Nolana Batmana Powroty, czyli o kilka słów za dużo o „Batmanie”

Mało ostatnio czasu na oglądanie filmów, ale przecież coś – od czasu do czasu – potknie się, straci równowagę i wpadnie nam prosto w oczy. Trylogię Batmana Chrisa Nolana oglądaliśmy tak jak się pojawiała, a więc przez kilka lat. Raz nią z nam było lepiej, raz gorzej. Mamy świadomość, że o Batmanie napisano już zbyt wiele, prawdopodobnie pod względem treści przebijając treść wszystkich filmów i komiksów z tej serii, ale mimo to postanowiliśmy dorzucić swoją cegiełkę.

Poniżej kilka wrażeń, wniosków i przemyśleń umiarkowanie sensownych i jeszcze mniej uporządkowanych ;-). Wytrwałych zapraszamy do lektury.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Nolana Batmana Powroty

Nie wierzyliśmy, że to się stanie. Po prostu nie wierzyliśmy, że ten trup ożyje. Że zamacha skrzydłami, że wzbije się powietrze. I że nie spadnie. W sensie: nie od razu. Ale stało się. Nietoperz wyleciał ze swojej jaskini. Na trzy mgnienia cyfrowego celuloidu. Zatoczył pełne koło w świetle księżyca i znowu zniknął. Pewnie na kolejną dekadę.

 

Zacznijmy raz jeszcze. Batman. Fenomen kultury masowej, jeden z wielu bohaterów zapożyczonych z komiksowego świata, niecałe dziesięć lat po spektakularnej śmierci (cyklu, nie bohatera) powrócił. Historia, opowiedziana już nazbyt wiele razy, doczekała się kolejnej – nieodmiennie odkrywczej – reinterpretacji. Została opowiedziana, oczywiście, na nowo. Nowe początki powoli już wchodzą do kanonu hollywoodzkiego survivalu rynkowego: szukanie nowości w dawno zamkniętych konserwach jest bliższe naturze spasionych gigantów filmu niż wycinanie maczetą ścieżki w dziewiczej dżungli. Do grona nowych-starych Kolumbów dołączył Chris Nolan, a na imprezie powitalnej piwo mógłby mu podać Tim Burton, który swój „początek” opowiedział ponad dwie dekady wcześniej. Do niedawna to właśnie obrazy Burtona uchodziły za najlepsze propozycje w nietoperzym temacie, choć i one się zestarzały. Były mroczne i, mimo wszystko, nieco kiczowate, lecz tkwiła w nich wyczuwalna dawka stylu, która pomagała przezwyciężyć widzom co bardziej infantylne rozwiązania i cieszyć się specyficzną stylistyką i szczególną mocą opowieści. Ale to już historia, praktycznie zapomniana. Batman i Powrót Batmana zostały po drugiej stronie trzech głębokich rozpadlin firmowanych przez Joela Schumachera. Rozpadlin tak rozległych, tak przepastnych, że zmieściłaby się w nich flota Tytaników – samotny mściciel w masce i skórzanym stroju (z sutkami, które stały się sławne) musiał, co oczywiste, zniknąć tam ze szczętem, niczym pyłek kosmiczny w paszczy czarnej dziury!

twardziel z sutkami - batman i robin

„Batman i Robin” – Twardziel z sutkami

Hollywood od dawna chadzał sinusoidami. Lubił wzloty, akceptował upadki. Jedną z nielicznych pewnych rzeczy na tym świecie, poza podatkami, śmiercią i szopką na Wiejskiej jest magnetyczne przywiązanie Fabryki Snów do ikon, które choć raz zapewniły jej godziwy zysk. Było zatem rzeczą oczywistą, że prędzej czy później ktoś podejmie się po raz kolejny realizacji filmu o Batmanie. A im bardziej upokarzający upadek, im głębiej w mule zanurzył się strojny w lateks bohater, tym głośniejszy będzie jego powrót i tym większe będą wobec niego oczekiwania. Oj tak, nowy Batman nie mógł pojawić się cichaczem. I nade wszystko, nie mógł wpłynąć na ekrany kin jako jeszcze jeden, kolejny, zwyczajny evergreen – uzupełnienie do popcornu i coca-coli. Batman musiał podjąć grę o wszystko. Musiał stać się jednym z głośniejszych filmów roku. Lub… doświadczyć śmierci, tym razem już ostatecznej.

Batman Nolana - Bohater, który stracił sutki, ale zyskał coś więcej...

Batman Nolana – Bohater, który stracił sutki, ale zyskał coś więcej…

Najpierw nastąpił Batman: Początek. Dzieło całkiem interesujące, nieźle wróżące naszemu truposzowi… pardon: nietoperzowi. Rolą tego filmu było określenie tonacji. Ta okazała się mroczna, gęsta, zaskakująco intrygująca. Fabuła nie rzuciła na kolana, ale zarazem nie przyniosła wstydu swoim twórcom, a to już konkretny sukces (pamiętajmy, że oscylujemy w częstotliwościach komiksowych). Batman: Początek miał przywrócić wiarę w dziwnie ubierającego się faceta (zapiszmy mu na korzyść, że chyba nie nosił rajtuzów… chyba), preferującego skakanie po ścianach budynków i jazdę unikalnym (ach, te eufemizmy!) pojazdem, od zarabiania miliardów i molestowania długonogich sekretarek (a więc, de facto, zachowań bardziej zdrowych i mężczyźnie z klasą przystających). Z drugiej strony, nic i nikt nie mogło się okazać gorsze od Batmana i Robina (z wyjątkiem Batmana Forever, rzecz jasna), tak więc wystarczyło zrobić cokolwiek i nie potknąć się o opuszczone do kostek gatki (swoje, ale to nie jest warunek konieczny), aby sukces stał się faktem. Przewińmy kliszę.

batman początek film

Przykład sceny, w której Bale zagrał jak należało. Bale to ten przygnieciony, gwoli ścisłości. Na drugim planie mistrz drugiego planu – Caine.

Po wymiernym sukcesie Początku Christopher Nolan podszedł do tematu raz jeszcze.Mroczny Rycerz poszedł za ciosem, a tytuł okazał się bardzo adekwatny do treści! Na zawartość mroku w mroku narzekać nie miał prawa żaden widz. Na arenie pojawia się wreszcie słynny Joker (Heath Ledger, ostatnia pełna rola tego aktora przed śmiercią i wysypem nagród), który rzuca Batmanowi wyjątkowo trudne wyzwanie. Dla równowagi, po drugiej, lepszej stronie barykady, powstaje kolorowy sojusz. Batman, prokurator Harvey Dent oraz porucznik James Gordon połączonymi siłami wyjątkowo skutecznie radzą sobie z plagą przestępczości. Czy pokonają Jokera? Nawet jeśli tak, to zwycięstwo będzie wyjątkowo kosztowne, także w wymiarze prywatnym dla gothamskich rycerzy. I zgodnie z oczekiwaniami, nie będzie to zwycięstwo ostateczne, a jedynie preludium do bolesnej klęski. Raz jeszcze: fast forward.

batman początek film 2

Tacy sami, a lampka między nami…

Trzecia część cyklu, Mroczny Rycerz Powstaje zabiera nas do samego jądra opowieści: mrocznego, okrutnego, tchnącego pesymizmem i zniechęceniem (opis się powtarza, ale to właśnie mrok jest spoiwem łączącym cykl, więc powtarzać się musi). Batman przegrał, wycofał się w cień, pozwolił zszargać swoje imię i image czarnej peleryny. Bruce Wayne, człowiek, który kryje się pod maską Nietoperza, przypomina Howarda Houghesa – kaleka, dziwak, mruk, odludek. Epitetów znalazłoby się więcej. Paradoksalnie, Gotham lśni niczym złoty klejnot. Wojna z przestępczością wygrana, ulice bezpieczne, nawet komisarz Gordon staje się zabytkiem i niechcianym wspomnieniem groźnych czasów. Jest rzeczą pewną, że wkrótce podąży tropem Batmana, zwłaszcza, że jest posiadaczem jego tajemnicy, a ta mogłaby odmienić klimat w Gotham, ponownie zamieszać w wystudzonym kociołku. Gordon walczy sam ze sobą, Batman vel Bruce Wayne (albo i na odwrót) nie próbuje już nawet tego. Korporacja Wayne’a powoli upada, Bruce czeka na starość. Oczywiście: się nie doczeka. Zło nie zniknęło, a jedynie się przyczaiło. Raz jeszcze podnosi swój ohydny łeb i wkrótce się okaże, że wcześniejsze peregrynacje Batmana były jedynie przygrywką do tego właśnie starcia. Trudnego i ostatecznego.

batman i bane

Zobaczymy kto się ładniej uśmiecha!

Trzecia część cyklu spina trylogię, w jakimś stopniu ją uzasadnia. Otrzymujemy aż dwa kompletne wątki, których cząstki zostały porozmieszczane w poszczególnych częściach. Pierwszym jest historia Batmana sensu largo. Poznajemy daleką przeszłość Bruce Wayne’a: jego dzieciństwo, nietypowe jak na miliardera losy i odkrycie przeznaczenia w masce Nietoperza. A jeszcze później: rozczarowanie, upadek i… szansę na uporządkowanie swojego życia. Wszystko to podane prosto, bez zbędnych zawijasów, ale i nadmiernej nadbudowy. Nolan podaje fakty, jakby je relacjonował, a Christian Bale nie pomaga. Bale jest typem aktora, który odnajduje się, stojąc z ponurą miną i milcząc, ewentualnie ćwicząc wszystkie trzy miny w losowej zależności do fabuły. Zresztą, do bohatera jeszcze wrócimy.

catwoman

Mrau?

Drugi wątek to motyw antybohatera lub – ogólniej – zła. Jest silnie spleciony z historią Batmana. W pierwszej części Bruce walczy z szefem Ligi Cieni (wcześniej z jej figurantem), w części trzeciej z jego spadkobiercami. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, zemsta nakręca zemstę, która nakręca zemstę. Zabijanie złych drani nie ma końca, bowiem nawet ci najgorsi mają kogoś, kto ich lubił. Lub z kim dzielili interesy. Z motywu tego wyłamuje się Mroczny Rycerz, w którym Liga Cieni palców nie maczała, ale ten wyjątek tylko potwierdza regułę.

Teraz wróćmy do herosa. Problem z Batmanem jest taki, że nawet najlepszy scenariusz nie jest w stanie uczynić z niego bohatera pełną gębą. Cóż, Nietoperek to postać ukradziona z kart komiksów, a psychologia komiksowych herosów to niezupełnie to samo, co psychologia sensu stricto, prawda? I tak filmy Nolana straszą czarną dziurą tam, gdzie uważny i skłonny do analizy widz szukałby konkretniejszego wypełnienia. Przykłady? Jasne, czemu nie! Batman nie lubi zabijać. Czemu? Dobre pytanie. Nie zadalibyśmy go podczas lektury komiksu, bo komiks – jak western – jest utkany z szablonów. W komiksach bohaterowie dzielą się na bardzo brutalnych, szafujących śmiercią na lewo i prawo (vide Frank Castle vel Punisher) oraz miłujących życie, pokój i sztuczne skóry ponad wszystko (Spiderman, Superman, Nietoperzman itd). W żadnych z powyższych przypadków nie liczy się uzasadnienie tego faktu, ani nawet to czy ich filozofia ma jakiś sens. Na ogół nie ma (ze względów strukturalnych, nie z powodu nieudolności twórców, przynajmniej na ogół). Tak też jest w filmie. Batman pozwala się prawie zamordować oprychowi, który samego Lucyfera skłoniłby – ze strachu – do zakupu modlitewnika, podczas kiedy jego uśmiercenie mogłoby uratować mnóstwo prawdziwie niewinnych osób. Tylko czemu, do diaska, tak się uparli na to Gotham? Po co sprowadzać zagładę na miasto, skoro ani to opłacalne, ani… no właśnie: opłacalne. I jeszcze w ogóle nie praktyczne, co najwyżej zabawne. Złe zakapiory poświęcają życie, pieniądze i natchnienie, aby ostatecznie zniszczyć Gotham i samo zniszczenie jest celem, poza którym nie ma już nic więcej. Na pytanie „czemu?” uzyskujemy tylko jedną odpowiedź: „bo tak!”. Ktoś bystry podrzuci tutaj hasło „zemsta”, o którym wspominaliśmy chwilę wcześniej, ale ta nie uzasadnia – uwaga: spojler – niszczenia Gotham za pomocą bomby jądrowej. Bo niczym dlaczemu? Za te trzy mandaty na krzyż i domiar podatku dochodowego od przemytu broni? No proszę… Zresztą, skoro już o bombie mowa: zamienia się w nią reaktor mający zapewnić tanią i obfitą energię dla miasta. Czyżby zatem było to rozwiązanie z cyklu: „każdy dobry uczynek musi zostać przykładnie ukarany”? Chyba tak.

czy ten uśmiech może kłamać

Do serca przytul Jokera…

Gwoli ścisłości, należy się tutaj jeszcze drobne sprostowanie: demoniczny Bane (po polsku: Pan Zguba i bynajmniej nie o zgubione okulary w tym przypadku chodzi), arcyzłoczyńca (na usługach arcy-arcyzłoczyńcy) to postać, która nie debiutowała w filmie. Bane pojawił się wiele razy w komiksowych odsłonach nietoperzego cyklu. Wystąpił także u Schumachera w Batmanie i Robinie, jest więc swego rodzaju ikoną zła z niezłą historią wykroczeń. W filmie Mroczny Rycerz Powstaje siłą Bane’a jest jego głos – musicie usłyszeć, wtedy zrozumiecie. Właśnie tak powinni gadać źli dranie!

Mimo wielu wad, wypaczeń i przerażających skrótów, tudzież innych zaniedbań, nie sposób nie zauważyć rewolucji, jaką Nolan wprowadził do batman-versum. Po koszmarnych wypocinach Joela Schumachera Batman został wreszcie odplastikowany, oczyszczony z nalotu kiczu (okazuje się, że pod spodem znajduje się stal i jakiś kompozyt, sutków brak). Stał się bohaterem… dorosłym. Takim, którego może zaakceptować dorosły widz, oczywiście w granicach gatunkowych widełek. Nolan postarał się wytłumaczyć wiele detali: skąd się wziął batmobil, batsamolot, batstrój, bat-to i bat-tamto. Nie uczynił tego dla miłośników komiksu, bo ci, gdyby wyjaśnień potrzebowali, to uzyskaliby je w innej postaci i wcześniej. Widać w tym raczej szukanie większego, bardziej uniwersalnego rynku zbytu. To coś, jak sprzedawanie Gwiezdnych Wojen ludziom, którzy obiema rękami i nogami podpisują się pod zdaniem „nie oglądam science fiction ani fantastyki”. Jest to swego rodzaju próba żenienia ognia z wodą, czy może raczej dawania Bogu świeczki i diabłu ogarka. Takie zadowalanie zróżnicowanego targetu jest zresztą nową modą współczesnego kina. Jeśli szukamy innych przykładów, to znajdziemy je w cyklu przygód Jamesa Bonda, gdzie zastosowano podobną taktykę, oczywiście inaczej wyprofilowaną. Kolejną, ogromną grupą przykładów są filmy animowane – tylko pozornie skierowane do młodego widza, a w rzeczy samej kuszące sprytnymi dialogami i ukrytymi kontekstami dorosłych.

bale

Najbardziej obiecujący aktor młodego pokolenia, Christian Bale i jego popisowa mina… Bale to ten na pierwszym planie. Chyba.

Parę słów poświęćmy jeszcze aktorom. Na pierwsze miejsce podium zasłużył sobie… Gary Oldman, bardzo, ale to bardzo przypominający Smileya ze Szpiega. Duże okulary, smutna, wiecznie poważna twarz, konsekwentna i przekonująca gra – to wystarcza, aby wybrać go na lidera ekipy. Mniej sprawdza się odtwórca głównej roli, czyli wspomniany już Christian Bale. Jego gra jest bardzo… milcząca – owszem: wpisuje się to jakoś w charakterystykę samotnego mściciela – ale nawet milczeć trzeba umieć, a Bale nie potrafi. Oglądając go, ma się wrażenie, jakby widziało się Sylwestra Stallone’a udającego rozważnego introwertyka albo Jeana Claude’a „Ja Wam Dam” wcielającego się w rolę fizyka jądrowego (w jednym i drugim przypadku miałoby to sens przy ciasnych, ciemnych kadrach, na których niewiele widać i póki bohater nie musi się odzywać… ale, ale… czyżby nie była to – wypisz wymaluj – postać Bruce Wayne’a?).

Znanych nazwisk na planie trylogii zgromadziło się więcej. Warto zauważyć Michaela Caine’a tworzącego bardzo konsekwentną postać lokaja Alfreda (acz i jemu zdarzają się pewne wpadki, zwłaszcza pod koniec, kiedy musi okazać wiele emocji, nawet nazbyt wiele) czy Morgana Freemana. Nie możemy zapomnieć o Heathie Ledgerze, który na tyle przekonująco zagrał Jokera, że aż się można było przestraszyć. Jest jeszcze Ann Hathaway (seksowna Kobieta-Kot – tutaj należał się Oscar za obcisłe stroje! I do kompletu Malina za kilka kwestii mówionych). Liam Neeson wcielił się w postać Ra’s Al Ghul’a – przywódcę Ligii Cieni, a Katie Holmes udostępniła swoje ciało filmowej Rachel, ukochanej Batmana. Sporo tego, jak widać, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wszystkie te słońca, komety i gwiazdy pojawiły się w trylogii po to, by uszczknąć odrobinę oczywistej sławy z występu w murowanym „pewniaku”. Czy dali coś od siebie? I tak, i nie. Grali przeciętnie, ale nie możemy zapomnieć, że Batman jest filmem akcji opartym na komiksie. Czego byśmy sobie życzyli? Dramaturgii a’la Hamlet? To inna bajka, zupełnie inna. Uczciwie podkreślmy, że właśnie inna: nie lepsza, nie gorsza, ale inna.

Tak nam dopomóż Joker!

batman

Reklamy

8 thoughts on “Nolana Batmana Powroty, czyli o kilka słów za dużo o „Batmanie”

  1. Jak ja lubię czytać te Wasze rozmyślania o filmach!:) Niestety, ku rozczarowaniu pana Batmana, muszę wyznać, że nigdy nie byłam jego fanką:D Pozdrawiam!

    • cóż, bycie fanem batmana to swego rodzaju… hmm… no, powiedzmy że niekoniecznie kwestia awansu ;-). Ale z drugiej strony, batmana da się lubić jako jakiś komiksowy symbol. Nie polubi się go, jeśli się generalnie nie przepada za wydumanymi herosami… choć on jest jeszcze w miarę realistyczną postacią. Gdzie mu tam do dziwnych xmenów czy jeszcze lepszych cudaków…

      fajnie, że się podoba nasz tekścik 😉

  2. Ja z racji „zboczenia zawodowego” zostałam jeszcze przyciągnięta do wspomnianej trylogii „plastyką” obrazu zarówno filmu jak i serii plakatów. Te kontrasty, ten mrok, te grafiki i wszystko idealnie wpadło mi w gust. Grafika i realizm obrazu w fajnej równowadze.

    A co do pana Bale’a.. hmmm z nim to jak z kobietą kot 😉 Kostium i reszta jakoś odciągnęły mi uwagę od jego zdolności milczenia bądź jej braku 😉

    pozdrawiam

    • potwierdzam: plakaty bardzo smaczne. O tym nie napisaliśmy, ale Nolanowi udało się w gruncie rzeczy połączyć plastikowość batmana z chropowatym mrokiem gotyku. Zresztą, nie dziwota: od pewnego czasu mrok jest po prostu trendy (czy jazzy, czy co tam jest teraz na topie) w filmach, więc i doświadczenie twórców rośnie a i odbiorcy są bardziej „wyszczekani”.

      Bale’a doceniłem w Equilibrium, to był bodaj pierwszy film, w którym go widziałem. Wtedy uznałem, że zagrał fajnie. Ale ile filmów można zaliczyć z trzema minami na krzyż? Widać… bardzo wiele 😉

      Kobieta-kot pewnie nie była lepsza, ale była, po pierwsze, kobietą, po drugie, kotem. To wiele wyjaśnia ;-D

  3. Masz rację z tym że Joker niszczył batmana pod względem psychiki,ale i tak wolę Bane ‚ a,bo to on był największym wyzwaniem dla batmana zarówno jak i w komiksie jak i w filmie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s