„Odyssey One: Rozgrywka w ciemno” Evan Currie – recenzja książki

evan currie - odyssey one rozgrywka w ciemnoRecenzja książki Odyssey One: Rozgrywka w ciemno

___

Recenzja opublikowana na portalu GILDIA
Autor powieści: Evan Currie
Science fiction, militarne science fiction, space opera
Literatura amerykańska

Bóg patronujący militarnej fantastyce przeżywa chyba swoje najlepsze chwile. Kto wie, może wkrótce okaże się zasadne stwierdzenie, że ten subgatunek wychodzi z cienia? Pożyjemy, zobaczymy, ale już teraz doświadczać możemy swoistego wysypu niezłych lektur w tym temacie. Swój odcisk czcionki w postępującym procesie postanowiło zostawić wydawnictwo Drageus – nie przebrzmiało jeszcze echo, z jakim przemknął nad naszymi głowami Star Carrier (dwa tomy, póki co), a miłośnicy dobrej rozwałki w chłodzie gwiezdnej pustki otrzymują właśnie kolejny materiał do zgłębiania. Odyssey One: Rozgrywka w ciemno to pierwsza dostępna w Polsce książka Evana Currie, który ma już na koncie osiem pozycji, a dziewiąta – będąca zarazem czwartą częścią debiutującego u nas cyklu Oddysey One – ma się pojawić za Oceanem w przyszłym roku. Miejmy nadzieję, że przestwór Atlantyku nie okaże się limesem ostatecznym i niepokonanym dla kolejnych odsłon tego obiecującego cyklu.

 

Nim przejdziemy do meritum sprawy, wyjaśnijmy sobie kilka rzeczy (wbrew pozorom nie miało to brzmieć groźnie, ale jeśli przypadkiem wyobraziliście sobie celujący w Was blaster, to… czemu nie?). Militarne science fiction to bardzo wąska specjalizacja literacka, choć niekoniecznie przeznaczona dla wąskiego grona odbiorców. Ideą subgatunku jest zderzenie naukowej fantastyki z wojną, lub – ujmując to inaczej – wdrożenie zaawansowanej technologii (futurystycznej, co nie dziwi z uwagi na fakt, że akcja dzieje się w przyszłości, częściej dalszej niż bliższej) w służbie śmierci. Zabijania, anihilacji i ogólnie rzecz biorąc: demolki. Powtórzmy, tak dla ścisłości: „niet” dla głębokiej psychologii, „niet” dla skomplikowanych, wielopoziomowych intryg i wielkie, czerwone, radioaktywne „da” dla polityki, taktyki i strategii działań zbrojnych w szerokim, gwiezdnym teatrze zmagań.

Skoro sobie to wyjaśniliśmy (blaster, z wahaniem, dematerializuje się), przystąpmy do wiwisekcji Rozgrywki w ciemno. Evan Currie ewidentnie nie jest zwolennikiem owijania w nano-bawełnę, więc już na pierwszych kilku stronach dowiadujemy się niemal wszystkiego, co powinniśmy wiedzieć o świecie przedstawionym. Jest nim nasza kochana Ziemia i okolice – im głębiej w książkę, tym dalej w galaktykę – w nieokreślonej przyszłości, tuż po trzeciej wojnie światowej. Mamy przyjemność być świadkami dziewiczego rejsu „Odysei”, pierwszego ludzkiego okrętu kosmicznego zdolnego do wykonywania dalekich skoków transwymiarowych. „Odyseja” jest na poły jednostką badawczą, na poły militarną, ot, taki „Enterprise” na tachionowych sterydach, kierowany przez wojskowych, którzy szlify zdobywali w trakcie dopiero co zakończonej wojny. Pierwsza podróż „Odysei” okazuje się zarazem podróżą aż nazbyt ciekawą. Jednostka podąża za tajemniczym sygnałem, który prowadzi ją w sam środek przestrzeni usianej… wrakami zniszczonych okrętów. Ludzie odkrywają jednego rozbitka, którym jest – niespodzianka numer dwa – tajemnicza kobieta. Na wszelki wypadek podkreślmy, że słowo „kobieta” nie zostało użyte przypadkowo i nie oznacza – przepraszamy za wyrażenie – samiczki jakiegoś gatunku alienów. Kobieta jak kobieta, człowiek, którego… nie powinno tam być. „Odyseja” podejmuje trop i trafia na planetę, której populacja została wybita w pień, a tajemnicze istoty – chciałoby się powiedzieć: tak nieprzyjemne i obce jak na alienów przystało – prowadzą właśnie planowaną i staranną redukcję ostatnich śladów cywilizacji. Powyższych wrażeń z pewnością wystarczyłoby na kilka rejsów, nie tylko dziewiczych, lecz najlepsze ma dopiero nastąpić. „Odyseja” ratuje – na innej zdewastowanej planecie – garstkę ocaleńców. Próbując odwieźć rozbitków na jeden z ich światów, kapitan Weston i jego dzielni wojownicy trafiają prosto w chaos dogorywającej epickiej bitwy toczonej przez agresywnych Drasinów i tajemniczych ludzi (dla których nie mniejszym zaskoczeniem będą przybysze z Ziemi).

Uff… sporo tego, nieprawdaż? Faktem jest, że Evan Currie zmieścił w pierwszym tomie rosnącego jeszcze cyklu mnóstwo akcji. Akcji, w którą się wpada niemal od razu, bowiem około sześćset stron Rozgrywki w ciemno okazało się przestrzenią zbyt ciasną, by oprócz całej mgławicy adrenaliny pomieścić w niej jeszcze jakieś dłużyzny. Nie jest Rozgrywka w ciemno space operą: wątki interpersonalne zostały zredukowane do minimum, choć – na szczęście – nie potraktowane po macoszemu. Herosi i heroiny trzymają jako taki fason, zdają się mieć odpowiednią ilość cech charakterologicznych, aby uciec grawitacji papieru. Nie są przerysowani, ale dość konsekwentni i spójni, czego oczywiście nie powinniśmy mylić z prawdziwą głębią psychologiczną. Umówmy się jednak, że ta bywa rzadkim gościem nawet w literaturze tak zwanej wartościowej. Nie zaszkodziłoby, gdyby Evan dodał trochę więcej tła, zarówno historycznego, jak i personalnego – o ile relacje pomiędzy dramatis personae są nawet niezłe (a przynajmniej nie odstają in minus) to autora ewidentnie nie interesują wątki polityczne, tak chętnie przecież eksplorowane przez twórców militarnej science fiction.

Nie da się ukryć, że Odyssey One: Rozgrywka w ciemno to przykład bardzo czystej literatury subgatunkowej. Evan Currie położył nacisk na kwestie technologiczne (garść genialnych pomysłów! Oraz kilka wymuszonych… by wymienić tylko koncepcję myśliwców gwiezdnych) i samą akcję. Ta ostatnia przynosi mu chlubę, bowiem nie tylko jest jej dużo i nie tylko jest mocna, lecz również logiczna i dobrze ułożona w opowieści, a przy okazji bezkolizyjnie współgra z oszczędną, lecz sprawną narracją. Evan nie uległ łatwym do zaanektowania schematom fabularnym, stąd mimo stosunkowo banalnego poziomu rozwiązań, nie wszystkie są możliwe do przewidzenia. Ważnym wnioskiem z lektury książki jest fakt, że ta powieść ma prawo podobać się nie tylko zadeklarowanym wielbicielom militarnego science fiction, lecz również wszystkim czytelnikom lubiącym niezobowiązującą rozrywkę (minus ci, którzy wykazują uczulenie na technologię i opisy militarnej taktyki). Zaczyna się tak sobie – chyba nazbyt szybko i nazbyt mocno, bez uprzedzenia i bez tych wszystkich komunikatów typu „zapnijcie pasy, będzie ostro!”, lecz później wciąga z zaskakującą siłą i wręcz nie pozwala się oderwać od lektury. Złe dobrego początki. Czyli trochę na odwrót niż w życiu bohaterów książki, którym kolejne tomy przyniosą jeszcze wiele trudów.

___

Metka:

Autor: Evan Currie
Wydawnictwo: Drageus Publishing House
Wydanie polskie: 10/2013
Liczba stron: 560
Format: 125×195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788364030161
Wydanie: I
Cena z okładki: 39,90 zł

Gildia logo

Advertisements

2 thoughts on “„Odyssey One: Rozgrywka w ciemno” Evan Currie – recenzja książki

  1. Pod wpływem Waszych recenzji wrócę chyba do lektury fantastyki. Na razie robię to nieśmiało i zacząłem od powrotu do starych lektur z tego gatunku, by nieco się oswoić i oderwać o narracji odwołującej się do tu i teraz.

    • po to jest science fiction i ogólnie: fantastyka ;-). Służy oderwaniu… choć bywa, że jest to także bardzo mądra literatura…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s