Skaranie boskie z tą szkołą, czyli czemu tak mało religii?

Reflektorem w mrok - logoLedwo się skończył rok szkolny, więc zapewne każdy choćby śladowo powiązany z polskim systemem edukacji (zarówno jako kat czy ofiara) robi wszystko, by zapomnieć (bo pozostałe dwa „zet”, czyli zakuć i zapić pewnie się już odbyły wcześniej) o minionych dramatach. A my, jak na Onibe przystało, jątrzymy ;-).

Dzisiaj chcielibyśmy Wam zaproponować lekturę ciekawego artykułu. O nauczaniu religii w szkołach.

Wyjątkowo, pozwolimy sobie mocno ograniczyć komentarz. Ot, kilka standardowych kpin – więcej się nam po prostu nie chce, bo chwilowo opadły nam nie tylko ręce. Zanim przejdziecie do lektury tych paru zdań naszych wypocin, zapoznajcie się oczywiście z artykułem. My dany problem widzimy w dość konkretnym świetle, ale jeśli Wy macie inne spojrzenie, to zapraszamy do wyrażenia swojej opinii. W głębi duszy liczymy na to, że ktoś z Was nas uspokoi i powie: wszystko jest ok. 

Nie mamy możliwości zweryfikować artykułu i podanych w nim danych liczbowych, bo szczęśliwie dla siebie skończyliśmy przygodę z rodzimym systemem edukacji kiedy w szkole obowiązywała tylko jedna godzina religii tygodniowo. I na szczęście wszyscy ową jedną godzinę olewali, łącznie z panem xiędzem, który mógł sobie spokojnie książkę poczytać – co go notabene stawiało z góry w sytuacji uprzywilejowanej wobec innych nauczycieli, którzy, niestety, musieli się zmagać z uczniami i wymogami MENu. Jeśli jednak artykuł jest prawdziwy, i religii w szkole jest faktycznie więcej niż geografii czy chemii, to… mamy powód do dumy. Geografów i chemików jest wszak na świecie całkiem sporo. Wszystkie lądy zostały już dawno odkryte a tablica mendelejewa uznana została za kompletną. Księży natomiast bardzo brakuje w kraju i na świecie. Postawienie na religię wydaje się być zatem sensownym gospodarczo ruchem – możemy eksportować naszą wiarę. Kosztowną, głośną i pustą w środku, ale jakże pięknie lśniącą na zewnątrz.

W tych okolicznościach cieszy fakt, że jesteśmy państwem neutralnym światopoglądowo. Konstytucja, politycy i urzędnicy zapewniają wszystkim równe szanse i naprawdę, naprawdę, wszyscy u nas traktowani są sprawiedliwie. Sprawiedliwie, czyli tak jak na to zasługują… Wiadomo: kto do gazu to do gazu, kto do koryta, to do Sejmu.

I tą, świecką, niereligijną, politycznie niepoprawną myślą, pozwalamy sobie pożegnać rok szkolny, z niecierpliwością oczekując przyszłych. Wszak ewolucja trwa. Ostatnie słowo nie zostało powiedziane.

Reklamy

16 thoughts on “Skaranie boskie z tą szkołą, czyli czemu tak mało religii?

  1. Wydaje się, że artykuł jest pisany pod ustaloną z góry tezę. Prosty układ religia kontra chemia, fizyka i geografia, narzuca ocenę n aniekorzyść religii. Osobiście byłem przeciwny wprowadzeniu religii do szkół w 1990 roku (minister Samsonowicz), ale nie ze względów fiansowych, tylko sakralnych. W mojej ocenie religia utraciła sój szczególny charakter i stała się przedmiotem jednym z wielu. W latach 60. i 70., gdy sam uczęszczałem na katecheż do salek przykościelnych odczuwąłem szczególną wyjątkowość tych spotkań. Dziś, poprzez sojusz tronu z ołtarzem, religia spowszedniała.

    • staram się nie wypowiadać na temat swojej wiary i podobnie: nie pytam innych czy wierzą, jak wierzą i w co wierzą. Ale religia akurat z wiarą ma niewiele wspólnego – osobiście zebrałem dość doświadczeń aby przestać się łudzić, że w firmie pod tytułem religia chodzi o coś więcej niż mamona. Z drugiej strony nie ukrywam, że staram się w życiu kierować wartościami i z przyjemnością powitałbym autentyczny i szczery wkład struktur religijnych w rozwój społeczeństwa. Wydaje mi się, że kasa to po prostu za mało aby cieszyć się życiem. Kasa ma znaczenie tylko wtedy kiedy jej nie ma, ale poza tą sytuacją jest cała masa rozmaitych stanów, w których znalazłoby się miejsce dla fotela z napisem „wiara”. Boli, że kościół pierwszy zdradził wiarę. I że robi to bezczelnie. Ale, z drugiej strony, prawdziwa wiara nie potrzebuje kościoła. Tak jak uczciwość nie potrzebuje komisariatów policji i więzień.

      Natomiast co do religii w szkołach: nawet jedna godzina tygodniowo to za dużo, jeśli ktoś religii nie chce. U nas w podstawówce katechetka sprawdzała pod koniec miesiąca ile razy kto był w kościele – ludzie, którzy odpowiadali, że raz lub dwa lub w ogóle, bardzo szybko nauczyli się, że lepiej skłamać niż próbować dyskutować. Tak więc z biegiem czasu okazało się, że w mojej klasie wszyscy mieliśmy stuprocentową frekwencję w kościele, podczas kiedy rzeczywiście na msze chodziły trzy, może cztery osoby. Z perspektywy mojej prywatnej historii religia w szkole funkcjonuje właśnie w tych widełkach: udawania i kłamania, niekończącej się hipokryzji. Oczywiście można nie kłamać. Można po wytężonej nauce mieć niższe oceny na świadectwie tylko dlatego, że nie chodzi się do kościoła lub ma się inne zapatrywania religijne.

      Moja Iza, która jeszcze pięć lat temu nie wyobrażała sobie niedzieli bez mszy świętej, po trzech spotkaniach z książątkami w ramach przygotowań ślubnych zaparła się i powiedziała, że jej noga w kościele nie postanie. I dotrzymuje słowa. Poczuła się obrażona i upokorzona, a nade wszystko potraktowano ją nie jak wierną, lecz klientkę w markecie.

      Ech, mógłbym tak opowiadać w nieskończoność. Znam – co przyznam uczciwie – także pozytywne opowieści. No, powiedzmy jedną ;-). I znam jednego dobrego księdza. Wiem, że się da – religia może istnieć w szkołach, a księżą mogą wspomagać duchowo wiernych. Ale nie wierzę aby coś takiego nastąpiło, bo póki co jest coraz gorzej.

      A przegranymi są prawdziwi wierni, ludzie, którzy w przeciwieństwie do mnie autentycznie kościoła potrzebują. I których dzieci mogłyby wiele skorzystać na uczciwych lekcjach religii w szkole.

  2. W państwie „ustawowo” świeckim religia nie ma prawa bytu w szkole, jako przedmiot odgórnie narzucony, natomiast każdy wierny powinien mieć prawo do zgłębiania jej tajemnic.
    Najzdrowszym systemowo rozwiązaniem wydaje się wprowadzenie do szkół przedmiotu o nazwie „religioznastwo”. Przeżyłem na własnej skórze taki eksperyment, uczęszczając do niemieckiego gimnazjum przez niemal dwa i pół roku (1989-91). Bardzo mnie to wtedy dziwiło, jak coś takiego może funkcjonować, zwłaszcza że lekcje prowadził dyrektor szkoły osobiście – ateista,filozof, kulturo i religioznawca. Wyrwany z peerelowskiej rzeczywistości lat 80tych i z takowej podstawówki, rzucony w kolorowy świat wesołego konsumpcjonizmu i prawdziwego tygla kulturowo-religijnego, naprawdę byłem w szoku jak można sprawnie przekazywać wczesnym nastolatkom wiedzę z zakresu wszelkich wierzeń, kultów, i wielkich religii. Równocześnie, choć mieszkaliśmy w protestancko-ateistycznym środowisku, a w klasie jako jedyny byłem de domo katolikiem nigdy nie odczułem,że należę do jakiejś gorszej mniejszości. Śmiem twierdzić, że w dużej mierze dlatego, że społeczeństwo od małego uczone jest tolerancji i ma szansę poznać wierzenia innych, porównać je, dyskutować nauczyć szanować się zarówno tych wierzących w potwora spagetti jak i totalnych ateistów.
    Brakuje mi tego w Polsce. Po pierwsze nazywania rzeczy po imieniu – Polska jest nieoficjalnie państwem wyznaniowym, gdzie dyktatura kleru, i wszelkie religiofobie są na porządku dziennym. Ludzie pokroju „obrońców krzyża” maja w sobie te same instynkty co nazikibole i talibowie-terroryści.
    Miło wspominam religię w salkach katechetycznych z czasów podstawówki i tam jest ich miejsce.
    Szkoła to miejsce edukacji powszechnej i na EDUKACJĘ powinno się kłaść nacisk. Sprawy wyznaniowe powinny odbywać się przy „parafiach”.
    Dopóty Polska będzie ciemnogrodem, dopóki nie zacznie się kształcić społeczeństwa.
    Osobiście uważam się za ateistę, choć nie ignoranta, ani materialistę. Szanuję ludzi wierzących, natomiast w głębokim poważaniu mam tych, którzy nie znają podstaw własnej religii, równocześnie są gotowi ruszać na krwawe krucjaty niczym stado zidiociałych baranów za głosem kogoś postępującemu absolutnie wbrew podstawowym zasadom kultu który wyznaje.
    Na koniec jeszcze jedna uwaga: co wasze dzieci wyniosły z religii „uprawianej” w szkole? Czy naprawdę religia sprowadza się do „ojcze nasz, zdrowaś Mario i 10ciu przykazań”?
    Przywróćmy naszemu narodowemu kultowi należny szacunek i miejsce godne, do jego zgłębiania, poznawania. Szkole zostawmy świecką edukację i dajmy szansę naszym dzieciom poznać również inne wierzenia i światopoglądy. Może mniej będzie w przyszłości fanatyzmu i nienawiści zbudowanej na braku edukacji.

    • no cóż, faktem jest, że Polska jest takim państwem wyznaniowo neutralnym jak i polska gospodarka jest wolnorynkowa. W praktyce u nas pomiędzy nazwą a kryjącą się za nią treścią jest wielka jama.

      Mało kto próbuje sobie odpowiedzieć na pytanie: co to jest wiara? Większość osób zaangażowanych w tzw. obronę wiary jest tak zajęta krzyczeniem i pałowaniem, że zwyczajnie nie ma czasu na zagłębienie się we własne dusze. Mówi się, że prawda umiera pierwsza. W tym przypadku prawda o naszej wierze została pogrzebana pod stosem bieżących potrzeb politycznych i materialnych. Kościół pilnujący garnuszka nie różni się wiele od potężnie rozbudowanych instytucji państwowych, zatrudniających coraz większe rzesze urzędników i tworzących prawo, którego jedynym zadaniem jest danie utrzymania tym rzeszom. Zwykły człowiek jest złapany w pułapkę pomiędzy dwiema władzami: świecką i duchową. Obie chcą go wycisnąć jak gąbkę. Aby poradzić sobie z tyranią jednej i drugiej władzy potrzebna jest wiedza, ale o nią w Polsce trudno. Skoro matura po szeregu ewolucji i rewolucji straciła już nawet symboliczne znaczenie, a cała nauka w liceum sprowadza się tak naprawdę do umiejętności odpowiedzi na pytania maturalne, to gdzie my chcemy dojść?

  3. Do dam swoje trzy grosz. Wiara i religia to co innego – na pewno.Religia przy kościele, miała swoją wyjątkowość. Ja jestem za religioznawstwem w szkołach – nie za jedną dominującą. Istnieje w tedy duża szansa, że zmniejszy się przemoc i nienawiść. Tez mi się bardzo nie podoba to co się stało z maturą. Zapominamy o bardzo ważnych aspektach jakie miała – przejście w dorosłość. Obawiam się, że nikt o tym nie myśli ale będą poważne problemy, bo ludzie potrzebują granic – choćby tylko po to aby je przekraczać. Brak granic wzmacnia agresję i przemoc.

    • myślę, że swoboda wyboru by nie zaszkodziła, ale nie zaszkodziłaby nam. Kościołowi na pewno ;-). Pamiętajmy co się stało z telekomunikacją polską, kiedy rynek został zdemonopolizowany… To niby nie to samo, ale przecież nie bez przyczyny kościół walczy o to by wolność wyboru była tylko teoretyczna.

      Faktem jest, że kiedyś matura była symbolicznym egzaminem sumującym pewien dorobek i stanowiła wrota do „tego drugiego świata”. Dzisiaj ma zerowe znaczenie, szkoda tylko że uczniowie muszą tyle czasu tracić na zakuwanie pod jej kątem, skoro nawet oni są świadomi, iż to nic więcej jak nabijanie ich w butelkę…

      • Wiesz, to jak niestety już jest, że większość osób nie podejmuje samodzielnie decyzji ale decyzje podejmują się same a ci, którzy krzyczą zazwyczaj mają najmniejszą wiedzę w wyborze. Myślę, że dobry podałeś przykład Telekomunikacji, tylko nie wiem czy w tym samym kierunku myślowym idziemy. Dla mnie są oni przykładem myślenia „hop siup – wolność – wszystko bez myślenia o konsekwencjach działania”.
        Jeśli chodzi Kościół. Tu tez trzeba z definiować, bo chodzi ci o organizację kościelną czy Kościół jako grupa wierzących. Organizacja przechodzi duże zmiany i sposób w jaki mówią – oczywiście wiele wody upłynie ale nie możemy na nich patrzeć jak na osobny twór (a Ty nie jesteś osobą, która generalizuje taki wysyłasz komunikat) oni są także uwarunkowani w społeczeństwie. I Kościół osób wierzących – to osoby ludu. Co z tego, że jest więcej magistrów. Dziś jest fala niewykształconych magistrów… A przemiany, kulturowe idą wolno do dziś widać zachwiania w Polsce stricte związane z zaborami.
        No matury szkoda i tego co dzieje się dalej …

        • ja poprzez kościół rozumiem struktury, nie wiernych. Wierni do czczenia Boga kościoła nie potrzebują, tak jak nie potrzebują płacenia podatków za wody opadowe aby cieszyć się deszczem. Może na tym polega problem, że kościół stara się ustawiać tak, aby nie dało się go ominąć, zamiast służyć zgodnie z własnym powołaniem.

          niewykształconych magistrów na pęczki, to fakt. I tego nie zmieni ani religia na maturze, ani jej brak. Problem głębszy jest. Dużo głębszy. I jest to niestety problem cywilizacyjny. Co ciekawe, moda na głąbienie przychodzi do nas z zachodu, gdzie szkoła kształci ludzi może i umiejętnie radzących sobie w życiu, ale dalekich od fachowości…

          • Zgadzam się, że Bóg nie potrzebuje kościoła, to wierni go potrzebują, choć to się bardzo zmienia. Myślę, że niebawem ( tylko znając w jakim pędzie zachodzą przemiany kulturowe, to za 300 lat) kapłani nie będą już potrzebni – walka o byt…
            Głębia chyba jest tak głęboka, że aż niewidoczna… Problem fachowości to już inna bajka …

          • pytanie brzmi: czy wierni potrzebują kościoła czy się im wydaje, że potrzebują? To takie abstrakcyjne myślenie. Najlepiej aby kościół był i robił to co powinien robić…

          • nie wiem czy potrzebują kościoła naturalną potrzebą jest potrzeba bycia w grupie, tylko psychopaci nie potrzebują.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s