„Dama z Szanghaju” – Kino Noir nie takie noir

dama z szanghaju plakatZapewne zauważyliście już, że onibe lubi kryminały. Najbardziej te klasyczne. Filmowe i książkowe. W jednej i drugiej wersji szczególne miejsce w naszym sercu mają historie noir. Oczywiście noir powinno się kojarzyć przede wszystkim z kinem, choć przecież najsłynniejsze obrazy z tego nurtu oparte są na – czasami równie słynnych, czasami niemal zupełnie zapomnianych – powieściach.

Dzisiaj napiszemy kilka słów o Damie z Szanghaju – dziele bez dwóch zdań klasycznym, niemal legendarnym i… cokolwiek przereklamowanym.

Recenzując stare filmy staramy się pogodzić ogień i wodę. Z jednej strony, próbujemy spojrzeć na dany obraz oczami ludzi z tamtych czasów, widzieć go takim, jakim widzieli go oni: docenić nowatorstwo, naginanie lub przekraczanie konwenansów. Z drugiej, lubimy oceniać czy film przeszedł próbę czasu obronną ręką, czy też poległ śmiertelnie raniony wskazówkami zegara postępu. Dama z Szanghaju była zapewne świetnym filmem w latach czterdziestych („narodziła się” w 1947 roku). Orson Welles – TEN Orson Welles – wyreżyserował mroczną i sugestywną opowieść, napakowaną po brzegi celuloidu zmysłową erotyką podbitą trzymającą w napięciu intrygą. Widownia doceniła tę historię, ale równie dobrze mógł to być Titanic – zważywszy ilość gór lodowych na jego kursie…

Podobno Welles nawet nie przeczytał książki Sherwooda Kinga, spodobał mu się jej tytuł i okładka (widziana w księgarni – podobno nawet nie kupił tej książki… przynajmniej nie od razu). Dostał zgodę na realizację dzieła (inna wersja głosi, że nie miał wiele wspólnego z zakupem praw autorskich, które – notabene – wytwórnia nabyła za paręset dolarów), ale zapomniano mu powiedzieć, że główną rolę żeńską otrzyma Rita Hayworth. Fajnie? Nie, nie fajnie. Rita była żoną Orsona, wtedy już prawie byłą – para akurat próbowała się rozwieść, ze wszelkimi tego procesu bonusami. Orson uczynił z Rity paskudną femme fatale. Kobietę bez serca, egoistkę pozbawioną skrupułów. No i kazał jej (on, a może producent) ściąć włosy. Oraz ufarbować na cukierkowy blond. Rita przypominająca Marilyn? Oj tak?

Oj nie.

Ale zanim owo „nie” wytłumaczymy, oddajmy na chwilę głos samemu Orsonowi i jego historii. Bohater – grany przez Orsona – Michael O’Hara to marynarz uciekający przed długim, lecz powolnym ramieniem sprawiedliwości. O’Hara kogoś zabił, ale właściwie nie wiadomo czemu się tym przejmuje: morderstwa dokonał podczas wojny i to nie byle jakiej, ale cywilnej w Hiszpanii (czymże jest jeden trup wobec 300 000 – 400 000 śmierci?). Co prawda obstawił nie tego konia co trzeba (Republikę), ale tak się czasami zdarza. O’Hara ma w sobie coś, co pcha go do podejmowania złych decyzji. Najgorszą okazuje się zaczepienie pewnej pięknej niewiasty, a tym samym wkroczenie w jej świat. Zły świat.

dama z szanghaju 3

Elsa i Arthur – on przekonuje bardziej niż niezdecydowana femme fatale u jego boku

Elsa Bannister ma męża – starszego od niej, bajecznie bogatego Arthura (w tej roli Everett Sloane, który – notabene – debiutował w Obywatelu Kane, ale wystąpił również w Strażniku prawa spod znaku noir). Przekonuje go by zatrudnił O’Harę na swoim jachcie (ciekawostka: należącym w rzeczywistości do Errola Flynna. Australijczyk, notabene, choć nie wymieniony w obsadzie, pojawił się w tle jako statysta), którym wesołe stadko udaje się w długą podróż, niemal dookoła świata. Szeregi wesołej kompanii zasila jeszcze jedna ciekawa postać: George Grisby, wspólnik Arthura, człowiek cyniczny, a nawet ironiczny. I raczej zupełnie amoralny. Tak jak Arthur. Tak jak Elsa. Dobrana grupka, naprawdę.

O’Hara poddany zostaje głębokiej manipulacji. Tak głębokiej, że nawet widz nie ma prawa odgadnąć kto, kogo i dlaczego. Chyba, że obstawi wszystkie możliwe opcje, których pulę doświadczony kinoman ograniczy do trzech lub czterech najbardziej prawdopodobnych scenariuszy. Doświadczony kinoman ma zawsze rację, ma ją także w tym przypadku, bowiem ostateczna solucja intrygi jest tak zaskakująca, że aż oczywista, a więc bezwzględnie przewidywalna. Oczywiście O’Hara będzie musiał kogoś zabić. Naprawdę lub na niby, to akurat nie ma znaczenia. Liczy się fakt, że to… on będzie ofiarą. Chyba, że też pokaże kły.

Elsa kusi, kusi, kusi. Orsona skusiła. Nas nie.

Elsa kusi, kusi, kusi. Orsona skusiła. Nas nie.

Orson Welles wybitnym reżyserem był. Zapewne. Ale był też reżyserem nierównym. Dama z Szanghaju nie powinna być traktowana jako próbka jego umiejętności. Owszem, pokazał, że potrafi: wiele scen zostało nakręconych w sposób, który nawet dzisiaj zdmuchuje czapki z głów. Inne doceniamy przez sentyment, ale w swoim czasie musiały rzucać na kolana (jeszcze nie wiemy do której grupy zaliczyć słynną scenę pojedynku w gabinecie luster – chyba bliżej jesteśmy drugiej opcji). Niestety, nie popisał się sprawnością kontroli nad własnym dziełem. Dama z Szanghaju jest… nudna i nieprzekonująca. Rita Hayworth to najsłabsza femme fatale jaką widziały nasze oczy (wraz ze zblednięciem koloru włosów tej wspaniałej skądinąd aktorki, zbladł jej talent). W niedopasowanym image Marilyn Monroe zdaje się być zagrożeniem dla wielu szesnastolatków, ale trzeba się mocno wysilić (i osłabić własne szare komórki) aby zrozumieć że dorosły facet dałby się omamić  takiej dziewoi. No dobrze: więzień po odsiedzeniu paru dekad, żołnierz powracający z wojny, kapłan porzucający kapłaństwo… pewne opcje jednak są, ale i tak nas nie przekonują. My byśmy na Elsę Bannister nie postawili nawet dwóch złotych. I zdania nie zmienimy nawet po wielokrotnym zgwałceniu naszych oczu przez nachalny efekt glamour, jakże typowy dla starego, dobrego Hollywood. Niemal każda scena z Elsą jest rozmywana do bólu – efekt, który fani fotoszopa znają jako diffuse glow nie przydaje w magiczny sposób powabu Ricie, choć kiedyś, dawno temu, widzowie siedzący w dalszych rzędach kina mogli odnosić mylne wrażenie, że to ich umysł płata figle pod wpływem piękna aktorki. Nie w każdym filmie ten efekt drażni, ale tutaj owszem. Może dlatego, że piękno Elsy jest sztuczne i kłamliwe. Nie widzimy ślicznej kobiety, jednej z tych, dla których każdy samiec wyjmowałby gołymi rękami frytki z gorącego tłuszczu trans, ale kiepsko dobraną maskę, pod którą królowa niestety nie jest goła (to akurat by uratowało jej drapieżny image).

dama z szanghaju 4

Ach, ten cały glamour… oczy bolą

Co gorsza, Dama z Szanghaju wydaje się być przerysowana i przegadana. Fajny akcent Orsona – bardzo noirowski! – blednie wobec oceanu banałów, którymi jego bohater atakuje mikrofon. Każda kolejna kwestia wydaje się być głupsza od poprzedniej, więc wolelibyśmy znaczące milczenie. Ach, ale gdyby Bannister i O’Hara milczeli nie usłyszelibyśmy tych kilku naprawdę rewelacyjnych tekstów, na których opiera się klimat filmu. Tak źle i tak niedobrze…

Arthur Bannister: Killing you is killing myself. But, you know, I’m pretty tired of both of us.

Arthur Bannister: Zabicie ciebie to zabicie mnie. Ale mam już dość nas obu.

*

Ok, nie zostawiliśmy suchej nitki na dziele Wellesa, ale przecież Dama z Szanghaju nie jest aż tak zła. Prawda? Nie, nie jest. Ma swój klimat i może się podobać. Druga połowa filmu rekompensuje nudę pierwszej, a kilka niezłych zagrań warsztatowych potrafi podbić ciśnienie w krwiobiegu. Nieźle zamotana jest główna intryga – nawet jeśli się domyślimy co i jak, musimy oddać pokłon twórcy. W gruncie rzeczy Dama zasługuje na to, aby być filmem znacznie, znacznie lepszym. Czemu zatem nie jest? Czyżby Welles nie zrozumiał konwencji? A może Dama miała być zupełnie innym obrazem, nieudolnie przyciętym przez producentów do kanonu noir?

Finałowa scena w gabinecie luster. Całkiem niezła, musimy to przyznać. Zapewne kiedyś więcej niż "całkiem niezła".

Finałowa scena w gabinecie luster. Całkiem niezła, musimy to przyznać. Zapewne kiedyś więcej niż „całkiem niezła”.

Jest jednak Dama filmem docenionym. Wymienia się ją jednym tchem z najlepszymi dziełami gatunkowymi. Naszym zdaniem mocno niesłusznie. Tutaj widnieje w zestawieniu najlepszych filmowych adaptacji opowieści noir i zajmuje miejsce tuż za rewelacyjnym Wielkim snem (do którego wkrótce wrócimy), ale przed Nieznajomymi z pociągu Hitchcocka. O gustach się nie dyskutuje, a my, choć niezbyt zadowoleni z filmu, rozumiemy, iż mimo wszystko Dama z Szanghaju nie jest zła. Nie jest aż tak zła jak się nam wydaje. Co oznacza, że pani tej będziemy się musieli przyjrzeć jeszcze za jakiś czas, aby zweryfikować odczucia.

I zobaczymy co z tego wyniknie…

Michael O’Hara: The only way to stay out of trouble is to grow old, so I guess I’ll concentrate on that.

O’Hara: Jedyną metodą aby trzy trzymać się z dala od kłopotów jest dorosnąć, więc, jak sądzę, skoncentruję się na tym.*

* – tłumaczenie nasze, cytaty za IMDB

Reklamy

2 thoughts on “„Dama z Szanghaju” – Kino Noir nie takie noir

  1. Fajnie, że przypominacie takie starsze tytuły i stare kino, do którego mam sentyment. A dlaczego? Bo dawniej produkcje filmowe były wielkim wydarzeniem.Dziś niestety choć produkuje się o wiele, wiele więcej filmów jedynie nieliczne obrazy i twórcy potrafią pokazać nam, że kino ma jeszcze wiele do pokazania i może być prawdziwym i wyczekiwanym „wydarzeniem”.

    • no tak, dzisiejsze hity są niezapomniane przez parę tygodni… a film sam w sobie z rozrywki cokolwiek elitarnej stał się rozrywką tak powszechną, że aż nudną ;-).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s