimatu. Bo przecież kryminał powinien mieć w sobie jakąś sprężynę: jeśli już nie chodzi o klejnoty koronne królowej (króla?), a jedynie o nadszarpniętą cześć sekretarki lokalnego dentysty, to każda taka sprawa wiąże się z odpowiednim klimatem niepewności i potencjalnej straty oraz równie potencjalnego zysku. W tym przypadku biedny Gregory zyskać może jedynie garść siwych włosów na głowie, bo przecież powstrzymanie złodzieja ciał nie wywrze wpływu ani na historię Anglii, ani nawet na dobre samopoczucie grabarzy.

A jednak, Lem użył do rozwikłania tego kłębka narzędzi bardzo dla kryminału charakterystycznych. Drobiazgowo opisał policyjną pracę, z wielką dbałością o szczegóły oprowadził nas po materialnych dowodach przestępstw (i samej scenie jednego z nich). Poczęstował nas kilkoma naukowymi analizami, w tym fascynującą analizą statystyczną, którą doświadczony czytelnik nazwałby holmesowską dedukcją na matematycznych sterydach. I gdzie nas to wszystko prowadzi? Prosto w pole. I to bez kompasu.

Śledztwo to kryminał z górnej półki. Twardy, głęboki, profesjonalny. Ale zarazem nieco pusty w środku, bo cała ta afera zdaje się mieć nielicującą z klimatem vis comica. Inna sprawa, że nie ma w trakcie lektury okazji, aby się pośmiać. Wręcz przeciwnie: Lem ani na chwilę nie traci panowania nad tekstem. Idealnie urabia czytelnika i hipnotyzuje go. Prawdziwe mistrzostwo świata. Oprócz kryminału jest w Śledztwie trochę jeszcze innych akcentów, niekoniecznie rozbieżnych. Jest absurd, jest groteska, jest nawet prawdziwe noir, takie pachnące mgłą i mrokiem. Konglomerat przedziwny, lecz wspaniale dopasowany.

Czego w Śledztwie brakuje (uwaga, tutaj nastąpią spojlery) – chodzi tutaj o brak formalny, niekoniecznie doskwierający – to fizyczne, konkretne i ostateczne domknięcie opowieści. Finał jest niemal otwarty. Bez schwytanego czy choćby wskazanego sprawcy, bez podsumowania z precyzyjnym rozwikłaniem motywów i rozebraniem na czynniki pierwsze wrażego modus operandi. Nie zostanie nawet poddana skutecznej sekcji natura zbrodni, bo i do końca nie będzie wiadomo, czy rzecz jest zbrodnią, czy też przypadkiem innego sortu. W tej partii pytania wygrały z odpowiedziami, i to z dość konkretną przewagą. Ból głowy gratis. Lem zdaje się mieć w niewielkim poważaniu samo śledztwo, bardziej się natomiast interesuje odwiecznym sporem pomiędzy materialną empirią a niematerialnym… hmm… światem duchowym? No, to może zbyt dosadne sformułowanie, jednak coś w nim jest, bowiem autor wydaje się celowo tak reżyserować samo przestępstwo, jak i śledztwo, aby rozwiązanie sprawy znajdowało się poza strefą policzalną, wymierną i materialną. Porucznik Gregory będzie miał do wyboru tylko dwie opcje, obie przekreślające go jako uczciwego policjanta w jego własnych oczach: albo będzie musiał zgodzić się na dopasowanie wyników swojej pracy do najbliższego możliwego, materialnego podejrzanego (wiedząc zarazem, że ów jest niewinny), albo godząc się, że są na tym świecie rzeczy, które nie tylko nie śniły się filozofom, ale i oficerom Scotland Yardu.

Werdykt: stanowczo polecamy!

___

Ciekawostka: Śledztwo było ekranizowane i wystawiane. Info wg wiki:

___

Metka:

Autor: Stanisław Lem
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Wydanie polskie: 1969 (powieść ukończono w 1958)
Seria wydawnicza:
Liczba stron: 217
Format: 120×195 mm
Oprawa: twarda
ISBN-13:
Wydanie: II
Cena z okładki: 16 zł

Advertisements

13 thoughts on “Stanisław Lem „Śledztwo” – archirecenzja

  1. Lem moja miłość z lat siedemdziesiątych. Od dwóch lat wracam do przeczytanych książek i odczytuję je na nowo z jeszcze większą przyjemnością.

    • przypominamy bo sami przy tej okazji staramy się nieco podnieść poziom czytanej literatury. Zbyt wiele ultralekkiej i ultranijakiej książki przewija się ostatnio przez nasze dłonie ;-).

      Pocieszymy Cię: my się do tego kroku zabieraliśmy też kilka lat ;-D

  2. A mówiłem, że Lem to geniusz? 😉

    Muszę przyznać, że przyjemność mi sprawiło czytanie tej recenzji – z kilku powodów: uznanie dla klasyka, przypomnienie „Śledztwa” no i – last but not the least – bardzo zgrabnie jest to (chodzi oczywiście o recenzję) napisane.

    Przy okazji: polecam inną powieść (opowiadanie?) Lema, od której ja (mając chyba z 12 lat) zacząłem przygodę z jego pisarstwem (tak się jakoś dziwnie złożyło – zaraz później zresztą było „Solaris” więc „przygoda” dość szybko zamieniła się w zauroczenie,a nawet fascynację; ponadto: z tego, co pamiętam jest trochę w klimacie „Śledztwa”, a na dodatek: to też nie jest sztandarowa pozycja Lema.

    PS. Nie wiedziałem, że Krzystek zrobił „Śledztwo” dla telewizji (a obeszło mnie to, bo znam tego reżysera osobiście – miałem z nim kiedyś wywiad, jak również, przy okazji… wspólną kolację tête-à-tête 😉 )

    • No tak, polecam powieść, której tytułu nie wymieniłem – pora się obudzić 😉

      Chodziło mi oczywiście o „Pamiętnik znaleziony w wannie”.
      Czytałem to wieki temu, ale pamiętam, że bardzo mi się to spodobało.

    • Bardzo miło, że się spodobał tekścik. To miła odmiana od pisania bez późniejszego, czyjegoś czytania ;-).

      Pamiętnik (zajrzałem najpierw do następnego komenta, hehe) nie jest mi znany. Ale na pewno nadrobię, bo mam szczerą ochotę przypomnieć sobie całego Lema. Lub poznać. Moim pierwszym kontaktem z tym pisarzem był albo Pirx albo Pokój na Ziemi, dzisiaj już nie przypomnę sobie kolejności. Solarisu nie czytałem jeszcze, a powinienem bo to absolutna klasyka gatunku.

  3. Trzy lata temu jakoś tak przeczytałem „Śledztwo”. A jako, że w internecie nic nie ginie to sobie sprawdziłem wpis (blog to naprawdę dobry pomysł na przechowywanie swoich wrażeń). No i ode mnie się dostało tej książce. Poleciałem po bandzie konkretnie:) Z całym szacunkiem dla Lema, ja w „Śledztwie” dostrzegłem jednak znacznie więcej tej pustki, o której wspominasz mimochodem. Wręcz dostrzegłem nudę… I jeszcze co ja tam na wypisywałem o kryminałach (które później wszak zacząłem czytać znacznie częściej). Widocznie „Śledztwo” nie trafiło do mnie w odpowiednim momencie. Ale za to już „Katar” podobał mi się bardzo.

    • przyznam, że czytałem Twoją recenzję. Często już po napisaniu własnego tekstu zarzucam wędkę, a jeśli coś masz na stanie, to trafiam do Ciebie ;-). Takie odwiedziny wzbudzają dodatkowe refleksje, ale tym razem pozostałem wierny swojej oryginalnej ocenie. Kwestia gustu, oczywiście. Lojalny wobec swojego zdania gotów jestem zgodzić się z Twoim, bo Śledztwo to nie jest książka na każdą porę. tak jak piszesz, trzeba trafić na odpowiedni moment. No i nam pomogło, że bardzo lubimy kryminały, a raczej unikamy tych co banalniejszych. Śledztwo stanowiło niezłe wyzwanie.

      Kataru nie czytaliśmy jeszcze. Jest do nadrobienia ;-P

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s