5 filmów w moim wieku

Logo5filmMariusz z Panoramy Kina zaprosił nas do przyłączenia się do zabawy pod tytułem „5 filmów w moim wieku”. Oboje z Izą jesteśmy z dobrego rocznika 1982. Tak, tak… to właśnie w tym roku trawa była najzieleńsza, woda najmokrzejsza a polityka najpolityksza. Czy jakoś tak ;-).

W roku 1982 wydarzyło się wiele ciekawego. Wojna o Falklandy (z której nieomal brzydsza część naszego duetu pisała magisterkę. Nieomal.) pozwoliła pierwszy raz od czterech dekad przetestować bojowo sprzęt pływający i tonący. Wydano grę Moon Patrol, w którą piszący te słowa zagrywał się jakieś osiem – dziesięć lat później oraz słynną River Raid (stworzoną, notabene, przez pierwszą kobietę-twórcę gier komputerowych). Na papierze pojawił się szereg wartościowych powieści: Limes Inferior Zajdla i Wizja lokalna Lema, Wiosna Helikonii Aldissa oraz 2010: Odyseja kosmiczna Arthura Clarke’a (tak, książka), a także Dom duchów Allende (w ten sposób, przy okazji, wyszła nam także piątka powieści w naszym wieku, hehe). Z wydarzeń astronomicznych: wszystkie planety ustawiły się po tej samej stronie słońca, ale – o zgrozo – nie w dniu naszych urodzin, więc niezależnie od szczerych chęci, trudno jest to nam połączyć z pojawieniem się naszych osób na łez padole. Ale… dalsze badania trwają. Jesteśmy niemal pewni, że gdzieś tam, w odległym kosmosie właśnie w owym momencie rozbłysła pełnią swoich sił jakaś supernowa ;-). 1982 to także dobry rocznik dla Brunello Biondi-Santi – to czerwone wytrawne wino przez późniejsze lata nie dorównywało smakowi osiemdziesiątki dwójki. Zresztą, zdaniem Roberta M. Parkera, rocznik 1982 należy do najdoskonalszych i chłopak wie co mówi. Pardon: wie co pije 😉

1982 to rok, w którym zmarł Philip K. Dick, znany między innymi ze swojego kultowego dzieła Czy Androidy śnią o elektrycznych owcach?

No właśnie. Dick. Androidy. I rok 1982. Jeśli to zsumujemy to otrzymamy pierwszy wybrany przez nas film z roku 1982. Zaczynamy.

h

łowca androidów

h

Łowca Androidów – Ridley Scott

h

Bohaterem filmu jest Rick Deckard, tropiciel i pogromca zbuntowanych androidów. Z androidami sprawa wygląda tak, że są użyteczne i fajne i w ogóle, ale tylko dopóki wykonują swoją robotę. Androidy są przewidziane do określonych zadań, w określonych miejscach i określonym czasie. Nie ma czegoś takiego jak tolerancja wobec androidów, które chcą żyć po swojemu. Zbuntowane androidy odsyła się na emeryturę – czyli, mówiąc dosadniej: się je eliminuje, a Deckard robi to wyjątkowo skutecznie.

W obsadzie Harrison Ford, Rutger Hauer, Deryl Hannah i Sean Young, a więc kilka całkiem znanych nazwisk. Reżyser, Ridley Scott, to także postać nie anonimowa. Do kompletu dorzućmy wymienione już nazwisko powieściowego pierwowzoru, czyli Philipa K. Dicka i mamy naprawdę wartościową pulę ludzi, którzy przyczynili się do powstania tego dzieła. Oczywiście, jak to zwykle bywa, pomiędzy filmem a powieścią jest więcej różnic niż podobieństw. Scott stworzył obraz bardzo klaustrofobiczny (no, może nie tak jak w Obcym) i mroczny. Nastrój filmu podkreślają dominujące przez cały czas ciemne barwy, którymi odmalowany został świat pozbawiony nadziei, smutny, zniszczony, powiedzieć można: porzucony przez bogów. Ot, futurystyczne kino noir, ukazujące odhumanizowaną cywilizację u progu własnej zagłady. A może i już poza tym progiem…

Blade Runner nie został doceniony w roku 1982 – dopiero później, niejako w drugim obiegu, uznano go za dzieło kultowe. Początkowa, spektakularna klęska była poniekąd zawiniona: widzowie spodziewali się klona Gwiezdnych Wojen, dostali zaś antyutopijny, mroczny obraz, w dodatku dla wielu niezrozumiały (to dlatego dodano dodatkowe opisy wyjaśniające co się dzieje).

Czy jest to rzeczywiście wybitne arcydzieło i jeden z najważniejszych obrazów science fiction w dziejach kinematografii? Dyskusyjna sprawa, ale jedno jest pewne: Blade Runnera warto obejrzeć i warto postarać się go polubić. Pewnie wymienilibyśmy kilka lepszych filmów science fiction, ale zarazem doceniamy jego znaczenie historyczne. Jeśli lubicie cyberpunk, to zapewne już Blade Runnera widzieliście. Jeśli nie wiecie co to jest cyberpunkt to… powinniście Blade Runnera obejrzeć. To jest właśnie takie proste ;-).

Podobno Ridley Scott, tworząc ten film, zmagał się z depresją po śmierci brata. To zapewne wpłynęło na ostateczny kształt dzieła. Swoje trzy grosze dorzucił autor scenariusza, który dość umiejętnie przetworzył opowieść książkową na celuloidową, między innymi poprzez przesunięcie akcentów ku historii bez mała detektywistycznej. Wielka ilość scen została nakręcona w nocy i w sztucznym deszczu, aby tym udatniej ukazać mroczny świat przyszłości. Autentyczności dziełu nadaje może także fakt, iż praca na planie filmu bardzo przypominała sytuacje rodem z dystopii: reżyser nieustannie walczył z ekipą i wszyscy się szczerze nienawidzili, a rotacja mniej znaczących członków drużyny była ponoć rekordowa.

Blade Runner przekroczył budżet oraz wytrzymałość psychiczną członków ekipy. Na koniec, nerwy puściły producentom, którzy doprowadzili do szeregu istotnych zmian, raz jeszcze redefiniując kształt dzieła. Po ich interwencji nabrało mocy banału – ze zbędnym happy endem i wyciętymi scenami istotnymi, musiało poczekać wiele lat na ukazanie się wersji reżyserskiej, która zdaniem krytyków jest bliska ideałowi.

Ale kto by tam wierzył krytykom…

h

stIIwrath of khan

h

Star Trek II: Gniew Khana – Nicholas Meyer

h

Star Trek to pozycja kultowa. W Stanach Zjednoczonych nawet prezesi banków nie krępują się przyznać do przynależności do subkultury „trekkies”. Raz czy dwa razy w roku zakładają kolorową koszulkę z symbolem Enterprise i udają się na zlot fanów Star Treka, zajadając przy tym kosmiczne kiełbaski podlane gęstym, nieziemskim keczupem. A wszystko to bez glutenu i substancji konserwujących, jak na bajkę przystało.

My w gruncie rzeczy nie jesteśmy do końca przekonani czy lubimy Star Trek. Brzydsza połowa Onibe przyjemnie wspomina serial Star Trek, a i łezka w oku się onej brzydkiej połowie kręci na myśl o starych, pełnometrażowych Star Trekach. Bo te ostatnie, nowe, to jakaś porażka w galaktycznej skali. Nie wiadomo czy się przy nich śmiać czy płakać. Z pewnością do śmiechu nie bywa nikomu, kto uświadomił sobie, iż wydał ciężko zarobione pieniądze na te popisy antytalentu, udowadniające jednakowoż, że prawdopodobnie nawet małpa mogłaby zrobić film mając ku temu stosowne środki finansowe.

Faktem jest, że stare Star Treki to są Star Treki właśnie, podczas kiedy nowe Treki to już piąta woda po antymaterii. Gniew Khana, druga odsłona cyklu, nieco się po prawdzie zestarzała. Efekty specjalne, ongiś robiące wielkie wrażenie, teraz odrobinę śmieszą. Bohaterowie specyficzni, fabuła… tak, fabuła to największa zaleta „dwójki”, choć i na nią należy spojrzeć delikatnie przymrużonym okiem. Idealnie: okiem zamkniętym w pełni.

Ciekawostką, która zainteresuje być może osoby mniej zaangażowane w stary cykl niechaj będzie fakt, iż tytułowy Khan, najczarniejszy z czarnych charakterów, pojawił się ponownie w świeżutkim Star Treku (W ciemność z 2013 roku). W nowej odsłonie udało się twórcom udowodnić po raz kolejny, iż filmy pozbawione spójności i charakteru mogą zarabiać niezłe pieniądze, więc mimo wszystko Khan okazał się dla cyklu szczęśliwy.

Naszym zdaniem znacznie ciekawszy zarówno od „dwójki” jak i jej nowego, chorego na gruźlicę klona jest Star Trek III: W poszukiwaniu Spocka, który jednak jako nakręcony w 1984 roku nie ma prawa znaleźć się w dzisiejszym zestawieniu (aczkolwiek ładniejsza i bystrzejsza połóweczka Onibe poważnie rozważyła, czy by korzystając z okazji nie odjąć sobie dwóch lat – zdecydowaliśmy, że nie, bo i tak ledwo co osiągnęła pełnoletność).

h

ET

h

E.T. – Steven Spielberg

h

Rok 1982 był ewidentnie rokiem science fiction w kinie. Blade Runner, Star Trek i jeszcze E.T. Trzy kultowe obrazy, z których każdy zdobył liczną rzeszę fanów. I każdy jest dobrze znany, nawet osobom niegustującym w gatunku.

E.T. to przesłodka i przewzruszająca (all rights reserved) opowieść o kosmicie chcącym wrócić do domu i mniej więcej normalnym dziecku ludzkim pragnącym znaleźć prawdziwą przyjaźń. Banał? Owszem, ale nie zapominajmy, że E.T. jest kultowym dziełem kina familijnego, a nie thrillerem psychologicznym z ostrzem w tle. Kto z Was (nas) nie wspomina dobrze obrazu Spielberga? No właśnie.

Mało tego, E.T. spośród wymienionych przez nas dzieł sci-fi (i około sci-fi) zestarzał się chyba najmniej. Może dlatego, że w gruncie rzeczy w nim właśnie najmniej chodziło o walory gatunkowe. Kosmita? Owszem, ale równie dobrze mogła to być zwykła, pluszowa zabawka.

h

rambo pierwsza krew

h

Rambo: Pierwsza Krew – Ted Kotcheff

h

Nie mogliśmy w tym zestawieniu pominąć Rambo. Pozornie film tak głupi, że aż szkoda w ogóle pamiętać jego tytuł. W praktyce, tytuł sam zapada w pamięć. Może dlatego, że jest krótki i dźwięczny? Ram-bo. Dwie sylaby. Dwie zalety.

Chciałoby się powiedzieć, że twórcy przewidzieli wszystko…

O czym jest Rambo? Film Kotcheffa to masa strzelanin, wybuchów, trupów i marsowych min. Akcja, akcja, akcja. I jeszcze raz akcja. Ale Rambo to coś jeszcze. Film powstał na bazie książki Morella, a Morell to pisarz szczególny, jak mało kto potrafiący żenić dynamiczną akcję z niegłupią treścią. U niego wszystkie intrygi, podstępy i mordobicia mają dodatkowy wymiar. Rambo, wbrew pozorom, ma również drugie dno.

John Rambo to weteran wietnamskiej wojny – powraca do kraju z samego środka conradowskiego piekła, tylko po to by odkryć, iż nie pasuje do świata o który walczył. Co więcej, świat ma podobne odczucia, ale działające w drugą stronę. Rambo jest traktowany przez swoich rodaków jak zło konieczne. Jak śmieć, którego należy wyrzucić. I o którym trzeba zapomnieć najszybciej jak to możliwe.

To właśnie dlatego Rambo wypowiada prywatną lecz krwawą wojnę ludziom, którzy go zdradzili. Nauczony walki w wietnamskiej dżungli ma fory w starciu z Gwardią Narodową i policją.

Chciałoby się powiedzieć, że ma też przewagę liczebną nad paroma setkami (albo i tysiącami) żołnierzy i gliniarzy, którzy zostają rzuceni do spacyfikowania butnego weterana. Ale jednak nie. Rambo jest tylko jeden, wrogów tabuny. Kto wygra? A kto może wygrać, skoro przez kolejnych kilka dekad powstanie jeszcze garść filmów z Rambo w roli głównej?

Rambo ciekawie kontestuje podwaliny amerykańskiej polityki zagranicznej i wewnętrznej. Próbuje rozliczać brzydką przyszłość i wyłuskuje grzechy Amerykanów. Ale, mimo wszystko, jest przede wszystkim filmem sensacyjnym. Z dużą ilością potu, krwi i karabinowych łusek. Sly Stallone w roli swojego życia i Ted Kotcheff za kamerą dzieła, z którego możemy się śmiać, ale które tworzyło gatunek. Nic dodać, nic ująć.

Ale oglądacie na własne ryzyko…

h
h

werdykt

h
h

Werdykt – Sidney Lumet

h

Sidney Lumet i Paul Newman – dwa nazwiska, które do obejrzenia Werdyktu zapraszają mocniej niż najdoskonalsza reklama. Kto jak kto, ale twórca Dwunastu gniewnych ludzi (czy my w końcu napisaliśmy recenzję tego fenomenalnego filmu?) wie jak stworzyć opowieść niegłupią, porywającą, a przy tym dynamiczną. Lumet potrafił (czas przeszły uzasadniony, bowiem słynny Amerykanin odszedł w 2011 roku) grać aktorami, miał też dobrą rękę do scenariuszy. O Newmanie znacząco pomilczymy, wszak jest to jedno z najjaśniejszych nazwisk w historii kinematografii, a zarazem jeden z ulubionych aktorów dwójki Onibe. Tak, macie rację: to ostatnie przesądza o wszystkim ;-).

Wróćmy jednak do Werdyktu. Newman gra adwokata, który najlepsze lata ma już za sobą. Upokorzony, rozpity, ledwo wiąże koniec z końcem, zajmując się sprawami najgorszego sortu, choć kiedyś był gwiazdą prawniczego panteonu. Kiedy znajomy załatwia mu – po znajomości – prostą sprawę, której nie da się przegrać, ale i której wygrana niewiele zmieni, Frank Galvin (tak się nazywa nasz heros) odkrywa swoje przeznaczenie. Galvin postanawia wygrać. Wbrew wszystkim. I wbrew samemu sobie.

Nawet jeśli nie brzmi to fascynująco, to wierzcie nam na słowo: w dłoniach Lumeta i z twarzą Newmana ta historia naprawdę daje radę.

***

Tyle w temacie pięciu filmów. Zabawa polega jednak nie tylko na pisaniu o konkretnych dziełach, ale i wskazaniu następnych uczestników łańcuszka ;-). My pozwolimy sobie iść na lenistwo, i ograniczymy się do wystosowania zaproszenia otwartego do wszystkich czytelników onibe, którzy mają ochotę poświęcić odrobinę czasu na sprawdzenie jaki to ciekawy film powstał w roku ich urodzin. Spróbujcie, warto 😉

Reklamy

23 thoughts on “5 filmów w moim wieku

  1. Na całe szczęście w Polsce była kilkuletnia obsuwa z premierami w kinach, więc jako rocznik ’77 miałem okazję oglądać wymienione filmy w kinie. Rambo to chyba dopiero w 86tym albo siódmym wrzucili… „łowcę” też za gnojka udało mi się zobaczyć w kinie… teraz łezka się w oku kręci gdy w mieście przyszłości „Blade runnera” migają wielkie neony firmy atari…:)

    • ja w kinie nie widziałem żadnego z wymienionych… dla nas to już czasy kaset wideo i telewizji. A szkoda, pewnie inaczej by te filmy smakowały na wielkim ekranie. Tak samo żałuję, że nie widziałem oryginalnych Gwiezdnych Wojen w kinie. Dopiero odświeżoną wersję, ale to już inne czasy, inne oczekiwania, inna magia…

  2. Dawniej lubiłem fantastykę, ale po latach jednak znudził mi się ten gatunek. „Łowcę androidów” widziałem dawno temu, jeszcze w poprzednim stuleciu i jakoś nie miałem ochoty do niego wracać. Z pewnością w swoim gatunku to dzieło mistrzowskie, ale do moich ulubionych nie należy. „E.T.” również mnie nie zachwycił, chociaż muzyka Johna Williamsa bardzo mi się podoba. Seria „Star Trek” należy zaś do moich zaległości, widziałem tylko kilka odcinków serialu z lat 60., ale z filmów kinowych to chyba żadnego nie obejrzałem w całości.
    Z Waszego zestawienia zdecydowanie „Rambo” należy do tych, które wysoko sobie cenię. Pierwsza część to wciągający i niegłupi film akcji, w którym wyraźne jest antywojenne przesłanie, a ówczesne amerykańskie społeczeństwo zostało poddane krytyce za pogardliwy stosunek do weteranów. Kolejne części to przede wszystkim kino sensacyjne, ale jedynka jest czymś więcej.
    PS. „Werdyktu” nie widziałem.
    PS 2. Z roku 1982 najwyżej chyba oceniłbym horror „Coś” w reżyserii Johna Carpentera. Majstersztyk po prostu, niesamowicie trzyma w napięciu i ma niepowtarzalny klimat. I mówi to osoba, która nie jest zagorzałym miłośnikiem horrorów. Poza tym, powstały w tym roku tak zróżnicowane filmy jak komedia o crossdressingu „Tootsie” Pollacka, a także „Fanny i Alexander” Bergmana – dzieło ambitne jak cholera, „Ciemności” (reż. Dario Argento) – świetny włoski thriller, no i jeszcze „Conan Barbarzyńca” – fantasy, za którym akurat nie przepadam, ale muzyka Basila Poledourisa z tego filmu to według mnie najlepszy filmowy soundtrack.

    • No tak, Rambo:) Sentyment z dzieciństwa kazał mi bałwochwalczo wielbić ten film, Po przeczytaniu pierwowzoru literackiego, miałem ochotę wieszać psy na twórcach ekranizacji. Conan Barbarzyńca to też miłe wspomnienie i o niebo lepsze niż współczesna CGI wydmuszka z kolesiem ze Słonecznego Patrolu w roli głównej:)
      Natomiast Fanny i Aleksander – oglądałem cztery razy – takie dzieło nie zestarzeje się nigdy.
      Carpenterowskie „Coś” to znowu nie starzejący się majstersztyk kina s-f i dowód na to, że nie budżet decyduje o jakości filmu. Nowa wersja to prawdziwe popłuczyny.
      A star-treki też miałem okazję obejrzeć wyrywkowo jako serial z lat 60tych i jakoś nie czuję ciśnienia na nowsze odsłony.:)

      • Nowe odsłony Star Treka to dno i pięć metrów mułu. Absolutnie nie rozumiemy pochwał generowanych pod kątem tych masakrycznie zagranych filmów. Ale w starych Star Trekach było owe „coś”, którego warto poszukać. Przy czym Star Trek nie zasługuje jednak na miano aż tak bardzo kultowego fenomenu. Ot, po prostu momentami interesujące science fiction.

        Morell rządzi 😉

    • Zgadzamy się co do Rambo – pamiętam zresztą, że w swoim czasie było dla nas wielkim odkryciem, że ten film ma drugie i to bardzo poważne dno. Zresztą, nie każdy w Polsce je odczytuje. U nas dominuje odbiór typowo sensacyjny, ale nie ma się co dziwić. Tematyka poruszona w Pierwszej krwi po prostu odstaje od polskiego klimatu. Akurat tych problemów nie mieliśmy. Mieliśmy inne.

      „Coś” nam umknęło. Dzięki za trop. Potwierdzamy, że to naprawdę mocarny film. Ja go porównuję z pierwszym Obcym. Robi wrażenie i miesza w głowie.

      Pozostałe – z wyjątkiem Ciemności – też kojarzymy i nawet rozważaliśmy ich kandydatury. Ostatecznie trzeba było się na coś zdecydować.

      A pisząc o „fantastyce” chodziło Ci o fantastykę sensu largo czy stricte? To znaczy fantastykę rozumianą jako cały pion, łącznie z science fiction, czy tylko „magiczną”?

      • Celowo użyłem terminu „fantastyka” (a nie sci-fi ani fantasy), bo chodziło mi o cały pion. Lubię wprawdzie filmy Camerona i Verhoevena, ale dzieła Spielberga, Lucasa, Wachowskich, Petera Jacksona i Michaela Baya, a także ekranizacje komiksów o superbohaterach i filmy o Harrym Potterze, są zdecydowanie nie dla mnie. Ogląda się bezboleśnie, ale szybko je zapominam i nie mam ochoty na kolejny seans. Kiedyś lubiłem filmy Nolana, ale odkąd zabrał się za filmy o Batmanie wiele u mnie stracił. Moim numerem 1 w dziedzinie science fiction jest stary zapomniany klasyk „Człowiek, który się nieprawdopodobnie zmniejsza” z 1957 roku 😀 A w gatunku „magiczne fantasy” to ogromne wrażenie zrobił na mnie „Labirynt fauna”, lecz widziałem go tylko raz kilka lat temu i nie wiem, czy drugi seans byłby równie udany.

        @ J.W.
        „Fanny i Alexander” widziałem tylko raz, ale wrażenia były jak najbardziej pozytywne. Ten film to idealny przykład na to, że Bergman nie jest wcale tak straszny jak niektórzy uważają.
        Ja staram się unikać niepotrzebnych remake’ów. Nie oglądałem więc nowych wersji „Conana”, „Cosia” ani „Star Treków”.

        • przyznajemy, że i my nie uznajemy ekranizacji komiksów. Cały ten szał ironmanowy-supermanowy-transformersowy i inny nas po prostu omija. A o dobre science fiction niezwykle trudno. Większość tego co się dzieje w tym gatunku to szajs, niestety ;-(

          Zmniejszającego się człowieka nie widziałem ;-D

          • Co do ekranizacji komiksów: uwielbiam „komiksowe kino” w stylu Tarantinowskim, „Sin City” Rodrigueza to arcydzieło gatunkowe. Nieźle poradził sobie Snyder z „300” – prawdziwy ruchomy komiks z całym jego fabularnym przekłamaniem i przerysowaną formą. Natomiast Iron many, spider,super,hipermany, transformersy i tego typu badziewie omijam z daleka.
            żałuję że twórcom „gangster squad” zabrakło odwagi by cały film zrobić, właśnie w taki przerysowany, komiksowy sposób. A tak wyszedł jakis mało strawny miszmasz zakrawajacy na parodię:)

          • no tak, komiksy a komiksy. Mnie chodziło oczywiście o marvelowskie i około-marvelowskie seriale, ale przecież komiks to bardzo szeroka dziedzina sztuki. Niektóre komiksy są zresztą dziełami sztuki i jako takie byłoby super aby były sensownie ekranizowane. Supermena od biedy trawię, podobnie Spidera, ale tylko w niewielkich dawkach. I bez sequeli. 300 oglądałem, niezła rzecz – to chyba najlepsza komiksowa ekranizacja jaką miałem przyjemność poznać. Sin City jest jak dla mnie zbyt ciężkie: mnóstwo w nim okrucieństwa bez uzasadnienia, natomiast estetyka filmu przemawia do mnie.

          • To u mnie jest podobnie, nie przepadam za kinem superbohaterskim, ale „Sin City” bardzo mi się podobał. Co ciekawe film Cronenberga „Historia przemocy” też powstał według komiksu i według mnie, obok „Sin City”, to najlepszy ‚film komiksowy’ jaki widziałem. „300” jest niezłe, ale już za drugim razem nie dałem rady tego obejrzeć do końca.
            Jeśli zaś chodzi o superbohaterów to zaskoczył mnie pozytywnie film „X-Men: Pierwsza klasa”, w dodatku obsada jest tu kapitalna, trudno tego filmu nie lubić. Dobrze oglądało się również „Kick Ass”, który można określić jako parodię filmów o superbohaterach. Film bardzo zabawny, choć nie pozbawiony brutalności.

          • na X-menów jestem uczulony, aczkolwiek widziałem jeden czy dwa. Nie przemawia do mnie idea hurtowo powstających mutantów.

            „Kick Ass” nie kojarzę, poszperam.

            Ty nie dałeś rady drugi raz przełknąć „300”, ja pewnie skapitulowałbym przy „Sin City” ;-). To też dzieło jednorazowego użytku…

  3. gra łowca androidów czeka na półce na ogranie w pięknym wydaniu. Problem w tym że filmu nie widziałem i muszę to nadrobić bo mi wstyd… bardzo.

  4. o proszę, moja świadomość jako widza rośnie (jakoś nigdy nie przykładałam uwagi do dat). z mojego roku mamy – Seksmisję i Sens życia wg Monty Pythona. Jakaś taka dumna bardziej z tej mojej 30tki jestem:)

  5. Oj „Rambo”, „Rambo”!:D Byłam młodziutka i uwielbiałam filmy ze „Stallone. Najbardziej to mi z nim chyba przypadła „Kobra”; która swoją drogą jest z roku, w którym pojawiłam się na tym świecie;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s