Słów kilka o Powstaniu, czyli felieton polityczny z historią w tle (lub vice versa)

Teoretycznie, troszkę się spóźniłem. Powstanie – oczywiście chodzi o to jedno, właściwe, najsłynniejsze, czyli Warszawskie – miało swoją rocznicę jakiś czas temu, a konkretnie 7 sierpnia. Jednak, jak to zwykle bywa w przypadku czczenia rocznic, uświęcając początki wydarzeń, zdarza się nam zapominać, że każde z nich ma również swój finał. Powstanie Warszawskie trwało do początków października, praktycznie dwa miesiące ciężkich walk, śmierci, beznadziei. Załóżmy zatem, że dzień dzisiejszy jest równie dobry do dyskusji o Powstaniu co każdy inny. A może nawet lepszy niż 7 sierpnia, gdyż ta akurat data obłożona jest wielkimi emocjami, a rytualny wybuch powstaniowego sentymentu dusi chęci do negowania, rozważania, krytykowania. Podobno historia jest nauczycielką życia, ale czy jest możliwe, by nauczyła nas czegokolwiek, jeśli robimy wszystko, byle tylko nie zrozumieć jej? Unikamy problematycznych pytań i jeszcze bardziej problematycznych odpowiedzi, traktujemy historyczne ryty tak jak święta państwowe traktowało się w czasie PRL: nie pytaj, nie myśl, tylko marsz z flagą! Dojrzałemu patriotyzmowi to nie sprzyja, niestety.

O Powstaniu napisano, powiedziano, wykrzyczano a nawet zaśpiewano już tak wiele, że najmądrzejszą rzeczą, jaką mógłbym zrobić, byłoby zachowanie milczenia. Taki zresztą był plan, ale wydarzyło się coś, co skłoniło mnie do zmiany zdania. Tym czymś była lektura artykułu na Onecie. Tutaj następuje ten moment, w którym wszyscy Czytający pukają się w głowy lub – z braku tychże – w jednostki obliczeniowe, bowiem artykuły na Onecie to jest coś, czego – po pierwsze – się nie czyta; po drugie zaś – jeśli punkt pierwszy nie został spełniony – błyskawicznie się je wypiera z umysłu. W sytuacji gdy i ta okoliczność nie nastąpiła, a więc art został nie tylko przeczytany ale i zapamiętany, jest jeszcze trzecie „nigdy”, a mianowicie: nigdy nie mówi się o artach z Onetu w towarzystwie, zwłaszcza dobrym (a na naszym blogu bywa tylko takie, co piszę licząc na gwałtowne zwiększenie liczby odwiedzin – ot, polityka…, hehe). Zróbmy jednak wyjątek od powyższej litanii reguł wspólnie. Warto. Czemu? Powody są dwa. Wspomniany artykuł podchodzi krytycznie do idei Powstania – to jeszcze nic wielkiego, wszak krytyka bywa podstawowym budulcem sławy i tego, co w naszym przaśnym kraju sławę zastępuje (tylko czekać aż Dody i inne Brzoskwinie zaczną uczone tezy wysuwać o tym, że nie tylko Powstanie Warszawskie jest złe, ale nawet samo Powstanie, o Warszawie nie wspominając… – już dzisiaj możemy im przyznać rację, ot, tak, na wszelki wypadek). Znacznie ważniejszy jest fakt numer dwa, a mianowicie taki, że… chyba jednak w artykule tym jest sens. Dziwne? Owszem, ale niewykluczone, że prawdziwe…

Autor artykułu stara się obronić swoją tezę, że Powstanie było nie tylko zbędne, ale i zbrodnicze. Zbrodnia, rzecz jasna, została wykonana na Polakach. Potwierdzają to statystyki (potwierdzenie ma – rzecz jasna – charakter statystyczny, gdyż liczby nie pomagają wartościować sytuacji): śmierć poniosło około dwustu tysięcy Polaków (16 000 Powstańców, 5 000 żołnierzy 1. Armii Wojska Polskiego, usiłującej przyjść walczącym z odsieczą oraz trudna do ustalenia liczba cywilów, na ogół szacowana w przedziale 150 000 – 250 000), miasto zostało praktycznie zburzone. W trakcie walk i późniejszych egzekucji padło wielu spośród najlepszych ludzi tamtych czasów, do czego jeszcze wrócimy. Życie ludzkie należy do aktywów najcenniejszych, ale nie na nim się skończyło. Według wiki Warszawa w toku wojny poniosła zniszczenia w wysokości circa 45 miliardów dolarów z czego nie mniej niż jedna trzecia przypada właśnie na Powstanie (które jednak trwało znacznie krócej niż trzecią część wojny i okupacji…).

Za tak wielkimi ofiarami i stratami stoją oczywiście Niemcy i ich sojusznicy, ale część odpowiedzialności spada na animatorów Powstania (co jest jednym z kluczowych motywów artykułu). Wybuch Powstania w niesprzyjających okolicznościach, wobec gigantycznej przewagi materiałowej i organizacyjnej wroga i wobec niepewnego frontu (lub – to ważne – pewnego, ale w sposób, który wykluczał sensowność czynu zbrojnego w mieście) ocenić można jako ruch samobójczy i odgórne skazanie stolicy na zagładę. Zły wywiad, pośpieszne i nieprzemyślane decyzje oraz – to najważniejsze – inicjacja Powstania bez szansy osiągnięcia jakichkolwiek wymiernych celów, to argumenty nie do zbagatelizowania. Nieźle zostało to wypunktowane w artykule: wyczerpanie sił radzieckiej armii (jestem w stanie uwierzyć autorowi, bo brzmi to logicznie: Rosjanie mieli bardzo ekstensywny styl walki i prowadzili ofensywy nie bacząc na straty, a każdy ich sukces prowadził, prędzej czy później, do zagłady atakujących armii oraz następującej po tym reorganizacji – tutaj warto odnieść się do niezależnych źródeł, czyli de facto, do zdecydowanej większości pozycji omawiających front radziecki na poziomie nieco głębszym niż licealny, ale szczególnie chętnie na temacie używał sobie zawsze Suworow), która była u kresu długiego i kosztownego uderzenia; astronomiczne niedozbrojenie Powstańców (broń ręczna przeciwko jednej z najlepiej wyposażonych armii świata) czy kompletny niemal brak treningu wojskowego (przysposobienie „na sucho”, bez strzelania ostrą amunicją przeciwko żołnierzom zahartowanym w bojach, doskonale radzącym sobie z Francuzami, Brytyjczykami, Rosjanami i Amerykanami… – jeśli szwankuje nam wyobraźnia, a choroba ta przytrafia się wielu dyskutantom, to rzućmy okiem za odległą miedzę i porównajmy dzielnych Powstańców do np. bojowników Armii Mahdiego, czyli cywilów rzuconych przez Al-Sadra przeciwko US Army, przy czym Sadr mógł liczyć na wsparcie materiałowe ze strony Iranu, Powstańcy Warszawscy nie) to wybrane, ale chyba najważniejsze elementy tego układu.

Nie, jednak nie: zapomnieliśmy o najważniejszym – Stalin nie tylko wyczerpał siły ofensywne (przynajmniej na 1 sierpnia 1944 roku) ale i wcale nie miał ochoty angażować się w tą „awanturę”. Czemu miałby pomagać ludziom, których i tak planował rozstrzelać? Armia Radziecka szła już od pewnego czasu przez ziemie polskie i słuchy o jej postępowaniu doszły nie tylko do uszu przyszłych Powstańców, ale i emigracyjnego rządu.

A skoro wszyscy wiedzieli, że się nie da, to po co w ogóle próbowali?

Tutaj robi się ciężko. I ślisko. Stalin nie próbował, bo nie chciał. Miał inne plany wobec Polski i było mu na rękę, że AK się wykrwawiała. Brutalnie rzecz ujmując, AK i tak była skazana na zagładę. Jeśli nie z rąk Niemców, to ze strony „wyzwalających” kraj Rosjan. Od biedy można to uznać za argument na rzecz Powstania. Trochę na zasadzie, że jeśli coś ma się zmarnować, to niech chociaż zmarnuje się z hukiem. Autor artykułu nie wspomina o jednym detalu, który warto rozważyć: nawet chłodna kalkulacja zysków i strat mogła doprowadzić do decyzji o rozpoczęciu czynu zbrojnego zbrojnego. Jeśli przywódcy Polski Podziemnej zdawali sobie sprawę z tego, co ich czeka pod opieką Stalina, to mogli zwyczajnie postawić wszystko na kartę pod tytułem „a nuż się uda?”. Na dobrą sprawę Rzesza tkwiła na krawędzi totalnego zniszczenia. Jej siły topniały na wszystkich frontach, niedawny zamach na Hitlera był potencjalną zapowiedzią kolejnych, jeszcze silniejszych wystąpień wewnętrznych (wysoka generalicja Państwa Podziemnego mogła wszak pamiętać czasy carskie i lawinowo postępującą degrengoladę ówczesnej Rosji wobec katastrof wojennych, a także późniejsze rewolucje i wojnę domową; mogli także pamiętać inne przypadki, a mianowicie obalenie Kaisera w Niemczech w wyniku pierwszej wojny światowej, bunt spartakusowców, „czerwone” zamieszki itd).

Niestety, nie uwzględnili – albo uwzględnić nie chcieli – że Niemcy w Warszawie mieli siły aż nazbyt potrzebne do stłumienia powstania. Według niektórych źródeł Polacy mieli około 50 000 żołnierzy – którzy jednak byli niemal nieuzbrojeni i podobnie wyszkoleni. Wielkim wyzwaniem było zbudowanie takich sił w lęku przed Gestapo, ale to był główny sukces architektów Państwa Podziemnego. Wobec tej „potęgi” Niemcy wystawili około 10 000 żołnierzy w liniowych oddziałach Wehrmachtu i SS oraz kolejnych kilka tysięcy w jednostkach pomocniczych (przede wszystkim obsługa Luftwaffe) i obronie przeciwlotniczej. Razem ok 15 000 – 16 000 ludzi. Dość dobrze uzbrojonych, różnie wyszkolonych i różnie zmotywowanych, ale jednak potrafiących funkcjonować w ramach nowoczesnych struktur polowych. Dodajmy jeszcze fakt kluczowy: Niemcy mogli ściągnąć posiłki, choć nieliczne. Mogli liczyć na wsparcie ciężkiej artylerii (to ona zniszczyła Warszawę) i bomby lotnictwa. To konkretna przewaga. Dysponowali także lepszą łącznością i – to jest wielkie zaskoczenie – znacznie lepszym oglądem sytuacji. Decyzja o wybuchu Powstania należała do Polaków, oni także wybrali pierwsze cele, ale tak jak zauważa autor artykułu: nie było możliwości utrzymać tego wielkiego ruchu w tajemnicy. Efekt? Wszystkie najważniejsze punkty miasta były solidnie przygotowane do obrony. Byłyby do niej przygotowane nawet bez gęstniejącego w Warszawie klimatu zagrożenia, bowiem do miasta podchodzili Rosjanie. Szturmy podjęte na sieć niewielkich fortec, w jakie zamieniono najważniejsze budowle, zakończyły się krwawo i na ogół nie przyniosły korzyści. Nie mogło być inaczej, skoro Niemcy szykowali się na odpieranie ataków radzieckich soldatów, a ci, oprócz paru koktajli mołotowa mieli wszak i czołgi, i działa samobieżne, i moździerze, i artylerię polową tak dalekiego zasięgu, jak i baterie artylerii organicznej, tzn. wkomponowanej w bataliony piechoty. Niemcy uczyli się odpierać radzieckie szturmy już od pierwszych dni wojny, bowiem Rosjanie zawsze kontratakowali ilekroć tylko mogli. Ukoronowaniem tej zabawy był Stalingrad – czy naprawdę możemy zapomnieć o gigantycznym wysiłku niemieckim nad Wołgą? Tam, stojąc naprzeciwko potężnych sił Stalina, Paulus był w stanie wytrzymać długo, bardzo długo. Czy dzielni Powstańcy Warszawscy mieli potencjał zbliżony do przeciwników feldmarszałka? Czy mogli rzucać niekończące się szeregi „ochotników” na działa i karabiny? Czy mogli pokrywać druty kolczaste mostami w własnych ciał? Czy mogli przyduszać Niemców artylerią, przepędzać ich bombardowaniami lotniczymi? Nie, oczywiście że nie mogli. Środków materiałowych nie mieli. Starczyło tylko odwagi, więc faktycznie szli na ogień hurmem. I hurmem ginęli.

Stanisław Pigoń powiedział, że „należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wroga z brylantów”. To motto wielokrotnie było wykorzystywane do opisu Powstania. W jego trakcie zginął m.in. Kamil Baczyński i szereg innych wspaniałych postaci, które dla niepodległego państwa byłyby bezcenne. Niestety, czyny takie jak Powstanie Warszawskie przyciągają najbardziej ludzi, którzy powinni być kryci po kątach i hołubieni. Z drugiej strony, można powiedzieć, że poprzez ten samobójczy ruch pokolenie – a nawet kilka pokoleń – Polaków uratowało swój honor i przywróciło go Polsce. Desperacki ruch, skazany na niepowodzenie, krwawy, bolesny: czasami właśnie w ten sposób trzeba stawiać kropkę nad „i”. Jest to jednak argument cokolwiek kuriozalny. Weźmy chociażby Francuzów – tych samych, o których mawiało się, że ich czołgi z czasów drugiej wojny światowej miały pięć biegów, z czego cztery do tyłu; oni szybko się poddali, później byli mniej więcej grzeczni, poczekali aż Amerykanie i Brytyjczycy wyzwolą Wieżę Ajfla i… i co? Oczywiście są jednymi ze zwycięzców wojny. Mało tego, ze swojego ruchu oporu uczynili wielki produkt eksportowy, choć gdzie tam La Resistance do wspaniałej Polski Podziemnej? Panowie i panie w beretach opróżniali sobie buteleczki wina w czasie, kiedy nastoletni powstańcy z orzełkiem na ramieniu (lub w duszy) przemykali pod ogniem z rozkazami lub przeprowadzali skazane na niepowodzenie szturmy. Ale historię piszą zwycięzcy, nigdy zaś pokonani…

W Powstaniu Warszawskim widać wielką bolączkę naszego narodu: wielką skłonność do poświęceń ostatecznych i zbędnych, przy jednoczesnym braku planowania i kalkulowania. Mało tego – tak wtedy, jak i dzisiaj – kalkulowanie traktowane jest jako zdrada ideałów narodowych. Kalkulować nie można! Każdy kto próbuje rozważyć szanse powodzenia Powstanie obrzucany bywa koktajlami Mołotowa jako niszczyciel wielkiego mitu. A to przecież błąd, bowiem u podstaw wszystkich działań powinien znaleźć się wiarygodny rachunek zysków i strat. Przemilczenie słabości planu, celowe „oślepnięcie” na jego niedostatki mogło oczywiście ułatwić podjęcie decyzji tragicznej, ale w jakimś stopniu słusznej. Jednak w żaden sposób nie wpłynęło na zanik owych niedostatków. Mówiąc krótko: pozytywne myślenie nie było w stanie pokonać Niemców wtedy, a dzisiaj nie wystarcza do wdrożenia historii w uregulowane kanały, którymi płynie woda na młyn wielu polityków. A może wystarcza? Wszak na co dzień pozwalamy, aby emocje przeważały nad rozsądkiem. Słuchamy i uczymy się o Powstaniu, ale nie dyskutujemy o nim. Pozwalamy, aby hipokryzja stała się martyrologią. Szykujemy sobie w ten sposób podwaliny pod kolejne Powstanie, kiedyś w przyszłości. Bo ci, którzy się na historii nie uczą, skazani są na jej powtarzanie… Ponoszenie ofiar jest jednak łatwiejsze niż praca. Niestety.

Wolałbym, aby bardziej od Powstania czcić Odsiecz Wiedeńską. Przypadek też kuriozalny: własną krwią zrosiliśmy drogę do wolności dla Austriaków, w zamian zyskując przyszłego wroga. Głupota, ale o ileż piękniejsza, bo zwycięska…

Reklamy

15 thoughts on “Słów kilka o Powstaniu, czyli felieton polityczny z historią w tle (lub vice versa)

  1. Zdecydowanie zgadzam się z tezą, że szumnie należy obchodzić zwycięstwa. Obchody klęsk powinny być intymne jak wizyta na cmentarzu. Warto jednak zawsze podkreślać, że same diamenty, którymi rzucono w okupanta w chwili wybuchu też nie zawsze wierzyły w zwycięstwo, ale po tylu latach poniżenia i planowej eksterminacji po prostu chciały zrobić coś, co przywróciłoby im poczucie godności. W najśmielszych jednak wyobrażeniach nie przychodziło nikomu do głowy, że skończy się to aż tak ogromną klęską. Tym większa wina głównych strategów powstania, których obowiązkiem było to przewidzieć.

    PS. Miło już wrócić do domu…

  2. Bo wiele osób wychodzi z założenia, że po co dyskutować, o czymś, co już było. Poza tym, być może to mylne spostrzeżenie, patrząc na ludzi wokół to czasem trzeba się cieszyć z tego, że potrafią podać datę najważniejszych dla Polski wydarzeń.

    • ale jakie znaczenie ma data? Datę można sprawdzić w książce, w necie. Problematyki i kontekstu nie sprawdzisz… Winię szkoły: one uczą dat i pigułkowych faktów, nie dają miejsca problematyce itd. A dyskutować warto 😉

      • Wyjaśnię o co mi chodzi z tymi datami. Uważam, że błędem przeciętnej szkoły jest uczenie drugorzędnych i trzeciorzędnych dat, które większości uczniów wyparują z głów po tygodni, a do tego uczenie historii na wkucie, na miliony dat, nazwisk i pojęć bez osadzenia ich w szerszym kontekście. Ale należę też do grupy osób, która uważa, że każdy z nas powinien znać kilka-kilkanaście kluczowych dat dla Polski i świata. Nikomu nic się od tego nie stanie, a świadomość pewną trzeba mieć. Problemem jest to, że w naszych szkołach choć uczy się historii, uczy się jej bez myślenia. Wkuć – zdać – zapomnieć. Uczniom nie pokazuje się łańcucha przyczynowo-skutkowego i to jest poważnym problemem. Nie uczy się ich myśleć, że coś jest konsekwencją czegoś innego.

        • z tym się zgadzam w 100%. Widzę to właściwie tak samo. Nauka polega na zajmowaniu czasu i wypełnianiu głów makulaturą, tudzież sianem. Kilka ważnych dat nikomu nie zaszkodzi, ale problem pojawia się z definicją tych kilku ważnych dat. Bo czy, na przykład, data wybuchu powstania warszawskiego powinna być taką datą? A data jego zakończenia? To może jeszcze bitwa nad Bzurą? A skoro tak to… i tutaj dodajemy długą listę. Historia Polski to grubo ponad tysiąc lat. Istotnych i bardzo istotnych dat jest parę setek. To za dużo aby liczyć na ich spamiętanie. A wybranie dwóch – trzech najważniejszych niewiele zmienia. Dzień niepodległości, wybuch drugiej wojny światowej… to tyle co nic w pełnej skali dziejów kraju.

          tym niemniej, tak jak piszesz, gdyby uczono myślenia i kontekstu, wtedy to wszystko byłoby małym problemem

  3. O P44 powiedziano chyba chyba wszystko i nie wszystko, napisano wiele i nie dość wiele, więc raczej nie będę dokładał kolejnej cegiełki czy było Powstanie potrzebne czy też nie, bo zawsze znajdzie się argument za i przeciw (zwłaszcza, że wzbogaceni o kilka książek na ten temat i wygodne fotele jesteśmy ciut mądrzejsi). Boli mnie inna kwestia dotycząca P44. Już nie historiozoficzna, nie polityczna, a współczesna kulturowa…I mało kto niestety się temu przyjrzał. Odkąd Kaczyński hucznie zainaugurował obchody P44 w Warszawie, to nagle zaczęli wszyscy tym żyć na okres wakacyjny i czerpać niemałe skądinąd zyski… Temat chwytliwy, to i książek pojawiło się nagle więcej, filmów dokumentalnych, artykułów, płyt itd. I zaznaczam, że to jest całkowicie OK. Naród bez świadomości skazany jest na wyginięcie, więc uczmy się… Bolączką jest dla mnie jednak happeningowy i straszliwie wypaczony obraz Powstania przez różne „środowiska kulturotwórcze”. Usunięto prawdziwy, naturalistyczny obraz P44 jako epizodu najstraszliwszej wojny w dziejach ludzkości. Ciężko mi jest przełknąć komiks w którym Niemców zastępują zombie, roboty, kosmici, cholera wie co jeszcze. Zamiast porządnego, zadziornego chłopaka z Kedywu, to oglądam dzieci roznoszące pocztę polową i dziewczyny z apteczkami i pieśnią na ustach. Ilość metaforycznych i przekombinowanych ujęć Powstania jest tak wiele, że za 20 lat ktoś dojdzie do wniosku, że to UFO wylądowało nad Polską, zrobiło demolkę, a nieletni Warszawiacy mieli przy tym ostre schizy. Jak dowiedziałem się, że w jednym „offowym” nazwijmy to przedstawieniu, jakiś oszołom siedział przez 20 min na dziurawym krześle z cegłą na głowie, wyjąc jakieś bluzgi – i to miała być metafora dot. zasypanych gruzem Warszawiaków – to mi ręce opadły. I w ten sposób na miernej „sztuce” ludzie zarabiają kasę, kosztem prawdy. Począwszy od przedstawień tanecznych, po niby poetyckie wypociny. Mówię takiemu procederowi NIE. Nauczmy się rozmawiać o historii, bez wypominania, z pasją, z zainteresowaniem, z wiedzą, z krytyką. Osobiście liczę na film o Powstaniu – w stylu hollywoodzkim, z pełnym impetem, naturalistyczny, z patosem, z przesłaniem. Ktoś powie, że Wajda nakręcił „Kanał”. Jest to film stary jak kino samo w sobie, a w dodatku ma ten podtekst propagandowy pokazujący beznadziejność działań AK. Nie doczekamy się jednak czegoś takiego przez długie lata, bo przedstawi obraz cudownych ludzi, pełnych miłości i gotowych do poświęcenia – Patriotów, a zgodnie z dzisiejszym paradygmatem neoliberalnym – Nacjonalistów (więc nie warto). Ale to już inny zupełnie inny temat… Co do tego czy np Wiedeń czy Warszawa, to nie zgodzę się z Tobą. Wolę czcić chwalebną klęskę niż zwycięstwo, które nic nie dało, a jeszcze na tym coś stracono. Pozdrawiam z miasta (L) niepokornego 🙂

    • o, jaki długi komentarz! Dzięki, fajnie, że chciało Ci się odpisać tak obficie.

      zarabianie na historii i tradycji nie jest wcale złe, wręcz przeciwnie: jest to – paradoksalnie – jakiś rodzaj zwycięstwa odniesiony na temacie. Krytykowanie zarabiania jest de facto pochwałą martyrologii, czyli że zęby w beton i do przodu. Mnie nie przeszkadza nawet to szukanie dodatkowych kontekstów – być może tak musi być, być może na tym także polega szukanie historycznej świadomości. Wydarzenie z przeszłości staje się naszym dziedzictwem w pełni nie wtedy, kiedy obejrzymy kawałek złamanej szabli za gablotką w muzeum, ale kiedy to przetworzymy twórczo i wpleciemy w naszą własną codzienność, rzeczywistość. Oczywiście inne sprawa, że efekty można oceniać różnie. Nie wszystkie są godne podziwu. Ale tak jest ze wszystkim: krzywa rozkładu normalnego i takie tam sprawy…

      a co do Wiednia – była to imponująca wiktoria, moim zdaniem warto ją docenić. To, że wyszła nam na niekorzyść… cóż, taka już tradycja Grunwaldu u nas 😉

      • Ja nie krytykuję zarabiania na historii, bo w zasadzie i ja i wielu moich kolegów ze studiów tak zarabia 🙂 ale co innego praca merytoryczna, oparta o jakieś założenia, poparta wiedzą, dystansem, precyzją i logiką wniosków. Co innego jednak sezonowy wysyp „chały”, która nie prezentuje żadnych wartości, a ma za cel dorzucić coś do kont wydawców i twórców – i wmawia się nam, że to jest cool. „Kwestia gustu” mawiali starożytni 😉 Wiedeń – zgodzę się, że Jasiek ładnie dołożył Turkom, tylko … co z tego 🙂 Już bez opisywania co i jak, bo szkoda na to czasu. Mało kto zdaje (prócz nas) sobie sprawę, że polskie zwycięstwa miały znikome skutki już wówczas, a efekty klęsk odczuwamy po dziś dzień i jeszcze długo będziemy. Taki niestety jest tragizm naszych dziejów i nic na to nie poradzimy. Bo prostu bądźmy mądrzejsi od poprzedników i zdawajmy sobie sprawę z konsekwencji 😉 Pozdro600

        • wiem o co Ci chodzi, rozumiem to i szanuję, zwłaszcza że moje zdanie, wbrew ewentualnym pozorom, jest zbliżone. Niestety, rozważania co do wartości poszczególnych inicjatyw nigdzie nas nie doprowadzą. To tak jakbyśmy próbowali zdefiniować które przejawy przedsiębiorczości są ok, a które nie – oczywiście poruszając się w widełkach prawa. Dla kogoś produkowanie gier komputerowych to skandaliczna strata zasobów gospodarczych przeznaczonych na coś całkowicie zbędnego i głupiego ;-). Dla innego produkcja zniczy czy sztucznych kwiatów będzie jeszcze głupsza… Ja staram się używać tzw. zdrowego rozsądku, z tego co widzę, Ty również, ale zdrowy rozsądek to coś, co nie sprzyja rozrysowywaniu świata ;-).

          w naszej historii niewiele jest zwycięstw odniesionych pełną gębą, czyli takich, które przyniosły nam długofalowe korzyści. Takim sukcesem może być np. przyłączenie Litwy do Korony, choć historycy jeszcze nie zdecydowali, czy czasem nie był to błąd – Polska została skierowana w ten sposób na wschód i summa summarum, oddzieliła się od Europy Zachodniej. Ale jednak, mimo wszystko, stała się mocarstwem. W sumie, jak by się nad tym zastanowić, to uczyć się możemy tylko na błędach, ale czego się uczyć, skoro de facto same błędy popełnialiśmy i popełniamy? 😉

          Powyższe napisałem z lekkim przymknięciem oka, ma się rozumieć, ale…

  4. Każde wydarzenie o takiej skali ma wpływ na przebieg historii i wolę postępować ostrożnie z ocenami tych działań. Skutki jesteśmy w stanie określić, ale nie jest możliwa rzetelna ocena alternatywnego przebiegu zdarzeń. To są tylko dywagacje.
    W naszą historię powstania są wpisane na równi z naszą mową, większość to porażki, czasem zdarzały się sukcesy. Jednak jest pewien wymiar niematerialny, duch narodu, który istnieje w ludzkich sercach. Chęć stanowienia o sobie, o społeczności.
    Czy, wliczając okres rozbiorowy, IIWŚ i komunę, po takim czasie bez tych zrywów moglibyśmy patrzeć na orła białego i na dodatek z jedną głową?
    Nawet dziś uczestnicy tych zdarzeń są głęboko przekonani o słuszności ich czynów i nie winią nikogo za porażkę. Nie zaprzeczają beznadziei ich położenia zarówno przed jaki i w trakcie powstania i odnajdują radość z wolności o którą walczyli, chodź ta przyszła kilka dekad później.
    Szanuję Ich prawo, które mają dopiero po wielu latach, do uczczenia pamięci przyjaciół, zaznaczenia własnego wkładu w wolność narodu i jeżeli Oni akceptują pewien sposób manifestowania, nawet jeżeli jest komercyjną machiną, akceptuję to razem z Nimi, bo ich szanuję. Polityczne przepychanki zawsze towarzyszą sprawą medialnym. Tam gdzie można ubić interes własny bądź partyjny zawsze znajdziesz polityków. Szkoda, że nie odważyli się w ostatnich dniach być w Iranie… a może i lepiej, że ich tam nie było.
    Wyrażam się w ten sposób bo podzielam zdanie powstańców, rozumiem ich niepokorną duszę i wiem, że w pewnych sytuacjach rachunek ekonomiczny się nie liczy, grasz „va banque”. Oni ponieśli porażkę, ich następcy rozwalili Układ Warszawski. Czy uważasz, że podczas Stanu Wojennego opozycjoniści byli w lepszej pozycji, a może też zagrali w tą samą grę?
    Wiem, straty potworne, wiem, kwiat narodu, rozumiem rachunek ekonomiczny. Ale w umyśle tkwi pytanie – komu miała służyć Warszawa, komu miał przynosić splendor ten kwiat młodzieży? Ludziom, którzy 17 września zaplanowali nasz podział? Psubratom, którzy wywieźli naszych rodaków na wschód i mordowali ich? A może ich następcom, którzy mają problem z uwzględnieniem kolejnych list ofiar?
    Chciałbym obchodzić Dzień Niepodległości „po amerykańsku”, radośnie z serpentynami, ale nikt nie powie kim mam być, a jak trzeba będzie bronić tożsamości stawiając wszystko na jedną kartę, to postawię 🙂

    • powiem tak: rozumiem Twoje stanowisko, ale przypadkiem nie jest zgodne z moim ;-). Ja uważam, że nie ma w historii wydarzeń świętych, z którymi nie można się barować. Każda pomyłka jest okazją aby wynieść z niej jakąś nauczkę. Wiem, że Twoje zdanie jest efektem szacunku i szeregu innych, bardzo pozytywnych emocji, ale jako realista oceniam to jako przyzwolenie, które dajesz rządzącym, aby zrzucali z własnych barków odpowiedzialność. Bo wygląda to tak, że tym krajem nikt nie chce rządzić tak jak się rządzić powinno, póki rządzenie jest możliwe. Dopiero jak wszystko się rozsypie to wysyła się młodych ludzi przeciwko czołgom i zanosi modły do Boga. Ci ludzie, którzy zginęli w Powstaniu ginęli przez błędy ludzi, którzy otrząsnęli się z odpowiedzialności. Poszli na łatwiznę bo wiedzieli, że w narodzie znajdzie się dość ochotników aby krwią i własnymi ciałami nadrobić ich błędy. Sądzę, że dzisiaj takie coś również tkwi w umysłach rządzących – widzą w czystym patriotyzmie coś, czego nie powinni dostrzegać. Wiedzą, że mogą się bawić jak chcą, że później to ktoś inny zapłaci najwyższą cenę i że zapłaci ją ze śpiewem na ustach. Sam fakt, że stosunkowo niewiele osób chce krytycznie dyskutować o historii jest zastanawiający, tak jakby naszym priorytetem było uczynienie wszystkiego, aby tylko się nie nauczyć.

      Husarii używano w Polsce do czasu bitwy pod Kliszowem, kiedy została zmasakrowana i całkowicie zniszczona. Może gdyby straty były mniejsze, to nie zeszlibyśmy z jej użytkowania i zobaczylibyśmy ją jeszcze w Powstaniu Warszawskim. Ot, jakże symboliczny wymiar naszego podejścia do historii i nauki.

      A co do powstań… chyba tylko jedno było skuteczne. Reszta przyczyniła się do powstania martyrologii i umocnienia ducha narodowego. Wspaniała sprawa dla nas, którzy nie musimy ginąć z kosami gdzieś, na zimnych polach bitew. Najbardziej przykre jest to, że właściwie nie zawsze dysponowaliśmy wyborem alternatywnym. Powstanie było odpowiedzią na coś, co się wtedy działo i co było groźne. To trochę jak być pomiędzy młotem a kowadłem…

      • Nie zrzucam odpowiedzialności z polityków, jednak nie uważam, że można oceniać jednostkowych wydarzeń. Historia to łańcuch zdarzeń i uwikłań, a takie epizody są wyłącznie efektem polityki prowadzonej przez dekady. Myślę, że los naszej ojczyzny został ostatecznie przypieczętowany 23 sierpnia 1939 roku przez niejakich Ribbentropa i Mołotowa, te wydarzenie było klęską polskich polityków. Reszta to efekt, który spadł na barki społeczeństwa i tak jak słusznie zauważyłeś, które było pomiędzy młotem i kowadłem.
        Uważam, że historię należy oceniać ale nie dywagować „co by było gdyby”. Postanie przyniosło olbrzymie koszty, ale gdyby jego nie było nie mamy pojęcia co by zrobił nowy gospodarz. Tyle o ile los AK-owców jest do przewidzenia, to nie mamy pewności czy nie zostałaby ustanowiona kolejna radziecka republika. A gdy założymy, że mogło by tak się wydarzyć to koszt powstania staje się do przełknięcia. I to jest właśnie kłopot z rzetelną oceną wydarzeń historycznych.

        • hmm…

          dywagowanie „co by było, gdyby było” to tak naprawdę gra symulacyjna. W swoim czasie na akademiach wojskowych nie było niczym dziwnym tworzenie alternatywnych rozgałęzień pni decyzyjnych dawnych wydarzeń. Co by było, gdyby było to także metoda uczenia się na błędach. Oczywiście jest to także taktyka służąca atakowaniu i gnębieniu ludzi, którzy podejmowali decyzje i którym te decyzje chce się wcisnąć w gardło. Bardzo daleki jestem od krytykowania decydentów Powstania za błędy, które były po prostu nietrafionymi decyzjami. Interesują mnie raczej błędy będące efektem patologii: kiepskiego przygotowania, ignorowania zdrowego rozsądku, myślenia życzeniowego itd. Zgodzisz się być może ze mną, że takie patologie powinny być piętnowane nawet jeśli wiążą się z wydarzeniami tak dla nas ważnymi i – potencjalnie – świętymi jak Powstanie.

          Jako rzekłem, nie jestem za krytykowaniem decyzji błędnych jako takich. Wiem z własnego doświadczenia, że wraz ze wzrostem odpowiedzialności rośnie ilość decyzji które trzeba podejmować, a często – najczęściej – podejmuje się decyzje pod presją czasu, wobec ograniczonego „wywiadu” i równie ograniczonej wiedzy. Mimo to nie można odciągać decyzji w czasie, trzeba je podjąć tu i teraz. Aby się nie zablokować trzeba podjąć najlepszą możliwą w danych warunkach decyzję, a jeśli okaże się błędna to nie można do tego wracać.

          Uważam jednak, że nie podjęto wtedy najlepszych możliwych w danych warunkach decyzji. Nie podjęto ich z przyczyn politycznych i pewnego zadufania decydentów. Aby jednak nie było: to tylko moje zdanie, jednostkowa ocena. Nie roszczę sobie prawa do posiadania jedynej słusznej wiedzy o przeszłości, korzystam natomiast z innego posiadanego przez siebie prawa, a mianowicie prawda do dywagowania o wszystkim co mnie interesuje ;-).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s