„Dobre chwile są jak motyle” – opowiadanie okołobizarryczne

niedobreliterkitxtDawno już na łamach naszego blogu nie było opowiadań ;-). Bardzo, bardzo dawno. Coś warto by w tym temacie nadrobić. Padło na tekst, który jakiś czas temu opublikowaliśmy na niedobrych literkach.

Niedobre literki (jak zapewne pamiętacie: mamy przyjemność współtworzyć ten serwis) są blogiem poświęconym literaturze dziwnej, zakręconej, mocno niegrzecznej, czasami nieco niesmacznej… słowem: literaturze bizarro. Czy nasz tekst, Dobre chwile są jak motyle, podpada pod tę kategorię? Z pewnością nie nadaje się na dzieło sztampowe ani nawet połowicznie realizujące ideały gatunku. Być może nadałoby się bardziej do stajni horroru, ale to już czcza dywagacja. Porzućmy ją zatem i… zaprośmy Miłych Gości do lektury opowiadania.

Dobre chwile są jak motyle

To był udany dzień.

A wieczór zapowiadał się jeszcze lepiej.

Jan wyjeździł przydzielony jego taryfie limit, wyrobił nawet podwójny bonus. Dwóch klientów – dzianych wsioków ubranych w wiszące na nich garnitury – zostawiło mu nieprzyzwoicie wysokie napiwki. Tyle ile trzeba na kilka piw, chipsy i wizytę w kinie. Może nawet szarpnie się na zaproszenie tej cizi z sąsiedniej klatki, Andżeli. Od dawna miał ochotę poznać ją bliżej. Dużo bliżej.

Los jednak uśmiechał się do niego już teraz. Tu i teraz.

Wracał właśnie z dość odległego kursu, z nowobogackich leśnych przedmieść Warszawy, kiedy natrafił na interesującą scenę. Dwóch obwiesiów goniło jakąś fajną laseczkę. Oni w dresach i kapturach zarzuconych na głowy, ona w krótkiej, eleganckiej spódniczce i na wysokich obcasach. To nie była zabawa. Kobieta ewidentnie nie chciała się dać złapać, krzyczała o pomoc, a w pewnym momencie rzuciła nawet torebkę – zapewne jedną z tych bluźnierczo cennych – próbując odciągnąć myśliwych od głównego łupu.

Nie udało się.

Faceci byli lepsi w te klocki. Osaczyli ją tuż przed przystankiem autobusowym. Jeden z nich trzasnął biedaczkę w twarz, po czym pchnął na wiatę. Kilkunastu gapiów w różnym wieku, przede wszystkim mężczyzn, usłużnie odeszło od przystanku – dość daleko, aby nie przeszkadzać, ale zarazem nie nazbyt, w sam raz, by móc obserwować dalszy bieg wydarzeń. I żeby zdążyć dobiec do autobusu, jeśli się akurat pojawi.

Jan ich rozumiał. Potrafił docenić wartość porządnej rozrywki, czemu zatem inni mieliby być gorsi?

Wcześniej zwolnił odrobinę, aby należycie przyjrzeć się scence rodzajowej, teraz postanowił zaparkować auto. Szybko znalazł odpowiednie miejsce. Spod siedzenia wyjął nieco zardzewiałą berettę i zatknął ją za pasek spodni. Zamknął drzwi i przebiegł kawałek dzielący go od gorącego punktu.

Napastnicy nie tracili czasu. Jeden z nich kończył właśnie rozrywać ubranie niewiasty. Dziewczę leżało na chodniku z rozszerzonymi nogami, kwiląc cicho niczym młody ptaszek, któremu się wypadło z gniazdka. Opuchlizna na twarzy wskazywała na niedawne pobicie – zapewne był to wstęp do właściwej akcji, która niniejszym wchodziła już w fazę operacyjną. Oprychy opuściły do kostek wielopaskowe dresy, ukazując orbi et urbi sterczące dumnie kutasy. Jeszcze przez chwilę przyjacielsko się poszturchiwali, zapewne próbując ustalić kolejność działania, po czym zwycięzca opadł na oczekującą – chyba bez szczególnej rewerencji – kobietę. Ewidentnie nie należał do wielbicieli długiej zabawy: zaczął ujeżdżać swoją ofiarę, jakby świat miał się skończyć już dzisiaj. Jego kumpel, kiedy tylko odzyskał przytomność i poczucie przestrzeni, zdrapał się z chodnika i cofnął kilkanaście metrów – tak jak stał czyli z obnażonym fiutem – i zgarnął z ziemi porzuconą torebkę. Jej zawartość też musiała być interesująca, bowiem jego męskość – wskazująca powoli acz konsekwentnie coraz niższy punkt w trójwymiarowej przestrzeni miasta – nagle nabrała animuszu i ponownie wycelowała ku gwiazdom oraz innym granicom nieskończonym.

Jan spojrzał na zegarek.

Jeśli chciał załapać się na coś fajnego, to powinien wziąć się do roboty.

Sięgnął po berettę.

Byczek froterujący kobietę nabierał prędkości, zapewne za pół minuty mógłby przekroczyć barierę światła, ale wielki finał nie był mu dany. A może inaczej: finisz został mu zapisany w innym scenariuszu. Nigdy nie dowiedział się, co go trafiło, ale huk zainteresował jego kumpla. Na twarzy tamtego odmalowało się coś w rodzaju zdziwienia, po czym owa twarz zniknęła w fontannie krwi i odłamków tego, co u typowego homo sapiens nazwać by można głową, ewentualnie skostniałym mózgiem.

Strzały otrzeźwiły także gapiów. Kilku wprawdzie sarkało na przedwcześnie przerwane widowisko, dwóch czy trzech ostrożnie próbowało oszacować swoje szanse pod kątem zastąpienia zabitego oprycha na łonie ponownie wrzeszczącej niewiasty. Przyjacielski ruch lufą beretty („chcecie się zabawić…?”) plus uśmiech godny świętego Mikołaja („…znajdźcie sobie inną imprezę”) ostatecznie wybiły im to z głowy.

Jan odczekał jeszcze kilka sekund, aby zaznaczyć, że on tu jest samcem z górnej gałęzi. Wyzwanie nie zostało podjęte. Uspokojony, podszedł do kobiety. Na początek ściągnął z niej martwego napastnika – ciągle sterczący fiut stawił opór, działając jak wyjątkowo trwałe spoiwo tego nietrwałego związku. Następnie pomógł dziewczynie wstać na nogi.

Zaczęła coś mówić, ale zignorował chaotyczny słowotok. Szybkimi ruchami poprawił na niej ubranie, pomógł założyć pantofle na wysokim obcasie, które spadły w trakcie walki z dresem. Na koniec zgarnął z jej twarzy włosy i delikatnym ruchem założył je za uszy. Wreszcie mógł się przyjrzeć biedaczce.

Była młoda, góra dwadzieścia pięć lat. Świeża jeszcze. Ładna twarz, mimo opuchlizny. Duże, mangowe oczy. Pełne usta. Ciemne włosy. Mały, zadarty nosek. Niezły towar, wedle szerokich kryteriów.

Według wąskich także.

Jemu w każdym bądź razie wystarczała.

Złapał ją za ramię i poprowadził do taksówki.

Troskliwie usadził na siedzeniu pasażera. Pogładził delikatnie po głowie, przejechał dłonią po udach. Jędrne, ciepłe. Nieco drżące.

Kobieta nie opierała się. Wszak była wdzięczna.

Za pomoc.

Coś za coś.

Uśmiechnął się i powiedział, że zna fajne miejsce. Pojechali tam.

*

Miejscówka była polaną przygotowaną starannie przez lokalne nadleśnictwo na wypadki takie i im podobne. Kilka drewnianych stołów i na trwałe przymocowanych do nich siedzisk, zadaszone miejsce na intymne schadzki oraz parę koszy na zużyte prezerwatywy.

W sam raz.

Zaprowadził kobietę pod wiatę.

Rozbierał ją, delektując się nieco chłodnym powietrzem, śpiewem ptaków i dotykiem jej ciała. Ona co prawda unikała jego wzroku, chyba odrobinę przerastała ją ta sytuacja. Ale oporu nie stawiała. Trudno. Kiedy była prawie naga – zostawił samonośne pończochy i buty – odsunął się o kilka kroków i przyjrzał jej. Trochę potłuczona, ale naprawdę zgrabna. Wyjął z kieszeni telefon i pyknął parę zdjęć. Na pamiątkę. Na Fejsa. Do kolekcji.

Później rozpiął rozporek i podszedł do niej. Silnym ruchem odwrócił ją od siebie i gwałtownie wsadził kutasa w jej szparkę. Jęknęła z bólu, co podnieciło go jeszcze bardziej. Prawie za bardzo. Postanowił nie kończyć zbyt prędko, więc zwolnił.

Przeleciał ją starannie raz i drugi.

Za trzecim razem uznał, że wystarczy – był już nieco głodny, poza tym nie należał do typów sentymentalnych. No i nie potrafił nazbyt długo czerpać rozkoszy od jednej i tej samej partnerki.

Wycofał się i nakazał jej zdjąć pończochy. Przez chwilę delektował się ich zapachem – pozwolił, by upoiła go woń kobiecej skóry. Potu, podniecenia. Strachu. Bólu.

Później wszedł w nią raz jeszcze. Tym razem rżnął bez hamulców. Ostro, gwałtownie. Prawie jakby chciał ją zniszczyć.

Kiedy poczuł, że szczyt się zbliża, owinął jedną z pończoch wokół nadgarstka. Drugą ręką złapał za wiszący swobodnie koniec. Zrobił to sprawnie, szybko. Jak na wyćwiczony ruch przystało.

Lubił ten moment.

Przeszedł go obezwładniający dreszcz rozkoszy. W ostatniej chwili zarzucił improwizowany szalik z pończochy na szyję jęczącej pod nim kobiety. Zacisnął mocno. Bardzo mocno.

Zdążył.

W ostatniej chwili.

Doszli oboje. Dokładnie w tym samym momencie.

Ale tylko on otworzył oczy pięć minut później, kiedy fala podniecenia zaczęła ustępować pod rosnącą presją przyjemnego zmęczenia.

Przeciągnął się.

Zapiął rozporek.

Schował do kieszeni twórczo wykorzystaną pończochę. Było już ciemno, więc z pewnym trudem odnalazł walającą się na ziemi drugą. Zabrał też buty – eleganckie pantofelki na wysokim obcasie, w środku jeszcze ciepłe (nie, to niemożliwe, ale palce wiedziały swoje), pamiętające kształt, który je wypełniał.

Jego wzrok automatycznie przykleił się do gołych stóp.

Były seksowne. Wygięte pod nieco dziwnym kątem, ale podniecające jak wszyscy diabli.

Uwielbiał kobiece stopy. Kochał je.

Na różne sposoby.

Pończochy i buty to czasami za mało jak na pamiątkę. Uznał, że dobrze będzie wziąć coś więcej. Ukląkł przy ciele. Przez chwilę gładził nogi. Delikatnie, pieszczotliwie. Z uczuciem.

Później podniósł prawą stopę do ust.

Pocałował łuk podbicia. Polizał duży palec, później kolejne mniejsze.

W majtkach zaczęło mu się robić ciaśniej. Znowu.

Było to w cholerę przyjemne.

Lizał, ssał i całował stopę aż uświadomił sobie, że zaraz dojdzie. Po raz czwarty tego dnia.

Jedyną specjalną rzeczą, jaką mógł zrobić, było wgryzienie się w to wspaniałe mięso. Zabranie ze sobą jego kawałka. Jego zęby przebiły skórę z łatwością właściwą dla uzębienia drapieżników, ale on praktycznie tego nie zauważył.

Ogarnięty przez tsunami ekstazy, pogrążył się w odmęcie zapomnienia. Zanurkował do samego jądra rozkoszy i pozwolił, by go pochłonęło…

*

Otchłań, którą przebył, była różowa. Czarny świat należał już do nocy.

Jan wstał, otrzepał spodnie. W majtkach czuł zimną lepkość, ostatnie wspomnienie niedawnych chwil, teraz już coraz bardziej nieprzyjemne, ciążące niczym pełny pęcherz.

Upewnił się, że w kieszeni nadal ma trofeum. Kolejne promieniowało swoją obecnością z żołądka. Komplet uzupełniały buty, które upuścił moment wcześniej, teraz podniósł i delikatnie wytarł z wilgoci i brudu.

Nie spojrzał na stygnące zwłoki kobiety. Teraz nie były ładne. Posiniaczone i zasiniałe. Zroszone potem. Zużyte.

Niepotrzebne.

Podszedł do auta i otworzył bagażnik. Panował w nim idealny porządek, więc nie musiał szukać niewielkiej walizeczki z zamkiem kodowym. Nie trudził się przestawianiem cyfr – i tak nie pamiętał szyfru, wystarczyło nacisnąć przycisk i wieko unosiło się samo.

Z pewnym namaszczeniem włożył do walizki zdobyte pończochy i szpilki. Zmarszczył czoło, kiedy uświadomił sobie, że niedługo będzie musiał kupić nową torbę. W tej już nie było miejsca – najwięcej zajmowały damskie pantofle, ale każdą przestrzeń pomiędzy nimi wypełniały pończochy. Czarne, cieliste, białe, kabaretki.

Większość nie pachniała. Walizka nie potrafiła zbyt dobrze utrzymać woni poszczególnych łupów. Ale wszystkie razem, owszem, miały swój aromat.

Zamknął walizkę.

Zatrzasnął bagażnik.

Usiadł za kierownicą. Odpalił silnik. Powoli wytoczył się na drogę.

Co za miły dzień.

Naprawdę. Bardzo, bardzo miły dzień…

ŁUP!

Huk wdarł się w spokój jego duszy niczym kutas – ach, te miłe wspomnienia – w piczkę tamtej dziewczyny! Ale to nie było już przyjemne. Ani trochę.

Taryfa odbiła na pobocze i znieruchomiała, przechylona pod kątem.

Jan uderzył pięścią w kierownicę i rzucił kilka soczystych bluzgów, ale nie było wyjścia: cokolwiek się zepsuło, raczej nie było szans, aby samo się naprawiło.

Nadal umiejętnie bluźniąc, wysiadł z auta i przyjrzał się problemowi. Przednie prawe koło zdawało się być przyczepione do samochodu pod zgoła nieprawdopodobnym kątem. Ze schowka wydobył latarkę, w jej świetle potwierdził swoje przypuszczenia: mocowanie poszło w cholerę. Wahacz i co tam jeszcze, wszystko rozwalone w drzazgi.

Z wściekłością kopnął koło.

Odpadło i potoczyło się kilka metrów, nim znieruchomiało w mroku pobocza.

Cóż, zawsze to jakiś postęp…

Porzucił oględziny i cofnął się kilkanaście metrów po śladach samochodu. Szybko znalazł winowajcę: pieprzoną dziurę w drodze, jedną z tych, które mogły zatrzymać czołg. Gdyby nie był zamyślony… kurwa, gdyby skoncentrował się na drodze, zamiast myśleć o tamtej kobiecie…

Nic to.

Nawet taki szajs nie może zepsuć dnia wypełnionego tyloma miłymi chwilami. Połączył się z dyspozytornią. Zameldował o wypadku, poprosił o pomoc. Później czekał w milczeniu.

*

Holownik pojawił się po trzech kwadransach. Stary, żółty, odrapany rzęch, z którego wysiadł równie stary, nieco mniej żółty, ale równie podrapany opój w zielonej czapce z umiarkowanie poprawnym ortograficznie napisem „assistans”. Śmierdział piwem i czymś jakby znajomym, kwaśnym, ale Jan nie potrafił uchwycić tej woni.

Mechanik podrapał się po wielkim karku, z uwagą wysłuchał szczegółów zdarzenia. Zajrzał gdzie trzeba i raz jeszcze się podrapał. Ewidentnie w tym właśnie był dobry. W drapaniu.

Miał też irytujący zwyczaj gapienia się na ucho rozmówcy. Ucho Jana było najwyraźniej wyjątkowo ciekawe. Ciekawsze niż rozpieprzony wahacz.

Głos miał nieprzyjemny, niski, ociekający czymś metalowym, w jego brzmieniu słychać było zgrzyt grabi na betonie lub paznokci na karoserii. Ale głos to głos. Czemuś służy. Wymianie poglądów, informacji. Szybko się dogadali, co zrobią, aby sprawnie przywrócić taryfę do użytku. Zrobiliby to jeszcze szybciej, lecz przybysz łatwo tracił koncentrację i wtedy jego oczy same wędrowały do ucha Jana, przylepiały się doń na krótką chwilę i dopiero po jej upłynięciu mogli wrócić do właściwej sprawy.

Mechanik poszedł do holownika, Jan zaczął przygotowywać teren. Zajęty swoją pracą, nie obserwował nowego towarzysza.

Tamten tymczasem otworzył wielką skrzynię, jedną z tych, w których wozi się narzędzia. I rzeczywiście: równy rząd kluczy, śrubokrętów i innych użytecznych przedmiotów zalśnił krótko w mdłym świetle księżyca.

Ale pod narzędziami był ukryty schowek.

Mechanik zawahał się.

Nie powinien.

Nie teraz.

Ale to było silniejsze od niego.

Rozejrzał się czujnie. Uspokojony, podniósł szufladkę i uśmiechnął się do ledwie widocznych w mroku kształtów.

Uszy. Ludzkie uszy. Podsuszone, pomarszczone, niektóre nadpleśniałe, pogryzione przez szczury i pluskwy.

Kilka kilogramów uszu.

A za chwilę, już za chwilę… jedna para więcej.

grudzień 2012

Advertisements

6 thoughts on “„Dobre chwile są jak motyle” – opowiadanie okołobizarryczne

  1. Mi nijak bizarro podchodzi. To taki dziwny twór. Trochę na siłę robiony, ale to takie moje prywatne wrażenie po lekturze wielu tekstów sygnowanych „bizarro”. A to się czyta jak horrorek:D

    • no właśnie bizarro ma być dziwne ;-). Ja niby lubię klasyczną literaturę, ale ciekawi mnie bardzo eksperyment pod tytułem bizarro. Zobaczymy co z tego będzie 😉

      horrorek, powiadasz? Może być 😉

      • No wiem, wiem, że bizarro ma być dziwne, ale jak tak troszeczkę miałam przyjemność poczytać tekstów to… nie wiem jak to wyrazić… ooo… niewiele spotkałam tekstów na tyle wyrazistych dziwacznie i jednocześnie z jakąś fajną fabułą, aby na ten moment mnie ciągnęło ku takiemu pisaniu. (Ale, ale np. „Bizarro dla początkujących” od razu kupiłam, przeczytałam, bo byłam ciekawa). Pewnie wynika to stąd, że gatunek (?) ten dopiero się kształtuje i za jakiś czas będziemy wiedzieli jak się rozwinie, w jakich kierunkach pójdzie. Nie siedzę w temacie więc nie będą tu się rozpisywała.
        A swoją drogą, tak z innej beczki, mieliście okazję przeczytać „Sługę Bożego” Piekary?

        • chyba czytalismy… głowy nie dam, bo nie pamiętam. Ale kilka pozycji Piekary o Mordimerze zaliczyliśmy. Fajna rzecz w sumie 😉

    • intrygujące? Hmm… to nawet komplement jest, a więc dzięki ;-).

      Ja czytałem całkiem sporo tekstów bizarro – w końcu, jak by nie patrzeć, trochę w tym siedzę po stronie redakcyjnej. Zauważam już, że po okresie wolnej amerykanki zaczyna się krystalizować coś, co można określić mianem dobrej literatury bizarro. Jestem więc dobrej myśli, choć na pewno bizarro nie stanie się literaturą uniwersalną…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s