„Wygoogluj sobie kulturę, czyli krótki felieton o szukaniu” – uzupełnianie archiwów na onibe

Parę miesięcy temu zapraszaliśmy Was do lektury czternastego numeru Qfantu, w którym znaleźć mogliście – między innymi – nasz artykuł o… googlowaniu ;-). Rzecz się zwie „Wygoogluj sobie kulturę, czyli krótki felieton o szukaniu”. Jako, że w necie dostępny jest już kolejny numer Qfantu, czas najwyższy aby nasz tekścik zasilił wreszcie domowe archiwa…

Jeśli jeszcze nie czytaliście, zapraszamy do lektury. Zarówno na Qfancie (numer pdf dostępny tutaj – polecamy także kilka innych ciekawych artów i opowiadań) jak i na Onibe (poniżej). Jednocześnie, aby nie dublować ciekawej dyskusji, linkujemy wcześniejszy wpis – zajawkowy – o tym artykule.

Miłej lektury.

Czy pamiętacie jeszcze te czasy − mroczne, odległe, jakże umykające dzisiejszemu rozeznaniu − kiedy człowiek nie był przypięty do Internetu? Och, wiem, wcale nie umknęło mi, że różnego rodzaju sprzęgi łączące ludzki mózg z siecią dopiero są w planach i że w najbliższym markecie się ich jeszcze nie dostanie. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: wciśnięcie kabla gdzieś pomiędzy prawą a lewą półkulę szarego kalafiora, zwanego w języku gladiatorów i westalek encephalonem, niewiele już zmieni. Od wielu lat tkwimy w sieci cyberpająka na dobre, a nasze uzależnienie realizuje się w oparciu o przestarzałe, ale ciągle niezbędne narzędzia, takie jak klawiatury i myszki czy też ekrany dotykowe. Tego, że pełna imersja świadomości w światłowodowe otchłanie jest pewna, my również jesteśmy pewni (jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało). Skąd to przekonanie? Cóż, przyszłość taką wieszczą nie tylko pisarze science fiction (ci sami, którzy obiecali nam dziesiątki zasiedlonych planet i świat bez podatków oraz orgazm za naciśnięciem guzika!) czy naukowcy (ci sami, z winy których wizje twórców science fiction jeszcze się nie sprawdziły… czy wspomniałem o podatkach?), ale nawet przedsiębiorcy (im z pewnością o podatkach przypominać nie trzeba). Pierwsze, ograniczone funkcjonalnie interfejsy BCI (brain-computer interface) dostępne są już w sprzedaży. Daleko im jeszcze do sensownych implantów neuronalnych, o jakich marzą co bardziej zapobiegliwi transhumaniści (lub praktycy), ale wielkie koncerny nie zasypiają gruszek w popiele: szefowie największych działów R&D też czytują Crichtona i Asimowa…

Zostawmy jednak na boku rozważania o technologii – w tej dziedzinie więcej do powiedzenia mają ludzie bardziej kompetentni1. Zajmijmy się pewnym aspektem bieżącej dostępności do świata informacji, a konkretnie… domniemaną łatwością odnajdywania przejawów kultury w sieci. Nim przejdziemy do meritum, pozwólmy sobie na drobne uściślenie. Skąd tytuł tego tekstu? Czemu jest taki a nie inny? W gruncie rzeczy jest to ciekawostka. „Googlanie” czy „googlowanie” (słowniki poprawnej polszczyzny na razie milczą na temat sposobów odmieniania tego wyrazu) to oczywiście korzystanie ze sztandarowego produktu koncernu Google, a mianowicie wyszukiwarki, od której cała ta heca się zaczęła. Gwoli ścisłości − Google nie były pierwsze, z pewnością nie będą też ostatnie, ale udział giganta z Mountain View w tym rynku jest tak znaczący, że od pewnego czasu pokraczny neologizm „googlowanie” (czy też jego druga, wymieniona powyżej forma2) używany jest zamiennie wobec słowa „szukanie”. Dotyczy to zwłaszcza szukania czegoś w sieci z pomocą wyszukiwarki, ale nie tylko. „Googlowanie” przeciekło do języka potocznego i choćby dlatego zasłużyło na zainteresowanie językoznawców i pisarzy. Jacek Dukaj, cesarz polskiej hard science fiction, włączył pojęcie do swojej skrzynki z narzędziami. Pojawia się w „Science Fiction”, ale w nieco innej postaci. Potrafiący czynić cuda z językiem tarnowianin ceni sobie ekonomię lingwistyczną, pewnie stąd forma prosta i efektowna: „guglanie”. A skoro już przy Dukaju jesteśmy, to warto wspomnieć, że autor nie tylko dopieścił owo słowo, lecz i przypisał mu coś w rodzaju etosu savoir-vivre. „[…] Caldwell […] nie zna twórczości Ksuko w ogóle. Mógłby ją szybko zguglać (oczywiście bez siadania przy komputerze – w świecie wykreowanym dostęp do sieci jest nieograniczony i przebiega za pomocą czegoś w rodzaju wspomnianych BCI – przyp. D.B.), ale cóż to byłoby za faux pas, gdyby się zorientowała!3

My, tymczasem, nie mamy ani bezpośredniego, domózgowego dostępu do sieci i google, ani nie obowiązują nas powyższe, jakże śmieszne, ograniczenia. Jeszcze tego brakuje, aby ktoś się obraził, że szukamy o nim informacji! Najczęstszą przyczyną frustracji jest sytuacja odwrotna, to znaczy brak zainteresowania. A skoro tak, to szukajmy.

Humaniści nie lubią statystyk, nie będziemy się zatem przerzucali liczbami, acz kilka cyferek nie zaszkodzi. Teoretycznie, szeroko rozumiana kultura powinna być jednym z klejnotów w koronie wyszukiwarek. Teoretycznie. Samo słowo „kultura” rzeczywiście notuje dość duże zainteresowanie, jeszcze lepiej plasuje się „literatura” czy „film”, ale oczywiście nic nie przebije… „sexu”4. To dobra okazja, aby pokręcić nosem i ponarzekać. Na czasy, na obyczaje, na społeczeństwo. I jeszcze trochę na czasy, które, jak wiadomo, zawsze są złe, choć w niezidentyfikowanej przeszłości były lepsze (najlepsze – zapewne – gdzieś w okolicach wczesnego prekambru). My jednak, cokolwiek niekonwencjonalnie, pozwolimy sobie wyrazić zadowolenie z powyższych statystyk. Gdy spojrzymy na dane demograficzne, to informacje płynące z serwerów Google musimy odebrać jako optymistyczne. Dobra książka czy niezły film to oczywiście ważne artefakty, na których oparta jest nasza kultura, ale z punktu widzenia potencjału prokreacyjnego… Sami rozumiecie.

Jeśli zagłębimy się dalej w podsumowania wyników wyszukiwań, to rychło dostrzeżemy, że książka jest w odwrocie. W Polsce przegrywa z „naszą klasą” czy „grami” (tutaj przynajmniej pozostajemy w kręgu kultury, rozumianej szeroko), sklepem internetowym „allegro” lub witryną „you tube”5. Wysoko trzyma się „facebook” − także w wyszukiwaniach prowadzonych za Oceanem, a konkretnie w Stanach Zjednoczonych, w których do liderów dołącza… pogoda („weather”). Podobnie rzecz wygląda w Wielkiej Brytanii czy Francji. Gdybyśmy z kolei podsumowali najszybciej zyskujące frazy i słowa kluczowe w 2011 to… po pierwsze zadalibyśmy sobie pytanie: „kim do diabła jest Rebecca Black?6”, po drugie zaś, złapalibyśmy się za głowę. Najpoważniejszym graczem (nomen omen) z kręgu kultury okazuje się bowiem gra „Battlefield 3”. Przy odrobinie szczęścia może któraś z misji odbywa się w bibliotece, ewentualnie istnieje możliwość rzucania książkami w przeciwników, kiedy już skończą się granaty.

Nie ma nic odkrywczego w stwierdzeniu, że ludzie chętniej szukają i szukać będą gwiazdek muzyki, choćby te nie potrafiły śpiewać (a nawet zwłaszcza wtedy) niż, dajmy na to, krytycznych tekstów o „Ulissesie” Joyce’a. Ale, z drugiej strony, to nie jest wyścig. Nie ma znaczenia jak często, ważne, że w ogóle twarde, cenne artefakty kultury podlegają wyszukiwaniom. A skoro są szukane, to… zobaczmy, jak to się dzieje na polu bitwy. Pora na taktykę wyszukiwań.

Dajmy na chwilę odpocząć pracowitym żołnierzom firmy Google, a natchnienia poszukajmy w sieci bezpośrednio u zainteresowanych. Na przykład na stronach i blogach poświęconych kulturze. Pewien publicysta pochwalił się statystykami swojego bloga i ujawnił, jakie zapytania najczęściej prowadzą do jego kulturalnej strony. Lista jest długa i fascynująca, jej wnikliwa lektura powinna stać się podstawą każdej pracy doktorskiej, opisującej wykorzystanie wyszukiwarek internetowych do zgłębiania wiedzy. My, oczywiście, doktorami zostać nie chcemy (mimo wszystko, bez tego tytułu łatwiej dostać pracę w recepcji pobliskiego hotelu lub rozwozić pizzę…), więc pozwólmy sobie na skrótowe tylko prześledzenie tego zestawienia. Niektóre z fraz tchną prawdziwą mądrością, jak choćby ta: „sztuka wspolczesna rodzi z checi zarobienia pieniedzy7”, inne służą odkrywaniu tajników mistycznych: „po co mężczyźnie sutki (bardzo słuszne i rzeczowe pytanie)”, „pokwitujący samiec” lub kwestiom bez mała praktycznym: „jak powinno byc napisane na zaproszeniu kisla czy kisiela” albo makabryczny „pochówek w sposób mentalny” czy też „życie poza cmentarzem”.

Pod względem częstotliwości wygrywa seks. W najrozmaitszych postaciach: „sexs na wizji”, „forum podgladaczy nagich dziewczyn bez tabu baner”, „karolina i waldek uprawiają seks”, „pornole z czasow starozytnych”, „seks spółkowanie z piękną dziewczyną (wreszcie jakiś normalny się znalazł)”, „akt erotyczny z obrączką” a nawet „falliczne przyprawy” czy… cokolwiek niekonwencjonalny „stosunek z rzeźbą”. W tym ostatnim zapytaniu mamy przynajmniej wskazanie na kulturę, wszak rzeźba to nie byle co, prawda?

Niektórzy wyszukujący prezentują bardzo osobisty stosunek do Google – w takich przypadkach nie ma mowy o banalnych frazach, ale o prawdziwych dialogach z wyszukiwarką: „kogo współcześnie rozumiemy człowiekiem renesansu? … plisss … szybko i konkrety!”, „ludobójstwo nie jest katastrofą-jaki to gatunek literacki” albo nawet precyzyjnych poleceniach: „proszę o napisanie recenzji jakiegoś filmu, najlepiej z jakiejś komedii. proszę zrobić to dokładnie, tak koło 10 zdań. ma być w tym zawarte:własna opinia,reżyser,rodzaj filmu,muzyka jeśli była ciekawa. poziom rozszerzony, więc proszę o dokładność”.

Bywa, że do pytań wkrada się coś w rodzaju poezji: „jest na talerzu, jest tak uchwytne, że jem jajka, szpinak, księżyc”. Ci, którzy mają największe parcie na ambitną problematykę, również korzystają z wyszukiwarek, o czym świadczą bardziej wyrafinowane wątpliwości: „ile historii krązy w utworze gustawa grudzinskiego” lub „recenzja z przedstawienia brud smród i choroby”, ewentualnie: „z czego wynikał bunt chlopa i jakie dawal oznaki w tekscie zbuntowany”, nie wspominając o mocnym: „samobujstwo… komasy”.

To było konkretne zestawienie, ale nie jedyne. Jest ich więcej. Raz jeszcze odwołajmy się do wyszukiwarki. Niech nam pomoże. Czego chcemy? Kultury, rzecz jasna. No i mamy. Tak jakby. „Ułożenie ksiazek na regale8” oraz „żołądek w biblii9”. Biblia w żołądku się otwiera…

Także rzut oka do prywatnej statystyki blogowej potwierdza prawidłowość łatwą do zaobserwowania powyżej10. Jesteśmy jednak dumni z faktu, że „akt” przegrywa ze „śniadaniem u tiffaniego”, choć… „nagie kobiety” wygrywają z „sniadanie u tiffaniego” (ach te warianty…). „Naga kobieta” prowadzi z „kazimierz kyrcz jr”, a „nagie ciało” przebija o kilka punktów „północny sztorm”. Później, dla odmiany, „Jacek Skowroński” pokonał „nagie ciało kobiety”, zaś „nagość w sztuce” i „akt w fotografii” o włos wyprzedziły nasze ulubione „kryminały”.

Czytając takie zestawienia, nie sposób nie zadać sobie pytania kluczowego: jak działają wyszukiwarki, jaki geniusz został zawarty w ich algorytmach, skoro potrafią udzielić odpowiedzi na tak… niezwykłe pytania. Niezwykłe i, co tu dużo mówić, niegramatyczne i nieortograficzne. Gdybyśmy poszli tym tropem, musielibyśmy zastanowić się, kim właściwie jest przeciętny użytkownik wyszukiwarki Google. To, z kolei, jest dobrym powodem, aby zbyt mocno się nie zastanawiać. Wnioski mogłyby być nieciekawe. Zamiast więc brnąć dalej, skręćmy w alejkę zatytułowaną „podsumowanie”.

„Żyjemy tu jak bakterie w trzewiach olbrzyma: gdyby nie my, dostałby prędko zatwardzenia z niestrawności, karmiony wciąż tą przeraźliwą sałatką pytań, problemów i zagadnień, które stawiają mu ludzie z zewnątrz… Szczególny rodzaj symbiozy człowieka z maszyną: chwilami odnoszę wrażenie, że to on nami zawładnął, że to my bez niego nie potrafimy się obyć.”

Brzmi jak fragment bloga któregoś z pracowników koncernu Google? Macie prawo tak myśleć, ale jesteście w błędzie. Jest to bowiem fragment wizji, która narodziła się, nim Larry Page i Siergiej Brin w ogóle przyszli na świat. Tak pisał Janusz A. Zajdel w roku 196511. Wielki Polak nie przewidział, że pół wieku później, aby dowiedzieć się czegokolwiek, wystarczy usiąść przed komputerem (laptopem, palmtopem, tabletem, smartfonem, telewizorem z dostępem do netu lub takąż… konsolą – niepotrzebne skreślić), ale błyskotliwie uświadomił sobie dwa inne problemy związane z nadmiarem dostępnej wiedzy. Przede wszystkim kłopot z jej magazynowaniem i przetwarzaniem (w cytowanym opowiadaniu rezerwuarem informacji oraz zasobem mocy obliczeniowych jest gargantuiczny budynek, w którym wszystkie procesy odbywają się w nieco średniowieczny sposób) oraz… spadek indywidualnych umiejętności ludzi (tych, którzy zadają pytania). „Ce-jeden: 13725. Ce-dwa: 24,85. Człon wariacyjny: funkcja Yogla drugiego rodzaju, wskaźniki trzy i pięć – odparł jąkający się z niecierpliwości głos. Albert zanotował. I szybko, szybko! […] Albert wziął ołówek, wypisał rozwiązanie ogólne z pamięci, stałe wynotował z tablic. Podstawił wszystko do równania i sięgnął po suwak. W ciągu trzech minut miał gotowe rozwiązanie. […] To pan… sam rozwiązał to równanie? Sam. […] Pan umie rozwiązywać takie równania? − W jego głosie brzmiał nietajony podziw. I nie tylko takie!12”.

Jakże przewidująco Zajdel nadmienił jeszcze, że „Scientax to nie jakaś głupia centrala telefoniczna! To maszyna mądrzejsza od niejednego człowieka! Czasami ma prawo być w niedyspozycji!13” Dzisiaj miejsce owej „maszyny” zajął wszechpotężny Google. I niech się Microsoft nad nami zlituje, jeśli zacznie cierpieć na coś więcej niż banalną niedyspozycję, bo nawet książek na półce biblioteczki nie będziemy mogli ułożyć…

1Jeśli chcecie rozszerzyć własne horyzonty, to poczytajcie sobie chociażby o OCZ Neural Impulse Actuator. Nie ma to wielkiego znaczenia z punktu widzenia naszego felietonu, ale wiedzy nigdy dosyć, prawda? Pewne informacje znajdziecie tutaj: http://twojepc.pl/artykuly.php?id=ocz-nia-neural-impulse-actuator&tSid=7844316946df63bf7c6909a546138be1, a jeśli to dla Was za mało to… oczywiście, zmierzcie się z googlami. Wszystkie linki podane w niniejszym artykule zostały odwiedzone w styczniu 2012.

2Gwoli ścisłości − choć słowo „google” faktycznie jest wyrazem sztucznym, wbrew pozorom wcale nie opartym na luźnym i odległym skojarzeniu z goglami narciarskimi, ani żadnymi innymi, to istnieje wyraz bardzo doń zbliżony, który oryginalnie miał być nazwą firmy założonej w 1998 przez dwóch doktorantów Uniwersytetu Stanforda, a mianowicie „googol”. „Googol” to liczba 10 do potęgi setnej, zapisalibyśmy ją jako jedynkę i sto zer. Nie mamy pojęcia, do oznaczania czego można użyć tak wielkiej liczby (przekracza ona szacowaną ilość atomów we Wszechświecie), ale wiemy coś innego, kolejną ciekawostkę, a mianowicie skąd się owa kuriozalna nazwa wzięła. Jeśli „google” pojawiły się jako pomylona wersja „googola”, to sam „googol” miał równie intrygującą genezę. Ten cud lingwistyki stosowanej powstał w 1938 roku, powołany do życia przez Miltona Sirotta, który miał… dziewięć lat. Milton, zapytany przez Edwarda Kasnera, amerykańskiego matematyka, którego był siostrzeńcem, o nazwę dla bardzo dużej liczby, z namysłem udzielił odpowiedzi brzmiącej „googol”. O tajemnicy nazwy koncernu Google możecie przeczytać m.in. tutaj: http://graphics.stanford.edu/~dk/google_name_origin.html, natomiast o genezie „googola” dowiecie się z następującego linku: http://mathworld.wolfram.com/Googol.html

3Jacek Dukaj, „Science Fiction”, antologia „Science Fiction”, Warszawa 2011, s. 644.

4Miesięczna liczba wyszukań w Polsce: literatura 5 milionów, kultura ok. 1,8 miliona, film ok. 340 milionów. Sex… ok. 620 milionów. Statystyki dotyczą wyszukiwarki google.com, podaję za Google AdWords, www.adwords.google.com

5Trendy wyszukań ilustruje www.google.com/insights/search, z kolei Google Zeitgeist 2011 to doroczny raport podsumowujący najszybciej zyskujące frazy w google. Dostępne na: http://www.googlezeitgeist.com/pl

6Już wiemy – pomogła nam… wyszukiwarka google.

7Wszystkie cytaty dotyczącego tego źródła pochodzą z bloga Wizja Lokalna, http://wizjalokalna.wordpress.com/2011/12/03/poezja-absurdu-czyli-jaja-w-wyszukiwarce. Zachowano pisownię oryginalną. Komentarze w nawiasach napisane kursywą zostały sformułowane przez autora wspomnianego bloga, pozostałe komentarze moje.

10Dotyczy naszego bloga: https://onibe.wordpress.com.

11Janusz A. Zajdel, „Dyżur”, antologia „Relacja z pierwszej ręki”, Warszawa 2010, s. 17.

12Ibid, s. 20.

13Ibid, s. 21.

14 thoughts on “„Wygoogluj sobie kulturę, czyli krótki felieton o szukaniu” – uzupełnianie archiwów na onibe

      • Więcej takich archiwalnych wpisów może być. Ciekawy artykuł można nawet kilka razy przeczytać!:) A ja wyciskam z siebie soki;D Niebawem będziecie mogli przeczytać o chińskiej zoologi fantastycznej. A tymczasem wracam do pisania recenzji, która nie chce się napisać…;D

  1. heh, to ciekawe, ale ludzie często naprawdę nie potrafią szukać. Kiedyś kolega wrzucił na tablice facezboka pytanie typu : „jak się nazywa zespół, albo tytuł utworu w którego teledysku po torsie mężczyzny chodzą kobiety w szpilkach? help”..wystarczyło wpisać w bezokoliczniku frazę od słowa „teledysk..” i voila!:). Jestem przestraszona natomiast, jak ktoś prosi o pomoc w podaniu namiarów na korepetytora, pisząc że może to być obojętnie skąd osoba znająca fiński. W ciągu jednej minuty wyświetla się cała strona ludzi którzy są korepetytorami władającymi tym językiem. Dziś miałam kolejne starcie, świadczące o tym, że osoba która coś pisze jest zwykłym leniem patentowanym. Dostałam wiadomość w której treści wystąpiło „z tam tąt”..ja rozumiem, sama popełniam błędy zwłaszcza te interpunkcyjne, ale litości, ten błędnie wysmarowany tekst podkreśla się na czerwono!..jeśli komuś nie chce się nawet sprawdzić…szkoda gadać 😉

    • hehe, jest tak jak piszesz – niby technologia coraz bardziej ułatwia życie ale i ludzie dają z siebie mniej i mniej. Niedługo będą musieli mieć urządzenia do przeżuwania i wypróżniania się, bo sami z siebie nie podołają… Ale tak było zawsze, kwestia statystyki i krzywych rozkładu normalnego… 😉

  2. Dobry felieton. Dobry temat – w ogóle ; )

    Najbardziej mnie interesuje (jeśli mowa o wyszukiwarkach internetowych) kilka zagadnień związanych z polityką i sposobem wyszukiwania w „Google” (sortowanie, indeksowanie itd.).
    Ale sporo z tego to ścisła tajemnica Google ; )

    Niektóre z wpisanych w wyszukiwarki fraz, a prowadzących do bloga, są zdumiewające, zatrważające, niepojęte, kosmiczne wręcz, to prawda _^_’

    • cuda się dzieją… jak widać ;-). Mechanizmy selekcji miliardów bajtów są rzeczywiście interesujące. Często nam umyka, że google to w rzeczy samej taki superbramkarz, który decyduje który przekaz (w ujęciu kulturowym) trafia do odbiorców, a który nie. Oczywiście nie chodzi tutaj o teorie spisku, raczej prosty fakt, iż uzależnienie naszej cywilizacji od jednego typu mechanizmów pozyskiwania wiedzy i w dodatku mechanizmów tak bardzo łatwych do kontroli przez jeden komputer / jednego człowieka / jedną firmę jest swego rodzaju nowością. A może po prostu rodzajem powrotu do wieków średnich, kiedy osoby potrafiące czytać były w mniejszości, a historię i rzeczywistość opisywali bardowie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s