Wywiad z Jackiem Inglotem

JINGLOT_A.GoworskiPrzy okazji recenzji Wypędzonego wspominaliśmy, że z czasem na Onibe pojawi się wywiad z Autorem, tzn. Jackiem Inglotem. Efekt dyskusji został już opublikowany na Qfancie, pod egidą którego zorganizowaliśmy ów wywiad, dzisiaj pora na nasz blog.

Muszę zaznaczyć, że był to jeden z fajniejszych wywiadów jakie mieliśmy okazje przeprowadzić a to z uwagi na sporą otwartość Jacka Inglota i szczerą chęć podjęcia rzuconych przez nas tematów. Pewne odpowiedzi przerosły nasze oczekiwania, ale… po co ta gadka? Przekonajcie się sami 😉

Miłej lektury!

Cierpienie nie uszlachetnia. Wywiad z Jackiem Inglotem 

Darek Barczewski (D.B.): Gdybym zapytał kim jest Jacek Inglot, co usłyszałbym w odpowiedzi?

Jacek Inglot (J.I.): Pisarz, redaktor, belfer w stanie dymisji, trochę publicysta, działacz kultury (na niwie Stowarzyszenia Pisarzy Polskich), bywalec konwentów fantastyki (choć mniej aktywny niż kiedyś). Cierpię nieco na efekt „człowieka-orkiestry”, choć najważniejsze jest dla mnie pisanie prozy. Od czasu, gdy jako jeszcze student polonistyki przeczytałem w jednej z powieści Hemingwaya myśl adresowaną tam do młodego autora, że „tylko w pisaniu możesz się spełnić”. Uwierzyłem.

 

D.B.: Czyli pisarz przede wszystkim. Jako czytelnik dodałbym jeszcze, że twórca literatury fantastycznej. I bym się sromotnie pomylił, bo patrząc na Pańskie portfolio widać sporo ruchu w gatunkach…

J.I.: Zaczynałem jako pisarz (a przedtem żarliwy czytelnik) science fiction. Ale po jakimś czasie pojąłem, że trwanie w jednej konwencji mi nie odpowiada, zapragnąłem wycieczki w inne obszary. Poza tym w środowisku pisarzy fantastyki panuje przekonanie, że prawdziwe artystyczne „mianowanie” uzyska się dzięki napisaniu udanego dzieła niefantastycznego (choć oficjalnie wielu autorów sf żarliwie temu zaprzeczy). Jak oczywiści też się chciałem sprawdzić i czytelnikom i krytykom zostawiam ocenę, czy mi się udało. Ale najważniejszy dla mnie zawsze był problem, historia, ludzie, o których chcę napisać, a nie konwencja czy gatunek literacki. Reszta jest kwestią pisarskich umiejętności, warsztatu. Nieskromnie powiem, że trochę na tym polu potrafię. Mam zamiar to udowodnić w kolejnych książkach.

D.B.: Skąd pomysł na napisanie powieści, której akcja ma miejsce właśnie we Wrocławiu i to dosłownie chwilę po zakończeniu drugiej wojny światowej?

J.I.: Temat „wrocławski” wisiał nade mną już od dawna, jeszcze w latach 90. o tym myślałem (moja powieść „Inquisitor” dzieje się przecież we Wrocławiu). Inni nie rozmyślali, a pisali (Ziemiański, Krajewski). Ja cały czas szukałem swojego poletka… pomogli mi dopiero obcokrajowcy. Po roku 2000 przeczytałem „Mikrokosmos” Daviesa i Moorhouse’a, a potem „Obce miasto. Wrocław 1945 i potem” Thuma. Zwłaszcza ta druga książka odegrała decydującą rolę, opisując detalicznie dramatyczną przemianę Breslau w Wrocław. Po lekturze tej monografii zrozumiałem, że to jest właśnie moje poletko. Uznałem, że tego rodzaju moment przełomu, diametralnej zmiany to temat na powieść. I to taką bardziej epicką.

D.B.: Czy przy tworzeniu obrazu Breslau w „Wypędzonym” korzystał Pan także ze źródeł bardziej unikatowych niż wymienione powyżej (skądinąd przecież niebanalne) pozycje? Na przykład wspomnień „gadanych” ludzi, którzy rzeczywiście wtedy, w 1945 przedzierali się przez gruzy miasta w poszukiwaniu normalności?

J.I.: Przeczytałem sporo opracowań historycznych, obejrzałem kilka filmów traktujących o tej epoce (polecam zwłaszcza „Prawo i pięść” Hofmana i Skórzewskiego, znakomity estern). Przy odtwarzaniu codziennych realiów najbardziej pomogły mi wspomnienia pionierów, kiedyś często wydawane (np. trzy tomy „Trudnych dni”, relacje wrocławskich pionierów opublikowane na początku lat 60.). Oczywiście rozmawiałem też ze świadkami historii. Kilka scen jest wprost inspirowanych ich opowieściami. Wykonałem sporą robotę, nietypową dla autora fantastyki, nawykłego do posługiwania się głównie wyobraźnią.

D.B.: Przejdźmy do treści utworu. Wydaje mi się, że próbuje Pan w jakimś stopniu renegocjować dwa popularne mity / przekonania. Zacznijmy od tego bardziej kontrowersyjnego: odwraca Pan tradycyjne relacje sprawca – ofiara, w tej drugiej roli plasując Niemców wrocławskich, pierwszą oddając Polakom.

J.I.: W czasie wojny pełnione role bardzo często się zmieniają. II wojna światowa, która zaangażowała niesłychane masy ludzkie i bezpośrednio dotknęła miliony cywilów, pokazała to w sposób bezdyskusyjny. Ofiara często przemieniała się w kata, wystarczy sięgnąć do literatury traktującej o kacetach i łagrach (Borowski, Herling-Grudziński). Polaków też ten mechanizm – skądinąd z punktu widzenia psychologii całkowicie wytłumaczalny – dotyczył. Polacy nie wyszli z wojny jako zbiorowisko uszlachetnionych przez cierpienie męczenników. Kto tak twierdzi, nie zna faktów i ulega myśleniu życzeniowemu, bezkrytycznie wierzy obiegowym mitom. Cierpienie nie uszlachetnia, przeciwnie, upadla, degradując człowieka do poziomu poniżej nawet zwierzęcia. Niewielu jest się w stanie oprzeć temu procesowi (wszystkich malkontentów odsyłam do świadectw epoki). Polacy, po sześciu latach okupacji, koszmaru, który zniszczył ich życie, często pozbawił rodzin i majątku, upodlił, zniżając do poziomu pod-ludzi, nie mieli powodu, aby kochać Niemców. I nie kochali, o czym mieszkańcy Breslau dokładnie się przekonali. I przeżyli szok, bo w większości nie mieli świadomości, co ich rodacy wyprawiali na Wschodzie. Nie wiedzieli, za co ich to (gwałty, rabunki, wypędzenia) spotyka.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że ujawniając tę niezbyt przyjemną dla nas, Polaków, prawdę burzę powszechne mniemanie o naszej moralnej wyższości nad ościennymi narodami. Powiedzmy delikatnie, że nie zawsze tak bywa. Polak też potrafi się okazać niezłym sukinsynem. Ja zresztą w „Wypędzonym” pokazuję całą galerię postaw: od morderców i skończonych łajdaków do ludzi po prostu przyzwoitych. W tamtych czasach, gdy ludzie wciąż nosili w sobie koszmar dopiero co minionej wojny, o prawdziwą szlachetność było naprawdę trudno. Ujmijmy to jeszcze inaczej: czy zamykanie oczu na występki mych rodaków uczyni mnie lepszym Polakiem?

Poza tym, jeśli chodzi o obiegowe mity, prawda historyczna zazwyczaj nigdy nie ma z nimi wiele wspólnego.

D.B.: Pisząc o mechanizmach psychologicznych aż by się chciało wspomnieć o klasycznym eksperymencie więziennym przeprowadzonym w 1971 roku na Uniwersytecie Stanforda. Eksperymentatorzy udowodnili, że łatwo wpisać przypadkowych ludzi w układ kat – ofiara przypisując im te role odgórnie, nawet wbrew ich przekonaniom. Wojna i to co nastąpiło bezpośrednio po niej jest ilustracją tej tezy. Polacy odcierpieli swoje jako ofiary, później naturalnie odnaleźli się w roli katów, tylko dlatego, że była taka możliwość. Czy jednak nazizm lub komunizm mogły się przydarzyć w Polsce? Czy Polska mogła stworzyć odpowiednik niemieckiej Rzeszy i zdeptać krwawo tak wielki kawał świata?

J.I.: Mówi pan o znanym eksperymencie doktora Philipa Zimbardo. To, o czym przekonali się amerykańscy studenci, wiedzieli już więźniowie kacetów – Niemcy mianowali na funkcję kapo zwykłego, przeciętnego człowieka, obdarzając go całkowitą władzą nad współwięźniami i zwykle zmieniał się on w sadystycznego mordercę. Ktoś już dawno zauważył, że władza absolutna deprawuje absolutnie. Nie każdego można obdarzyć możliwością decydowania o życiu i śmierci innych. Eksperyment Zimbardo udowodnił, że w sprzyjających okolicznościach właściwie z każdego można zrobić mordercę. Nie jest to przyjemna konstatacja na temat rodzaju ludzkiego.

Polacy en masse nie są odporni na tego rodzaju presję, czego dowodzą powojenne wydarzenia, fala gwałtu, jakie się wtedy przetoczyła przez nasz kraj, stary i nowy. Ale to wcale nie znaczy, że jesteśmy miłośnikami systemów totalitarnych. Oczywiście zawsze znajdą się jakieś faszyzujące grupki, ale nazizm czy komunizm są głęboko obce naszej kulturze. Jesteśmy narodem do szpiku kości republikańskim i wszelką despotię musiano nam narzucać, nigdy jej sami nie wyhodowaliśmy. Przecież z Hitlerem proponującym wspólny najazd na Sowiety nikt nie chciał w Polsce rozmawiać, nawet oskarżana o dyktaturę sanacja. Nie mylmy tutaj spontanicznej przemocy, jaką opisuję w „Wypędzonym”, z przemocą systemową, inspirowaną i zorganizowaną przez państwo, takie jak nazistowskie czy sowieckie. Do tego drugiego Polacy nigdy w swoich dziejach nie byli zdolni i mam nadzieję, że nie będą.

D.B.: Nie boi się Pan, że próba odnalezienia „złotego środka” w kwestii krzywd wojennych, w dodatku powiązanych z kwestiami narodowościowymi, jest skazana na pewny opór ze strony niemal wszystkich zainteresowanych? Czy w Polsce ktoś chce w ogóle mówić o cierpieniach, które spadły na Niemców?

J.I.: Nie chce, i jest to naturalne. Któż bowiem, przytłoczony własnym nieszczęściem, ma jeszcze czas i siły na żałowanie innych. Minęło jednak naprawdę wiele lat, a czas, jak wiadomo, leczy rany i zmienia perspektywę. Moim zdaniem epoka wojny i powojnia jest już na tyle odległa, że możemy podjąć próbę bardziej obiektywnej oceny ówczesnych wydarzeń. Dlaczego mamy nie mówić o cierpieniach Niemców, skoro to są fakty potwierdzone w dokumentach, np. w raportach polskiej milicji? To przecież się zdarzyło – grabieże, wypędzenia, gwałty, upokorzenia – i nie są to wymysły czy fantazje. Może czas, abyśmy po męsku przyjęli odpowiedzialność za te ich część, która na nas przypada? (bo za większość, i to najbardziej odrażających, przypadków odpowiadają Sowieci).

Wyjaśnienie tych spraw bardzo komplikuje działalność Eriki Steinbach, osoby mym zdaniem do szpiku kości cynicznej, która na nieszczęściu wypędzonych zbudowała sobie karierę polityczną. Jej osoba i inicjowane przez nią co najmniej kontrowersyjne przedsięwzięcia stały się pretekstem, który nam, Polakom, umożliwia niepodejmowanie dyskusji w tej kwestii. Ja postanowiłem nie zważać na ten konflikt i powiedzieć, co mam do powiedzenia. Tak rozumiem swoje posłannictwo jako pisarza – bo pisarz, którego nie stać na intelektualną i moralną odwagę, jest dla mnie tylko pismakiem. Specem od zapełnienia stron słowami bez treści i sensu.

D.B.: W Polsce mamy odpowiedniki Eriki Steinbach. Tylko czekać aż któryś z prominentnych polityków wystąpi o odszkodowania za zniszczenia z czasów Wojny Północnej. Na naszych oczach historia staje się ogólnie dostępnym, jakże wygodnym zbiorem fiszek z krzywdami, roszczeniami, dającymi się eksploatować nieporozumieniami. A jednak, czy nie jest tak, że zarówno Polacy jak i Niemcy niechętnie dzisiaj ulegają tej tendencji? Typowy Polak czy Niemiec nie rąbnie pięścią w stół i nie powie: „dobra, idźmy na całość!”. Popularność wichrzycieli jest zawsze największa… po drugiej stronie granicy. To my, Polacy, traktujemy Erikę poważniej niż Niemcy. A może jest tak, że potrzebujemy jej jako uosobienia zagrożenia, które mogłoby nas jednoczyć?

J.I.: Oczywiście, działania tej osoby to dla nas znakomity pretekst, aby zamieść sprawę pod dywan. Zrobiliśmy z niej demona, którym straszy się dzieci na ziemiach zachodnich („przyjdzie zła Eryka i zabierze wam domy”). Ale to fałszywa droga, bo oddala nas od prawdy, a przede wszystkim prawdziwego pojednania. Bo pojednanie musi polegać na wzajemności, na wzajemnym uznaniu wyrządzonych przed oba narody krzywd. I na uznaniu ich proporcji, bo bilans strat wypada w sposób oczywisty na niekorzyść Polski. Powinniśmy wrócić do ducha sławnego orędzia polskich biskupów z 1965 roku, mówiącym o wzajemnym wybaczeniu. My naprawdę mamy co Niemcom wybaczać, ale oni nam też (choć, zaznaczam, nasze względem ich winy są o wiele mniejsze, bo przecież nie doszło na Ziemiach Odzyskanych do ludobójstwa Niemców, na pewno nie dopuścili się go Polacy). Jeśli mamy o tym poważnie porozmawiać, to bez polityków, ideologów i fanatyków. Trzeba zatem przegnać zarówno Erikę Steinbach, jak i naszych rodzimych „sztajnbachów”.

D.B.: W „Wypędzonych” rzucił mi się w oczy ciekawy paradoks (uwaga, raz jeszcze spojler). Rodzina Hagenów została wysiedlona do brytyjskiej strefy okupacyjnej. Na ich miejsce przyszli repatrianci zza Buga. Z perspektywy czasu możemy powiedzieć, że Hagenowie zwyciężyli. Wygrali miejsce w bezpiecznym, demokratycznym i zasobnym państwie. Polakom na otarcie łez po nie do końca przecież polskich Kresach pozostał jeszcze mniej polski Wrocław. A właściwie: ruiny, groby i historia, którą trzeba było napisać na nowo, aby znaleźć sobie miejsce na tej ziemi. Czemu Korzycki wybrał właśnie te ruiny, to historyczne błoto zamiast nowego, czystego początku? Paradygmat romantyczny? Czy jednak chłodna, acz nietrafiona kalkulacja?

J.I.: Korzycki jest Polakiem, więc wybrał Polskę. Taką, jaką była. Pozostawiam kwestią otwartą, na ile jest to przypadek, na ile świadomy wybór. Każdy czytelnik musi sam sobie na to odpowiedzieć. Pamiętajmy jednak, że tamtych czasach decyzja o emigracji miała charakter ostateczny, nie tak jak dzisiaj, gdy we wtorek mieszkam w Londynie, w czwartek w Amsterdamie, a niedzielę spędzam w Warszawie. Tamte wybory były naprawdę tragiczne, zwłaszcza dla ludzi, którzy dla Polski walczyli. To byli chyba ostatni romantycy w naszych dziejach. A Hagenowie nie zwyciężyli. Nawet gdyby wiedzieli, jako ich kanada (i to nie od razu przecież) czeka w RFN, nie chcieliby wyjeżdżać, przecież byli w tej ziemi zakorzenieni od pokoleń.

D.B.: W „Wypędzonym” dotknął Pan także kwestii żydowskiej, ale ten akurat temat został ledwie draśnięty. Czy bał się Pan wchodzić szerzej na grząski grunt, czy też taki a nie inny poziom zaangażowania okazał się całkowicie wystarczający z punktu widzenia opowieści?

J.I.: Temat żydowski został już w ostatnich latach naprawdę nieźle wyeksploatowany (ostatnio w filmie „Pokłosie”) i dysput na ten temat nie brakuje. O wypędzonych Niemcach nie dyskutuje nikt, bo działalność wspomnianej pani zablokowała wszelki dialog. Tym niemniej postać Żyda Zimmera nie jest w mojej powieści przypadkowa. Bo kwestia żydowska – to, że w tej nowej, powojennej Polsce Żydów praktycznie już nie było, bo nawet ci ocaleni z niej wyjeżdżali – a właściwie rozrachunki polsko-żydowskie miały wpływ na tę nową rzeczywistość. Losy Zimmera są w pewnym sensie reprezentatywne. Zresztą, prawie każdy bohater jest w „Wypędzonym” w jakiś sposób reprezentatywny. To powieść z pewną tezą. Wiem, że tego rodzaju proza umarła wraz z Żeromskim i bardzo ryzykuję, idąc tak pod prąd.

D.B.: Niejako dla równowagi, w roli praktycznie jednoznacznych oprawców występują Rosjanie. Wymóg fabularny czy coś więcej?

J.I.: Czysta prawda. Sowieci nie cackali się z Niemcami, bo czuli się prawdziwymi zwycięzcami w tej wojnie. I zachowywali się tak, jak ich zdaniem powinni zachowywać się zwycięzcy. A ich państwo i kulturę ukształtowali przecież Tatarzy. Więcej chyba nie muszę dodawać.

D.B.: Tym niemniej to właśnie Rosjanie (i inne narody Molocha) ucierpieli najwięcej. Niemcy traktowali ich tak, jak wcześniej Europejczycy plemiona z Czarnego Lądu – jako niewolników i istoty człekokształtne. Zresztą, w tamtych czasach dość powszechnie relatywizowano definicję człowieka. Zimmer z „Wypędzonych” dogaduje w tej materii Polakom, Korzycki wypomina rzecz Niemcom… Owa „tatarskość” Rosjan nie czyni ich jednak z tego tytułu mniej pokrzywdzonymi, prawda?

J.I.: Owszem, Niemcy mają ich miliony na sumieniu, wiemy, co naziści wyprawiali na wschodzie. Ale chyba od czasów Hammurabiego („oko za oko, ząb za ząb”) jakieś postępy cywilizacyjne poczyniliśmy. Choć nie wszędzie jednakowe. Rosjanie tak się odpłacili swoim najeźdźcom, że Niemcy boją się ich do tej pory. Nawet teraz nie opowiadają o nich dowcipów (za to na Polakach używają sobie podwójnie).

Przykładem niech będzie sposób potraktowania ludności Królewca i okolic (obecnie Kaliningrad), terenu Prus Wschodnich bezpośrednio wcielonego do Związku Sowieckiego. Rosjanie zafundowali miejscowym niemiecką wersję „hołodomoru” (wielki głód, wywołany przez Stalina na Ukrainie w latach 1932-33, kosztował życie ok. 3,3 mln ludzi). Polscy repatrianci z Wilna, którzy przejeżdżali przez Królewiec w drodze na Ziemie Odzyskane, widzieli tłumy wynędzniałych, zagłodzonych Niemców żebrzących ze łzami w oczach o kawałek chleba (krzyczeli do nich „Chlebek, chlebek!”). Niemieckie dzieci jadły ziemię, na którą repatrianci wylewali pomyje. W porównaniu z tym, co się działo w tym sowieckim „raju”, mieszkańcy Breslau mieli wręcz wakacje. Ale pani Steinbach jakoś się o to Rosjan nie czepia. Bo pewnie do tej pory, jak o tym pomyśli, to jej szpik mrozi ze strachu… My, mimo wszelkich wyrządzonych im krzywd, potraktowaliśmy „swoich” Niemców znacznie bardziej humanitarnie. Ludzi cywilizowanych nikt się nie boi, a dzikich Tatarów owszem. Co nie znaczy, że wszyscy mamy zostać dzikusami.

D.B.: Drugim z „kontrowersyjnych” wątków (zdaję sobie sprawę z tego, że nadużywam owego popularnego w publicystyce słowa) jest proces przekształcania kraju w komunistyczne lenno. Bohaterowie powieści nie stawiają czynnego oporu komunistom, wręcz przeciwnie: zdają się szukać możliwości jak najłatwiejszego dostosowania się do nowego systemu. Jan Korzycki, oficer wykrwawionej AK, przystępuje do Milicji Obywatelskiej. Później – przepraszam za spojler – odrzuci a nawet wyśmieje propozycję powrotu do podziemia od akowskiego dowódcy. Jak to jest? Czas AK się skończył? A może go nigdy nie było?

J.I.: Czas AK skończył się wraz z wojną i Korzycki o tym wie. Ma świadomość, że zwyciężyli Sowieci. I że dalszy opór nie ma sensu, bo niczego nie zmieni (i przecież nie zmienił). Te swoje racje wykłada w rozmowie z byłym dowódcą. A poza tym chyba po prostu ma dość. Po sześciu latach w podziemiu ma prawo do normalnego życia. O ile UB się od niego odczepi.

Tę postawę różnie można dzisiaj oceniać. Powiem jedno: najłatwiej być antykomunistycznym konspiratorem teraz, kiedy wszystko się skończyło. Ciekawe, ilu dzisiejszych „bojowników” wytrzymałoby wyrywanie paznokci przez ubowców? (wielu pochwyconych akowców twierdziło, że na UB traktowano ich gorzej niż na gestapo). Łatwo krzyczeć o bohaterstwie, kiedy nie trzeba być bohaterem.

D.B.: Wszystko pomiędzy 1 września 1939 a 8 maja 1945 to czas stracony? Dało się go wykorzystać inaczej? Może wzorem Francuzów powinniśmy po prostu siedzieć cicho i cieszyć się tym co nam pozostawiono?

J.I.: Nie, podczas wojny należało zrobić to, co należało. Mogliśmy postąpić wręcz jak Czesi i pozwolić Niemcom wjechać do Warszawy jak do Pragi, bez jednego wystrzału. Tylko że wtedy, mym zdaniem, Polski by już wcale nie było. Leżymy w takim punkcie Europy, że nieustannie musimy walczyć o swoje i domagać się uznania swych praw. Wyobraźmy sobie, co powiedziałby Stalin w 1945 roku w Poczdamie na temat Polski, gdybyśmy tak desperacko nie walczyli. Ano stwierdziłby coś takiego: „Po co Polakom państwo, skoro nie chciało im się nawet o nie walczyć?”. Czesi i Francuzi nie musieli, ale my musieliśmy zapłacić za swą państwowość krwią. Nawet nie niepodległość, bo jej po wojnie przecież nie odzyskaliśmy. To taka historiozoficzna klątwa, z którą musimy się zmagać od 300 lat.

D.B.: Lubi Pan lokować swoich bohaterów w punktach przełomowych, najlepiej w roli osób pokrzywdzonych, rozczarowanych. Dla Jana Korzyckiego z „Wypędzonych” nowa Polska jest zaprzeczeniem tej starej, tej w którą wierzył. W „Porwaniu Sabinek” sytuacja się powtarza ale wiele lat później. Tym razem poczucie zdrady ideałów dopada człowieka, który opierał się komunistycznemu reżimowi i który doczekał wreszcie wolnej, niezawisłej Polski. Czyżby to kolejny przejaw historiozoficznej klątwy, o której Pan wspomniał? A może po prostu żadna zmiana polityczna i społeczna nie dorasta do oczekiwań, które wobec niej żywimy?

J.I.: W naszym kraju nigdy nie układa się tak, jak byśmy sobie wymarzyli. Być może nasze marzenia są zbyt górnolotne. Polacy to taki nieszczęsny naród, który, nawet gdy im sprzyja koniunktura i coś mogą zdziałać, to nie potrafią dojść ze sobą do ładu. Odnoszę bardzo nieprzyjemne wrażenie, że ani nie potrafimy sobie wytyczyć konkretnych, realnych celów do osiągnięcia, ani – jak już przypadkiem coś sobie ustalimy – nie umiemy ich zrealizować. Obawiam się, że w przyszłości, wcale nieodległej, się to nas zemści. Wizja piwka, grila i ciepłej wody w kranie to za mało, aby wygrać przyszłość. Moje książki są pesymistyczne, bo tę przyszłość widzę czarno. Ale o tym nie chcę teraz mówić, będzie to temat mojej następnej powieści. To będzie twarda science fiction, z akcją osadzoną w latach 40. naszego wieku. Bo, jak już wspomniałem, nie czuję się więźniem żadnej konwencji.

www.qfant.pl

Advertisements

17 thoughts on “Wywiad z Jackiem Inglotem

  1. Znakomity wywiad. Ciekawa postać. Science fiction ostatnio coraz częściej jest pesymistyczna. Od kiedy przestaliśmy mierzyć siły na zamiary i zaczęliśmy dostosowywać zamiary do sił fantastyka posmutniała. Może zresztą nie tylko fantastyka?

    • dziękuję 😉

      co do fantastyki (szeroko rozumianej) masz rację. Uświadomiliśmy już sobie, że latanie rakietami nie jest takie łatwe jak być powinno. To co stanowiło rdzeń starego, kultowego science fiction zostało przesunięte do grupy na wpół magicznego fantasy, co oczywiście odebrało temu połowę wartości. Tym niemniej, zdarzają się w science fiction naprawdę silne pozycje… swoją drogą, jakoś na początku roku rzucimy kolejną część naszego mini przewodnika po science fiction 😉

      • To SUPER!!!!!!!!!!!! 🙂 cieszę się !!!!!!!! i życzę maleństwu wspaniałych Świąt Bożego Narodzenia i dużo zdrowia…. a Wam gratuluję maleństwa… niech się dobrze „chowa” i będzie mądrym i radosnym dzieckiem 🙂

  2. Bardzo dobry i pouczający wywiad drogi Bracie. Do poważnych treści potrzebny jest odpowiedni czas, który wywoła refleksję a nie zwykłe „zaliczenie posta”.
    Nabrałam nieodpartej chęci na głębsze przyjrzenie się „Wypędzonym”.

    • mnie się książka podobała, choć przyznaję, że oceniałem ją głównie jako element w dyskusji. Niemniej: literacko też nie powinna nikogo odrzucić 😉

      zaliczanie postów głaszcze w łepek statystykę, ale nic ponad to – jestem więc za nie zaliczaniem 😉

  3. Mam niepojęty dla mnie sentyment do Wrocławia, zatem chociażby z tego względu czuje się namówiona na lekturę. Wywiad zawsze dopowiada, nieco wyjaśnia, a czasami stawia pytania. Widziałam kilka dokumentów na ten temat. Każda ludzka tragedia zawsze mnie wzrusza niezależnie od narodowości. W biografii moich bliskich nieustannie przeplatały się wątki sowieckie i niemieckie, dlatego to temat tak żywy dla mnie. Wielce interesująca rozmowa – szacuneczek!:))

    • podziwiam współczesny Wrocław jako miasto, które zamiast kopiować wzorce, samo stało się wzorcem – przede wszystkim marketingu ;-). Świetna polityka merostwa, dobra współpraca z twórcami i… proszę… o Wrocku się mówi, czyta, pisze. Bardzo dobrze, dzięki temu miasto żyje, nie jest jedynie stosem kamieni i cegieł.

      ciężko o Polaka, który nie miałby jakiejś historii związanej z Niemcami lub Rosjanami. Źle nas potraktowała historia, oj źle…

      jak już napisałem, książkę doceniłem m.in. jako podstawę do dyskusji, jej wartość nie jest zamknięta w okładce 😉

      • Sytuacja rodzinna była często absurdalna, bo z jednej strony babcia z rosyjskim paszportem, z drugiej babcia, której ojcem był Niemiec, będącym we wrogim wojsku.

        • ja akurat nie miałem tak kłopotliwych sytuacji w rodzinie, ale z drugiej strony, staram się nie zapominać, że wszystko jest proste tylko z odpowiedniej perspektywy, natomiast tamte czasy były – wedle dzisiejszej nomenklatury – dziwne. Bo przecież Niemcy bywali też obywatelami Polski a nawet oficerami w naszej armii. Łódź zamieszkana była w trzeciej części przez Polaków, a w dwóch trzecich przez Niemców i Żydów, którzy de facto uznawali się za Polaków. Przynajmniej na ogół. To istny kocioł, trudno się w tym rozeznać na szybko. Trzeba mieć spory szacunek do tych historii. Wrocław to przykład o tyle szczególny, że tym razem – wyjątkowo – to my byliśmy intruzami.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s