„Seryjny” John Lutz – recenzja książki

john lutz - seryjnyRecenzja książki Seryjny

___

Recenzja opublikowana na portalu GILDIA
Autor powieści: John Lutz
Kryminał, sensacja
Literatura amerykańska

Seryjny Johna Lutza ma potencjał przerażania. I to na kilku płaszczyznach. Już na pierwszy rzut oka powieść wygląda jak spora cegła (wrażenie potwierdzone empirycznie: Seryjny liczy sobie aż 664 strony, jak na kryminał to więcej niż sporo). Łatwo się takich gabarytów przestraszyć, zwłaszcza w zgodzie ze współczesną modą stawiającą na rozwiązania slim and fit. Teoretycznie jednak gorzej (groźniej) przedstawia się upakowana na tych paru setkach stronic zawartość: mroczne story o seryjnym zabójcy, niestroniącym od wyszukanych, nieludzkich tortur, powoli i konsekwentnie dopisującym kolejne kobiety mieszkające w Nowym Jorku do swojej listy śmierci. Niewykluczone, że są to strachy na lachy, bowiem rozmiar książki nie okazuje się bezmiarem nie do przejścia, ale łatwym do pokonania (w kilka intensywnych wieczorów) terytorium, a i treść, mimo iż lśniąca od posoki i rzeźnickich noży, zdaje się być historią lżejszego kalibru, niż wynika z pierwszego rozpoznania.

 

Pierwszą ofiarą Rzeźnika jest tancerka. Młoda, ambitna dziewczyna została zamordowana we własnym mieszkaniu. Sprawca najpierw ją unieszkodliwił – związał, zakneblował (jej własną bielizną, jakże uroczy detal) – następnie nieśpiesznie i pomysłowo torturował. Niczym średniowieczny kat utrzymał swoją ofiarę przy życiu bardzo, bardzo długo. Po to, by cierpiała. By widziała, co się z nią dzieje. By czuła każdą sekundę z niekończącej się orgii cierpienia. Rozwiązania sprawy makabrycznej zbrodni podejmuje się Frank Quinn, eks-glina, obecnie szef firmy detektywistycznej Quinn and Associates, zatrudniającej byłych funkcjonariuszy policji, a parającej się tropieniem przestępców i rozwikływaniem szczególnie skomplikowanych zagadek kryminalnych. Ot, chciałoby się powiedzieć, że Quinn to taki Nero Wolfe, tyle że na sterydach, bowiem przypadki, z którymi się styka, nieco przerastają skalę trudności zmagań sympatycznego wielbiciela orchidei. Wróćmy jednak do meritum. Co oczywiste (dla tego, kto pamięta tytuł omawianej powieści), pechowa tancerka nie będzie ostatnią ofiarą Rzeźnika. Każda kolejna otrzyma swój przydział bólu, ciało każdej kolejnej stanie się makabrycznym poligonem doświadczalnym dla nieograniczonej, absolutnie amoralnej wyobraźni oprawcy. Rzeźnik jest szaleńcem, to pewne, ale ma swój cel. I plan działania. Nowe zbrodnie układają się w coraz bardziej spójny schemat. Czy Quinn i spółka zrozumieją, z czym (i z kim) mają do czynienia, zanim zabójca zrealizuje swoje zamierzenia?

Seryjny to powieść umykająca jednoznacznej ocenie. Z jednej strony mamy tutaj dość konkretny, bardzo mroczny klimat – nie może być inaczej wobec długiego korowodu przerażających zbrodni, oszałamiających niesamowitym okrucieństwem i niemalże chirurgiczną precyzją działania mordercy. Z drugiej, sporo banału. Lutz ulega skłonności do topienia narracji w morzu zbędnych faktów. Każde wydarzenie opisuje z nadmierną, barokową starannością: bohaterowie zawsze zatem siadają na krzesłach, wstają z krzeseł, robią to, robią tamto, czasami nie robią nic, ale owo „nic” zajmuje również kilka zdań (jeśli zdecydują nie siadać na krześle, to stosowna informacja, a jakże, zostaje podana). Redundancja narracyjna nie poszła w parze z warsztatową starannością. Niektóre dialogi rażą sztucznością, wiele zachowań postaci pierwszo- i drugoplanowych zdaje się być doklejone do fabuły kiepskim klejem. Zamiast zatem należycie wczuć się w lekturę, czytelnik co i rusz natrafia na ścianę, traci koncentrację i próbuje zinterpretować jakieś nieistotne w ogólnym rozrachunku zdanie, szukając jego uzasadnienia (ale go nie znajdując). Chciałoby się napisać: wiele hałasu o nic…

A jednak w tym szaleństwie jest metoda. Najtrudniej przebić się przez pierwsze pięćdziesiąt, może nawet sto stron Seryjnego, ale trud okazuje się opłacalny o tyle, że w pewnym momencie powieść zaczyna autentycznie wciągać, a techniczne mankamenty bledną w obliczu porządnej literatury, bądź ulegają naprawie. Dobrymi stronami książki są narracja oraz sensownie uchwycony balans pomiędzy poszczególnymi akcentami. Co niezwykłe, priorytetu narracyjnego nie otrzymały same zbrodnie. Autor poświęcił im stosunkowo mało uwagi, przedstawiając je bez rokokowego umiłowania dla detali: te, choć istotne, są podawane trochę z offu. Nie asystujemy przy torturach, porzucamy przerażone kobiety, kiedy już wiadomo, iż ich los jest przesądzony. I bardzo dobrze, bo w końcu Seryjny to nie horror gore, lecz kryminał.

Kolejnym pozytywnym akcentem książki jest konstrukcja planów czasowych. Oprócz głównego (teraźniejszość, morderstwa Rzeźnika i śledztwo Quinna) mamy także krótkie opowieści o wydarzeniach z przeszłości. Początkowo te dwie płaszczyzny nie są zsynchronizowane, ale stopniowo, cierpliwie, budowany jest między nimi pomost, aż w końcu spajają się na dobre, wyjaśniając tajemnice i dopowiadając to, co było niewiadome.

Niemal od samego początku autor szafuje faktami, które przedstawiają Rzeźnika jako postać dwuznaczną. W niczym nie umniejszając jego nieludzkiemu okrucieństwu, Lutz szkicuje bardzo rozbudowane tło, będące prawdziwym genesis zbrodni. Nie jest spojlerem zdradzenie, iż zabójca na ofiary wybiera kobiety, które kiedyś zostały zgwałcone, a później, przed sądem, wskazały niewłaściwych winnych. Rzeźnik może zatem być jednym z pechowym mężczyzn, których życie rozsypało się jak domek z kart, kiedy niewinni trafiali do więzienia. To jest tylko jedna z kilku interpretacji. O ile bowiem Seryjny zdaje się być od pierwszych stronic powieścią prostą i przewidywalną, to w miarę postępu lektury pojawia się coraz więcej niejasnych detali, zaskakujących twistów i wątpliwości. W rezultacie, otrzymujemy historię, której nie dało się opowiedzieć krócej. Lutz umiejętnie wykorzystał założony przez siebie rozmiar powieści, nie brnąc w skróty i deus ex machina, lecz przedstawiając zadziwiająco realistyczne śledztwo toczone w przerażająco autentycznej sprawie seryjnego zbrodniarza.

Dodajmy jeszcze, że autor dość dobrze radzi sobie z rysami psychologicznymi bohaterów: nie są nazbyt bogate, ale uwzględniając, ile postaci przewija się przez karty powieści, należy docenić, jak bardzo są zróżnicowane i interesujące. Dotyczy to jednak przede wszystkim kobiet będących ofiarami (tak w przeszłości, jak i teraz), w mniejszym zaś zakresie person z głównej linii (Pearl, domniemana dziewczyna Quinna, działa na nerwy, ale zapewne nie bardziej niż relacje pomiędzy tą dwójką). Sporo bohaterów z drugiego planu ujawnia skomplikowane, niejednoznaczne oblicza, typujące ich do miana postaci niepapierowych (choć momentami nieco nazbyt teatralnych). Gdyby autor (bądź tłumacz) poświęcił więcej uwagi interakcjom (dialogom zwłaszcza!) w pierwszych rozdziałach powieści, warstwa ta predestynowałaby Seryjnego do miana powieści zdecydowanie wyrastającej ponad standardy gatunkowe i rynkowe.

No właśnie. Zabrakło czegoś, aby uznać książkę Lutza za dzieło ponadprzeciętne. Z jednej strony przerasta konkurencję o dziesięć długości (choćby z uwagi na zadziwiająco nieliniowy rozwój fabuły), z drugiej zaś wydaje się być dziełem niepełnym, niedopracowanym i nierównym, momentami niemal perfekcyjnym, w innych fragmentach nonszalancko bezsensownym. Krytycznych uwag znalazłoby się może i więcej. Najważniejsze, że Seryjny Johna Lutza nie okazał się stratą czasu, ale raczej jego złodziejem – na tyle sprytnym, że warto będzie rozejrzeć się za innymi książkami amerykańskiego twórcy, który ma szansę nadać nowe oblicze współczesnemu kryminałowi!

___

Metka:

Autor: John Lutz
Tłumaczenie: Jarosław Skowroński
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 1/2013
Tytuł oryginalny: Serial
Seria wydawnicza: Zabójcza seria
Liczba stron: 664
Format: 110×175 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788378394167
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,90 zł

Gildia logo

Advertisements

8 thoughts on “„Seryjny” John Lutz – recenzja książki

  1. Nieczytany „Seryjny” już tyle miesięcy leży u mnie na szafce, bo (trochę wstyd przyznać) faktycznie nieco odstraszała mnie jego objętość. Jednak trzeba się w końcu za książkę zabrać, bo – jak widzę – ma potencjał i szkoda, żeby kurzyła się kolejne pół roku. Dziękuję za zachętę 🙂

    • przyjemność po naszej stronie ;-). Zachęcam do lektury ale i podkreślam, że trzeba przebić się na chama przez pierwszych kilkadziesiąt stron. Ja już miałem ochotę ciepnąć książkę do kominka i napisać masakryczną reckę. Na szczęście jestem cierpliwy i tym razem się opłaciło ;-). W razie czego ciekaw jestem Twojej oceny, także gdyby nie zgadzała się z moją 😉

      • Nie gwarantuję, że nastąpi to w najbliższym czasie, niemniej nabrałam chęci na poznanie pisania Lutza, więc szanse na bliższą znajomość z pisarzem wzrosły znacznie 🙂

  2. Wczoraj usłyszałam od narzeczonego: chyba trzeba kupić Ci jakąś książkę, bo nie masz co czytać. Ma rację, gapiłam się w okno i spoglądałam na gwiazdy. Teraz mam trochę wolnego więc może podrepczę sobie na jakieś książkowe zakupy i przejrzę to i owo co zapisałam sobie dzięki Wam i coś zakupię… hmm 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s