Naftalinowa recenzja: „Dolarowa trylogia” Sergio Leone

Jakiś czas temu – raczej dłuższy niż krótszy – odgrażaliśmy się, że obsmarujemy słynną trylogię westernową Sergio Leone. Oto nadszedł czas ku temu odpowiedni. A skoro się naczekaliśmy, to przejdźmy do konkretów, a więc do samego tekstu.

Zapraszamy do lektury!

Dolary w spaghetti i garść ołowiu

Western to jeden z tych gatunków, które ciągle czekają na uznanie ze strony goalkeeperów broniących bram twierdzy Wysokiej Kultury. Jest wiele powodów, dla których takiego awansu gatunek się zapewne nie doczeka – jakich konkretnie? Do tego jeszcze wrócimy, acz nie w tym tekście. Na ten moment zadowólmy się stwierdzeniem, że western, od wielu dekad niepotrafiący odzyskać dawnej popularności, ma stałych wielbicieli i to po obu stronach srebrnego ekranu. Faktem jest, że nowe obrazy w tej kategorii powstają rzadko, a jeśli już, to z klasyką gatunku nie mają wiele wspólnego. Pod tym względem western podzielił los innych „wąskich” gatunków, takich jak science fiction, horror czy musical – zostały one zassane przez mainstream, utraciły unikalne parametry, a poprzez uratowane od zagłady, charakterystyczne dla siebie cechy, realizują założenia fabularne owego mainstreamu. Jeśli szukamy rdzenia owych gatunków – dodajmy: rdzenia czasami bardzo hermetycznego, zwłaszcza z perspektywy współczesnego widza – cofnąć się musimy o kilka dekad wstecz. Tutaj pojawia się miejsce dla Sergio Leone i jego słynnej „Trylogii dolarowej”, o której chcielibyśmy napisać Wam dzisiaj kilka słów.

 

Na początek parę faktów. „Trylogia dolarowa” to trzy (suprise, suprise!!!) filmy, które powstały rok po roku, od 1964 do 1966. Są to: „Za garść dolarów”, „Za kilka dolarów więcej” oraz „Dobry, zły i brzydki”. Nie jest to trylogia typowa, właściwie to mamy tutaj różne obrazy, które łączy wspólna charakterystyka nurtu określanego mianem „spaghetti westernów” oraz postać głównego bohatera – Bezimiennego, zwanego czasami pieszczotliwie Blondaskiem (w tej roli blond Clint Eastwood). W dwóch spośród tych filmów zagrał Lee Van Cleef, ale za każdym razem wcielił się w zupełnie inną postać, co tylko podkreśla, że Leone chyba od samego początku nie rozważał powołania do życia spójnej serii. Chyba że uznamy to za niedopatrzenie z jego strony. Lub celowe działanie, mające na celu bądź zdezorientowanie widza, bądź przeciwstawienie się typowym wymogom typowej trylogii.Możliwe, acz mało prawdopodobne.

Zacznijmy od jedynki, czyli „Za garść dolarów”. Co my tu mamy? Oto poznajemy naszego bohatera – Bezimiennego – który pojawia się ni stąd ni zowąd w małym, przygranicznym miasteczku (dzika granica pomiędzy Meksykiem a Stanami Zjednoczonymi). Zastaje tam sytuację wprost doskonałą dla faceta łaknącego przygody: zastraszeni lub martwi mieszkańcy oraz dwie silne bandy terroryzujące okolicę i siebie nawzajem. Jedna z gangsterskich grup, Baxterowie, handluje bronią, zaopatrując burzących się Indian i wszystkich obwiesiów, których stać na kawałek stali. Drudzy, bracia Rojo, postawili na usługi gastronomiczne: wytwarzają i hurtowo sprzedają alkohol, oczywiście bez akcyzy i kontroli ichniego Sanepidu. Obie bandy, niezależnie od profesjonalnych upodobań, są dobrze uzbrojone, a zabijanie stanowi dla nich taki problem, jak – dajmy na to – dla przeciętnego polityka połaszczenie się na piętnastą czy nawet osiemnastą pensję. Swoją drogą, skoro już użyliśmy tak karkołomnego porównania, to warto wytłumaczyć się, że zestawiając krwiożerczych bandytów o kaprawych obliczach oraz wybrańców narodu, nie mieliśmy na celu obrażenie tych pierwszych. Jeśli jednak ktoś z nich poczułby się urażony, to uniżenie przepraszamy. Wróćmy do tematu. Rojo i Baxterowie nie lubią się, a dzięki Bezimiennemu ich sielski świat nienawiści już wkrótce skurczy się do rozmiarów… niewielkiego cmentarza. Bezimienny umiejętnie lawiruje pomiędzy obiema grupami, podsyca animozje, wygrywa Baxterów przeciwko Rojo i Rojo przeciwko Baxterom, aż do ostatniego pocisku i ostatniego ciepłego jeszcze ciała, którym – zgodnie z prawidłami gatunku – będzie jego własne ciało.

Brzmi to pięknie i całkiem ciekawie, aczkolwiek zdania na temat pierwszej części trylogii Leone są podzielone i zróżnicowane. Są bowiem tacy, dla których „Za garść dolarów” jest najbardziej innowacyjną cząstką. Rzeczywiście, w porównaniu z kolejnymi odsłonami, ta łamie najwięcej zasad i najbardziej przeciwstawia się konwencji (jednocześnie wtedy, gdy to twórcom filmu się podoba, czerpiąc z niej pełnymi garściami). Równie możliwe jest jednak, że „Za kilka dolarów więcej” oraz „Dobry, zły i brzydki” już tak nie dziwią swoją oryginalnością, gdyż to właśnie „Za garść dolarów” przyzwyczaiło nas do tego, co u Sergio Leone okazuje się być niemal standardem: nietypowa narracja, fotograficzne kadry, niesamowita muzyka (o tym wszystkim będzie jeszcze mowa).

Z drugiej strony barykady są ci, którzy zarzucają westernowi brak motywacji, wyjaśnienia, fabularnego zaczepienia. Weźmy choćby początek filmu: jak wspomnieliśmy, Bezimienny przybywa do miasteczka, w którym bez żadnej widocznej przyczyny wdaje się w wojnę między zwaśnionymi bandami. Oczywiście, można by rzec, że przyczyną jest chęć przygody / zarobku, że na tym po prostu polega życie kogoś takiego jak on. Być może… To jednak mogą zrozumieć jedynie prawdziwi rewolwerowcy ;-). Do której opinii o „Za garść dolarów” my się przychylamy? Cóż, jesteśmy rozdarci pomiędzy, pół na pół, zarówno dosłownie, jak i bardziej w przenośni…

Dodać w tym miejscu należy, że motyw napuszczania jednych szerszeni na inne nie jest odkryciem Leone. Wcześniej wpadł na to, między innymi, Akira Kurosawa w swojej „Straży przybocznej”. Reżyser z kraju kwitnącej wiśni skutecznie zresztą zawalczył o swoje prawa i w wyniku batalii sądowej wygrał nie tylko 15% zysków z ogólnoświatowej dystrybucji westernu, ale także otrzymał na wyłączność prawa do sprzedaży tego filmu w Japonii, Korei Południowej i na Tajwanie.

„Za garść dolarów”, jako zostało powiedziane, eksploatuje zasoby gatunku, ale i ustanawia nowe standardy. Elementem pod wieloma względami klasycznym jest choćby ulokowanie wydarzeń na granicy – western jako gatunek z założenia odwołuje się do różnych granic, sam Dziki Zachód jest traktowany jako wielka, nieliniowa granica lub – szerzej – pogranicze, obszar przejściowy, grawitujący ku okowom cywilizacji, ciągle jeszcze pusty, dziki, niewybaczający pomyłek i sprzyjający ludziom śmiałym oraz okrutnym. Kolejnym, jakże typowym elementem dla gatunku jest postać samotnego strzelca – w tym przypadku Bezimiennego, który sam przeciwstawia się światu lub znacznej jego części. W westernach rzadko się zdarzało, aby dobrych było więcej niż kilku – najczęściej ekipa jasnej strony mocy składa się z jednego silnego – wilka, przywódcy nieistniejącego lub ułomnego stada – oraz paru półwartościowych pomocników (w tym przypadku Bezimiennego wspiera barman oraz lokalny przedsiębiorca pogrzebowy). Odstępstwem od gatunkowej normy jest natomiast postać szeryfa, na ogół zastrzeżona dla Tych Dobrych, tutaj obsadzona przez jednego z Baxterów, a więc Jednego z Najgorszych. Niby detal, acz ważny, bowiem Amerykanie starali się w opowieści o Dzikim Zachodzie wpleść pean pochwalny dla organizacji, porządku i cywilizacji. Szeryf i jego lśniąca gwiazda to symbole Ameryki, która ma nadejść: bezpiecznej, dającej pewność swoim obywatelom, chroniącej ich. Oddanie srebrnej gwiazdy w skalane krwią łapy obwiesia to konkretna sprawa. Leone kpi w ten sposób z istotnego mitu założycielskiego Stanów Zjednoczonych, ale i zarazem rozbudowuje mit Dzikiego Zachodu, jako jeszcze bardziej dzikiego niż zazwyczaj.

Rozpisaliśmy się, lecz nie bez przyczyny. Kolejne odcinki cyklu są przecież budowane na osiągnięciach „Za garść dolarów”. Co prawda, część druga trylogii, „Za kilka dolarów więcej”, nie trzyma się utartego szlaku. „Jedynka” była niczym tragedia grecka – niewiele brakło, a udałoby się zachować jedność czasu, miejsca i akcji, a choć rzecz ostatecznie się nie udała, to wrażenie pozostało niezepsute. „Dwójka” wnosi większy rozmach do opowieści, jej tematem jest pościg za groźnym przestępcą, Indio. Bezimienny otrzymuje… imię – Manco, i właściwie nie wiadomo, czy to ten sam bohater co wcześniej. Możliwe, że nie, gdyż o ile Bezimienny był człowiekiem bez historii, statusu i celu, to Manca poznajemy lepiej. Wiemy, że jest łowcą nagród, a to już informacja konkretna. Mówi o nim choćby tyle, że dla mamony gotów jest wejść pod lufy najgorszym zbirom, podczas kiedy Bezimienny w „Za garść dolarów” nie miał nawet takiej motywacji. Co więcej, Manco grając pierwsze skrzypce, uczestniczy tym razem w wysiłku zbiorowym, bowiem Leone zorganizował mu partnera. Jest nim pułkownik Douglas Mortimer (Lee van Cleef – aktor nieobojętny dla historii gatunku, mający na koncie role m.in. w „W samo południe” czy „Jak zdobywano Dziki Zachód”), kolejny łowca nagród i de facto konkurent. Dwaj panowie będą rywalizowali ze sobą, starając się zarazem wypełnić trudne zadanie. Triada o trzech wierzchołkach, które stanowią, odpowiednio, Bezimienny o imieniu, pułkownik Mortimer oraz Indio, okazała się wyjątkowo solidnym fundamentem! Leone umiejętnie rozegrał uzyskane w ten sposób możliwości – napuszcza na siebie rywali, acz i stwarza warunki do ograniczonej kooperacji w imię celu wyższego, którym jest – oczywiście – wielka nagroda pieniężna. Ale czy rzeczywiście Mortimer i Manco ryzykują dla pieniędzy? W miarę jak fabuła się rozkręca, wychodzi na jaw, że jednak niekoniecznie, bowiem u podstaw ich działań mogą leżeć powody prywatne, emocjonalne. To dla westernów nic nowego: twardzi faceci o stalowych sercach i oczach, którzy pod wieloma warstwami pancerza ukryli wrażliwe, normalne „ja”. Jest to zarazem jakże klasyczny motyw mściciela, wiecznie aktualny, zawsze się sprawdzający.

W „Za kilka dolarów więcej” odliczają się osiągnięcia Leona z „Za garść dolarów”. Nadal brakuje szczerozłotego szeryfa ze srebrną gwiazdą, a wydarzenia opisane w filmie są znacznie bardziej skomplikowane i wielowarstwowe niż bywało w tym gatunku wcześniej. Standardem stają się niejasne motywacje i dwuznaczny charakter najważniejszych bohaterów, którzy są zawieszeni na granicy prawa i moralności. Z jednej strony zdają się być nie lepsi niż bandyci, których ścigają, ale jednak coś przemawia za nimi, coś sprawia, że wierzymy w nich i lokujemy w nich naszą sympatię. Być może jest to przejaw tego samego zjawiska, które nakazuje nam uwielbiać przystojnych i szarmanckich złodziei (Arsen Lupin czy Thomas Crown). W „Za kilka dolarów więcej” Leone przekonuje, że sprawiedliwość może dokonać się ponad i poza prawem, nawet jeśli w jakimś tam stopniu dzieje się to w interesie prawa (Mortimer i Manco są przecież łowcami nagród, a więc działają na rzecz służb federalnych).

Przejdźmy teraz do „trójki” czyli do „Dobrego, złego i brzydkiego”, zapewne najbardziej niezwykłego dzieła z tej nietuzinkowej trylogii. Zauważmy, że Leone mimo iż zmienił tytuł filmu, nadal się bawi w odliczanie: o ile w części pierwszej mieliśmy jednego bohatera, w drugiej dwóch, to w trzeciej – niespodzianka – trzech. Tak jakby trzech, bowiem dwóch z nich byśmy na kawę nie zaprosili. Pierwszym jest nasz Bezimienny, tutaj zwany Blondasem. Jego pierwszym partnerem jest obwieś Tuco (Elli Wallach – postać dla gatunku niezwykle zasłużona, choćby z uwagi na role w „Siedmiu wspaniałych” czy „Jak zdobywano Dziki Zachód”) – drań tyleż okrutny i bezwzględny co zabawny. Tuco jest kontrapunktem dla Anielskich Oczek (raz jeszcze Lee van Cleef, w jakże odmiennej tym razem roli!), drania pozbawionego ludzkich uczuć i niebezpiecznego niczym żmija! Blondas początkowo współpracuje z Tuco, później go wystawia. Tuco będzie wkrótce mógł się zemścić, ale obaj wpadną na trop znacznie ciekawszej zabawy niż ekstremalne marsze przez pustynię o suchym pysku. Co może być lepsze od tego? Pieniądze, oczywiście. Całe mnóstwo pieniędzy, które – nie inaczej – pochodzą z rabunku łamane przez oszustwa. Umierający mężczyzna wyznaje sekret, który dzięki szczególnemu przypadkowi dzielą Tuco i Blondasek, każdy, mniej więcej, po połowie. Wkrótce w obrazku tym pojawi się jeszcze Anielskie Oczka, który jak na bezwzględnego zabójcę i chciwca przystało, postara się wykroić własny kawałek tortu. Czyli, mówiąc oględnie, zabić współbiesiadników i zjeść wszystko samemu!

„Dobry, zły i brzydki” to ekstremalna porcja Sergio Leone. W tym filmie mamy wszystkie ważne cechy twórczości Włocha. Na przykład… brak skromności w temacie długości. Film trwa dwie i pół godziny, na western więcej niż sporo. Po części bierze się to z mocno zakręconej fabuły: jest tutaj kilka opowieści, jedna po drugiej. Ważniejszą przyczyną jest jednak rozwlekłość stylu. Sergio nigdzie się nie śpieszy. Lubuje się w kadrach statycznych (co prawda przeplatanych z ujęciami bardzo dynamicznymi, coby udowodnić, że potrafi inaczej!), a ukoronowaniem tego drobnego zboczenia są słynne ujęcia oczu. Ilekroć napięcie sięga zenitu, ilekroć dochodzi do ważnego pojedynku, wtedy kamera przysysa się do oczu bohaterów i antybohaterów. Czasami na kilka minut. Nie oznacza to, że przez te kilka minut gapimy się w ślepia jakiegoś pana, wręcz przeciwnie. Sceny takie mają iście błyskawicowy charakter, gdyż przeskakujemy z oczu do oczu, aż do bólu własnych oczu. Takich dziwnych rozwiązań jest więcej: ot, choćby w wielkim finale, Brzydki przez długą, naprawdę długą chwilę biega po cmentarzu. Biega, biega i biega, a my czekamy aż dobiegnie. Spielberg by ciął już w trzeciej sekundzie. Luc Besson pominąłby bieganie w ogóle i od razu przeskoczyłby do czegoś jego zdaniem ciekawszego. Ale Leone jest uparty, każe Tuco biegać, więc tamten biega. Brzmi to dziwnie, ale nie ma co się zrażać: taka jest poetyka tego filmu. Bez tego nie byłoby Leone. Bez tego nie byłoby sławy „Dobrego, złego i brzydkiego”. Takie zawieszenia akcji – iście homeryckie – to podpis słynnego reżysera. Aczkolwiek nie jest powiedziane, że musi się to wszystkim podobać. My doceniamy, jako novum wtedy, przed półwieczem i teraz, bowiem historia kinematografii poszła inną drogą. Może i szkoda.

Nie byłoby Sergio Leone na piedestale bez innego Włocha, a mianowicie Ennio Morricone. Muzyka wykreowana przez tego pana to arcydzieło samo w sobie, nadaje się także zamiast filmu, choć dobrze jest poznać oryginalną konfigurację, tzn. obraz i dźwięk. Nie sposób wyobrazić sobie wariackiej narracji Leone, niesamowicie dramatycznych scen we wszystkich filmach serii, ale w „Dobrym, złym i brzydkim” szczególnie, bez tego silnego, mocarnego wręcz akompaniamentu. Kto widział i słyszał, ten wie. Kto nie zna, ten niech pozna. Howgh!

W naturalny sposób przeszliśmy do podsumowania całej trylogii. To dobrze, czas ku temu najwyższy. Napisaliśmy już kilka ważnych rzeczy, dorzućmy jeszcze parę detali. Warto wspomnieć o ogólnej charakterystyce bohaterów Sergio. Włoch chętnie nadaje złym status wariatów. Czasami – jak Tuco – są to wariaci w całkowicie wariackim tego słowa znaczeniu, innym razem – Anielskie Oczka i spółka – w znaczeniu bardziej socjopatycznym. Źli są nie tylko źli ze względów praktycznych, ale w byciu złymi się zatracają. Mordują, bo mogą. Mordują, bo lubią. Mordują, śmiejąc się rubasznie, bo jest to ich zdaniem zabawne. Nie są to mili ludzie, niestety, lecz przecież właśnie tacy powinni być. W „Star Treku”, filmie eksploatującym nieco inny rodzaj granicy, acz w gruncie rzeczy całkiem zbliżonym tematycznie, odpowiednikiem zarośniętych drani są Klingoni i Borg. Bo czymże byłaby granica bez czających się na niej – lub za nią – potworów? Wracając jeszcze do Sergio Leone, zauważmy, że dobrzy bohaterowie są znacznie bardziej zrównoważeni. Bezimienny vel Manco vel Blondas jest uosobieniem spokoju, granitową skałą obleczoną w ludzkie kształty. Nie miota się, zawsze wie co robić, choć czasami mu to nie wychodzi. Ale nawet wtedy zachowuje spokój godny londyńskiego dżentelmena.

W „Dobrym, złym i brzydkim” jest jeszcze jeden element, którego właściwie brak we wcześniejszych odsłonach trylogii: historia. Tłem dla zmagań trójki wojowników jest wojna secesyjna: przemarsze wojsk, bombardowania miast, krwawe szturmy na fortyfikacje, ale także wizyty w szpitalach. Ulokowanie wydarzeń w tym konkretnym punkcie linii czasu można zrozumieć na kilka sposobów. Z jednej strony jest to zabieg przydający dynamiki i dramaturgii, bowiem dzieje się dzięki temu znacznie więcej, a i skala jest jakby większa. Z drugiej, w grę wchodzi… przemijanie. W opowieściach, w których nie ma miejsca na tak ważne i przełomowe wydarzenia o narodowym czy światowym zasięgu, możemy mieć wrażenie nieskończoności – koniec fabuły jest początkiem nowej, choć jedna i druga są zanurzone w tym samym świecie, trochę niczym kolejne baśnie Szeherezady. Wojna to zmienia – czymże bowiem jest wojna, jak nie konfliktem dwóch lub więcej sił, żywiołów, prądów? Koniec wojny oznacza sukces zwycięzców, podczas kiedy przegrani zostają wymazani z obrazka. Wojna secesyjna także miała odmienić Dziki Zachód. Po jej zakończeniu granica zostanie przesunięta jeszcze dalej, cywilizacja zaś chętniej wyciągnie macki ku górom i preriom, do tej pory zarezerwowanym dla bandytów i westmanów. Wojna to, wreszcie, jedna z najbardziej czytelnych okazji do udowodnienia bezsensu zabijania. O ile Anielskie Oczka czy Tuco zabili kilkudziesięciu biednych frajerów, to koła historii mielą tysiące i setki tysięcy żyć. Dobro, ideały, etos żołnierski, odpowiedzialność, odwaga, poświęcenie – to wszystko składniki paliwa, w którym płonie świat. Historia, w tym ujęciu, mruga okiem do widza – a może mruga Leone? – przypominając, że nawet wielkie dramaty ludzkie są niczym, jeśli odpowiednio wyregulować skalę.

O trylogii Sergio Leone można napisać znacznie więcej. Wypadałoby może wspomnieć o braku Indian, jakże wtedy rewolucyjnym posunięciu reżysera (wcześniejsze westerny na ogół, choć nie zawsze, uwzględniały czerwonoskórych w fabułach). Albo o braku niewiast, może nie zupełnym, bo te od czasu do czasu przemykają przez ekran, ale mocno zmarginalizowane, całkowicie nieistotne. Chyba, że jako wspomnienie, symboliczny powód zemsty. Moglibyśmy także jeszcze raz podkreślić nietypowość bohaterów Leone, ich nieludzkość, obcość. I tak dalej i tak dalej. Ale… uznajmy, że napisaliśmy dość.

Reklamy

8 thoughts on “Naftalinowa recenzja: „Dolarowa trylogia” Sergio Leone

    • przyznajemy bez bicia: ograniczać się nie potrafimy ;-). Mamy jednakowoż nadzieję, że w kawoholizm Cię nie wpędziliśmy… kofeina wszak szkodzi 😉

  1. No, no, fajnie poczytać o westernie tuz po północy:D Lubię te wasze teksty o filmach. Dla mnie to i możecie pisać i pisać:) Swoją drogą jak byłam dzieckiem to chyba obejrzałam wszystkie możliwe tytuły. Lubiłam tych rewolwerowców i twardzieli:D

    • generalnie pisanina do internetu powinna być maksymalnie krótka, ale nas jakoś nie ciągnie do skrobania skrótowców. Lubimy się rozpościerać ;-). Fajno, że się podoba i że mamy wiernych czytelników ;-D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s