Grające celuloidy, czyli słów kilka o musicalu

IMG_3515Dzisiaj, jak rzadko kiedy, zamierzamy się rzeczywiście zmieścić w kilku słowach ;-). Bo skoro tematem mają być musicale, to jakże to gadać o nich bez słuchania ich! Zaprezentujemy kilka propozycji musicalowych, z uwzględnieniem naszych ulubionych pozycji w tym gatunku. Pomocny w tym będzie Jego Wysokość YouTube 😉

Zaczynamy!

Roztańczone i rozśpiewane celuloidy #1

Na początek kilka słów wprowadzenia. Co to jest musical? Oczywiście nie każdy film o muzyce czy też z muzyką w roli mniej lub bardziej głównej jest musicalem. Ba, sam musical nie jest gatunkiem filmowym jako takim, ale teatralnym. Narodził się na początku XX wieku i wyewoluował z extravaganzy. Film wchłonął potencjał widowisk musicalowych, rozwinął koncepcję. Upowszechnił musical i… doprowadził do jego śmierci. Ta, co prawda, jeszcze nie nastąpiła. Może nawet nie nastąpi nigdy – dopóki znajdzie się choć jeden reżyser gotowy tworzyć musicale i choć jeden widz gotowy je oglądać, ale konwencja musicalu dotarła do punktu, w którym dalsza ewolucja nie jest prawdopodobnie już możliwa. Musical utknął w martwym punkcie, ale winą należy obarczyć nie tylko musicalowych twórców, lecz również całą resztę świata kinematografii. To właśnie w szybkim, wręcz przerażającym rozwoju innych gatunków filmowych upatrywać należy najważniejszych przyczyn upadku musicalu.

Współczesna kinematografia stawia na procesy, które nijako leżą w poprzek idei musicalu. Na przykład coraz większy nacisk na efekty specjalne, które z uwagi na ich rozpropagowanie w filmach nie są już efektami specjalnymi, ale standardowymi – zniewolenie komputera dla potrzeb filmu pchnęło do przodu wszelkie te gatunki, w których liczyła się widowiskowość. Nie każdy się zgodzi z drugim zarzutem, a mianowicie odejściem od aktorstwa warsztatowego na rzecz aktorstwa celebrycko-twarzowego, ale jeśli na potrzeby niniejszego artykułu uznamy, że jest on prawdziwy, to także tutaj możemy dostrzec czemu musical traci na znaczeniu: jest on formą skomplikowaną, wymagającą specyficznego aktorstwa. Niekoniecznie wybitnego, właśnie specyficznego. Musical nie toleruje odtwórców posługujących się kinowymi paszportami, czyli dwiema minami na krzyż. Wymusza elastyczność, płynność, czucie roli. Narzuca ciężką pracę, choć paradoksalnie zdaje się być dobrą zabawą. I chyba zabawą musi być, aby efekt przekonywał.

Aby zagrać w musicalu trzeba umieć śpiewać, a często także tańczyć (choćby stepować – co, notabene, łatwiejsze wcale nie jest). Wielu artystom wydaje się, że potrafią śpiewać. I faktycznie: da się ich posłuchać podczas pracy młotem pneumatycznym na nowym odcinku autostrady. W musicalu jednak nie śpiewa się dla stworzenia klimatu. Nie o tło chodzi, ale o narrację (do tego przejdziemy za moment), więc śpiew musi być prima sort: czysty, oparty o doskonałą dykcję (którą dysponuje obecnie niewielu aktorów i aktorek, choć zdawałoby się, że to najbardziej podstawowe narzędzie w tym zawodzie) oraz wyczucie rytmu. I rozumienie tekstu śpiewanego.

Na szczęście nie musimy zajmować się przyczynami ani skutkami upadku musicalu. Powstało do tej pory dość musicali, aby mieć co oglądać w długie zimowe wieczory przez kilka kolejnych pontyfikatów. Nie chcemy także wgłębiać się w fascynującą teorię musicalu (a byłoby o czym pisać, bowiem jest to szalenie eklektyczny gatunek, powiązany z wieloma innymi dziedzinami sztuki).

Co warto podkreślić (i to nam musi wystarczyć za całą teorię), musical jest filmem muzycznym, ale nie każdy film muzyczny jest musicalem. Rozróżnienie jest dosyć proste – przy czym oczywiście możemy się zagłębić w detale, czego akurat nie uczynimy i poprzestaniemy na najbardziej uproszczonej dyferencjacji. Film muzyczny to obraz, w którym muzyka odgrywa istotną, może nawet dominującą rolę. Musical to gatunek, w którym szeroko rozumiane elementy języka muzycznego (przede wszystkim śpiew, czy to w postaci banalnej piosenki czy klasycznego libretto) są zarazem komponentem narracyjnym całej opowieści. Mówiąc krótko: jeśli część fabuły jest wyśpiewana, to jest to musical. Jeśli śpiewanie odgrywa się w tle fabuły lub niejako pomiędzy kolejnymi przystankami fabuły, to jest to film muzyczny. I tak, ciekawym przykładem tego drugiego może być choćby Dirty Dancing, podczas kiedy musical to West Side Story i kumple. I jeszcze jedna rzecz: film muzyczny to oczywiście film, musical to nie tylko film, ale i teatr czy opera. My skoncentrujemy się na filmach, ale nie tylko i wyłącznie na nich. W praktyce, granice pomiędzy musicalem a filmem muzycznym jako takim bywają płynne. W necie znaleźć można sporo definicji, które stawiają sprawy w zupełnie innym świetle niż wynika to z powyższego akapitu. Aby nie powiększać chaosu i nie wdawać się w polemiki z osobami od nas mądrzejszymi, pozwólmy sobie na jedną jeszcze uwagę: ukazujemy temat z naszego punktu widzenia, także przynależność subgatunkowa opiera się na naszej ocenie, nie należy tego traktować jako listy „twardej”.

Poniżej prezentujemy listę – subiektywną – najlepszych musicali wszechczasów by onibe. Kolejność mniej więcej właściwa.

10. Remember my name z Fame

Fame to jedna z pierwszych opowieści, w których wszystko – w ujęciu fabularnym – sprowadza się do tańca. Historia tancerzy, którzy próbują zakosztować sławy. Narracja: choreografia.

9. Don’t cry for me Argentinta z Evity

Evita to połowa lat dziewięćdziesiątych, a zatem okres już dla musicalu schyłkowy. Tym niemniej, film z Madonną osiągnął całkiem niezły sukces, a piosenka o Argentynie, która miała nie płakać, na dobre wpisała się w krajobraz muzyczny także w Europie.

Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, Evita nie jest dziełem, na podstawie którego można się uczyć historii. Twórcom filmu udało się uświęcenie tytułowej bohaterki. Tej samej, która może i Argentynę – biedną, głodującą – kochała, ale nie przeszkodziło to jej zebrać paru tysięcy par butów, nie licząc innych ekstrawagancji. Tak czy siak, muzykę da się wysłuchać i to nawet z przyjemnością. Winę za to ponosi Andrew Lloyd Webber – facet, który w naszym zestawieniu jest głównym rozgrywającym.

8.Maskarada z Upiora w Operze

Ciężki wybór. Film: taki sobie. Muzyka: zaskakująco dobra. Maskarada to jeden z kilku, bardzo wyrównanych kawałków. Aby docenić film Schumachera (tego samego, który nie potrafił nawet porządnie opowiedzieć historii Nietoperka) należy wysłuchać wszystkich.

A więc także Punkt bez powrotu

i nade wszystko Myśl o mnie:

Oczywiście Schumacher nie był taki bystry, aby wymyślić to samemu. Sklonował pomysł Andrew Lloyda Webbera, który po raz pierwszy ukazał Upiora w 1984 roku na deskach Her Majesty’s Theatre. Upiór Webbera okazał się najbardziej dochodowym musicalem w dziejach, z imponującym dochodem przekraczającym 5 miliardów dolarów. Nie wiemy ile na tym zarobił sam Webber, ale na Boga!, biedny to on pewnie nie jest!

7. Cell Block Tango z Chicago

Chicago to całkiem niezły, współczesny musical. Nieźle rozegrany, muzycznie przyjemny. Momentami nawet zabawny. Tango więzienne jest chyba najlepszym, a przynajmniej najbardziej charakterystycznym utworem z tego filmu, ale nie jedynym wpadającym w oko i ucho.

Interesujący, całkiem przy tym klasycyzujący, jest Nowadays:

ale my preferujemy owerturę All that Jazz:

i jeszcze Roxie:

6. Przetańczyć całą noc z My Fair Lady

My Fair Lady nie jest oryginalnie dziełem filmowym, ale skusiliśmy się na obraz Audrey w roli głównej. Czemu? No przecież piszemy: „z Audrey w roli głównej”. Audrey, Audrey, Audrey… hmm… zgubiliśmy wątek. No dobra, już wiemy co i jak. Wiemy, na przykład, że utwór ten pięknie brzmi także po polsku (tu w wykonaniu Alicji Węgorzewskiej):

Z My Fair Lady warto wspomnieć jeszcze scenę Na wyścigach konnych:

I może zupełnym gratisem Rain in Spain:

5. Maria z West Side Story

West Side Story to kolejny klasyk, który wypada znać, ale my średnio za nim przepadamy. Smutny trochę, niezbyt optymistyczny. Wolimy musicale radosne. Lub okoliczne. Tym niemniej, muzycznie West Side Story jest wart odnotowania. Maria to jeden z kilku niezłych utworów, które wpadają w ucho i o których się pamięta.

My wymienimy jedynie trzy, ciekawe przede wszystkim choreograficznie. Zacznijmy od Gym Mambo:

przejdźmy do Ameryki:

i skończmy na Prologu:

.

4. Gdybym był bogaty ze Skrzypka na dachu

Skrzypek na dachu to film, który zna niemal każdy. Piosenka Gdybym był bogaty zaś jest arcyszlagierem, śpiewanym bądź przy goleniu, bądź przy prowadzeniu auta. Muzycznie – bądźmy szczerzy – znamy lepsze rzeczy, ale nie sposób nie docenić czegoś, co tak mocno zapadło nam wszystkim w pamięć.

Skrzypek na dachu to jeszcze dwa świetne kawałki. Sunrise, sunset:

oraz Tradycja:

.

3. Memory z Cats

Ten musical to fenomen. Wystawiany przez ponad dwadzieścia lat (tak! ostatni spektakl w New London Theatre miał miejsce w 2002 roku, a pierwszy w 1981) dorobił się niesłychanej rzeszy fanów i naśladowców. Winę za Cats ponosi Andrew Lloyd Webber. I wszystko jasne.

Sam utwór Memory (śpiewany przez Sarę Brightman) stał się szlagierem, który – jak to bywa – nieco się usamodzielnił. Polacy mają prawo (by nie powiedzieć: obowiązek) znać alternatywną wersję tej piosenki, a mianowicie Pamięć zaśpiewaną przez Zdzisławę Sośnicką oraz później – w ramach alternatywnej alternatywy – przez Brodzińską Grażynę (oczywiście sama Pamięć była śpiewana podczas polskich wykonań Kotów, co miało miejsce w Teatrze Roma).

2. You’re The One That I Want z Grease

Kiedyś żyliśmy w przeświadczeniu, że Grease to imię damskie, a więc coś, do czego warto wzdychać i co warto szeptać w nocy. Teraz już wiemy, że to po prostu brylantyna, czyli takie coś, co się wciera we włosy. Czasami także w nocy. Na tym podobieństw raczej koniec.

Silną stroną Grease jest obsada. John Travolta, wtedy jeszcze młody i zwinny jak sprężyna oraz Olivia Newton-John. Ładna parka. Dopasowana na zasadzie kontrastu.

Grease to musical zabawny i bardzo rockowy. Zagrany z dystansem, niesamowicie melodyjny. Oprócz You’re the one that I want warto wymienić jeszcze jeden naprawdę mocny kawałek z tego filmu, a mianowicie Summer nights:

1. Deszczowa piosenka z Deszczowej piosenki

To jest nasz numer jeden. Bez dwóch ani nawet trzech zdań! I zarazem jeden z tych filmów, które naprawdę nie wymagają opisu i wyjaśnień. Dobrze pomyślany, świetnie zagrany. Występują: Gene Kelly, Donald O’Connor, Debbie Reynolds i Jean Hagen. Reżyseria Stanleya Donena i Gene’a Kelly’ego. Spośród wszystkich tych nazwisk wystarczy, jeśli zapamiętacie Gene’a Kelly’ego.

Oprócz tytułowej Deszczowej piosenki, warto posłuchać jeszcze dwóch innych niezłych kawałków. Good morning:

oraz Moses supposes:

Oczywiście nic nie przebije wspaniałej, brawurowo wykonanej Deszczowej piosenki, którą zna niemal każdy, w tym całe mnóstwo osób, które nie tylko nie widziały filmu, ale być może nie wiedzą nawet o jego istnieniu.

Kuriozalnym, ale ciekawym przykładem wykorzystania motywu była w swoim czasie reklama warzyw bonduelle, ale to sobie zostawmy na inny post ;-).

—-

To tyle na dzisiaj. Zapewne zauważyliście w tytule tekstu cyferkę „1”. Tak, tak… oznacza ona, że ciąg dalszy nastąpi. W planach mamy dopisanie rozdziału poświęconego szeroko rozumianym filmom muzycznym i tam przedstawimy kilka uwielbianych przez nas dzieł, które jednak nie zmieściły się tutaj z uwagi na przyjęte rozgraniczenia subgatunkowe. Uwzględniając, że teorię musicalu i filmu muzycznego oparliśmy na cokolwiek płynnych założeniach, zapewne dopiero oba teksty – ten i numerek „2” – zderzone ze sobą, lub po prostu zestawione, dadzą w miarę pełny obraz sytuacji.

A zatem: do napisania!

Advertisements

20 thoughts on “Grające celuloidy, czyli słów kilka o musicalu

  1. Kiedyś próbowałem stworzyć listę dziesięciu ulubionych musicali, ale nie znalazłem aż dziesięciu, które mi się podobały. Musical to nie jest mój gatunek, chociaż …. uwielbiam „Deszczową piosenkę”. Gdyby większość filmów tego gatunku była chociaż w połowie tak lekka, zabawna i bezpretensjonalna jak film Kelly’ego i Donena to na pewno polubiłbym ten gatunek. No ale „Grease” też jest fajny, niemal wszystkie piosenki z tego filmu przypadły mi do gustu (wyróżnię chociażby „Hopelessly Devoted to You” w wykonaniu Olivii). „West Side Story” i „Skrzypka na dachu” widziałem dość dawno, ale jakoś nie śpieszy mi się, by do nich wrócić. Moja największa zaległość jeśli idzie o musicale to „My Fair Lady” – uwielbiam Audrey, ale tego filmu jeszcze nie miałem okazji obejrzeć. Ponoć aktorka została zdubbingowana w piosenkach. Szkoda, bo jej wykonanie „Moon river” świadczy o tym, że umiała śpiewać.

    Cytat: „Aby zagrać w musicalu trzeba umieć śpiewać, a często także tańczyć (choćby stepować – co, notabene, łatwiejsze wcale nie jest). ”

    Nie do końca to prawda, Lana Turner kilkakrotnie grała w musicalach, za każdym razem była dubbingowana. Poza tym Debbie Reynolds w „Deszczowej piosence” miała problem ze scenami tanecznymi i w trakcie postprodukcji jej stepowanie zostało zdubbingowane 😀

    • musical jest tak dobry jak najlepszy kawałek muzyczny w nim zawarty ;-). Na ogół jakość musicali sprowadza się właśnie do tego, ale Grease czy Deszczowa Piosenka to po prostu niezłe filmy. Zgadzam się, że innym przedstawicielom gatunku sporo brakuje do tego poziomu… niestety. I to pewnie jest kolejny, niewymieniony, powód upadku gatunku.

      My fair lady oczywiście polecamy, acz dla nas punktem odniesienia jest przede wszystkim wariant teatralny – na ten musical warto wybrać się do filharmonii, czy gdzie tam go grają.

      z dubbingiem: jasna sprawa. Ale to działa w szczególnych przypadkach. Zresztą, nomen omen, czy w Deszczowej piosence nie został ten motyw wykorzystany w fabule? 😉

      • „Deszczowa piosenka” w znakomity, przezabawny sposób opowiada o przełomie dźwiękowym, o problemach z mikrofonami i nieodpowiednimi warunkami głosowymi aktorów. Kiedyś czytałem taką ciekawostkę, że ponoć Jean Hagen, która w filmie była dubbingowana przez Debbie Reynolds, w rzeczywistości dubbingowała Debbie w dialogach – w piosenkach zaś jej dublerką miała być ponoć Betty Noyes. Jednak to chyba tylko plotka, Betty tylko w jednej piosence dubbingowała aktorkę. Ja rozumiem, że teksański akcent tej aktorki mógł nie pasować do musicalu, lecz Gene Kelly byłby głupcem gdyby piękny głos Debbie zastąpił innym 😉

        Cytat: „musical jest tak dobry jak najlepszy kawałek muzyczny w nim zawarty”

        Coś w tym jest 🙂 Film Kelly’ego i Donena ma bardzo przemyślaną ścieżkę dźwiękową, na której są utwory bardzo różne, od melancholijnych i sentymentalnych do dynamicznych i zabawnych. Ale tylko dwa utwory zostały napisane specjalnie do filmu: „Make ’em Laugh” i „Moses Supposes”, przy czym należy zwrócić uwagę, że „Make ’em Laugh” to plagiat piosenki Cole’a Portera „Be a Clown”, którą Gene Kelly wykonywał w filmie „Pirat” z 1948.

        Dla widzów to jednak spora atrakcja usłyszeć jak śpiewa aktor, a nie jego dubler, dawniej producenci nie zdawali sobie z tego sprawy, obecnie już jest lepiej pod tym względem i w takich filmach jak „Nędznicy” czy choćby „Mamma Mia” aktorzy wykonują partie wokalne, mimo że nie mają odpowiednich do tego warunków 🙂

        • ciekawa ciekawostka 😉

          a film jest kapitalny, to mocne pierwsze miejsce w naszym zestawieniu. Im dalej od „jedynki” tym lokalizacja filmu w tabeli słabsza. Właściwie poza Deszczową i Grease to wszystkie pozostałe obrazy lubimy i cenimy, ale bez szaleństwa. Deszczową oglądaliśmy już kilka razy i pewnie będziemy do niej wracać regularnie, naprawdę super zrealizowany film.

  2. W punkcie 7 warto dodać tango z Chicago, tango z Moulin Rogue zostawiając, bo jest znakomite, choć właściwie Moulin Rogue w zestawieniu nie ma…

    • hmm… jakieś kwantowe nieciągłości się wdarły do naszego zestawienia. Faktycznie, trzeba by to trochę dopracować…

  3. Deszczowa piosenka to też mój numer 1;-) Fajnie, fajnie, że pokusiliście się o taki ranking. Czekam na cnd!:)

    • niestety, mało to twórczy wpis… wszystko co najciekawsze pochodzi z gotowych produkcji. Ale tak chyba o musicalach dyskutuje się najlepiej 😉

  4. Nie wiem czy musical umarł „na amen” 😉 Ja jednak polecam „Nędzników” – tam są i efekty specjalne i aktorzy, którzy nie stepują, ale za to śpiewają… w dodatku na żywo (że się doczekam śpiewającego Rusella Crowa i to w musicalu, to tego się w życiu nie spodziewałem 😉 )
    No i oglądać takiego musicalowego „trupa” jak „Les Miserables”, to nie jest tak bardzo nieprzyjemne.
    Pamiętam, że jako dziecko nie lubiłem musicalu (to, że ludzie śpiewają w takich dziwnych sytuacjach mnie po prostu śmieszyło), ale później mi przeszło, mało tego – niektóre musicale bardzo polubiłem (podobnie było z buraczkami ćwikłowymi czy cebulą).
    Tak więc, wszystkie wymienione przez Was filmy podobają mi się, a niektóre nawet bardzo.
    Z musicalami jest też fajnie z tego powodu, że wiele scen można oglądać (i słuchać) wielokrotnie – podobnie jak to jest z piosenkami (bo za zbyt częstymi powtórkami filmów „zwykłych” sam raczej nie przepadam).

    Wypada Wam podziękować za ten wpis, bo pewnie sporo pracy (choć podejrzewam, że dość przyjemnej) Was kosztował, a i miłe rekolekcje w nas wywołał. Thanks 😉

    • umarł jako gatunek, ale uwzględniając jak bardzo eklektyczną mamy współczesną kulturę, to oczywiście nie należy się spodziewać by umarł faktycznie na amen. Teraz nic nie umiera na amen. Niszowe tematy, dzięki globalizacji, dzięki internetowi, dzięki mediom społecznym, miewają miliony czy dziesiątki miliony wielbicieli. A to już tort, który ugryźć warto. Tym niemniej, czy musical żyje? To, że coś się w nim dzieje, to trochę za mało. Wiesz, Logosie, mnie się wydaje, że nawet science fiction umarło, choć pozornie dzieje się w nim bardzo wiele. Ale to co się dzieje jest zawłaszczone przez inne gatunki. Rdzeniowego science fiction już nie ma. Nie ma też rdzeniowego musialu (choć tutaj się waham, bo Nędzników nie widziałem i do tego zdania będę musiał wrócić po nadrobieniu owego braku).

  5. byłam, nabazgrałam a komka zjadło. Niepopocieszonam wielce, jak i z faktu że, wcześniej me oczy zarosły niedoszłą wiosną i nie przyszłam pod wpis ten wtedy gdy, bo fantastyczny on.
    Nie wiem, czy mozna zrobić więcej błedów stylistycznych w zdaniu, ale naprawdę się starałam 😉
    Jest w posiadaniu mym czteropak z muzyką musicalową, którą to sobie załączam wspominając obrazy z produkcji różniastych. Cierpię z powodu nie ujrzenia jak dotąd żadnego live.
    Mam nadzieję nadrobić tą zaległość.

    • przykro mi… my również niepocieszeni, że koma skonsumowało coś. Tak bywa. Wiele głodu na tym świecie, niestety ;-(

      ze stylistyką… cóż… doceniamy starania Waćpanny, ale zapewniamy solennie, że dałoby się jednak więcej, znacznie więcej. Nie chwaląc się, my potrafimy wręcz od niechcenia, a zwłaszcza od nie chcenia chcenia, uczynić stylistycznych gwałtów więcej ;-D

      a jakiż to czteropak, jeśli spytać wolno? tudzież szybko…

  6. Bardzo mi się podobał twój artykuł zarówno pod względem gustu [tez uwielbiam te musicale :D] i pod względem języka [gratuluje sarkazmu]. Jednak według mnie popełniłeś błąd pisząc o tym że schyłek musicalowiej kultury był w latach 90. Przecież wtedy powstały filmowe wersje najlepszych musicali świata! Cats the musical [1998]. Notre Dame de Paris [1999] czy choćby twój ulubiony Phantom of the opera [2004] i wiele innych zostały nakręcone i wypuszczone w świat, dlatego uważam że lata 90 powinny być nazwane łabędzim śpiewem musicali, a ich śmierć powinnn być ogłoszona w roku 2005

    • w tym ujęciu faktycznie popełniłem błąd, jednak te sporadyczne przejawy musicalu nie zmieniają faktu, że jako gatunek, musical był martwy w latach dziewięćdziesiątych. To już nie były jego czasy.

      Dzięki za miłe słowa 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s