Recenzja filmowa – „Django”

Jak już zaczęliśmy nadrabiać wizyty w kinie, to poszliśmy na całego ;-). Oprócz Lincolna, którego opisaliśmy, oraz Atlasu chmur, którego nie opiszemy, widzieliśmy także Django. Co ciekawe, film Tarantino okazał się najlepszym – w naszym mniemaniu – widowiskiem kinowym od pewnego czasu. Nie twierdzimy, że za rok będziemy o nim pamiętać, ale póki co jesteśmy pod wrażeniem ;-).

Stąd… poniższa quasi-recenzja, czyli przydługie gadanie o niczym i o Django. Zapraszamy wytrwałych ;-).

django plakat

Django – Wild, Wild Tarantino

Bardzo chcielibyśmy nie lubić Quentina Tarantino. Facet ma w sobie coś takiego, że chciałoby się dać mu w mordkę (uprzednio rysując ją na ścianie, bo nie oszukujmy się: inne sposoby nie są nam dostępne) lub zastosować jakąś formę dekapitacji, choćby artystycznej. Ale, niestety: upewniamy się ciągle od nowa, że cenimy go jako reżysera. Wbrew sobie, wbrew głęboko zakorzenionemu atawizmowi, wbrew wrodzonej niechęci do rewolucjonistów, dziwaków i innych ości w mainstreamowym gardle.

Wiele moglibyśmy napisać o historii poznawania Quentina. Zacząć należałoby od kultowego Pulp Fiction, który akurat nam podpasował umiarkowanie (ale i tak na plus), przejść następnie przez kultowego Kill Billa, zahaczyć o kultowego Deathproof. Cóż: najbardziej irytującą rzeczą w Quentinie jest to, iż wszelkie wytwory jego wyobraźni niemal natychmiast zyskują status kultowych. Drań jest kinematograficznym Warholem, ale w przeciwieństwie do słynnego Czecha, Quentin ma do sprzedania coś więcej niż zupę w puszce, choć sam pewnie by się nie odżegnał od porównania z jednym z najważniejszych twórców popartu. My nie lubimy słowa „kult” i to jest w zasadzie powód wystarczający, aby Tarantino nie lubić. Ale, wróćmy do rzeczy.

Wróćmy do Django.

Django nie jest dobrym powodem, aby przestać lubić Tarantino. Jest, niestety, dobrym powodem, aby go polubić lub w owym lubieniu się upewnić.

Czym jest Django? Teoretycznie westernem, ale aby potwierdzić lub zaprzeczyć tej przynależności gatunkowej musielibyśmy się odwołać do samej istoty westernu, który wszak jest typem dość hermetycznym i szablonowym, niechętnie poddającym się modyfikacjom. Zasadniczo, western powinien być osadzony w okolicy połowy dziewiętnastego wieku (ze wskazaniem na drugą połówkę tegoż) na amerykańskim Dzikim Zachodzie (wild west = western). Westerny opowiadają historię ludzi mierzących się z kluczowymi problemami dzikiego świata (motyw dobrej i jasnej cywilizacji drążącej sobie koryto w surowym kamieniu barbarzyńskich plemion krajowców i równie barbarzyńskich band ludności napływowej, specjalizujących się w napadaniu, mordowaniu, gwałceniu, strzelaniu, piciu i jeżdżeniu na koniach) lub interferencji świata dzikiego i świata uporządkowanego (motyw ochrony naturalnego porządku, spokoju, honoru, uczciwego życia przed inwazją silnie zorganizowanej kultury materialnej cywilizowanego Wschodu). Django przenosi nas na Nie-Taki-Już-Dziki Zachód, do Tennessee czy Missisipi, w przeddzień wybuchu wojny secesyjnej. Możemy zatem uznać, że warunek jest spełniony, przynajmniej ten jeden.

django - sielska scena

Westerny są opowieściami o systemach. O systemach społecznych, rzecz jasna. Jeśli bohaterem jest szeryf, to jest to historia mówiąca o konieczności ochrony prawa i porządku, kamieni węgielnych społeczności zorganizowanych. Gdy herosem staje się poganiacz bydła, popularnie zwany cowboyem, wtedy na system patrzymy niejako z zewnątrz, ale nawet ten biedny cowboy, utytłany w błocie i woniejący krowimi plackami, jest niczym innym, jak wysuniętą forpocztą państwa prawa (a więc: systemu). Są jeszcze złodzieje i mordercy, ale ci w westernach są zawsze po niewłaściwej stronie barykady: do nich się strzela. Do nich strzelać należy. A nawet, podobnie jak Indian, nie należy ich traktować jak jednostki ludzkie. Na granicy prawa i bezprawia balansują jednostki z założenia aspołeczne, tajemniczy samotnicy, tacy jak łowcy nagród czy samorodni mściciele. Ci mają z systemem wspólnego najmniej, ale przecież nawet oni spełniają ważną rolę: oczyszczają świat pod nadejście czegoś lepszego. W Django poznamy dwóch bohaterów, którzy przynależą do tej ostatniej, szerokiej kategorii. Jeden jest łowcą nagród, drugi zaś mścicielem. I to by plasowało film Tarantino całkiem konkretnie w strefie westernów, gdyby nie jeden, drobny zgrzyt: nasz mściciel jest Murzynem, a nawet byłym niewolnikiem, uwolnionym w cokolwiek kuriozalny sposób. Tutaj pojawia się dobry moment, aby poćwiczyć pamięć: czy w westernach zdarzały się takie cuda?

Ciężka sprawa. Indianie – od biedy, owszem. Nawet Meksykanie czy inni „nieklasycznie” biali. Bywało, że twórcy opowieści dawali im do odegrania pozytywne i ważne role, acz rzadko. Western jest bowiem gatunkiem białym i niech nikogo nie zmyli mnogość kolorów skór bohaterów drugiego i trzeciego planu. To wszystko jest bowiem tłem, na którym jaśnieją gwiazdy przedstawicieli rasy kaukaskiej. Prawdę mówiąc, bywało, że i Murzyni dostawali pierwszoplanowe role (by wymienić tylko Sierżanta Rutledge’a Johna Forda). Tarantino jednak postawił wszystko na głowie. Przynajmniej teoretycznie, bowiem głównym herosem filmu uczynił tytułowego Django. Biali grają role drugoplanowe, a częściej bywają „tymi złymi”.

Django rewolwerowiec. W roli tarczy: pechowy białas.

Django rewolwerowiec. W roli tarczy: pechowy białas.

Zresztą, skoro już o rasie mowa: Tarantino spróbował odwrócić klasyczny schemat mądry Biały kontra głupkowaty Czarny, stąd na ekranie pojawia się wiele bladolicych postaci z dolnych stref piramidy. By nie powiedzieć, że z piwnicy: brudnych i brutalnych pijaków, analfabetów i ogólnie facetów bystrych inaczej. Na ich tle to Django błyszczy jak gwiazda pierwszej wielkości. Jak słońce nad pustynią!

Mamy w Django rewolwerowców, ostre strzelaniny – bardzo w Tarantinowym stylu, a więc przesycone krwią, momentami dość kiczowate, całkiem właściwy dla westernów motyw zemsty i… no właśnie: Murzyna za sterami. Django jest opowieścią antysystemową, choć obecność Łowcy Nagród zdaje się sugerować, że wszystko dzieje się pod płaszczykiem prawa i państwa, ewentualnie państwa prawa. Ale nie: Django walczy przeciwko państwu, przeciwko prawu. Jest niczym neo-Spartakus, choć jego krucjata jest przede wszystkim prywatna, pozbawiona ideologii i odsączona od ideałów. Django walczy z systemem, choć na dobrą sprawę, nie walczy z systemowością systemu, raczej z tym, co mu w bieżącej sytuacji przeszkadza. A przeszkadza mu to, że jego żona jest niewolnicą, przedmiotem w rękach kolejnych właścicieli. Dlatego Django ma gdzieś co się dzieje innym niewolnikom. Jest egoistą i egocentrykiem, postacią zatem jakże obcą amerykańskiej mitologii.

Dr. King Schultz: How do you like the bounty hunting business1? / Jak ci się podoba bycie łowcą głów?

Django: Kill white people and get paid for it? What’s not to like? / Zabijanie białych ludzi za kasę? Co mogłoby się w tym nie podobać?

Nade wszystko jednak do koncepcji westernu nie pasują w Django dialogi. Dialogi bywają na ogół najsłabszym elementem westernów, co nie przeszkadza z uwagi na fakt, iż nie są w westernach bardzo potrzebne. Wnoszą do filmu informacje: kto jest kim, czemu chce zabić kogoś innego i co do tego ma tamta długonoga tancerka kankana. Moglibyśmy dodać, że pomagają zarysować rysy psychologiczne herosów, ale na tej płaszczyźnie westerny bywają komiksowe: bohaterowie są zaznaczeni kilkoma silnymi pociągnięciami ołówka. Są bardzo konkretni, składają się z kilku dominujących cech, czasami są czarni, czasami biali, bywa że czarno-biali. To wszystko. O czym tutaj gadać? W Django natomiast to właśnie dialogi czynią film. Jak zwykle u Tarantino, są to dialogi przemyślane, niesamowicie teatralne, całkowicie – chciałoby się powiedzieć – oderwane od rzeczywistości, może nawet kreujące rzeczywistość alternatywną. Bo czy nie jest takim właśnie przypadkiem sytuacja, w której bohater, do którego mierzy kilkadziesiąt strzelb, każda z własnym zestawem nerwowych palców przebierających w okolicy cyngla, zamiast rzucić jakieś kultowe hasło w stylu „ipikajej, wy madafaki”, rozpoczyna przemowę, której nie powstydziłby się doktor filologii polskiej próbujący oczarować świeżutką i śliczną studentkę? Czyż takim przypadkiem nie jest kuriozalna scena – quasi-farsa – kiedy stary Murzyn, a zarazem niewolnik, wypytuje swojego pana, wielkiego posiadacza ziemskiego i chłopa ogólnie dość okrutnego, „co, do cholery, robi na koniu tamten Czarnuch?”. Ach, dotknęliśmy przypadkiem genialnego wątku. Genialnego i przesmacznego: to jak niewolnicy się wypowiadają o sobie nawzajem, jest nie tylko perełką, lecz pereł sznurem. Spodziewalibyśmy się tutaj braterstwa, poczucia wspólnoty – otrzymujemy pogardę, którą doskonale obrazuje ów wspomniany „czarnuch”.

Stephen: I count six shots, ni**er2. / Naliczyłem sześć strzałów, Czarnuchu.

Django: [pulls out a second revolver] I count two guns, ni**er. / [wyciąga drugi rewolwer] Naliczyłem dwie spluwy, Czarnuchu.

Kuriozalnych – ale w znaczeniu pozytywnym – scen nie brakuje. Jak choćby rajd członków Ku-Klux-Klanu, który niemalże nie dochodzi do skutku, bo… żona jednego z uczestników źle przygotowała maski i przez otwory niewiele widać, co staje się tematem dyskusji pomiędzy uczestnikami rajdu na tyle zażartej, że wszyscy niemal zapominają o wyrażonej wcześniej chęci zlinczowania paru pechowców.

Murzyn z charakterem. Można się bać

Murzyn z charakterem. Można się bać

Dość już tego gnębienia westernowości Django. Przejdźmy do tematu zbyt ważnego, aby go pominąć: do odtwórców ról. W Django przewija się plejada uznanych aktorów i kilku, którzy są już znani, ale jeszcze nie osiągnęli gwiazdorskiego statusu. Do pierwszej grupy należy z pewnością Leo di Caprio, prym w drugiej wiedzie Christoph Waltz. Pierwszoplanowa i zarazem tytułowa rola przypadła Jamiemu Foxxowi. Jedna z lepszych postaci trzeciorzędnych dostała się Samuelowi L. Jacksonowi. I na tym możemy właściwie poprzestać, choć w rolach epizodycznych pojawili się także Don Johnson (dla nas akurat nie jest to zachętą, choć paradoksalnie, Don zagrał zaskakująco ciekawie) czy… Quentin Tarantino.

Foxx gra nieźle, choć akurat w jego przypadku, scenariusz okazał się być nieco zbyt hermetyczny. Odtwarzając postać inteligentnego, wręcz błyskotliwego Murzyna w środowisku handlarzy niewolnikami i zwolenników owego niewolnictwa, Foxx stworzył charakter z jednej strony wyraźny i konkretny, z drugiej zaś banalny i wręcz nudny. Tytułowy Django jest przewidywalny. Zachowuje się jak niegrzeczny chłopiec i robi wiele krzywdy jeszcze bardziej niegrzecznym chłopcom, ale cała jego agresja i złość są idealnie skanalizowane. Jest – przepraszamy za słowo – oswojony w swojej złości. Co innego Chris Waltz i jego Dr King Schultz: ten pan jest kluczowym powodem, dla którego obejrzenie Django jest po prostu koniecznością. Gra brawurowo, idealnie dopasowując się do szalonego scenariusza i nieco absurdalnego poczucia humoru Tarantino. Waltz pokazał już co potrafi w Bękartach wojny (naszym zdaniem zgasił tam bardziej utytułowanych współaktorów), teraz dał jeszcze lepszy popis. Waltz jest odtrutką na różnych Nicolasów Cage’ów czy Christianów Bale’ów, którzy próbują zawojować świat z zestawem dwóch min i przyklejonym na stałe do twarzy grymasem oznaczającym zarazem wszystko, jak i nic. Waltz gra elastycznie, swobodnie, plastycznie. To dlatego sceny z jego udziałem są najlepszymi w filmie. I to dlatego blednie przy nim Foxx i jego tytułowy Django.

django - dr schultz

Od Nazisty do Dentysty – kariera Quentinem pisana

Czy wspomnieliśmy już, że dr Schultz jest dentystą z zawodu? No właśnie.

Bardzo dobrze zagrał Leonardo. Di Caprio od dłuższego już czasu, na ogół z niezłym skutkiem, próbuje uciec od wizerunku „pięknego chłopca” z Titanica czy Romeo i Julii. Jego Calvin Candie to postać spójna, intrygująca, a nawet sympatyczna, choć przecież od samego początku wiemy, że lubić go nie powinniśmy. Co więcej, znając Tarantino, wiemy także, iż nie powinniśmy się przywiązywać zbytnio do Calvina, albowiem scenariusze Quentina stawiają na niską przeżywalność złych typów. Co ciekawe, Calvin nie jest zły w rozumieniu absolutnym. Owszem, jako właściciel niewolników, szafujących ich życiem i zdrowiem, jako pasjonat krwawych walk mandingo i jako postać ogólnie wredna i groźna, zasługuje na przyklejenie mu metki „bad guy”, ale… jest to „bad guy” całkowicie obcy klasycznemu rozumieniu tego określenia w westernie. Ta postać została nieźle przemyślana i nieźle ukazana w scenariuszu, a Leo udanie ją ożywił.

django - di caprio

Scena, która Afroamerykanom nie przypadła do gustu. Ten młotek zostanie użyty na czaszce…

Pozostaje nam jeszcze Samuel L. Jackson – jego Stephen, stary murzyński lokaj, zaufany niewolnik Candiego, to postać ciekawsza niż sam Django, dość niejednoznaczna i frapująca. Stephen pasuje do Candiego i Schultza, razem tworzą trio wariatów, w których świecie wszystko jest możliwe i wszystko może się zdarzyć.

django - don johnson

Nash Bridges w odświętnym stroju plus tekstański akcent

W USA Django wywołał burzę. Czemu? Nie, nie z uwagi na sceny brutalne – te już nikogo nie szokują, natomiast wiele złości wywołał sposób sportretowania Murzynów. To właśnie organizacje Afroamerykanów wystąpiły przeciwko filmowy Tarantino. Nie podobało się im użycie słowa „nigger” (bardzo niepoprawnego politycznie), jak i szereg innych niepoprawności, których Quentin nie żałował. Na samym wierzchołku tej piramidy znalazła się postać Django, który zamiast zginąć, ratując swoich braci w ciemnej skórze, traktuje ich z góry, koncentrując się na prywatnych sprawach. A wszystko to – nieprzypadkiem – na kilka lat przed wybuchem wojny secesyjnej. Swoją drogą, jakaż koincydencja: na ekranach kin mamy jeszcze nudnego i szaleńczo propagandowego Lincolna (opowiadającego wszak o tym samym okresie). Tam główny bohater – odhumanizowany, plastikowy, przypominający herosa z radzieckich legend – został z lewa na prawo oceniony jako wybitnie rozegrany, wspaniale ludzki. Tarantino zaś, po kim nikt nie spodziewa się realizmu, mieszając substancje z gatunku tych, które nigdy nie powinny zostać połączone, stworzył garść postaci, które mimo swojej absurdalności przerastają Lincolna o głowę właśnie pod kątem owej „ludzkości”. Django ma w sobie więcej krwi i ducha niż papierowy Lincoln Daniela Day-Lewisa… Ale to oczywiście role nieporównywalne, tak jak i nie są porównywalne oba filmy. No, powiedzmy, że były nieporównywalne jeszcze dziesięć linijek temu, teraz bowiem już złamaliśmy to tabu.

django - scena jatki

Tak wygląda jedna z głównych rozrób w filmie zza kurtyny…

Django filmem wybitnym nie jest. To nie psychologiczny dramat, to nawet nie dramat historyczny. To szalony film akcji, mądrze pomyślany i ciekawie zrealizowany, oparty na szeregu sprawdzonych przez Tarantino schematów, ale zarazem całkowicie obcy wielu najbardziej typowym schematom filmowym. Ukontentowani powinni być wielbiciele Sergio Leone, bowiem odwołania do jego spaghetti westernów są czytelne (genialne kadry, muzyka, sposób rozgrywania wielu scen). Cała reszta widzów byłaby zapewne szczęśliwsza, gdyby film skrócić o jakieś pół godziny, bowiem od pewnego momentu robi się on jakby nudniejszy niż wynikałoby to z potężnego ładunku emocji wystrzelonego w pierwszej półgodzinie. Uwzględniając jednak wszystko, łatwiej znaleźć argumenty „pro” Django niż „con”. Ten film ogląda się naprawdę przyjemnie i łatwo ulec jego dziwnej magii.

To nie złodziej rewolwerów. To Quentin ;-)

To nie złodziej rewolwerów. To Quentin 😉

1Cytaty za IMDB. Tłumaczenie własne.

2Gwiazdki zachowaliśmy z oryginalnego cytatu na IMDB. Gwoli ciekawości. Gwoli politycznej poprawności. Ale polska wersja bez gwiazdek, bo to Polska ;-). Oczywiście naszym celem nie jest urażenie kogokolwiek, jednak ze wstydem przyznajemy, że zwyczajnie nie wiemy jakie określenia są teraz modne, a które są typowo passe.

Advertisements

34 thoughts on “Recenzja filmowa – „Django”

  1. Western wbrew pozorom nie jest gatunkiem, którym rządzą ściśle określone reguły, były przecież westerny, które rozgrywały się w Bieszczadach („Wilcze echa”), w Australii („Propozycja”), w Mandżurii („Dobry, zły i zakręcony”). Ale oczywiście jak ktoś chce może je nazywać easternami. Murzyni w westernach zaczęli się pojawiać jako główni bohaterowie dopiero w czasach przemian obyczajowych pod koniec lat 60-tych – wtedy to Jim Brown zagrał w filmach „100 karabinów” i „El Condor”, Murzyn stał się nawet głównym bohaterem słynnej parodii westernu „Płonące siodła” (1974) Mela Brooksa. No i wspomniany przez Was sierżant Rutledge czyli Woody Strode też ma na koncie ważne role w westernach, zarówno amerykańskich (np. „Zawodowcy” z 1966) jak i włoskich (np. „Keoma” z 1976).

    A co do „Django” Tarantino to jest to naprawdę świetne kino, które dostarcza mnóstwo rozrywki. Scenariusz, obsada, zdjęcia, muzyka i pomysły reżysera – reprezentują wysoki poziom.

    • western, mimo wszystko, uchodzi za gatunek bardzo zamknięty. Oczywiście – dzięki Bogu! – jego hermetyczność nie polega na klonowaniu kolejnych filmów, ale jednak, schematy i kluczowe rozwiązania się przewijają przez niemal wszystkie westerny.

      Dzięki za podrzucenie kilku tytułów filmów z Murzynami. Z pewnością jest ich jeszcze kilka, ale i tutaj fakt pozostaje faktem, że Murzyni w westernach nie miewali łatwo. W tym ujęciu western jest gatunkiem białym. Nawet współczesne westerny mają tutaj „związane ręce”, zwłaszcza jeśli ich akcja dzieje się w XIX wieku.

      Niezależnie od wszystkiego, Django pozostaje kinem niemal rewolucyjnym. Ciekawe czy pojawią się naśladowcy, choćby sensu largo, odkrywający western na nowo, w taki lub inny, ale równie rewolucyjny sposób?

      • Ja bym chciał, żeby raz jeszcze Clint Eastwood powrócił do westernowych klimatów. Jego ostatnie filmy nie mają dobrej prasy, więc powinien wrócić do gatunku, w którym czuł się najlepiej czyli do westernu. „Django” z pewnością się wyróżnia spośród tego, co można obecnie oglądać w kinach, znacznie bardziej mi się podobał niż chociażby „True Grit” Coenów.
        A co do filmów z Murzynami to przypomniał mi się jeszcze taki film „Łowcy skalpów”, w którym biały Burt Lancaster i czarny Ossie Davis toczą walkę na pięści i w pewnym momencie są tak ubrudzeni błotem, że obaj wyglądają na Murzynów 🙂

        • A to ciekawe. Ostatnio nawet z logosem pod jego recenzja Lincolna doszliśmy do postaci Clinta jako tego, który Lincolna mógłby opowiedzieć ciekawiej. Wygląda na to, że Clint może zbawić kinematografię sensu largo. Co mi nawet odpowiada 🙂

  2. Waltz jest GENIALNY w tym filmie! Bujający się ząb zrobił u mnie w rodzinie furorę :). Sam film szalenie mi się podobał! Totalnie w stylu Tarantino ;3, którego także bardzo lubię. Po obejrzeniu Django z radością wróciłam do Bękartów, żeby jeszcze raz obejrzeć kreację Waltza (swoją drogą tu Łowca Głów – tam Łowca Żydów).
    Teraz wszyscy się wszystkim oburzają i wszystko musi być politycznie poprawne, nie dajmy się zwariować. Ostatnio afera wybuchła gdy Bożena Dykiel w Dzień Dobry TVN powiedziała, że TVN „pożydził na kalendarz”. Wzburzenie i szok było ogromne, aż dziw, że się niusa nie dorobiła tym w Faktach. Moja wypowiedź też ostatnio stała się obiektem oburzenia, gdyż pisząc gdzieś na forum o swym blogu, odważyłam się powiedzieć, że jest to blog pisany przez babę. Jak można tak brzydko mówić o kobietach? – rzekła pseudointeligencka femistka i zaczęła siać gównoburze w tymże temacie używając przy tym bardzo trudnych słów i starając mi się udowodnić, że jestem prostaczką i nie powinnam sama siebie tam nazywać. Także jeśli jeden nigga ma ochotę mówić o sobie nigga… Co nas to obchodzi?

    • cóż, polityczna poprawność rządzi. I jak to zwykle w takich przypadkach bywa, dziecko zostało wylane z kąpielą. Ja uważam, że oglądając film, którego akcja jest osadzona w przeszłości, jesteśmy zmuszeni do zaakceptowania właściwej dla danej przeszłości nomenklatury. W innym przypadku dojdziemy do czegoś takiego, że w nowej wersji „Potopu” obrona Częstochowy zostanie ukazana jako rodzaj sportu ekstremalnego bez podtekstu religijnego, a Jan Kazimierz będzie podawał rękę chłopom… o ile oczywiście instytucja „chłopa” zostanie zachowana wbrew poprawności politycznej. Cóż, tak czy siak: bedzie zabawnie 😉

      w słowie „baba” nie ma nic złego. Mówi się nawet, że gdzie diabeł nie może, tam babę pośle i jest to bardzo życiowe powiedzenie ;-D. Ale czasami się trafia na ludzi bardziej papieskich niż papież, bardziej cesarskich niż cesarz. Zwłaszcza w necie jest to kłopotliwe, bowiem stykamy się tutaj z ludźmi anonimowymi i nigdy nie wiadomo, czy nie rozmawia się z dwunastolatką, która akurat w ten sposób odbija sobie szlaban na czekoladę.

      Jeszcze, a propos „Nigga” – uważam, że jest to czaderskie określenie. W tym filmie ono naprawdę daje czadu! Bez tego słówka byłoby… po prostu zbyt grzecznie.

  3. Cieszy mnie wasza recenzja, bo kamień spadł mi z serca  Już myślałam, że coś ze mną nie tak, bo gdy zachwycałam się „Django” to zdegustowani znajomi się burzyli, że przecież „tyłka nie urywa”. Przy czym nikt mi nie podał konkretnych zarzutów 🙂

    Od siebie dodam, że bardzo duże wrażenie robi wywrócenie schematu westernu. Przy czym to nie jest jakaś straszna demolka, ale często zmiana jednego elementu (przykładem chociażby wspomniany przez was czarny w roli mściciela).. Gdyby schemat był tak pozmieniany, że byłby mało czytelny, miałabym zdecydowanie mniej zabawy. A tak to, przy wielu kadrach miałam mocne wrażenie deja vu, bo czasem albo to był motyw żywcem wyjęty z jakiegoś konkretnego westernu (i się wkurzałam w kinie, że nie mogę sobie przypomnieć tytułu parodiowanego, bo pamięć nie ta 😀 ). Dodatkowym smaczkiem jest parodia oklepanych westernowskich motywów, gdzie zmiana jednego elementu wnosi podmuch świeżości (mam na myśli np. trening z bałwanem).

    A odnośnie niewybrednych określeń, zauroczył mnie lejtmotyw „nigdy nie widziałem murzyna na koniu” (nie wiem jak to dokładnie brzmiało w oryginale). Mówię lejtmotyw, bo zdanie to pada prawie na samym początku, potem drugi raz parafrazuje je sam Django (Schultz: „Czemu oni się tak gapią?” Django; „Nigdy nie widzieli murzyna na koniu”), a potem w bardzo podobnych sytuacjach zdanie to już nie pada, ale za to miny statystów dokładnie to wyrażają, nic nie jest powiedziane głośno, ale sobie widz samemu dopowiada. Przynajmniej ja sobie dopowiadałam 😀

    Ale się rozpisałam… :O

    • hehe, fajnie że przypomniałaś strzelanie do bałwana. Nam to właściwie nieco umknęło, ale rzeczywiście: to niezłe pogranie konwencją ;-).

      Murzyn na koniu to kolejny z niezłych pomysłów Tarantino, a smaczku dodaje oczywiście powtarzanie tej frazy w odpowiedni sposób. Bo tak uczciwie mówiąc: widz by przecież nie wiedział, że to niezwykłe, ale dzięki tekstom i minom wie.

      Django to niezła zabawa. My akurat w ten sposób podeszliśmy do filmu, nie szukaliśmy w nim wartości dodanej, ukrytej mądrości itd. W takim ujęciu się naprawę sprawdza.

      Rozpisywanie się mile widziane… wszak nasze teksty też do krótkich nie należą. Aż się dziwimy, że komukolwiek chce się to czytać, skoro internetowy standard zakłada, że tekst powinien liczyć do dwóch tysięcy znaków 😉

      • Ano, prawda, wręcz trudno w tym filmie szukać głębi moralnej. Z resztą po co brać parodię na poważnie. Ale, niestety, z takim podejściem się spotkałam. No i wtedy zaczyna się marudzenie, na brak realizmu historycznego, na epatowanie przemocą, na negatywny obraz Amerykanów itd. Dla mnie to trochę przerażające, że dla niektórych ludzi filmem wartościowym jest tylko film poważny. A przecież stworzenie dobrego filmu rozrywkowego też zasługuje na uznanie.
        Eh, ja wiem, że to wszystko kwestia gustu, ale mimo wszystko mnie to smuci to narzekaństwo na wszystko co pod indywidualny gust nie podpadnie, tak jakby nie było pojęcia „bycia dobrym w swojej kategorii”. Smucą mnie trochę niepochlebne opinie o tym filmie to się wyżaliłam.
        A tak poza tym, 2000 znaków? Toż to niektórym nawet wstęp się nie zmieści 😀

        • jasna sprawa: jest kino służące rozrywce, jest kino służące kiszeniu mózgu ;-). Ale moim zdaniem nawet – a może zwłaszcza – kino służące rozrywce powinno być zrealizowane z polotem, inteligentnie i nie obrażając widza. Tarantino ten warunek spełnił, więc nie rozumiem czemu się go czepiać? Że zrealizował kino gatunkowe, w obrębie tego gatunku niemal bezbłędne? Toż w filmach tzw. ambitnych co i rusz człowiek napotyka na skróty myślowe, nieścisłości itd, które czasami odbierają całą przyjemność z seansu – w tym ujęciu Django jest lepszy od niejednego ambitnego dzieła. Ale oczywiście, są to sprawy nieporównywalne.

          My, nieopatrznie, wielkie nadzieje wiązaliśmy z Lincolnem, który nas zawiódł. Waltz zagrał – naszym zdaniem – lepiej niż Day Lewis, a jego postać okazała się spójniejsza, żywsza, bardziej krwista. Tak więc, Django wyszedłby cało z wielu porównań.

          Ale oczywiście nie porównujemy ;-). No i nie przejmujemy się malkontentami. Bo jest czas na narzekanie, jest i na chwalenie ;-D

    • prawdę mówiąc nie byłaby to pozytywna recenzja. Nie byłaby też co prawda negatywna… i w tym rzecz. O Atlasie chmur nie da się powiedzieć wielu konkretnych rzeczy, bo jest to szalenie niekonkretny film. Pięknie zrealizowany, bardzo efektowny wizualnie, ale zarazem pusty jak wydmuszka. Przerost formy nad treścią w takiej skali wybaczyłbym filmowi sensacyjnemu czy pornolowi (hehe), ale z założenia Atlas nie jest ani sensacją, ani pornolem, lecz filmem z podtekstem, dziełem głębszym i inteligentniejszym. Podkreślam: z założenia, bowiem praktyka poszła w inną stronę.

      Aczkolwiek, przyznajemy, oglądało się przyjemnie, seansu nie żałujemy.

  4. Jeszcze nie widziałam, ale słyszałam od znajomych że dobre. Utwierdziliście mnie, że powinnam jednak zobaczyć. Sprawdzę to 🙂 Atlas Chmur mieliśmy oglądać w kinie, nawet była rezerwacja ale że miałam egzamin to odpuściliśmy.

    • Atlasu nie żałuj – przyjemny w odbiorze film, ale jakby bez kręgosłupa. Natomiast Django nadrób koniecznie 😉

  5. To fakt, „Django” nie jest filmem wybitnym (nie każdy film taki być musi – bo gdyby tak było, to nie byłoby filmów wybitnych ; ) ) ale jest filmem, który bardzo fajnie się ogląda. Po raz pierwszy tak bezproblemowo odebrałem jego „dzieło” (wśród których mimo wszystko najbardziej podobał mi się „Reservoir Dogs”). „Django” jednak to nie tylko dialogi, ale także obraz (bez tego niemożliwa byłaby taka zabawa konwencją, jaką stosuje QT).
    Walzt jest niezły (trochę nie rozumiem tego stadnego trochę zachwytu nad jego rolą w „Django”), ale znacznie lepszy jest moim zdaniem DiCaprio (Foxx, prawdę mówiąc, jest tu taki sobie).

    Ciekawie napiałeś o filmie Tarantiono, ale nie mogę się zgodzić z tym, że „Atlas chmur” jest wydmuszką. Uważam, że takie określenie jest dla tego filmu bardzo krzywdzące, może nawet obraźliwe. Ma on swoje słabsze strony, ale jako całość jest jednak filmem wyjątkowym – i to w tym dobrym znaczeniu tego słowa.

    • Co do Waltza: mnie jego gra również zachwyciła, choć pewnie jest to nieco zbyt silne słowo. Ale zagrał dobrze i trafił w konwencję. Przerysował swoją postać, co u Tarantino akurat jest dobre, ale czy pasowałoby mi u innego reżysera, w filmie innej konwencji? Tego nie wiem. Tym niemniej, tu i teraz, Waltz odwalił niezłą robotę.

      DiCaprio faktycznie jest jasną stroną filmu, zresztą – jak napisaliśmy – on konsekwentnie udowadnia, że naprawdę potrafi grać i to w sensie bardziej teatralnym niż popularno telewizyjnym. Chwała mu za to, ja zawsze jestem gotów go docenić.

      Atlas chmur – opinia być może krzywdząca, ale zarazem oddaje – naszym zdaniem i być może tylko naszym zdaniem – istotę tego dzieła. Wydmuszka to coś, co na zewnątrz jest bardzo efektowne, ale w środku puste. Tak właśnie widzimy Atlas: piękny, wysublimowany i wysmakowany wizualnie, nawet obdarzony pewnym rytmem i wkręcający się w głowę, ale zarazem… puściutki w środku. Bo o czym ten film jest? Ani nie ma w nim fabuły godnej filmu akcji, ani nie ma treści godnej filmu ambitniejszego. Jest takie trochę udawanie, że opowieść ma wiele ukrytych denek. Raz jeszcze: nie potrafię przyporządkować tego filmu (tak jak Lincolna) do konkretnego kanału. Doceniam to co mi się podobało – w czambuł nie potępiam – ale zarazem zauważam wielki niedosyt i rozczarowanie.

  6. Napisałem kilka słów w obronie „Atlasu chmur”, bo myślę, że ten film wart jest tego. Może w moim pozytywnym nastawieniu do tego filmu jest trochę przekory względem tego, że ten film tak niektórzy (moim zdaniem trochę stadnie i bezmyślnie) zjechali (tygodnik „Time” uznał go za najgorszy film roku – cóż, wygląda mi to na bezczelność, może nawet absurd, bo filmów gorszych od „Atlasu” było na tony 😉 ).
    Nie możemy się przecież sprzeczać o nasze odczucia, bo jeśli chodzi o nie to każdy z nas ma rację. Mnie ten filmogladało się bardzo dobrze, poczułem się w takim lekkim obłoku magii – i ta jego (domniemana) pustota, wcale mi nie przeszkadzała. Nie zawsze tak jest, że sama forma decyduje o moim nastawieniu do filmu, ale tym razem tak było (bo treść rzeczywiście jest trochę niepoważna i banalna – choć mnie akurat ujęła… jak to w bajce bywa 😉 ).

    • Atlas chmur z pewnością nie jest najgorszym filmem roku, ani nawet kwartału. To nie ten rejestr. On nie jest zły. Tak jak nie jest zły Lincoln. W pewnym sensie oba filmy mniej przypadły mi do gustu nie dlatego, że kiepsko je wykonano, ale że nie spełniły pokładanych w nich oczekiwań. Oba filmy obiecują bardzo wiele i tego nie spełniają. Gdyby którykolwiek z nich był dziełem początkującego reżysera, albo gdyby się pojawił bez potężnej kampanii medialnej, wtedy oceniłbym je inaczej.

      Nie czytałem negatywnych opinii o Atlasie przed jego obejrzeniem, a nawet przeciwnie: wszelkie opinie do których dotarłem były bardzo pozytywne, więc w moich oczach moja własna krytyka Atlasu nie jest stadna. Jest kontr-stadna ;-).

      Przyznaję, że ostatnio mam mniejszą cierpliwość do filmów. Coraz mocniej dokucza mi poczucie, że wszystko już było. Oczekuję zatem, że twórca filmu uzasadni mój czas poświęcony na seans. A sama przyjemność oglądania ładnych widoczków to trochę za mało. Bo widoczki już były. W pewnym sensie technologia kinematograficzna powinna wymusić na twórcach coś więcej niż ograniczenie się do wizualnego banału – bo dzisiaj komputery umożliwiają takie cuda, że kilka sztuczek w tę czy we wtę nie robi różnicy…

      • Nie podejrzewam Cię o „stadność” 😉
        To jest zresztą niezbyt eleganckie słowo, niemniej jednak coś takiego jak wzajemna sugestia istnieje i moim zdaniem odgrywa dużą rolę w recepcji np. kina czy literatury.
        Wszystko już było, ale jednocześnie wszystko przed nami. Nie należy się zniechęcać (w literaturze też już wszystko było, podobnie w malarstwie… ) bo jednak ilość kombinacji filmowych i literackich jest nieskończona – więc zwsze mnożna coś obejrzeć (przeczytać) w nowej konfiguracji, która może nas zainteresować, być może zachwycić. (Ja przekonanie o tym, że kino czy literatura – teatr, opera, balet, sztuki plastyczne… you name it – się skończyły, mam za sobą. Skończyć to się możemy my sami 😉 )

        • to paradoks: wszystko już było, ale zarazem ciągle odkrywamy nowe wariancje owego „wszystkiego” i ciągle mamy wrażenie świeżości. Materia jest zbudowana z określonej ilości rodzajów atomów, ale przecież nie dotarliśmy jeszcze do końca puli wyrobów gotowych w tym wszechświecie. W kulturze jest podobnie: atomy znamy, wiązania również, ale formuły co i rusz udaje się konstruować nowe ;-). Tym niemniej, czasami poczucie „że było”, jest silniejsze niż innym razem. Wszystko chyba sprowadza się do subiektywnej oceny, której później przypisujemy obiektywne parametry. Być może za jakiś czas wrócę do Atlasu chmur i może wtedy dostrzegę w nim to, co umknęło mi teraz. Zresztą, oglądam teraz filmy, które mnie zachwycają, ale mam świadomość, że dziesięć lat temu nie dotrwałbym do końca ich seansu. Zmieniamy się, to też warto uwzględnić ;-).

  7. No i zachęciliście mnie do obejrzenia tego filmu!:) A Tarantino jakby nie patrzeć to ciekawa postać jako reżyser. Dla mnie ma niebanalny smak muzyczny…no, ale to moje zdanie, które dorzucam do tego, co tu o nim napisaliście.
    Co do Waltza… w „Bękartach…” był MEGA mega MEGA wymiatający! Nie mogłam oderwać oczu od tego, w jaki sposób gra. Jeśli piszecie, że tu jest świetny – to koniecznie muszę to zobaczyć.
    PozdrawiaM i piszcie więcej i więcej o filmach!:)

    • Pisalibysmy wiecej gdybyśmy więcej oglądali, ale ciężko z czasem. A i kasy nieco szkoda…

      Masz rację, że Tarantino zna się na muzyce. Akurat Django nie powala w tym temacie, jak np. Kill Bill, ale jest ok 🙂

  8. Django uwielbiam jak każdy film Tarantino 😉
    Jest mistrzem, co udowadnia nam począwszy od Wściekłych Psów. I wciąż nie wypada z formy.
    Też czekacie z niecierpliwością na planowany Hateful Eight? Kolejny western, ciekawe jak wyjdzie tym razem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s