„Dziedzictwo Królów” C.S. Friedman – recenzja książki

cs friedman dziedzictwo królów onibe recenzja

Recenzja książki Trylogia Magistrów #3 – Dziedzictwo Królów

___

Recenzja opublikowana na portalu GILDIA.
Autor powieści: C. S. Friedman
Fantastyka
Literatura amerykańska

Ta historia zaczęła się dawno temu trudno określić, kiedy dokładnie. Może tysiąc lat wstecz, kiedy niedobitki ludzi pokonały swoich niedoszłych katów, Duszożerców, i zepchnęły ich ku zimowej enklawie na północy? A może nieco później, kiedy narodziła się mroczna więź pomiędzy dwoma gatunkami? Lub jeszcze później, kiedy pośród mrozów i zamieci śnieżnych ambitny dzieciak postanowił związać swój los z Duszożercami i wywołał w ten sposób kaskadę upadających klocków domina? Równie dobrze początek mógł nastąpić niedawno, na przykład w dniu, w którym Kamala zachciała wbrew wielowiekowej tradycji zostać Magistrem, czarnoksiężnikiem przynależącym do elitarnej i tajemniczej męskiej kasty. Albo… ledwo trzy tomy temu. Lub „aż” trzy: grubo ponad tysiąc stron wstecz od punktu, do którego epicka opowieść C. S. Friedman dobrnęła po wielu fabularnych zakrętach i eksplozjach. La grande finale nie przynosi ujmy matce Trylogii Zimnego Ognia, ale Dziedzictwo królów nie jest też dokładnie tym, na co liczyliśmy.

 

Przyszłość ludzkości została zagrożona. Duszożercom, potężnym istotom karmiącym się duszami (jak sama nazwa wskazuje), udało się w końcu pokonać magiczną barierę Gniewu i ich skrzydła znowu zasłaniają słońce ponad krainami zasiedlonymi przez człowieka. Z nowymi, ludzkimi sojusznikami, odszczepieńcami i zdrajcami gatunku, mają sporą szansę dokończyć to, co się im nie udało podczas pierwszej próby. Kto im się może oprzeć teraz, kiedy są sprytniejsi i mocniejsi? Czy Wielki Król Salvator, religijny fanatyk, szczerze nienawidzący magii i magów, koncentrujący się na wewnętrznym oczyszczeniu? A może Magistrowie samolubni egocentrycy, nieśmiertelni czarnoksiężnicy podstępnie drenujący ludzi z ich dusz, wcale zatem nie lepsi od Duszożerców? Bo przecież nie nieliczni „zwyczajni” czarodzieje, mogący liczyć jedynie na własne, jakże ograniczone zasoby życiowej energii, każdym czarem przybliżający moment własnej śmierci, i tak nieodległej. A jednak kilka drobnych kamyków ruszyło lawinę. Kamala już raz pokrzyżowała plany Duszożercom i ich sojusznikom. Teraz, sprzymierzona z Colivarem, najbardziej tajemniczym z magów, oraz Ramirusem, postacią równie enigmatyczną, angażuje się w poszukiwania Siderei. Wzmocniona przez więź z ikati wiedźma, ongiś kochanka Magistrów, stała się śmiertelnym wrogiem ich i całego świata ludzkiego. Czasu jest niewiele. Inwazja trwa. Duszożercy zdobyli mocne przyczółki, a ich królowa szykuje się do ogłoszenia lotu i wydania kolejnego lęgu przerażających istot. Jeśli jej się to uda, wszystko będzie stracone. Tym razem na dobre i bez odwołania.

To już jest koniec, nie będzie już nic. Seria dotarła do finału, warto zatem pokusić się na drobne podsumowanie. Pierwszy tom cyklu (Uczta dusz) zainteresował, ale i pozostawił wiele wątpliwości: fantastyka w wykonaniu Friedman nie przekonała od razu. Zdała się być nieco naciągana i nazbyt… prosta, aby nie szukać w tym podstępu. Pewne akcenty kierowały wyobraźnię czytającego ku rejonom zasiedlonym przez taką choćby Trudi Canavan i, w zaistniałych okolicznościach, nie był to komplement dla Celii. Druga część (Skrzydła gniewu) zrobiła sporo dobrego. Rozproszyła mgłę zwątpienia (jednak Friedman to nie Canavan ku chwale tej pierwszej!), lecz mimo wszystko nie spełniła pokładanych w niej nadziei. Dla odmiany… złożyła kolejne obietnice. W trzecim tomie ścieżka się kończy i piłka jest krótka: udało się, czy się nie udało?

Udało się! Uff… Dziedzictwo królów to najlepsza część trylogii. Mimo sporej objętości (ponad sześćset stronic!) powieść imponuje naprawdę niezłym tempem niezłym jak na Friedman, która wszak do „biegaczy” nie należy. Amerykanka słynie z „szerokiej” narracji, obfitującej w wątki poboczne (czy też równoległe), nieśpiesznej, drobiazgowej (nie tylko uwzględniającej drobiazgi, ale i na drobiazgach nierzadko skoncentrowanej) i pozbawionej skrótów prowadzących z jednego gorącego punktu do kolejnego. W Dziedzictwie królów wielowątkowa opowieść dobrnęła do punktu, w którym wszystkie nitki splatają się w jeden, solidny węzeł. Jest już jasne, o co chodziło w subtelnie podrzucanych podpowiedziach. Tylko że po Friedman nie należy się spodziewać prostych rozwiązań, więc i tym razem autorka celowo rozminęła się ze standardowymi solucjami gatunkowymi. Zaserwowała romans, który nie jest romansem i na poły awanturniczą historię magiczną, której kręgosłupem jest wiedza o człowieku, jego naturze i psychice. Jak przystało na opowieść epicką, w tle rozgrywa się walka o wszystko, zmuszając bohaterów do poświęceń ostatecznych, które doskonale ułatwiają modelowanie ich charakterystyk.

W ten sposób określiliśmy mocną stronę zarówno Dziedzictwa królów, jak i całej trylogii: solidne portrety. Kamala, Colivar, Ramirus, Salvator (tak, tak ta postać okazuje się zaskakująco spójna, a przy tym dynamiczna charakterologicznie), Królowa-Matka każde z nich zostało przedstawione wyraziście, każde jest niepowtarzalne i unikalne, każde można polubić lub się doń zniechęcić, natomiast żadnemu nie grozi obojętność czytającego. Siderea i bohaterowie drugorzędni robią nieco mniejsze wrażenie, ale brak w tej galerii czarnych dziur: wszyscy są przekonujący i niepapierowi. Kolejna ważna zaleta dzieła Friedman to oczywiście sam warsztat pisarski praktycznie bezbłędny, udowadniający doskonałe panowanie nad słowem, lecz i żywą, nieposkromioną wyobraźnię. A pochwałę powyższą zaryzykowaliśmy w pełni świadomi faktu, iż dla samej Friedman historia o Magistrach jest odstępstwem od literackiej normy, wymuszonym kalkulacją finansową, mniej zaś rzeczywistym przekonaniem. Gdyby tak pisać potrafili autorzy kochający fantastykę, to jedno jest pewne: ten gatunek miałby dzisiaj inne, prawdopodobnie lepsze, a z pewnością ciekawsze oblicze.

Napisaliśmy jednak, iż Dziedzictwo królów rozczarowuje. Bynajmniej nie z uwagi na słabą narrację (bo ta jest wyśmienita), nie przez kiepskie rozwiązania fabularne (te wychodzą ze starcia zwycięsko) i nie dla jakiegoś jednego, konkretnego powodu. Niedosyt karmi się w tym przypadku nieidealną relacją objętości tomu trzeciego do treści. Z całym szacunkiem dla doskonałego warsztatu Friedman, ale ujęcie kilkudziesięciu stron z tej cegły by nie zaszkodziło. W skali ogólnej może nawet odchudzenie całej trylogii nie osłabiłoby jej mocy. To problem, który Dziedzictwo królów dotyka akurat najmniej, bo w trzecim odcinku naprawdę wiele wątków znajduje rozwiązanie, więc przerosty choć zauważalne i irytujące, są sporadyczne. W nawiązaniu do poprzednich odsłon serii, czytelnik może mieć jednak wrażenie, że się naczytał trochę na zapas. Nawet uwzględniając ten zarzut, Trylogia Magistrów wznosi się ponad przeciętność. Jakkolwiek nie idealna, zdaje się być jasnym punktem nawigacyjnym na mapie fantastyki i jako taka zainteresuje nie tylko wielbicieli science fiction szukających odmiany, ale i co bardziej wygłodniałych (głównie tych bardziej doświadczonych) fanów klasycznej fantasy.

 

 

___

Metka:

Autor: C. S. Friedman
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 3/2013
Tytuł oryginalny: Legacy of Kings
Wydawca oryginalny: Orbit
Rok wydania oryginału: 2011
Liczba stron: 624
Format: 125×195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788378394792
Wydanie: I
Cena z okładki: 45 zł

Gildia logo

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s