Recenzja filmowa – „Lincoln”

Powiedzieć, że utraciliśmy synchronizację z globalnym frontem kinematograficznym, to powiedzieć zbyt mało. Faktem jest, że od dawna już szerokim łukiem omijamy kina, a jak już któreś odwiedzamy, to najczęściej z tych z mniejszych, starszych, ukrytych wstydliwie przed wzrokiem świata i wyświetlających filmy, których premiery zostały już dawno temu zapomniane. Brak czasu powoduje też, że kontakt z dziesiątą muzą utrzymujemy przede wszystkim przez płyty dvd – Bogom niechaj będą dzięki za wypożyczalnie! W tym roku postanowiliśmy jednak trochę zaległości nadrobić. I przez chwilę znowu być na bieżąco.

Lub prawie na bieżąco ;-).

Efektem tego postanowienia było kilka seansów, z których zapewne się spowiemy na łamach bloga. Dzisiaj zapraszamy Was do lektury recenzji Lincolna Stevena Spielberga, dzieła, po którym obiecywaliśmy sobie naprawdę dużo, a które nieco nas rozczarowało. Nie żeby Spielberg zapomniał jak się kręci filmy – jego warsztatowi nic zarzucić nie można, ale… Zresztą, po co uprzedzać fakty? Poniżej zapoznacie z naszą pełną, jak zwykle nadmiernie rozległą opinią ;-).

Miłej lektury!

lincoln

Lincoln kontra Lincoln

Abraham Lincoln to jeden z kilku prezydentów Stanów Zjednoczonych, których zna nie tylko każdy Polak, ale nawet każdy Amerykanin1. Do grupy tak docenionych polityków dorzucić możemy jeszcze Jackie Kennedy (lub, w ostateczności, jej męża, tylko po co?) i F.D. Roosevelta (wygrał wojnę światową, co prawda nie w pojedynkę, lecz jednak!). Ewentualnie jeszcze Reagana i Waszyngtona. Wbrew pozorom, Lincoln wcale nie jest najbardziej nietuzinkową postacią w tak elitarnym gronie2, a nawet powiedzieć możemy, że potencjalnie drugorzędną. Czego dokonał? Utrzymał jedność Stanów Zjednoczonych – zwyciężył Skonfederowane Stany w wojnie, która pochłonęła ponad sześćset tysięcy ofiar śmiertelnych (plus plagę kalectw fizycznych i psychicznych), zdewastowała kraj i… otworzyła Ameryce drogę do światowej mocarstwowości. Jednak samo zwycięstwo w wojnie secesyjnej to mało, aby Lincolna hołubić. Może lepszym powodem jest jego drugie osiągnięcie, a mianowicie zniesienie niewolnictwa.

 

Lincoln Stevena Spielberga to film historyczny, którego treścią jest ostatni etap walki Abe’a o wprowadzenie słynnej, abolicyjnej trzynastej poprawki. O ile podręczniki historii są w tym temacie dość precyzyjne i zarazem lakoniczne, informując, iż poprawka została uchwalona 31 stycznia 1865 roku – w domyśle: jako rzecz oczywista, potrzebna i wyczekiwana, a sam proces ratyfikacji był wręcz fizjologicznie banalny i grawitacyjnie sprawny – to prawda jest znacznie bardziej skomplikowana. Przepchnięcie poprawki wymagało bardzo wyrafinowanych manewrów politycznych, a sukces był niepewny do samego końca procedury legislacyjnej. A skoro tak, to mamy wprost wymarzony motyw filmowy, w sam raz dla Hollywood, doświadczonego w budowaniu z pojedynczych wydarzeń wielopiętrowych, wielopoziomowych opowieści. Tym razem zaproponowano nam tylko jeden poziom, ocierający się – niestety – o banał. Spielberg do swojej pracy podszedł z mocnym postanowieniem wyniesienia Lincolna na ołtarze i zrobił wszystko, aby stało się to możliwe. Zarazem pominął wszelkie rzeczy, które mogły mu przeszkodzić w tym szczytnym dziele. Ale po kolei.

 lincoln 3

Zacznijmy od tego, co się nam w Lincolnie podobało. Najmocniejszą stroną filmu są kreacje aktorskie, acz – wbrew powszechnym opiniom – nam do gustu nie przypadł Daniel Day-Lewis, a przynajmniej nie padliśmy przed nim na kolana jak większość cywilizowanego świata, z Akademią na czele. Skoro mamy chwalić, to do niego odniesiemy się w drugiej części programu, tymczasem oddajmy cesarzowi co cesarskie. A właściwie cesarzom, bowiem większość obsady zagrała naprawdę niezłe role i trudno byłoby nam wskazać najjaśniejszą z gwiazd tej wyrównanej i zgranej konstelacji. Co, oczywiście, nie oznacza, że nie spróbujemy. Na pierwszym miejscu umieścilibyśmy Tommy’ego „Ściganego” Lee Jonesa, który wcielił się w postać charakterystyczną, ale i fascynującą, zyskującą sympatię odbiorcy, a przy tym skomplikowaną, niejednoznaczną. Każdorazowe jego pojawienie się na ekranie wnosi do filmu wiele energii, co jest paradoksem o tyle, że alter ego Jonesa, Kongresman Thaddeus Stevens3, był kaleką i Tommy, z konieczności, kuśtyka o lasce, stawiając kroki, jakby bał się przewrócić (poniekąd, konkuruje na tym polu z Lincolnem). Sally Field udzieliła swojego ciała i głosu żonie Lincolna, a uczyniła to na tyle dobrze, że choć jej postać jest irytująca, to zarazem prawdziwie dramatyczna. Ewidentnie przyciąga uwagę i zapada w pamięć. O pół kroku za tą dwójką plasuje się liczna i w miarę homogeniczna (pod względem warsztatu i efektu gry) grupa aktorów. Wymieńmy kilku: David Strathain jako Sekretarz Stanu William Seward, Hal Holbrook – Preston Blair czy Jared Harris – Ulisses Grant, co prawda żołnierz, nie polityk, ale mniejsza o detale.

Nasz ulubieniec.

Nasz ulubieniec.

To całkiem niezłe osiągnięcie: w jednym filmie zmieścić tak wiele interesująco naszkicowanych postaci, z których praktycznie każda jest historycznie wartościowa, choć niekoniecznie grająca na pierwszej linii ataku. Może nawet właśnie ten fakt nakazuje dodatkowo docenić Lincolna. W każdym razie my mamy słabość do filmów, których twórcy potrafili zaufać drugoplanowcom i dali im do zdziałania coś więcej, niźli trzymanie przysłowiowej chmurki na scenie.

A skoro już o politykach mowa, koniecznie należy wspomnieć, że najciekawszą, najbardziej fascynującą częścią filmu są właśnie zmagania w Kongresie. My wyczekiwaliśmy jak zbawienia tych „momentów”, pełnych pasji i polotu, niemalże genialnych i to mimo zbędnych dawek patosu. Emocjonalne, ale i finezyjne oracyjnie starcia Republikanów i Demokratów to prawdziwa perełka Lincolna i jeden z ważniejszych powodów, dla których film obejrzeć warto. Uwzględniając, jak doskonale Spielberg poradził sobie z udźwignięciem wątku politycznego na poziomie Kongresu i jak interesująco rozegrał tę batalię, tym bardziej zaskakuje, że dał ciała w temacie postaci tytułowej, a zarazem głównego motywu.

Pod względem jakości kadrów, Lincoln trzyma klasę.

Pod względem jakości kadrów, Lincoln trzyma klasę.

Pytanie brzmi: kogo winić? Lewisa czy Spielberga? Trudna sprawa, ale na szczęście nie musimy udzielać odpowiedzi. Zobaczmy natomiast, czemu w ogóle możemy mieć wrażenie, iż najbardziej doceniony aktor (lub reżyser, jeśli obstawiamy opcję numer dwa) w obsadzie mógł jednak nawalić. O ile nawalił, rzecz jasna. De gustibus…

Profil wspaniały, makijaż doskonały. Rola umiarkowana.

Profil wspaniały, makijaż doskonały. Rola umiarkowana.

Daniel Day-Lewis stworzył, podobno, kreację swojego życia. Wykluczyć tego nie można – choćby dlatego, że Daniel grywa bardzo, bardzo rzadko. W tym tysiącleciu „zaliczył” dopiero piąty występ, co nie przeszkodziło mu zgarnąć trzech nominacji oskarowych, w tym jednej, która zamieniła się w złoto – pomijamy tutaj dorobek przed rokiem 2000. Dorzućmy jeszcze dwa Złote Globy, zestaw BAFT i całą półkę innych nagród oraz nominacji – to naprawdę wybitny wynik, zwłaszcza w przeliczeniu statuetek i nominacji na zagrane role (w dalszym ciągu pomijamy historię ante 2000). Założyć się możemy, że gdyby istniały odpowiednie statystyki, to Daniel figurowałby w nich zaskakująco wysoko. No właśnie: zaskakująco. Czemu? Może z racji umiarkowanego parcia na ekran Daniel Day-Lewis nie jest aktorem bardzo popularnym. Niestety, statystyka ma swoje prawa: im częściej widać czyjąś mordkę, tym bardziej się do owej mordki przyzwyczajamy, a nawet, podświadomie, zaczynamy ją cenić. No chyba że jest to Nicholas Cage lub Christian Bale… Ale, ad rem. Za wyborem Daniela na odtwórcę roli mógł stać fakt, że facet ewidentnie jest lubiany przez krytyków i recenzentów, a to przecież żadnemu filmowi nie szkodzi, zwłaszcza w wyścigu po złote statuetki. Z drugiej strony, Daniel rzeczywiście upodobnił się do Lincolna niemal doskonale, zupełnie jakby słynny prezydent gdzieś w nim był. I to nie aż tak głęboko, raczej tuż pod skórą!

Daniel Day-Lewis stworzył postać konkretną, mocno zarysowaną, nieszablonową i niepapierową. Czy jednak jest to postać wykreowana prawidłowo? My odnieśliśmy wrażenie, że Lincoln Lewisa jest przerysowany, charakterologicznie ekstrapolowany aż do poziomu komiksu (z jednej strony bardzo rozwinięty w głąb, z drugiej zaś przesadnie spłaszczony, sprowadzony do gargantuicznie przesadzonej farsy). Taki Lincoln to nadczłowiek opętany rodzajem megalomanii, niekoniecznie szkodliwej, ale raczej zabawnej. Każdy gest Lincolna-Lewisa jest tak wyraźny, tak ułożony, że aż umyka prawidłom dzieła filmowego. Powiedzieć możemy, że Lewis tworzy Lincolna w odcinkach, z których każdy jest pozą do idealnego zdjęcia. Próba połączenia tych zdjęć w obraz ruchomy przynosi kuriozalne efekty. Widać spawy, nie widać tzw. big picture. Lincoln jako dobrotliwy dziadek sypiący na każdą okazję przypowieściami (z których większość nie ma większego sensu, ale z mocy scenariusza, każda taka bajka pacyfikuje rozmówców Lincolna, podczas kiedy patetyczna muzyka w tle informuje nas, że właśnie powiedziano coś Mądrego i Ponadczasowego), Lincoln poruszający się jak paralityk, Lincoln teatralny, Lincoln przepełniony patosem do granic wytrzymałości naczynia filmowego, Lincoln tak biały, tak kryształowy, że Matka Teresa mogłaby mu co najwyżej umyć stopy (ale tylko w czasach zanim sama pogrążyła się w rozpuście). Słowem: Lincoln, którego nie było. Którego być nie mogło. Po co komu taki Lincoln?

Takich scen w filmie brak. Spielberg starannie podkreślił, że Lincoln nie jest Szeregowcem Ryanem cofniętym w czasie...

Takich scen w filmie brak. Spielberg starannie podkreślił, że Lincoln nie jest Szeregowcem Ryanem cofniętym w czasie…

Odpowiedź jest prosta: potrzebny jest Amerykanom. Jako odtrutka na codzienność, na kryzys, na niekończące się i nieskuteczne wojny. Amerykanie generalnie lubią filtrować historię – właściwie to wszystkie narody mają taką skłonność, ale Amerykanie ukazują to w filmach, które obiegają cały świat, stąd pewnie łatwiej nam podobne zjawisko kojarzyć właśnie z nimi. Spielberg nie stworzył portretu wybitnego, zadowolił się plakatem propagandowym. Nie stworzył dzieła, wyprodukował natomiast niezły film, świetnie się oglądający, a nawet wciągający, choć summa summarum zbyt banalny i miałki, aby cokolwiek wniósł do dyskursu. Ba! Rzec możemy, iż w ogóle nie podejmujący dyskusji, raczej ją zamykający w tonie hagiograficznej laurki.

Spielberg zapomniał o wielu rzeczach. Darujmy mu, iż nie wspomniał o syfilisie, na który (podobno) cierpiał Lincoln. Gorzej, że przedstawił nam Lincolna jako człowieka absolutnie wiernego ideałom, które w owym czasie rozpatrywane były raczej z punktu widzenia efektywności politycznej i gospodarczej. Bo Lincoln popierał całą duszą zniesienie niewolnictwa, to fakt, choć nie od zawsze, i nie zawsze konsekwentnie, ale był to element jego polityki. Była to cegiełka, za pomocą której chciał stworzyć większy postument dla siebie i własnej partii. Za co, notabene, winić go nie można. Ceńmy Lincolna, bo postawił na dobrego konia. Wyczuł wiatr dziejów i przyczynił się do pchnięcia ludzkości we właściwą stronę. Lecz zarazem nie mylmy przyczyn ze skutkami, a kalkulacji z ideami.

W ostatecznym rozrachunku, Lincoln to film, który warto obejrzeć, ale chyba tylko raz. Doskonały, aby wczuć się w klimat połowy dziewiętnastego wieku, aby przybliżyć sobie ówczesne idee polityczne i kształt sceny politycznej (co szybko możemy odnieść do teraźniejszości, nie tylko amerykańskiej). Odrealnienie tytułowej postaci zamknęło jednak drogę do stworzenia portretu prawdziwie historycznego, uwolnionego od bieżącego zapotrzebowania i trendów społecznych. Wiemy, że można stworzyć wciągającą opowieść filmową na bazie historii, ale zarazem bez pełnej zgodności z ową historią i jednocześnie uniknąć takiego propagandowego zacięcia (weźmy chociażby Braveheart lub, pozostając przy Spielbergu, rewelacyjnego Szeregowca Ryana). Wiemy także, że Spielberg potrafi robić dobre filmy, wstrząsające do głębi duszy i zarazem doskonałe technicznie (przy okazji: w Lincolnie za kamerą stał nasz rodak, Kamiński, raz jeszcze wykonując dobrą, choć nie powalającą robotę). Czemu tym razem spoczął na laurach? Czemu zrobił krok w tył, cofając się za linię wyznaczoną przez Szeregowca Ryana, Listę Schindlera czy – w tym kontekście ten przykład pasuje najlepiej – Amistad. Złośliwie powiedzieć można, że w USA też istnieje instytucja kinowych wycieczek szkolnych, więc może Steven pozazdrościł na przykład polskim reżyserom, którzy już dawno odkryli świętego Graala kinematografii: nie liczy się wykonanie filmu, liczy się temat i jego powiązanie z lekturami szkolnymi?

1Bo przecież każdy Polak wie, że każdy Amerykanin nie wie nic. I na tym, na wypadek wszelki, poprzestańmy, bo się jeszcze czegoś doigramy.

2Choć akurat w USA zwyciężą w plebiscytach na najpopularniejszego prezydenta.

3Swoją drogą, Stevens to postać, która zasłużyła sobie na osobny film: radykalny Republikanin, nieprzejednany przeciwnik niewolnictwa i polityk prima sort, przed którym drżeli wrogowie, a jeden z konfederackich generałów w trakcie kampanii, która skończyła się bitwą pod Gettysbourgiem podjął specjalne starania, aby ogniem i mieczem nawiedzić posiadłości Stevensa i odpłacić się mu.

Advertisements

25 thoughts on “Recenzja filmowa – „Lincoln”

  1. Jeszcze nie widziałam filmu, ale nie mam wielkich nadziei. Od pierwszych wzmianek jakie o nim czytałam, ani na chwilę przez myśl mi nie przeszło, że pokażą ludzką twarz Lincolna (tj. z tą chłodną kalkulacją) zamiast wyidealizowanego bojownika o abolicję.
    Jakoś mam wrażenie, że to by nie uszło w oczach amerykańskiej publiczności. W sumie nie dziwi mnie to, bo większość narodów ma swoich zmitologizowanych bohaterów i nie w smak im jak ktoś ich błędy im wyrzuca. Mylę się? 🙂

    • pewnie masz rację, ale przecież każdą historię można opowiedzieć na wiele sposobów. Zauważ, że choćby Amistad ujmował ten sam temat w nieco inny sposób, chyba jednak bliższy prawdzie. Sądzę, że Amerykanie łyknęliby każdy wariant, ale oczywiście największe pieniądze robi się na coca-coli i popcornie, więc to konkretne spojrzenie wygrało ze względów finansowych. Bo i nie oszukujmy się: czemu służy stawianie nowych pomników ludziom, którzy pomników mają tysiące? Lincoln nie potrzebuje nowego, to raczej Hollywood potrzebuje nowego blockbustera. Oczywiście to też nie jest złe samo w sobie, wszak Hollywood to fabryka, a nie fundacja charytatywna.

  2. Dlatego właśnie mam opory by iść na film, niemniej dużo czytałam o Lincolnie swojego czasu, jako o człowieku, nie osobie, która piastuje urząd prezydenta. Może trzeba było iść tą drogą?

    • hmm… ja bym jednak zaryzykował obudzenie się gdzieś w drugiej połowie filmu, bo później zrobiło się lepiej, acz faktycznie: dynamiczny to on nie jest 😉

      • Dla mnie jest cichy, szary, przegadany, monotonny i przytłaczający… Wiem, że powinnam obejrzeć cały, ale chyba jednak się nie zmuszę :)…

        • na siłę to nie ma co – gdybym miał się przymuszać, to na pewno nie do takiej propagandowej laurki jak ta. Są filmy bardziej warte bólu głowy 😉

  3. No, to wygląda na to że mam słuszność omijając oscarowe piruety amerykańskie.
    Miesiąc mam w gratisie, bez pokuty 😉

  4. Bajka, patos i sentymentalizm – to są domeny Spielberga. „Lincoln” nie jest złym filmem – to obraz taki w sam raz – na swoją miarę. Spielberg robi kino popularne – i ma to swoje konsekwencje. Ja nie oczekiwałem od niego, że ściągnie Lincolna z cokołu – ale mimo wszystko trochę go ściągnął (na niższy) i przybliżył jako człowieka. Nie uważam, że Spielberg wyniósł Abego na ołtarze – choćby dlatego, że Lincoln czegoś takiego już nie potrzebuje. Batalia o 13 poprawkę do Konstytucji też nie jest przedstawiona w filmie w sposób płaski, tyle że odpowiedni dla tego rodzaju kina,a jest to oczywiście kino popularne. Podobnie Lincoln Day-Lewisa-Spielberga: widać w nim jednak pewne rysy i sprzeczności, powodowane choćby przez – z jednej strony kompromisy, na które był zmuszony iść, a z drugiej – pewną apodyktyczność, która w niektórych momentach nadawała jego prezydenturze cech dyktatury.
    I chyba jednak zachowanie Unii było największym osiągnięciem, jakiego kiedykolwiek dokonał którykolwiek z amerykańskich prezydentów.

    • batalia o poprawkę, zwłaszcza sceny w Kongresie, to najsilniejsza strona filmu, a z pewnością najciekawsze. Co do Abe’a: nie zauważyłem sprzeczności, chyba że poprzez owe „rysy” rozumiemy chwile milczenia. Dla mnie taki Lincoln to heros komiksowy. Oczywiście nie twierdzę, że to zły sposób prezentacji kultowej postaci – czasami potrzeba odrobiny patosu i przerysowań. Weźmy chociażby nasz Potop i Jana Kazimierza – ile w tym było prawdy? Jeszcze mniej…

      Ogólnie rzecz biorąc, z Lincolnem jest ten problem, że jest stratą czasu. Dla Amerykanina o tyle, że nic nie wnosi, poza smyraniem po brzuszku, dla nie-Amerykanina jeszcze mniej. Paradoksalnie, ale mnie się bardziej podobał Patriota z Gibsonem, film skądinąd przeciętny i raczej słusznie skrytykowany.

  5. Nie widziałam, ale po tym, co Wy tutaj napisaliście i po tym, co już poczytałam to chyba spokojnie można ominąć ten tytuł….

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s