„Ona” – recenzja filmu

onaŚcigamy się sami z sobą i ciągle przegrywamy. Ledwo obejrzymy jakiś fajny film, ledwo zaświeci nam pomysł na jego recenzję, ledwo ją napiszemy i wstawimy na bloga… i okazuje się, że właśnie minął miesiąc. Lub półtora ;-).

Sami już nie pamiętamy, kiedy oglądaliśmy filmy Spike’a Jonze Ona. Chyba w lutym, ale głowy nie damy. To jednak kwestia drugorzędna. Liczy się, że spodobał się dość, abyśmy chcieli mu poświęcić jeszcze odrobinę uwagi. Jest kilka powodów, dla których nad Oną zastanowić się warto. Jeśli zatem macie odrobinę czasu, zapraszamy do lektury naszej recenzji.

Współczesne kino science fiction zdominował paradygmat obfitej wizualności: musi być spektakularnie, pięknie i zapierać dech w piersiach. Scenariusze i fabuły straciły na znaczeniu w gatunku, który jakiś czas temu uchodził za komfortowe okno zwyczajnego Kowalskiego i Smitha na świat filozofii, socjologii i paru innych dziedzin nauki, oczywiście także (a może przede wszystkim) z uwzględnieniem technologii. Na fali tej rozbuchanej wizualności przetaczają się przez ekrany kin dzieła, które korzystają z taryfy ulgowej: filmy bazujące na komiksach oraz ente części prastarych cykli. Od czasu do czasu trafia się jednak perełka: taką jest Ona Spike’a Jonze. Film pod niemal każdym względem niezwykły – choć nie idealny, to godny obejrzenia.

Pozytywny odbiór Onej wynikać może, przynajmniej po części, z głodu na intrygujące opowieści science fiction. Takie, w których nie ilość wybuchów i absurdalnych pomysłów stanowi o treści. Pierwsza, jakże nietuzinkowa rzecz związana z filmem Spike’a: jest przegadany. Gada się w nim dużo, na domiar złego: z sensem. Na domiar złego? Cóż, niedoskonałość Onej pobudza głód i rozczarowanie. Głód na więcej i rozczarowanie stanem kinematografii. Ale my skoncentrujemy się tylko na pierwszym, bowiem psioczenia na konkurencję było już aż za dużo.

Miłość od pierwszego wejrzenia w ekran. Źródło: bialystok.gazeta.pl

Miłość od pierwszego wejrzenia w ekran. Źródło zdjęcia: bialystok.gazeta.pl

Bohaterem filmu jest Theodore, mieszkaniec wielkiej, nowoczesnej i niewymienionej z nazwy metropolii. Theodore zajmuje się pisaniem listów. Pisze je w imieniu osób, które właśnie tę formę komunikacji wybrały, aby docenić swoich bliskich, tylko że… zabrakło im weny twórczej. W nieodległej przyszłości nie jest to żadnym ograniczeniem, wystarczy skorzystać z oferty wyspecjalizowanej firmy, w której jednym z najlepszych „twórców” jest właśnie Theodore. Nawiasem mówiąc, naszego herosa poznajemy podczas pisania listu i już ten wstęp, wbrew pozorom wcale niebanalny, sugeruje, iż czas poświęcony na obejrzenie Onej nie będzie czasem straconym (co prawda, jest coś przerażającego i subtelnie niepokojącego w wypełnieniu ekranu akurat tym wariantem twarzy Joaquina Phoenixa). Ale wróćmy do meritum. O Theodorze musicie wiedzieć jeszcze jedno: jakiś czas temu rozstał się z żoną i jej wspomnienie uniemożliwia mu rozpoczęcie nowego życia. Niezwykłym zbiegiem okoliczności okaże się, że Theodore ruszy z miejsca dopiero po… zakupie nowego systemu operacyjnego. Niby nic, lecz w przyszłości systemy operacyjne nie tylko nie będą już miały niebieskich ekranów śmierci (oraz równie mile kojarzącego się loga pewnego koncernu z Redmont), ale będą umiały rozmawiać z użytkownikiem. Nie, żeby były mądre: wystarczy, że będą funkcjonalne. Tylko, że właśnie teraz pojawił się zupełnie nowy OS, oparty na zaawansowanej sztucznej inteligencji. Program, który wprowadzi się w życie Theodora będzie miał kobiecy głos i sam siebie nazywać będzie Samantha.

On i ona w pełnej krasie. Tak jakby. Źródło: film.interia.pl

On i ona w pełnej krasie. Tak jakby. Źródło zdjęcia: film.interia.pl

Samantha to naprawdę wyrafinowana AI, taka, która bez najmniejszych trudności przeszłaby test Turinga, a w kolejnej edycji mogłaby występować jako sędzia. To ważne: w Onej nie ma gmerania w niuansach technologicznych, stąd też nie są nam udzielane wyjaśnienia, czemu tytułowa Ona jest taka bystra oraz czemu jej poprzednicy równie bystrzy nie byli. Grunt, że jest naprawdę inteligentna. Samantha potrafi rozmawiać jak człowiek i potrafi rozumieć jak człowiek. Nie ma przy tym jego ograniczeń. I jest dostępna od ręki, bez trudności: rzecz nie bez znaczenia w społeczeństwie wyalienowanych jednostek, coraz lepiej znanego nam z autopsji, a w świecie przedstawionym będącego standardem.

Nowy, wspaniały świat bez pasków do spodni. Źródło zdjęcia: filmweb.pl

Nowy, wspaniały świat bez pasków do spodni. Ale za to z miejscem na wąsy.
Źródło zdjęcia: filmweb.pl

Theodore doceni Samanthę na tyle, że się w niej zakocha. Nie będzie ani pierwszym, ani ostatnim takim przypadkiem w świecie przedstawionym. Treść filmu odbiega od szablonów wytyczonych przez wielkie romanse pokroju Romea i Julii: nie o zazdrość czy niechęć środowiska tutaj chodzi, lecz o próbę rozstrzygnięcia na poziomie wewnętrznym, czy taka miłość ma sens. I czy ma szansę. Dialog skierowany do wewnątrz, barowanie się z emocjami, redefiniowanie świata i swojego w nim miejsca – wszystko to dzieje się w futurystycznym mieście, ale równie dobrze mogłoby mieć miejsce na wyspie Robinsona Cruzoe. Zresztą, w pewnym sensie Samantha jest swego rodzaju Piętaszkiem na sterydach.

Inteligentna rozrywka: to zielone jest bardzo cwane i też można z tym czymś pogadać. W filmie Spike'a twory cyfrowe są generalnie bardziej komunikatywne niż ludzie z krwi i kości. Źródło zdjęcia: ekranpodokiem.blogspot.com

Inteligentna rozrywka: to zielone jest bardzo cwane i też można z tym czymś pogadać. W filmie Spike’a twory cyfrowe są generalnie bardziej komunikatywne niż ludzie z krwi i kości. Źródło zdjęcia: ekranpodokiem.blogspot.com

Reżyser Onej, Spike Jonze, to bardzo ciekawy twórca. Pamiętać go możemy jako autora świetnego Być jak John Malkovic oraz niezłej (choć minimalnie, naszym zdnaiem, gorszej) Adaptacji. Niejako dla kontrastu, zapisując złote głoski w historii kinematografii (a pierwszy ze wspomnianych filmów z pewnością zapewnił sobie trwałe miejsce w panteonie obrazków ruchomych), Jonze od czasu do czasu rozsmarowuje także po okolicy coś brunatnego i pachnącego brzydko. Kojarzycie nagrany dla MTV Jackass? Tak, tak: właśnie Spike Jonze jest (jako producent) odpowiedzialny za to… dzieło (szukaliśmy, nasza klawiatura nie obsługuje jeszcze mniejszych małych liter). Skoncentrujmy się na tym, co u Jonzego najlepsze. Dwa wymienione wyżej dzieła ukazują Amerykanina jako kunsztownego konstruktora opowieści, doskonale czującego wibracje dobrze poprowadzonej narracji. Ta bywa u niego wielowarstwowa, wzajemnie splątana, niejednoznaczna… ale czytelna i fascynująca. Opowieści przekazywane tym kanałem zdają się być nieco wtórne: choć niezłe i sensownie poukładane, nie wnoszą same w sobie aż takiej wartości dodanej jak w połączeniu z nietuzinkową narracją. Ona nie jest wyjątkiem. Nawet więcej: jest regułą poprzez zaprzeczenie. Spike postawił tym razem na najprostszą z możliwych narracji, czyniąc zarazem globalną rewolucję na poletku Dziesiątej Muzy.

Amy Adams na drugim planie. To się zgadza, bo właśnie tam ją ulokował Spike. Jest piękna w tym swoim nieuporządkowanym image... Źródło zdjęcia: stopklatka.pl

Amy Adams na drugim planie. To się zgadza, bo właśnie tam ją ulokował Spike. Jest piękna w tym swoim nieuporządkowanym image… Źródło zdjęcia: stopklatka.pl

Oto kilka wyróżników filmu: opowieść jest skoncentrowana na jednej postaci. Zdecydowana większość dialogów odbywa się pomiędzy głównym bohaterem (Theodore), a jego seksowną sztuczną inteligencją (Samantha). Wspomnieliśmy o prostocie narracji, podkreślmy to jeszcze raz: decyzja, aby tak wiele zależało od gadania (na przemian z milczeniem) to ekstremalne wręcz uproszczenie przekazu, lecz zarazem niezwykła odmienność od kinowych standardów. Mainstream nie lubi milczenia, nie lubi zadumy: lubi oszałamiać bogactwem wszystkiego, bywa częściej przegadany niż milczący. Eksperyment Spike’a nie udałby się, gdyby nie Samantha, czyli Scarlett Johansson, pozbawiona godnego uwagi ciała i sprowadzona w absolutnej i niepodzielnej całości do seksownego, uwodzicielskiego, hipnotyzującego i przepalającego wszelkie bezpieczniki głosu. Ilekroć się odzywa, występuje zjawisko w postaci tzw. ciar. Niezwykłe wrażenie i aż dziwne, że takie nietuzinkowe. Ale przecież kino to głównie obraz, głos rzadko kiedy pełni w nim tak ważną rolę. Czemu zatem głos Scarlett kładzie na łopatki naprawdę dobrą grę Joaquina i lojalnie mu sekundującą z drugiego planu Amy Adams?

To co, szybki numerek? Źródło zdjęcia: vice.com

To co, szybki numerek? Źródło zdjęcia: vice.com

Ona okazuje się zaskakująco dobrym filmem. Spójnym, wciągającym i przemyślanym. A przy tym niełopatologicznym, bowiem reżyser i scenarzysta w jednym, Spike Jonze, nie formułuje gotowych wniosków i nie przesyca narracji stwierdzeniami wartościującymi. W rezultacie, wszystko zależy od nas. Możemy odczytać historię na jednym z kilku dostępnych poziomów. Na przykład przeskanować ją okiem widza standardowego filmu science fiction, koncentrując się na futurystycznych pejzażach i deliberując nad funkcjonowaniem sztucznej inteligencji. Albo potraktować głos z komputera i całą resztę gadżetów jako wygodny sztafaż – narzędzie, za pomocą którego historia sprowadzona jest do mitycznego ovo wszystkich historii. Do człowieka i tego, co tkwi w nim samym.

THE END

Posłowie, czyli w naszej recenzji nie rozpisaliśmy się o:

– roli Amy Adams. Jakoś tak wyszło. A powinniśmy, bo ją lubimy. Tym razem zagrała akceptowalnie. A może jej rola była akceptowalna? Równie dobrze Amy może być ostatnio zbyt dużo.

– istocie bycia człowiekiem, istocie ludzkiego jestestwa. A przecież o tym jest film. W zgodzie z rdzeniową misją science fiction, dzieło Spike’a ukazuje coś kluczowego dla ludzi poprzez odebranie tego ludziom. Ale czy rzeczywiście? Czy owe „kluczowe coś” jest aż takim wyróżnikiem homo sapiens?

– istocie bycia istotą cyfrową (brzmi to jak masło maślane? Jeśli tak, to zdigitalizowane). Powinniśmy byli o o tym wspomnieć. Bo jeśli nawet nie stworzymy prawdziwej-wirtualnej Samanthy, to i tak czeka nas podróż w jedną stronę. Któregoś dnia ludzie przeniosą swoje umysły do Sieci. I będą się mogli multiplikować, uprawiać wirtualny sex jednocześnie z paroma tysiącami partnerów, jednocześnie tocząc poważne dyskusje filozoficzne. Oczywiście: z paroma tysiącami interlokutorów.

– o modzie w przyszłości. Aj, aj, aj… takiej jeszcze nie było. Przesmaczne! Obejrzyjcie skriny, poszukajcie w sieci. Nie-do-podrobienia!

Reklamy

22 thoughts on “„Ona” – recenzja filmu

  1. A tak się złożyło, że nie widziałam jeszcze tego filmu, a po Waszej recenzji widzę, że koniecznie szybko muszę nadrobić ten brak:-) No i jestem ciekawa jak zagrał J. Phoenix…:-)

    • nie wygrał z głosem S.J., ale to było ciężkie wyzwanie ;-). Poza tym: poradził sobie, to naprawdę niezły aktor 😉

          • faktem jest, że ostatnio rzeczywiście wizualności podporządkowane jest wszystko, co samo w sobie nie jest złe. Gorzej, że forma zastępuje treść, a i sama forma się spłyca, staje się – mimo jednopłaszczyznowego wyrafinowania – zwyczajnie uboga…. ;-(

          • Otóż to ; )
            Cofamy się do prostego poziomu komunikacji – schematycznego, bardzo uproszczonego (ale nie symbolicznego) pisma obrazkowego. Przykre ; )

          • i paradoksem jest, że to neo-obrazkowe pismo wymaga bardzo zaawansowanej technologii, której nie osiągnęlibyśmy, gdybyś poprzestali na klasycznym piśmie obrazkowym 😉

          • Tak. Ale to symptomatyczne dla „naszych” czasów, dla przyszłości, która w efekcie okazuje się „zwijaniem”, powracaniem do pierwotnych form, ale w sposób mało twórczy zaadoptowanych.

          • może ucieczka od pierwotnych form była od początku skazana na klęskę? 😉

          • albo wszystko sprowadza się do odbiorców, którzy wolą łatwiej, wizualniej, szybciej 😉

          • Hm… i odbiorców, i (prze)twórców – twórca chyba nie potrzebuje „masy”, szerokiego grona odbiorców. Chyba ; )

          • trudno powiedzieć. Z perspektywy „wewnętrznej” może i nie potrzebuje, ale w końcu wszystko sprowadza się do kasy, a kasa sprowadza się do… statystyk odbiorczych ;-). Lepiej więcej odbiorców niż mądrzejsi odbiorcy…

          • Wiadomo – (prawie) wszystko sprowadza się do pieniędzy. Ale to jednak rozczarowujące. M.in. to, w jaki sposób pieniądze utrudniają, a nie ułatwiają.

          • ich brak utrudnia, posiadanie ułatwia ;-). Utrudnienia sprowadzają się do zmiany stanu braku na posiadanie 😉

  2. Dobry film.
    Nie patrzyłem na „Oną” jak na obraz sc-fi. Dla mnie to była futurystyczna mondorama na temat ludzkiej samotności, potrzeby kontaktu z drugim człowiekiem, miłości… ale miłości w przestrzeni wirtualnej (trochę mi to przypomniało „S@motność w sieci” Wiśniewskiego, mimo że w filmie Spike’a Jonze’a nie ma oczywiście takich pokładów łzawego sentymentalizmu jak u JLW).

    Ten film – wbrew jego pozornej prostocie – rzeczywiście można rozpatrywać na wielu różnych poziomach. Ot, np. problem „odcieleśnienia” ludzkiej duchowości, inteligencji, osobowości wreszcie… A nawet… zmysłowości. (Jak widać – słychać i czuć – Scarlett Johansson bez swojego ciała też jest cholernie sexy. Może to sprawa naszej wyobraźni? 😉 )
    Jednakże bez receptorów odpowiadających za ludzką wrażliwość chyba nie będzie można się obejść. A jeśli tak – to już będziemy mieć do czynienia z inną, niż ludzką, jakością 😉

    • słusznie zauważyłeś, że Ona nie jest sentymentalna. Tego spostrzeżenia nam brakowało, jest ono istotne jako – być może – kluczowy łącznik pomiędzy warstwą twardą a miękką filmu. Działanie głosu Scarlett było dla nas wielkim zaskoczeniem – zaskoczeniem, które uświadomiło, że ostatnio jesteśmy odzwyczajani od doceniania głosów. Aktorzy to częściej twarze i ciała niż głosy.

      Warstwa sci-fi jest o tyle ważna, że dała pretekst aby wykreować sytuację i później ją przyśpieszyć. Ewolucja Samanthy jest bardzo istotna dla opowieści, bo Samantha dojrzewa nie jako sztuczny umysł człowieka, ale jako konglomerat bardzo wielu umysłów ludzkich obrazujących etapy rozwoju człowieka jako takiego. W pewnym sensie Samantha „zawiera” w sobie historię człowieka, będąc tworem cyfrowym jest w stanie osiągnąć etap ewolucji do którego ludzie mogą dotrzeć tylko sztafetą pokoleniową. To lubię w prawdziwym science fiction: umiejętną mechanikę zjawisk problematycznych.

  3. No i obejrzałam dzięki tej recenzji, naprawdę mnie wciągnęliście, choć zwykle unikam kina z pierwszych stron gazet. Tym razem dałam się namówić i nie żałuję.
    Kurcze, aż się przestarszyłam tej przyszłości, która zapewne już mnie dotyczyć nie będzie, ale jakże mocno ją odczułam na szkolnej wycieczce, gdy po 24:00 w pokojach dzieci widać było zza szyby w drzwiach niebieską poświatę laptopów, komórek, itp podobnych urządzeń.
    Już nie damy rady dać kroku wstecz, technologia zmierza nieuchronnie ku zawładnięciu naszym umysłem, ciałem i emocjami brr.
    Świetnie zagrany. Po „Mistrzu: mam ogromną słabość do Joaquina Phoenixa.
    Zastanawiam się co by powiedziała na scenariusz mistrz Lem. Czuję w kościach, że On to gdzieś przewidział:)
    Lubię takie zagadaki, przyszłość wydaje się frapująca, ale nie pozbawiona dylematów moralnych.
    Znowu mam o czym myśleć.
    Pozdrawiam tymaczasem ciepło!

    • odpozdrawiamy ;-). Bezcenna to przyjemność wiedzieć, że recenzja okazała się użyteczna a nasze wnioski nie wyssane z palca ;-D.

      Faktycznie, kroku nazad już nie będzie, chyba że nastąpi jakaś katastrofa. Lem chyba tego akurat nie przewidział, w jego czasach oczekiwania dotyczyły raczej potężnej technologii takiej jak napędów gwiezdnych, klonowania ludzi itd. Dostępność komórek, komputerów, sieci komunikacyjnych to coś, co chyba zdziwiło wszystkich prognostów…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s