„Niszczyciel: Pomruki Burzy” Taylor Anderson – recenzja książki

taylor anderson - niszczyciel pomruki burzy onibe recenzja

Recenzja książki Niszczyciel #4 – Pomruki burzy

___

Recenzja opublikowana na portalu GILDIA.
Autor powieści: Taylor Anderson
Science fiction; Militarne science fiction; Alternatywna historia
Literatura amerykańska

Niszczyciel to cykl szczególny. Jego niezwykłość obejmuje kilka wymiarów, jak choćby gatunkowy. Z jednej strony jest to w miarę klasyczne science fiction żywiące się równie klasycznym motywem podróży czasoprzestrzennej i zderzeniem dwóch alternatywnych światów (na tej pokrytej nalotem patyny glebie kiełkowały kiedyś opowieści o Trójkącie Bermudzkim, z niej też wyrósł rozłożysty baobab uniwersum Planety Małp). Z drugiej, mamy tutaj niezłej próby literaturę batalistyczną i marynistyczną, daleką jednak od wewnętrznych standardów, mocno natomiast wymieszaną i wręcz redefiniowaną.

 

W konstrukcji ogólnej wygląda to mniej więcej tak: tytułowy niszczyciel amerykańskiej floty wojennej (stary, dobry i… nieistniejący już w tym czasie Walker) przeniósł się przez tajemniczą osobliwość (dziwny szkwał) do innej Ziemi: niby takiej samej, lecz zupełnie niepodobnej do tej, którą opuścił kapitan Reddy i jego załoga. Dość wspomnieć, że brakuje na niej… ludzi właśnie. Są natomiast agresywne i inteligentne jaszczury oraz jeszcze inteligentniejsze, ale zgoła pacyfistyczne… lemury. A raczej istoty, które od biedy lemury przypominają. Reddy uciekł przed drugą wojną światową w sam środek wojny równie wielkiej, acz toczonej zupełnie innymi środkami. Zarówno lemury, jak i jaszczury zabijały się głównie za pomocą broni białej. Pojawienie się amerykańskiego niszczyciela oraz kilku innych jednostek z naszego świata całkowicie odmieniło obraz tego konfliktu.

Teraz, w czwartym tomie serii, dramatyczna walka o przetrwanie lemurów wkracza w zupełnie nowy etap. Po pierwszym wielkim, choć bardzo kosztownym zwycięstwie, sojusz ludzi i kotowatych zyskuje chwilę oddechu. Gwałtownie rozwijający się przemysł dostarcza coraz to nową broń. Radia, silniki, parowce… samoloty. Wszystko to ma służyć ostatecznemu rozwiązaniu zagrożenia ze strony grików. Ale na horyzoncie majaczy już zupełnie świeży problem. Okręty Imperium Nowych Wysp Brytyjskich, ludzkiego państwa założonego przez załogi jednostek brytyjskich sprzed kilku wieków, pojawiają się na scenie w najmniej odpowiednim momencie. Co więcej, Brytyjczycy nie postrzegają grików w kategorii zagrożenia, natomiast bardzo niechętnym okiem spoglądają na Amerykanów i ich technologię. Kapitanowi Reddyemu i lemurom zagląda w oczy widmo przerażającej wojny na dwa fronty, a na domiar złego grikowie zaczęli wreszcie wykazywać ślady instynktu samozachowawczego i w ich działaniach pojawiły się przejawy taktyki…

Diabeł tkwi w szczegółach. To one decydują o tym, czy dana książka tonie w błocie pod ciężarem zgromadzonego w niej banału (co prawda niektórzy są zdania, iż banał jest lekki ale to dyskusja na inną okazję), czy też przeciwnie: mimo genetycznego obciążenia kuriozalnymi, potencjalnie kiepsko dopasowanymi do siebie pomysłami, chwyta wiatr w żagle i sunie gładko po morzu narracji. Dotychczas wydane odcinki cyklu Niszczyciel były niekonsekwentne hojnie szafowały zarówno zwątpieniem (czy to ma sens?) i nieśmiałą nadzieją (może jednak ma!). Pomruki burzy to tom bezsprzecznie najlepszy. Wszystkie wątki wreszcie trafiły na swoje miejsce i fabuła pognała wartko do przodu, jak nie przymierzając niszczyciel pod pełną parą. Wojna z grikami już w Malstromie bardzo intensywna i co za tym idzie: literacko ciekawa nabrała głębi i autentyczności. Przestała kojarzyć się z pociesznymi kłopotami na Ulicy Sezamkowej, a i same lemury stały się wreszcie godnymi naszej uwagi istotami z krwi i kości, nie zaś pluszowymi przytulankami z charakterem (takimi Ewokami na sterydach). To dobrze, bo nic tak nie szkodzi książce, jak drzemiące w czytelniku przekonanie, że powinien się śmiać w momencie, kiedy setki istot, o których czyta, giną pod pazurami wrednych jaszczurów. Granica pomiędzy mocnym, stawiającym włosy na baczność klimatem, a nastrojem godnym groteski i komedii bywa cienka, a nawet niewidoczna. Pomruki burzy przeholowały dzieło Andersona na właściwą stronę limesu. I uczyniły to w dobrym stylu.

Potencjalny konflikt z Brytyjczykami oraz pojawienie się na scenie nowych bohaterów (a właściwie zaistnienie ich w szerszym wymiarze, bo ci zaistnieli już wcześniej, głównie w Malstromie) również przysłużyło się powieści. Ten wątek pomógł lepiej rozłożyć akcenty fabularne i zagęścić akcję bez przesycenia jej nadmiernie eksploatowanymi „ekscesami” ograniczonej grupy protagonistów. W efekcie, w Pomrukach burzy dzieje się bardzo dużo, a wydarzenia nie męczą, lecz przykuwają do kart książki. I to właśnie ten ostatni detal jest decydującym plusem Pomruki burzy są bowiem powieścią zwyczajnie bardzo dobrą, niesamowicie wręcz wciągającą. Tak przyjemnego seansu czytelniczego nie zapewnił do tej pory żaden z tomów Niszczyciela. A skoro zrobiło się przyjemnie, to pozostaje mieć nadzieję, iż kolejne odcinki okażą się równie dobre lub nawet lepsze. Niewykluczone, że wkrótce Niszczyciel z niezłej, ale nie rewelacyjnej serii, awansuje do grona cennych perełek literatury science fiction. Bo w niszowej kategorii crossoverów fantastyczno-batalistyczno-marynistycznych jest klasą sam dla siebie.

  

___

Metka:

Autor: Taylor Anderson
Wydawnictwo: Rebis
Miejsce wydania: Poznań
Wydanie polskie: 3/2013
Tytuł oryginalny: Destroyermen: Distant Thunders
Rok wydania oryginału: 2010
Liczba stron: 496
Format: 130×195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788375109696
Wydanie: I
Cena z okładki: 39,90 zł

Gildia logo

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s