„Unthinkable” – recenzja filmu

Przez chwilę niewiele się u nas działo i niewiele brakowało, a nie działoby się nadal ;-). Bieżące upały wysysają z nas ostatnie resztki sił i nie chce się nic. Poza niczym, skoro już o tym mowa 😉

Dosyć marudzenia, pora na konkrety. Dzisiaj chcielibyśmy Was zaprosić do przeczytania kolejnej podwójnej recenzji filmowej. Tym razem na wokandę wzięliśmy „Unthinkable”. Jest to film sensacyjny, thriller wręcz, który zasłużył sobie na naszą uwagę ze względu na kilka detali. Przede wszystkim, poprzez zakres tematyczny. W filmie jest bowiem mowa o arcyciekawym temacie, jakim jest zakres obowiązywania praw człowieka w sytuacjach ekstremalnych. Jako, że mamy do czynienia z dziełem przeznaczonym dla każdego bez mała odbiorcy, cała opowieść jest podana lekkostrawnie i… No, trochę się zagalopowaliśmy, wszak szczegóły znajdziecie poniżej. Zapraszamy!

Unthinkable

D.: Zauważyłem ostatnio, że nie chce się nam pisać o filmach współczesnych. Rzadko który z nich okazuje się na tyle ciekawy, by opłacało się poświęcić na niego choćby pięć minut już po napisach końcowych (o ile, jakimś cudem, potrafimy do nich dotrwać bez wsparcia koleżanki stolicznej). Oczywiście, poprzez „filmy współczesne” rozumiemy głównie mainstream, pracowicie wykuwany przez bezimiennych bohaterów wielkiej fabryki zwanej Hollywood (a może odwrotnie: przez celebrytów z imionami i nazwiskami wielkimi jak Związek Radziecki. No właśnie: jak Związek Radziecki…). Czasami jednak scenarzyści z wielkich wytwórni biorą się za temat intrygujący, ważny i trudny. Co więcej: bywa, że stawiają inteligentne pytania, a nawet – o matko! – inteligentnie starają się na nie odpowiedzieć. Filmem, który warto przeanalizować pod kątem wystąpienia podobnego zjawiska jest „Unthinkable” (tytuł polski – raczej kiepsko dobrany, to „Bez reguł”). Jest to krótka, dramatyczna opowieść o pewnym aspekcie walki z terroryzmem, mianowicie o torturach. Kiedy można je stosować? Czy w ogóle można je stosować w walce z wrogiem nietrzymającym się żadnych zasad? Czyje życie jest cenniejsze? Jak bardzo można się poświęcić w batalii o wyznawane wartości? I czy jest jakaś linia, choćby cienka i czerwona, której za wszelką cenę przestąpić nie można? Ta bateria pytań ma prawo przerazić. Doświadczenie uczy, że z podobnej kombinacji problematycznej Amerykanie potrafią wyciągnąć królika odgwizdującego na baczność „The Star Spangled Banner” i machającego proporcami z orzełkiem. Wiadomo: Ameryka ponad wszystko, jedzcie frytki, kupujcie samochody i rozmnażajcie się, a wszystko to popijajcie dietetyczną coca-colą i nie zapomnijcie o grosiku na biednych „innych”. Tym razem jednak mogło być inaczej. Czy było? Postarajmy się to ustalić…

I.: .…zaczynając od początku, a więc od kilku podstawowych danych. „Unthinkable” (trzymajmy się może tej właśnie, oryginalnej wersji tytułu…) to film Gregora Jordana, który trafił do kin w 2010 roku. Steven Arthur Young aka Yusuf Atta Mohamed, muzułmanin amerykańskiego pochodzenia (Michael Sheen) podłożył na terenie USA ładunki nuklearne, które wybuchną, jeśli nie zostaną spełnione jego warunki. Mimo że zostaje złapany, nie chce ujawnić miejsca ukrycia bomb. Trwają kolejne przesłuchania, a wraz z nimi wzrasta presja, bo czasu jest coraz mniej. Do czego posunie się H., ekspert od wydobywania informacji (Samuel L. Jackson)? Na ile pozwoli mu Helen Brody, agentka FBI (Carrie-Annie Moss)? „Unthinkable” jest filmem dla ludzi o mocnych nerwach. Nie jest też filmem łatwym i nie pozostawia obojętnym. Widz gubi się w ocenie, co jest białe, a co czarne. Co chwila, wraz z nowymi danymi, musi na nowo dokonywać przewartościowań. Kto ma rację? Kto jest dobry? Terrorysta Yusuf, okrutny H., czy może agentka FBI? Odpowiedź do samego końca nie jest oczywista, jak i nie jest oczywista moralna ocena żadnego z bohaterów…

D.: „Unthinkable” nie jest pierwszym celuloidowym głosem w temacie terroryzmu – mainstreamowy Hollywood pochylił się nad tą kwestią już wcześniej, by wymienić choćby „Stan oblężenia”. Przyznam, że po „Unthinkable” spodziewałem się właśnie czegoś w tym stylu, a więc, przypomnijmy, historii z patosem, ale banalnej, pozornie skomplikowanej, lecz w rzeczy samej opowiedzianej z łopatologiczną dosadnością i bez pozostawionych niedomówień (czy też – co gorsza – wątpliwości). W takich to historiach przoduje „fabryka snów”: przewidywalnych i opowiadanych tak, by nawet ślepy / głuchy / niekumaty zrozumiał autorskie intencje (czytaj: przekaz ideologiczny). I tutaj niespodzianka, bowiem „Unthinkable” nadaje na zupełnie innej długości fali. Tak jak piszesz: ocena moralna bohaterów (i antybohaterów) nie jest w tym filmie jasna. Podkreślę: naprawdę nie jest jasna. Nie chodzi tutaj o fabularne pseudozawijasy, które okrężną drogą prowadzą do lśniącej z daleka jedynej słusznej prawdy. Wręcz przeciwnie, pytanie zadane przez twórców filmu pozostaje otwarte, możliwych odpowiedzi jest kilka i… każda zdaje się być równie dobra. Film oddaje problematykę dyskusji na temat terroryzmu i – szerzej – dobra i zła, która toczy się w Stanach Zjednoczonych nieprzerwanie od pamiętnego 2001 roku. W dyskusji tej pojawiają się nowe akcenty determinowane świeżymi wydarzeniami. Na powstanie „Unthinkable” miały wpływ z pewnością dwa: afera w więzieniu Abu Ghaib (tortury) oraz pogłoski o tajnych więzieniach CIA (ulokowanych poza USA i służących, oczywiście, także torturowaniu jeńców wojennych oraz osób podejrzanych o terroryzm). Do listy dodać można jeszcze kontrowersyjne „Gitmo” czyli słynną (acz niesławną) bazę w Guantanamo na Kubie (trafiają tam więźniowie niejako „wykradzeni” spod jurysdykcji cywilnej na rzecz słabiej kontrolowanej przez społeczeństwo jurysdykcji militarnej). Ameryka – oficjalnie – odżegnywała i odżegnuje się od stosowania pewnych procedur, tortury (podkreślamy: oficjalnie) były do tej pory „out of question”. Praktyka lubiła chadzać własnymi ścieżkami, ale czym innym jest szereg wykroczeń wbrew prawu i wykładni politycznej, a czym innym… uznanie tortur za zasadne. Bo summa summarum, właśnie o to w filmie chodzi. O rozważenie, czy w jakichkolwiek warunkach, choćby ekstremalnych, tortury można uznać za wskazane, a nawet konieczne. W tym przypadku zakładnikiem moralności są miliony cywilów, których przyszłość zależy od tego, czy zostaną znalezione i rozbrojone bomby atomowe ukryte w amerykańskich miastach… Sukces tej misji jest – być może, a wedle fabuły filmu wręcz na pewno – niewykonalny inaczej, niż poprzez zmuszenie pewnego człowieka do „sypania”. Co jednak, kiedy on dobrowolnie dzielić się swą wiedzą nie zamierza?

I.: Na samo wspomnienie wykorzystanych metod aż mi ciarki przechodzą po plecach: H. stosuje bowiem nie tylko okrucieństwo fizyczne, ale i prześladowanie psychiczne. Tak jak i Yusuf, potrafi do osiągnięcia swoich celów wykorzystać życie niewinnych. I widz, o czym już wspomniałeś, zadaje sobie pytanie, czy to wszystko jest zasadne. Do czego można się posunąć? Czy są sytuacje, w których można przestać być człowiekiem? Czy władza może przestać postępować zgodnie z prawem? Brrr… Bez wątpienia, bardzo emocjonalny, osobisty odbiór filmu ułatwiają świetnie dobrani aktorzy. Chyba najmniej do gustu przypadła mi rola Carrie-Annie Moss. Muszę jednak uczciwie przyznać, że postać, w którą się wcielała nie rzucała na kolana – ot, taki średniak, który nie wie, po czyjej stronie się opowiedzieć, chciałby i jednocześnie boi się… średniak, który z założenia miał być (i powinien być) średniakiem, by jak najwierniej oddać uczucia, które zapewne owładnęłyby każdym z nas w takiej właśnie sytuacji. Dla odmiany, postaci H. i Yusufa są na tyle charakterystyczne, że dały aktorom pole do popisu. Obaj się obronili. Zwłaszcza Jackson… Jako ekspert od wydobywania informacji jest tyle przerażający, co wręcz demoniczny. I znowu ciarki przechodzą mi po plecach… 😉

D.: Jurek Waszyngton powiedział „ci, którzy zrzekają się nieodłącznej człowiekowi wolności, w celu uzyskania krótkotrwałej odrobiny bezpieczeństwa, ani na jedno, ani na drugie nie zasługują.” Z drugiej jednak strony Jefferson uważał, że „drzewo wolności należy podlewać krwią patriotów i tyranów.” Gdzie leży prawda? Czy wolności i praw człowieka można bronić każdymi dostępnymi środkami? A może przeciwnie: lepiej pójść w niewolę, lepiej oglądać zburzone miasta i zniszczone narody, niż pozwolić sobie na sięgnięcie po metody wrogów, którzy praw człowieka nigdy nie respektowali? To trudny problem i film „Unthinkable” nie dostarcza gotowej odpowiedzi. To, paradoksalnie, jest dla mnie główną zaletą obrazu. Twórczy wykreowali intrygującą sytuację, postawili bohaterów w sytuacji teoretycznie bez wyjścia i… nie dostarczyli im opcji pod tytułem „telefon do przyjaciela”. Zakończenie filmu jest otwarte, podobnie jak otwarty zostaje kluczowy problem w nim zawarty. Trzeba pogłówkować samemu. Jeśli okazja ku temu trafia się dzięki mainstreamowemu produktowi z hollywoodzkiej linii montażowej, to… czemu nie skorzystać?

Advertisements

12 thoughts on “„Unthinkable” – recenzja filmu

  1. Będę lubić jak obejrzę/ oglądnę ;), ale recenzja już mnię się podobuję, a polski tytuł brzmi o mojemu 😉
    W kategorii „dobro i zło” stanowczo jestem za tym pierwszym, aczkolwiek człek zmuszony jest czasami posłużyć się tzw „półprawdą”.

    • półdobro i półzło i półprawda… cóż, lepszy półświat niż ćwierćświat, zawsze wszak może być gorzej ;-).

      • winduj do nieba Waść…zawsze może być lepiej, albo lepiej być nie może 😉
        Abstrahując od tematu.. jak można na pierwszy taniec ślubny zamówić piosenkę: „windą do nieba”..chyba nigdy nie pojmę..

        • bo niektórym windą do nieba nie kojarzy się z windą na szafot – jako się kojarzy nam. Stąd u nas na ślubie, do pierwszego tańca zachęcała Ordonówna -> http://www.youtube.com/watch?v=-ZsgcThvwtM co prawda w zupełnie innym wykonaniu, najpierw długo samo capella, dopiero na koniec puenta z jej ust. Ach, przypomniało mi się to miłe wydarzenie 😉

          • ach, przepiękny to utwór,,można się wręcz rozpłynąć, zwłaszcza na parkiecie w objęciach ukochanej..mmm:)
            .
            A tekst windy mówi niejednoznacznie o zamązpójściu z innym, mimo iż w sercu pan z technikoloru..taki rodzaj pożegnania…jakby małżeństwo z rozsądku 😉

          • ach, te tragiczne teksty… zawsze lepsza winda do nieba niż ostatnia niedziela, choć to ostatnie uwielbiam 😉

    • nic ciekawego. W tym filmie ostatnia scena (uwaga – spojler) to klęska wszystkich, bowiem w jednym z wielkich amerykańskich miast wybucha bomba atomowa. Reżyser się więc nie patyczkuje i przypomina, że to nie zabawa, ale realne, prawdziwe do bólu życie, w którym przegrana może być bardziej kosztowna niż zazwyczaj.

      Reżyser uniknął jednak jednoznacznej odpowiedzi czy warto torturować. Z jednej strony podkreślone jest, że trzeba zachować twarz, że w jakiś sposób trzeba się odróżniać od tych, z którymi się walczy i to jest prawdziwe. Z tym się zgadzam. Z drugiej, koszt zachowania twarzy jest astronomiczny… bo ile osób może zginąć przy takim wybuchu? Sto tysięcy? Trzysta tysięcy?

      Jeśli ma dojść do takiej tragedii, to każda metoda jej zapobieżeniu jest prawidłowa. Choćby zbombardowanie obcego miasta. Bo przecież zakładamy, że w ostatecznym rachunku liczy się, byśmy to my przeżyli. Torturowanie jednego człowieka… mógłbym się na to zgodzić, gdyby ktoś ocalił w ten sposób moją rodzinę i bliskich. Uważam, że są tego warci.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s