Uwikłani w Polskę

pl

Dzisiaj na Onibe coś z nieco innej parafii. Spróbujmy, choćby dla samych siebie, trochę powspominać – jak było i jak wiele się w naszym kraju zmieniło. Na dobrą sprawę, już niedługo, wiele z tych wspomnień będzie miało charakter science fiction. Nam samym często trudno uwierzyć w to, jak wyglądał nasz świat lat temu dwadzieścia. Nowe pokolenia jedynie postukają się w głowę… o ile ją będą jeszcze miały 😉

Zacznijmy jednak nie od naszych wspomnień, ale od wspomnień naszych rodziców. Mamy dla Was – i dla nas samych – kilka migawek zza kurtyny niepamięci.

Faktem historycznym jest, że z drugiej wojny światowej Polska wyszła w stanie tragicznym. Przetrzebiona populacja, zniszczony przemysł, zburzone miasta, miasteczka i wsie. Wszystko trzeba było budować od nowa. W literaturze – tak zwanej – egzotycznej zdarzają się opisy jak to, na przykład w Chinach, zdarzało się jeszcze niedawno gnieździć po kilkanaście / kilkadziesiąt osób w jednym mieszkaniu. Dla naszych rodzin był to standard powojenny. Jednej z naszych rodzin (prosta arytmetyka wskazuje, że mamy cztery zestawy doświadczeń, ale celowo nie precyzujemy o czyją konkretnie rodzinę chodzi, wszak to zagregowana przeszłość obojga onibe…) przydarzyło się, iż do ich własnego domu (szczęściarze: mieli własne ściany i dach) wprowadziły się z rozdzielnika rodziny, które nie miały gdzie mieszkać. Własność prywatna nie miała oczywiście większego znaczenia u progu czerwonawej rewolucji. Trudno nam dzisiaj, z perspektywy czasu ocenić, czy w takim współżyciu było coś więcej niż przymus. Może miało to charakter oczywistej konieczności. Może nie. Najważniejsze, że nasi przodkowie musieli się nauczyć kohahabitować z obcymi sobie ludźmi, co wyrażało się koniecznością wytworzenia szeregu skomplikowanych rytuałów. Jak się omijać, jak na siebie nie wpadać.

Oglądając stare, pe-er-elowskie sześcianiki słusznie narzekamy na ich marność. Być może nie wszyscy zdajemy sobie sprawę z kilku niuansów z owymi sześcianikami związanych. Po pierwsze: na całą Polskę było tylko kilka dopuszczonych do użytku projektów architektonicznych. Centralne planowanie było tak centralne jak to tylko możliwe. Nowa elita władzy obliczyła, wymyśliła i wykreśliła jak powinien wyglądać wymarzony dom Polaków: cztery ściany pozbawione udziwnień, płaski lub delikatnie dwuspadzisty (czasami czwórspadzisty) dach, którego pochyłość często była w ogóle niewidoczna z poziomu ulicy. Dom, oprócz parteru mógł mieć jedno piętro. Mądrzy ludzie, jeśli chcieli mieć większą przestrzeń, radzili sobie w sposób będący sprytnym i legalnym zarazem wybiegiem: podpiwniczali dom, przy czym piwnica była de facto parterem – stawiano ją na poziomie gruntu, nie poniżej. Taka piwnica różniła się od klasycznego parteru jedynie wysokością – była niższa, przez co mogła udawać poziom o obniżonej (dosłownie) funkcjonalności. Nie ma co owijać w bawełnę: sześcian był zbrodnią na architekturze i estetyce. Zapewne taki właśnie miał być. Nowa, lepsza, proletariacka Polska w pogardzie miała piękno i wszystko, co można by skojarzyć jako marnotrawstwo środków. Prosta forma to prosta forma. Prawda?

Drugi fakt jest taki, że ów makabryczny sześcianik był naprawdę szczytem marzeń większości Polaków. Dwudziestolecie międzywojenne, choć przyniosło Polsce awans gospodarczy i cywilizacyjny, nie uporało się z mnóstwem ważnych problemów. Nie chcemy tego przyjąć do wiadomości, ale u kresu „niepodległego dwudziestolecia” Polska była pełna glinianek i drewnianych chat, podczas kiedy budowle z prawdziwego zdarzenia, murowane, solidne, ładne stanowiły niewielką mniejszość i przytrafiały się głównie w miastach. Dodajmy: nie wszystkich. Nawet dzisiaj, w centrach wielu miejscowości – także tych większych – możemy oglądać niedobitki tej architektury. Po drugiej wojnie światowej głód mieszkaniowy był ogromny, a bieda jeszcze większa. Sześcianik naprawdę jawił się jako przedsionek raju. Co więcej, ze wspomnień naszych rodzin wyłania się zaskakujący obraz: oto bowiem sześcianiki się wtedy podobały. Może dlatego, że stanowiły dowód skuteczności odradzającej się gospodarki? Oznaczały stabilizację, rozwój? Trudno ocenić, ale w oczach kilku pokoleń były po prostu ładne.

Nie trzeba dodawać, że budowa sześcianików wiązała się z mnóstwem kombinacji. Skuteczność gospodarki była bowiem zaskakująca: niby obfitość, ale w praktyce niedostatek. Stąd, aby mieć, trzeba było wychodzić. A to cegłę, a to papę na dach, a to coś jeszcze innego. Wspomnień o budowlanej kombinatoryce jest wiele, zachowały się choćby w literaturze czy filmach, dlatego ten wątek tylko sygnalizujemy – choć dałoby się o nim powiedzieć wiele ciekawego 😉

Dotychczasową opowieść zdominowało, tak się złożyło, budownictwo i mieszkalnictwo. Zostańmy zatem przy tym temacie. Niezwykłe, choć przecież oczywiste jest, że standardowe dziś udogodnienia kiedyś musiały się pojawić w Polskich domach jako novum.

Takim novum była bieżąca woda w kranie i toaleta. Jedna z naszych rodzin wspomina, że kiedy pater familiae, człowiek wyjątkowo zaradny i wybiegający myślą w przyszłość, zamontował w domu kran z zimną wodą, wywołało to nielichą reakcję okolicznej ludności. Jeszcze większe zdumienie pojawiło się po introdukcji kolejnego rewolucyjnego patentu, jakim była toaleta: muszla klozetowa ze spłuczką. Do domu owego orędownika zmian uczęszczały całe pielgrzymki sąsiadów, sąsiadów sąsiadów i sąsiadów sąsiadów sąsiadów. Woda lecąca ze ściany budziła coś w rodzaju zachwytu, co prawda ostrożnego (no bo widział kto takie rzeczy?), natomiast toaleta została jednoznacznie oceniona jako głupotę (co to za człowiek, który sra we własnym domu?). Kibel się nie spodobał do tego stopnia, że jeden z naszych ojców miał z tego tytułu trudne życie w szkole. Cóż, bywa i tak. Jak się chce wygodnie załatwiać, trzeba cierpieć, prawda?

Wspomnieliśmy o pielgrzymkach sąsiadów. Być może zabrzmiało to jak przenośnia, ale jest to sformułowanie jak najbardziej zgodne z rzeczywistością. Te pielgrzymki to kolejny element przeszłości, który tak naprawdę do owej przeszłości przeszedł razem z przeszłością – jakkolwiek dziwnie to brzmi. Dzisiaj dziwnym by się wydawało zapraszanie sąsiadów z bloku czy osiedla, aby wszyscy zobaczyli nowy, strukturalny tynk z nadrukiem 3d w pokoju dziecięcym lub super-plazmę sto cali w dziennym. Wtedy jednak nikogo nie trzeba było zapraszać: ludzie przychodzili sami, a jeśli uznali to za stosowne to przesiadywali w domu delikwentów, traktując go jak, w pewnym sensie, przestrzeń publiczną.

Podobne wspomnienia dotyczą pojawienia się telewizorów. Traf chciał, że w dwóch z naszych rodzin ekran telewizyjny był dość wczesnym gościem. Nie byli wprawdzie jego posiadaczami z pierwszej fali (najbardziej ukochani przez system i najbardziej rozpieszczani), ale chyba już z drugiej (nazwać byśmy ich mogli ludźmi pracy ale zarazem dość wysoko cenionymi specjalistami). Zresztą, mniejsza o detale. Ważne, że telewizory mieli pierwsi albo w swoich miejscowościach (w tym przypadku mowa o wiosce, gwoli ścisłości) albo w dzielnicach/osiedlach. Dziwny ekran na którym widać było rzeczy dziejące się gdzieś indziej budził zrozumiałe zdziwienie i choć nie serwowano jeszcze telenowel, to już wtedy pojawiło się coś w rodzaju uzależnienia od telewizji. Stąd, nasze rodziny musiały się uczyć cierpliwej gościnności, mimo woli stając się posiadaczami lokalnych sal kinowych bez biletów wstępu…

Reklamy

8 thoughts on “Uwikłani w Polskę

  1. Oj zmieniło się, zmieniło na przestrzeni ostatnich lat. Wystarczy popatrzeć na ludzi podróżujących pociągami. Dziś większość podróżuje ze słuchawkami w uszach; wpatrzona w ekranik telefonu lub tabletu i tam klikając na fb, tym samym izolując się od ludzi wokół. Jeszcze za czasów mojego dzieciństwa ludzie podróżując pociągiem bardzo dużo ze sobą rozmawiali, nie do pomyślenia było, aby w pociągu siedzieć jak mruk i izolować się od innych. teraz to norma, a odstępstwem jest sytuacja, kiedy można przegadać całą drogę. A co do tych sąsiadów. Wydaje mi się, że dawniej to było tak, że sąsiedzi to była społeczność, ludzie czuli ze sobą jakąś wieź, mogli się mniej lub bardziej lubić, ale trzymali się w kupie. A tworzenie się tej społeczności zaczynało się od okresu dzieciństwa. Dzieci bawiły się razem, spędzały czas wolny wspólnie; śpiewając czy po prostu rozmawiając, albo pomagając sobie w różnych rzeczach. A dziś świat wygląda inaczej. Heh… jak się nad tym Onibe zastanowić to czasem rzeczywiście wyglądają pewne sprawy już jak sf. PozdrawiaM

    • w kwestii podróży, to trochę dziwne, ale pewne echa tradycji pozostały w transporcie lotniczym ;-). Ja czasami wręcz marzę o tym, by ludzie siedzieli na swoich fotelach i czytali książki, podczas kiedy bywa, że w samolocie jest taki harmider, że szok. Z drugiej strony, ludzie otwierają się czasami na innych. Pamiętam, że mnie na przykład kiedyś dokarmiały jakieś panie. Stwierdziły, że mają za dużo żarcia a ja wyglądam na zabiedzonego i ledwo to przejadłem ;-).

      Ogólnie jednak izolacja postępuje. Widoczna jest – symbolicznie – w architekturze centrów handlowych, które są de facto izolowanymi fragmentami miast. Są zaprzeczeniem targów i ryneczków bądź rozproszonych po ulicy zwykłych sklepów. Jest też rosnąca grupa ludzi, którzy mieszkają w strzeżonych osiedlach, przemieszczają się przez miasta własnymi środkami transportu, wysiadają na parkingach strzeżonych (często podziemnych) i spędzają czas w galeriach handlowych i centrach rekreacji niemal zupełnie nie dotykając miasta jako takiego.

      • Z tymi samolotami, fakt, prawda. Prywatnie mam sentyment do targów i różnego rodzaju ryneczków. Żal mi, że coraz więcej tego typu miejsc najzwyczajniej zanika w naszym krajobrazie. PozdrawiaM!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s