„Skok w szaleństwo” Stephen R. Donaldson – recenzja książki

stephen r donaldson skok w szaleństwo

Recenzja książki: Skok w szaleństwo

___

Recenzja opublikowana na portalu GILDIA.
Autor powieści: Stephen R. Donaldson
Science fiction / Space opera
Literatura amerykańska
Nasza ocena: POZYTYW

Napisać, że w Skoku w szaleństwo, czwartym tomie epickiej space opery Stephena R. Donaldsona, robi się ciekawie, to posłużyć się niedomówieniem. A przecież – czysto teoretycznie – najlepsze już za nami.

Piracka stocznia na Thanatos Minor została zniszczona: spektakularna eksplozja zaznaczyła miejsce triumfu Angusa Thermopyle’a i jego ekipy… a może stojącego za nimi Wardena Diosa, makiawelicznego szefa Policji Zjednoczonych Kompanii Górniczych? Nick Succorso zwariował – niewykluczone, że ostatecznie i nieodwołalnie, niewykluczone, że jedynie w ramach chwilowego urlopu od tej formy normalności, która go charakteryzowała na co dzień. Z piratami nigdy nic nie wiadomo. Ot, choćby nasz wspomniany już Angus. Zespawany przez policjantów cyborg, z niedającym się obejść wielopoziomowym uwarunkowaniem, jest na najlepszej drodze, aby naprawić dawne winy i zapewnić garstce ocalonych odrobinę odpoczynku, a przecież cała ta afera zaczęła się od niego. To właśnie on posiadł Mornę i upokorzył ją, czyniąc z niej niewolnicę. Na deser wmanewrował ją w intrygę, która już od Skoku w wizję nie ma nic wspólnego z klasycznymi, pirackimi problemami pod tytułem „komu przywalić laserem?”.

Morna i jej syn Davies, Mikka Vasaczk i jej brat Ciro vel Mały, Sib Mackern, Vector Shaheed – każde z nich przekroczyło limesy osobistej wytrzymałości na stresy i niefartowne zrządzenia losu. Rzucani niczym szmaciane kukiełki po sporej części kosmosu – od stacji Gór–Komu po zakazaną przestrzeń Amnionu – wyrobili normę za całe stado bohaterów literackich. Co teraz? Emerytura? Happy end? Tak, oczywiście, a Stephen R. Donaldson to wróżka-zębuszka, która za każdego siekacza zostawia dzieciom baryłkę uranu! Skok w szaleństwo do dopiero czwarta i zaledwie przedostatnia część tego, nomen omen, szalonego cyklu. A jeśli dodamy do tego fakt, iż tom liczy sobie aż osiemset stron, to staje się jasne, że czeka na nas jeszcze niejedna atrakcja i niejedno przetasowanie fabularne.

Zaiste, w Skoku w szaleństwo dzieje się wiele, bardzo wiele, a nawet… zbyt wiele. Fabuła ostatecznie rozgałęziła się na dwa główne wątki. Jedna ścieżka narracyjna prowadzi nas tropem Angusa, Morny i Succorso. Jest to o tyle łatwe, że wielka trójca przebywa wreszcie razem: skupieni na pokładzie jednego okrętu (Fanfary), uwikłani w głębokie i niedające się ogarnąć antagonizmy, toczą niekończący się pojedynek, próbując zarazem mierzyć się ze stawiającym opór światem zewnętrznym i… przeżyć. Z perspektywy tomu czwartego ich dotychczasowe problemy zdają się być zabawą w piaskownicy. Ścigani przez piratów, Amnioni i dodatkowo policję, będą mieli naprawdę ciężki orzech do zgryzienia – aby pokonać twardą skorupkę, będą musieli tkwić w efemerycznych, nielogicznych sojuszach, współpracując ze sobą wbrew samym sobie. Autor – sadystycznie – życia im nie ułatwia. Wszelkie oznaki stabilizacji zniweczy jednym, szalonym posunięciem, które rzuci ponownie wszystkich bohaterów w samą otchłań piekła. Zdradzić możemy jedynie tyle, że w Skoku w szaleństwo nie znajdą ukojenia ani nawet chwili na złapanie oddechu.

Drugi wątek koncentruje się na wydarzeniach na Ziemi i jej orbicie, a konkretnie na nabierającej krwawych rumieńców walce Wardena Diosa ze Smokiem, prezesem Zjednoczonych Kompanii Górniczych. Dios jest przebiegły i absolutnie zdeterminowany, aby odnieść zwycięstwo w rywalizacji, która określi przyszłość ludzkości. Holt Fraser, jego przeciwnik, to postać prawdziwie diaboliczna, bezwzględnie zła i całkowicie pozbawiona „balastu” ograniczeń moralnych, a przy tym niemal wszystkowiedząca oraz szalenie podstępna. O zwycięstwie lub porażce tych bogów człowieczego świata zadecydują poczynania zmanipulowanych przez nich pionków: Min Donner, Hashiego Lebwohla, członków Rady i – oczywiście – Angusa, Succorso i Morny. A przecież nie powinniśmy jeszcze zapominać o Amnioni, którzy sposobią się właśnie do zadania ludzkości ostatecznego ciosu. I mają ku temu wszelkie środki oraz chęć.

Jak krótko podsumować Skok w szaleństwo? Trudne, ale możliwe, choć dopiero jeśli zdecydujemy się na głęboko emocjonalne „uff…”. Czwarty tom Skoków to powieść, która ma prawo czytelnika pozostawić zmęczonym, wręcz zdewastowanym i udręczonym, w ów szczególny, jakże pozytywny sposób, właściwy dla intensywnego wysiłku fizycznego czy intelektualnego. A więc: wyczerpanie plus satysfakcja! To dobra kombinacja, wcale nie nazbyt często występująca w świecie literatury. Donaldson nie okazuje litości nie tylko swoim bohaterom, ale również odbiorcy. Gromadzi wątki, stłacza emocje, kompresuje adrenalinę – osiemset stron to dużo, lecz nie dość, by swobodnie pomieścić przygotowany przez autora ładunek. Bywa, że Donaldson przesadza, gubi się w wytyczonym przez siebie labiryncie, wpada w pułapkę własnego tempa: zarzuca czytającego nadmiarem szczegółów, wykoleja pośpieszną akcję na obsesyjnie częstych, zupełnie zbędnych powtórzeniach. Co i rusz podrzuca, niczym w malignie, strzępy dawno odbytych rozmów, z chorobliwą konsekwencją chwyta się słów-kluczy, aż te zostają na długo w umyśle czytelnika. Mocne rozwiązania – zbyt mocne, jak na nie taki znowu pojemny kaliber space opery.

Skok w szaleństwo ewidentnie odbiega od gatunkowych współtowarzyszy. Jest ciężki, przesycony treścią, nawet głęboko psychologiczny (aczkolwiek, między Bogiem a prawdą, ta psychologia bywa czasami odmianą z przedrostkiem pseudo). I to jest największy problem tej książki, skądinąd aspirującej do miana ambitnego science fiction. Nadmiar środków stylistycznych oraz nazbyt gęsta atmosfera opowieści sprawiają, że nim odczujemy wspomnianą satysfakcję, nim docenimy starania Donaldsona, nie raz i nie dwa rozważymy, czy Skoku w szaleństwo nie nauczyć skakać przez okno. Co stanowczo odradzam, zarazem zachęcając do wytrwania w lojalności wobec cyklu. Już za chwilę wszystko stanie się jasne. Już za chwilę dowiemy się, czy Donaldson stworzył tetralogię będącą nową jakością, czy zaledwie ogłuszył nas ślepakami.

___

Metka:

Autor: Stephen Donaldson
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Mag
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 12/2012
Tytuł oryginalny: Gap: The Chaos and Order: The Gap into Madness
Rok wydania oryginału: 1994
Liczba stron: 780
Format: 135×200 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788374802833
Wydanie: I
Cena z okładki: 49 zł

Gildia logo

Reklamy

5 thoughts on “„Skok w szaleństwo” Stephen R. Donaldson – recenzja książki

    • trudno to nazwać gatunkiem, raczej subgatunek… albo coś równie nieokreślonego ;-). Nie znam niestety precyzyjnej definicji space opery i zauważyłem, że określenie to bywa traktowane dość swobodnie. Czasami nacechowane negatywnie, innym razem bardzo pozytywne… łatwo się pogubić ;-D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s