„Człowiek ze stali”

Man-of-Steel-U.S.-Poster-LogoCzłowiek ze stali to kolejny z comebacków filmowych w roku 2013. Historia, która zdawałoby się, została już do cna wyeksploatowana, doczekała się kolejnej reinterpretacji. Jak to zwykle przy takich okazjach bywa, opowiedziano ją całkowicie od nowa, aby lepiej pasowała do wymagań współczesnego widza.

Lub po prostu do szablonów współczesnego kina.

Skorzystaliśmy z faktu, że rok 2013 okazał się troskliwy dla wielbicieli science fiction i okolic, a Człowiek ze stali to drugi, obok Star Trek. W ciemność film, który obejrzeliśmy właściwie przypadkiem, wcale nie mając na to większej ochoty. I ponownie daliśmy się zaskoczyć. W ramach spóźnionej podróży po wybranych pozycjach z roku 2013, zapraszamy Was dzisiaj do przeczytania paru słów o nowej wersji Supermana.

Człowiek ze stali to reinterpretacja bardzo konkretna. Reżyser, Zack Snyder, cofnął się w swojej opowieści aż do wydarzeń na odległym Kryptonie. Co ciekawe, zamiast standardowych stu sekund introdukcji, zafundował widzom krótki film-w-filmie, opowiadający o kulisach pojawienia się małego Kal-Ela z Gladiatorem (Russel Crowe) w roli głównej. Krypton pojawiał się już parę razy w tle historii Supermana, ale zawsze traktowany był z wielkim dystansem. Nie ma co się dziwić: który reżyser chciałby poświęcać ogromne środki finansowe i organizacyjne na kreację obcego, zaawansowanego technologicznie świata, skoro równie dobrze wystarczy krótka scenka z walącymi się ścianami i biegającymi w przerażeniu Kryptonianami odzianymi w gustowne pidżamy? Ach, nie zapominajmy jeszcze o przerośniętych kryształach, które z jakichś powodów stały się na długo symbolem Kryptona i tego co kryptońskie. Lub krypto-kryptońskie, skoro już o tym mowa.

Zanim przejdziemy dalej, odetchnijmy z ulgą: kryształów w tej opowieści zasadniczo brak.

Ale jest czaszka… hmm…

Snyder skorzystał z doskonałej dostępności cyfrowych efektów specjalnych*, które tak mocno spoiły się już ze współczesnym kinem, że stały się niemal niezauważalne. Jego Krypton nie robi oszałamiającego wrażenia, ale zyskał przynajmniej charakter indywidualnego świata. Specyficzna estetyka dramatycznych wydarzeń na Kryptonie jest zarazem próbką tego, czego nie będzie brakowało w późniejszych minutach filmu. Melanż cybertechu i steampunku, utrzymany w ciemnych, mrocznych barwach obiecuje, że dzieło Snydera nie będzie opowieścią lajtową, ale historią smutną. Na tyle, na ile to – rzecz jasna – możliwe przy ekranizacji popularnego komiksu.

Gwiezdne wojny Gladiatora na Kryptonie. Uff... Źródło

Gwiezdne wojny Gladiatora na Kryptonie. Uff… Źródło

Tak naprawdę, film zaczyna się dopiero na Ziemi, kiedy poznajemy młodego Kal-Ela (vel Clark Kent). Niezwykłe, ale Snyder choć utopił zagładę Kryptonu w zbędnej brawurze, pierwszym kilkunastu latom ziemskiego życia Clarka nadał intrygujący rys. Ten fragment opowieści okazuje się zresztą kluczowy dla całego filmu, gdyż po raz pierwszy widz uświadamia sobie, że Człowiek ze stali może być próbą inteligentnego (jakkolwiek dziwnie to brzmi w tym przypadku) ugryzienia problemu rodem z komiksowej fantastyki.

Clark Kent ma w sobie moc, ale zarazem wychowany w duchu pacyfizmu, przerażony własnymi umiejętnościami, długo nie znajdzie właściwego wejścia na scenę. Po kryjomu pomaga ludziom, zawsze unikając rozgłosu, choć zarazem jego legenda powoli narasta. Bliscy, koledzy i koleżanki ze szkoły, znajomi z pracy – wszyscy oni wiedzą, że Clark nie jest zwyczajnym człowiekiem. Twórcy filmowi długo nie byli w stanie odkryć recepty na ten układ – oferowali grę we „wszystko lub nic”, rysując historię niezwykłego bohatera albo całkowicie nieznanego, albo znanego równie całkowicie. Snyder znalazł szary punkt, spychając na pewien czas swojego herosa w półcień, tam gdzie miesza się prawda i fałsz, w miejsce gdzie nie da się odróżnić przechwałki wędkarza zmagającego się z dziesięciometrowym sumem od wspomnienia dzieci ze szkolnego autobusu, który Clark Kent osobiście wyniósł z dna rzeki. Interesujące. I dość prawdziwe.

Porzucając jednak dywagacje nad psychologią Supermana, nie uświadczymy w filmie niczego, co obraz Snydera wyniosłoby ponad przeciętność. Główna linia fabularna jest niezła, ale właściwie nie da się o niej powiedzieć wiele więcej. Klamrowe spięcie intrygi (opowieść zaczyna się na Kryptonie, a główny przeciwnik Supermana już na Ziemi także pochodzi z tej zniszczonej planety) jest przewidywalne od pierwszych minut. Starcie Supera z Wielkim Złym to sporo banału, mnóstwo deus ex machina i cały ocean sztampowych, ogranych rozwiązań. Mało tego, fabuła ma dziury, przez które przeleciałby statek kosmiczny z Kryptona: czy za dziurę nie należy uznać nachalnego gwałtu na logice scenariuszowej, jakim jest wysłanie przez władających Kryptonem w kosmos jedynego człowieka, który nie powinien przeżyć zagłady, podczas kiedy na planecie pozostają wszyscy inni, spokojnie czekając na nieunikniony koniec? Z drugiej strony, bez tego kuriozum, nie byłoby starcia Supermana z Zodem. Mówiąc krótko, najważniejsze wydarzenia w obrazie Snydera oparte są na kiepsko rozegranym scenariuszu. Kojące, prawda?

Dobre ciuchy to podstawa. A czerwone "es" wcale nie oznacza literki "s", czego zapewne nie wiecie ;-). Źródło.

Dobre ciuchy to podstawa. A czerwone „es” wcale nie oznacza literki „s”, czego zapewne nie wiecie ;-). Źródło.

Kilka słów o aktorach. Kevin Costner wcielił się rolę ojca Clarka Kenta, z kolei prawdziwym, biologicznym ojcem Supermana został Russel Crowe. Obaj panowie nie mieli wielu okazji, aby popisać się talentem, ale darowanych im sekund ekranowych nie zmarnowali, tworząc bohaterów prostych, wyrazistych i niekłopotliwych, a w dodatku pamiętanych (przynajmniej do końca filmu). Michael Shannon w roli Zoda sprawdził się przeciętnie. Z punktu widzenia opowieści jako komiksowego story, nie można mu nic zarzucić. Jego Zod jest twardy, zdecydowany i nieustępliwy. Prze do przodu niczym Titanic wyrąbujący sobie drogę przez aksamitne objęcia gór lodowych. I oczywiście podobnie skończy, tyle że z większym hukiem. Zod pozbawiony jest warstw. Nie jest cebulą, tortem ani ogrem… jest po prostu złym Zodem, który z jakichś przyczyn jest zły i tyle. Koniec, kropka.

Jest jeszcze Amy Adams (Lois Lane) oraz Laurence Fishburne (Perry White) – para dziennikarzy została obsadzona dość ciekawie. Perry to twardy rednacz, którego łatwo polubić i to już na pierwszy rzut oka. Lois… cóż, ją jest jeszcze łatwiej polubić. Amy Adams ocenić trudno: być może grała jak noga, ale dzięki bardzo naturalnej urodzie i dobrze zsynchronizowanym z ową urodą stylem gry zrobiła pozytywne wrażenie**.

Lois... dziennikarze powinni jej ufundować pomnik. Źródło.

Lois… dziennikarze powinni jej ufundować pomnik. Źródło.

Acha, byśmy zapomnieli o Superktosiu. Henry Cavill (pamiętacie go z Hrabiego Monte Christo?) otrzymał za rolę tytułową nominację do nagrody Critics Choice. Prawdę mówiąc… sami nie wiemy, czy zasłużenie. Nie dał plamy, to jasne. Ale czy się jakoś szczególnie wykazał? Podobnie jak Zod nie miał wielkich ku temu sposobności. Dorastający Superman wykroczył poza ramy gatunku i rdzenia opowieści, ale dorosły Superman to postać komiksowa, uproszczona i przewidywalna, ale przynajmniej dysponująca ładnie uformowaną klatką piersiową, której rzeźbę doceni żeńska część publiczności.

Człowiek ze stali mógł być lepszy, ale mógł też być gorszy. Jest strawny. Da się go obejrzeć nawet jeśli nie jest się fanem komiksów. Można wręcz uznać, że jest to film niepotrzebujący kontekstu, niemal zupełnie samodzielny – za to należą się brawa dla Snydera, który nie poszedł na łatwiznę i nie mrugał do odbiorców, ale zaprezentował względnie spójną, jednorodną wizję swojego Supermana. Dodajmy do tego fakt, iż jest to film bardzo estetyczny. Nie cukierkowy, nie nazbyt kolorowy (Superman nie ma już majtek na rajtuzach…), ale stonowany, nieco smutny. Zarazem lekki, przyjemny w odbiorze. I jeszcze mało hermetyczny: do takich obrazów przyzwyczaja współczesne kino, uniwersalnych, bezpiecznych dla każdego odbiorcy***.

Mimo wszystkich uwag negatywnych musimy podkreślić, że Człowiek ze stali zaskoczył nas pozytywnie.

* – skoro o efektach specjalnych mowa, to oczywiście nie musimy wspominać o drobnym detalu, jakim jest wzrost budżetów produkcji kinowych, prawda? Człowiek ze stali, który przecież nie ma szans być ogłoszonym przełomowym pod względem technologii dziełem filmowym, kosztował – bagatela – około 225 milionów dolarów, a zatem około 10% więcej niż Titanic. Uwzględniając inflację, był od Titanica nieznacznie tańszy, choć to właśnie dzieło Camerona będziemy pamiętać jako przełomowe. W podobnej kwocie (ok 237 milionów) zamknął się Avatar. Dawno już minęły czasy, kiedy film kosztujący 100 milionów przyciągał do kin tłumy ludzi chcących się przekonać, na co ten ocean zielonych został wydany… Oczywiście dużą część tych środków pochłaniają efekty specjalne, które są coraz tańsze (tak jak tańsza jest technologia, dzięki której są produkowane), ale za to rynek wymusza coraz większe nimi nasycenie. Być może dlatego Snyder rozbudował wątek na Kryptonie: nie znalazł innego uzasadnienia dla wtopienia w film kolejnych fajerwerków…

** – Amy Adams wpadła nam w oko w Dopóki piłka w grze (Trouble with the curve). O tym filmie też chcemy napisać, co niniejszym subtelnie sygnalizujemy…

*** – jeśli film jest bezpieczny dla każdego odbiorcy, to pewnie jest niestrawny dla fanów zakochanych w pierwowzorze i gatunkowych niuansach. Ale Hollywood dawno odkryło, że globalna wioska oferuje bardzo prostą kalkulację: miliony uśrednionych gustów i tysiące niszowych. Co wybrać? Co wybrać? Oto jest pytanie…

Advertisements

2 thoughts on “„Człowiek ze stali”

  1. Ilekroć taki tytuł pojawia się na ekranach zastanawiam się jak to jest, że filmowcy, którzy powinni być uosobieniem swego rodzaju „kreatorów” i opowiadać nam coraz to nowe historie i przedstawiać nowych bohaterów sięgają po stare kotlety… Rozumiem, że „znane” – „się sprzedaje”, ale… ile można… W sumie to nie pamiętam już kiedy byłam w kinie na jakimś popularnym tytule, abym powiedziała „wow”…

    • no tak, „wow” bym tutaj zdecydowanie nie powiedział. Faktem jest, że to odgrzewanie kotleta… najgorsze, że powoli się do tego przyzwyczajamy. A czemu tak robią? Bo coś co było to pewniak. Jak się kładzie parę setek milionów to się chce pewności, tu nie ma miejsca na ryzyko. Film to nie sztuka 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s