„Szpieg” – podwójna gra, podwójna recenzja

Tydzień temu zaprosiliśmy Was do poczytania o naszych wrażeniach z seansu Mission: Impossible – Ghost Protocol, dzisiaj, kontynuując nadrabianie zaległości, wrzucamy kolejną recenzję filmu… chcieliśmy napisać „z tegoż gatunku”, ale w porę ugryźliśmy się w klawiaturę. Czy „Szpieg” (tak, tak – o nim będzie mowa) jest tożsamy gatunkowo z wysokoadrenalinowymi popisami Toma Curise’a? Nie, oczywiście, że nie. Thriller szpiegowski niejedno ma imię.

Dzisiaj wracamy – po przerwie – do jeszcze jednej naszej tradycji: do pisania recenzji podwójnych.

Miłej lektury!

Szpieg

Darek: W temacie kina szpiegowskiego ciężko jest dodać coś nowego. Z jednej strony mamy silnie ufortyfikowanego na swoich pozycjach Jamesa Bonda, który jest najsłynniejszym szpiegiem w dziejach, będąc zarazem absolutnym zaprzeczeniem szeroko rozumianego realizmu tematycznego. Bond zrobił wiele dobrego dla kina, pewnie jeszcze więcej dla profesji szpiegowskiej jako takiej, ale chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna, że jest wiarygodnym przedstawicielem środowiska wywiadowczego. A jednak, nadał kolor popularnemu wizerunkowi szpiega. Uczynił z niego ikonę popkultury, a sam zawód wzniósł do samego olimpu młodzieńczych fantazji. Mali chłopcy podobno chcą zostać kosmonautami lub szpiegami, na czym cierpią przede wszystkim strażacy… i prawdziwi szpiedzy, których praca nie jest ani łatwa, ani przyjemna, ani widowiskowa. W ich życiu może i pojawiają się piękne kobiety, luksusowe auta i dramatyczne akcje, ale na pewno nie tak często, jak to się przytrafiało Jamesowi (lub – idźmy z duchem czasu – agentowi Tomkowi). Na szczęście kino szpiegowskie stoi jeszcze jednym typem obrazu: bardziej realistycznym, chropowatym, mrocznym i… wiarygodnym. Do tej drugiej grupy zaliczyć można takie dzieła, jak doskonałe „Trzy dni Kondora”, nieco infantylna „Szarada”, klasyczny „Północ, północny zachód” czy kilka dokonań samego mistrza, Alfreda Hitchcocka. Niewykluczone, że do panteonu wejdzie jeszcze jeden obraz, ciągle względnie świeży „Szpieg”.

Iza: Zacznijmy więc może od bohaterów, których to konstrukcja bez wątpienia wpływa na realizm obrazu. Na plan pierwszy wysuwa się George Smiley (w tej roli świetny, bo jakże by mogło być inaczej!, Gary Oldman), emerytowany agent tajnych służb brytyjskich. Smiley dostaje zlecenie wykrycia zdrajcy: „kreta”, szpiega na usługach Związku Radzieckiego. Zadanie to o tyle nie jest łatwe, że George ma do wyboru jednego z czterech swoich kolegów: Billa Haydona (Colin Firth), Percy’ego Alleline’a (Toby Jones), Roy’a Blanda (Ciaran Hinds) oraz Toby’ego Esterhase’a (David Dencik). Nic to, że każdego zna, zdawałoby się, jak własną kieszeń. W świecie wielkiej polityki nie ma bowiem czegoś takiego jak przyjaźń i lojalność. A może jednak jest? Smiley może liczyć tylko na siebie i garstkę wybranych pomocników. W jednego z nich, Petera Guillama, wcielił się znany z m.in. nowego „Sherlocka” (choć trudny do poznania na pierwszy rzut oka…) Benedict Cumberbatch. To chyba mój aktorski faworyt. Uwielbiam Oldmana czy Firtha, ale Cumberbatchto dla mnie prawdziwe odkrycie. Zwłaszcza że rola Sherlocka nie ujawniła, jak wielki w aktorze drzemie potencjał.

 

D.: Rzeczywiście, Cumberbatch wniósł wiele dobrego do „Szpiega” i jest także moim faworytem… drugoplanowym. Pierwsze miejsce należy bezsprzecznie do Oldmana vel Smileya. Swoją drogą, rola ta jest ciekawym ukoronowaniem dla aktora, który grał niemal zawsze role charakterystyczne, na ogół moralnie jednoznaczne (i to akurat złe), ale zarazem uniknął zaszufladkowania. Zobaczmy sami: w „JFK” wcielił się w… niesławnego Oswalda, w „Draculi” zagrał Draculę, w świetnym „Leonie Zawodowcu” zagrał Stansfielda (skorumpowanego glinę), w lajtowym „Piątym Elemencie” z uśmiechem na twarzy użyczył twarzy Zorgowi, paskudnemu draniowi, gotowemu poświęcić cały świat dla paru srebrników. Lista jest dłuższa i uzupełniają ją choćby takie perełki, jak rola Poncjusza Piłata, Siriusa Blacka („Harry Potter”) czy, wreszcie, makiawelicznego burmistrza Carnagie w postapokaliptycznej „Księdze ocalenia”. Po kimś, kto tak często bywał zły i okrutny, teoretycznie nie sposób spodziewać się czegoś lepszego. Oldman jako Smiley zdaje test. Okazuje się postacią niepapierową, o dość rozbudowanej psychologii (jak na kino gatunkowe) i przekonującą. Właściwie to nie wiadomo, skąd się bierze charyzma Smileya: facet wygląda na starzejącego się urzędnika, a okulary w wielkich, szylkretowych oprawach nadają mu wyraz wiecznego zdziwienia (przecież Bond nie dziwił się nigdy!). Smiley mało mówi, dużo myśli. Jest powolny w ruchach i działaniach, a jednak… wiemy, po prostu wiemy, że jest bohaterem silnym i godnym zaufania. Pozwolę sobie na drobny spojler (jeśli nie oglądaliście filmu, a nie chcecie sobie zepsuć frajdy choćby w minimalnym zakresie, to pomińcie kolejnych kilka zdań): moim zdaniem to Smiley jest głównym zdrajcą, owym mrocznym „kretem”. Tak, wiem. Niby okazuje się nim ktoś inny, ale zamknięte zakończenie mnie nie przekonuje. Coś w zachowaniu Smileya oraz parę niuansów fabularnych zdają się sugerować, że intryga ma nie tylko podwójne, ale wręcz potrójne dno. Poznajemy, kto jest zdrajcą… ale czy rzeczywiście? A może ten biedaczek (celowo nie piszę, kto nim jest) to zaledwie kozioł ofiarny i zasłona dymna? Ujmę to tak: gdybym chciał – jako twórca – zastosować takie rozwiązanie, to chyba nie znalazłbym lepszego narzędzia niż Gary Oldman. I odwrotnie: na miejsce Oldmana wybrałbym kogoś innego, gdybym chciał uniknąć takiej opcji.

 

I.: I tu nie do końca mogę się zgodzić – w końcu „biedaczek” wyraźnie zdradza powody swego przejścia na stronę zła. Stwierdza przecież, że „Zachód zrobił się brzydki”. A Smileya uważa za słabeusza. Mówi, że udawało mu się wodzić go za nos dzięki zasłonie dymnej, którą było… uwiedzenie George’owi żony. Z pewnością „Szpieg” jest bardziej skomplikowany niż wydaje się być na pierwszy rzut oka. Bardziej od Smileya w tym kontekście zastanawiałoby mnie jednak zachowanie najlepszego przyjaciela „biedaczka”, to finalne. Czy było ono aktem zemsty? A może czymś zupełnie innym: wyrazem łaski, ochrony przed torturami, które groziły zdrajcy? Specjalnie pewnych rzeczy nie nazywam po imieniu 😉 Kto wie, ten wie…

 

D.: Myślę, że warto napisać parę słów o oprawie filmu. „Szpieg” jest obrazem wizualnie bardzo surowym. Dominują w nim ciemne barwy, światła raczej brakuje niż jest go nadmiar. Świetną robotę wykonał operator kamery, przydając jej pracy dostojeństwa i niesamowitego spokoju. Wbrew współczesnej modzie, wiele kadrów w filmie jest statycznych, a nawet więcej niż po prostu statycznych, bo nawet… fotograficznych. Kilkusekundowe przebitki – nieruchome i przedstawiające znieruchomiałe, uchwycone w zamyśleniu postaci – narzucają tempo całości. Nie trzeba chyba dodawać, że efektem jest opowieść rozwijająca się powoli, pozbawiona akcji sensu stricto, ale przecież wcale nie nudna. To zaskakujące, ale w „Szpiegu”, choć na ekranie nie dzieje się wiele, a to co się dzieje zdaje się pełzać, mamy do czynienia z konkretnym ładunkiem emocji i to tych wysokiej próby. Gdzieś pomiędzy leniwe kadry i ciemną stylistykę wpleciono motywy, które umiejętnie grają na adrenalinowej konsolecie. Zadaniem „Szpiega” nie jest rozbudzić widza ani powalić go na kolana – stąd brak uderzeń piorunujących, paraliżujących. Ta historia ma… przerazić. Pokazać klimat prawdziwej gry szpiegowskiej, w której nic nie jest oczywiste, w której nie ma trwałych sojuszy i oczywistych linii frontu. Kto walczy z kim: angielski wywiad z radzieckim? A może to wojna konkretnych ludzi, stojących na czele poszczególnych instytucji i lawirujących pomiędzy innymi, podobnymi sobie graczami? „Szpieg”, jeśli w niego uwierzyć, odbiera poczucie bezpieczeństwa, ale akurat zapewnianie komfortu psychicznego nigdy nie było silną stroną pisarstwa Johna la Carre, na bazie którego powieści powstał film (książka nosi tytuł „Tinker, Tailor, Soldier, Spy” – trzeba przyznać, że jest to znacznie ciekawsze nazewnictwo niż skąpy i łopatologiczny „Szpieg”, ale być może aż tyle wyrazów nie zmieściłoby się na plakatach…). Oryginalna historia powstała, kiedy Brytyjczycy (i pewnie nie tylko oni) żyli aferą spowodowaną przez niesławną „Piątkę z Cambridge”, co wiele wyjaśnia, ale i mimo upływu lat (oraz rozmycia pamięci – wszak kto z nas kojarzy nazwisko Burgess czy Philby?) motyw pozostaje aktualny i czytelny. Swoją drogą, La Carre jest twórcą szczególnym, zbyt skomplikowanym i nie dość konformistycznym aby wcielić go do głównego nurtu literatury popularnej, ale przecież on tkwi właśnie tam: gdzieś na obrzeżach mainstreamu. Tomas Alfredson, reżyser spoza lśniącego obrazka, postać nieznana i dopiero aspirująca do wstępu na kinematograficzny Olimp, zasłużył na pochwałę. Zamiast przerobić la Carre’a na hollywoodzką sieczkę, przepełnioną gadżetami i wybuchami, niestrawną od skrótów myślowych i psychologicznych popłuczyn, postawił na konsekwencję przekazu i jego moc w wymiarze intelektualnym. Zadał sobie trudu, aby stworzyć dzieło, które jest przede wszystkim dobrym filmem – dobrym w ujęciu starej, klasycznej szkoły, ale zarazem nie gryzącym się z wymogami współczesności. Jeśli uwzględnimy w tym hipnotyzującą, doskonałą muzykę („Le Mer” Charlesa Treneta – zdecydowanie polecamy!), jaki uzyskamy efekt? Dwie i pół godziny fascynującej – lecz i nostalgicznej – wyprawy do świata szpiegów i agencji wywiadowczych. Dwie i pół godziny filmu, na którym nie sposób się nudzić i który usatysfakcjonuje zarówno wielbicieli celuloidowej formy, jak i fabularnej treści.

 A skoro o muzyce mowa, to voila:

Advertisements

4 thoughts on “„Szpieg” – podwójna gra, podwójna recenzja

  1. Do „Szpiega” już kilka razy się przybierałam i wciąć nie mogę się przybrać… nadal to jeden z filmów z mojej listy, które chcę zobaczyć, a jeszcze nie widziałam.
    Odnośnie Jamesa Bonda. Tutaj zgadzam się z Wami – dla kina zrobił wiele. Jak byłam młodsza to z wielką ciekawością oglądałam kolejne części. Może to tylko i wyłącznie moje odczucie, ale w przeszłości (do lat 90. włącznie) kolejne odsłony jego przygód były dla widza elektryzujące, były wydarzeniem. Kiedy kino poszło do przodu z różnego rodzaju efektami seria ta straciła na wadze, przynajmniej wg mnie. Do tego ostatnie części z Danielem Craigiem, który odstaje od wizerunku JB jakoś zawodzą, nie są takie porywające . Dla mnie Chyba najbardziej do gustu przypadł mi Roger Moore jako James Bond… aż chyba muszę sobie odświeżyć tą serię;D

  2. Nietuzinkowy film, jeden z najlepszych, jakie widziałem w ubiegłym roku. Wysmakowana forma, doskonałe aktorstwo, Oldman – mimo pewnej rezerwy, wycofania i powściągliwości – dominujący całość. Mogę tylko powtórzyć to, co napisałem wkrótce po obejrzeniu „“Tinker, Tailor, Soldier, Spy” (też mam wielka ochotę, by ignorować polski tytuł filmu):

    Tym, co – oprócz stylu – scalało film Alfredsona najbardziej, to kreacja Gary’ego Oldmana. Jego Smiley to człowiek wycofany wgłąb siebie, zraniony ale nadal mocny, nostalgiczny – ale tą nostalgią gorzką, pełną utajonego cierpienia i totalnego rozczarowania światem (także swoim życiem… o szpiegowskiej degrengoladzie moralnej nie wspominając). Smiley to uśpiony wulkan, z którego snuje się dym, a który w każdej chwili może wybuchnąć – i nie wiadomo czy przyczyną będzie furia, szaleństwo czy też może… słuszny gniew? To prawda, że Smiley jest po uszy zanurzony w agenturalnym g…nie – w błocie, które się do niego przez dziesiątki lat kleiło. Stąd pewnie ta jego powściągliwość i fizyczny bezruch, małomówność i pełne egzystencjalnej udręki spojrzenie… Ale przy tym wszystkim – trudno mi jest ten paradoks wyjaśnić – Smiley nadal sprawia wrażenie człowieka moralnie czystego, nieskorumpowanego, wiernego sobie. Jest kimś, kto w jakiś zagadkowy sposób potrafił zachować godność i szlachetność. Wprawdzie widać po nim, że jest człowiekiem umęczonym, ale jednak nie pozbawionym siły i mądrości, która sprawia, że nadal jest uważany w swoim bagiennym i zdradzieckim środowisku za pewnego rodzaju autorytet. A jednak jego żywiołem jest szara strefa zdrady, mordu i ludzkiej podłości, zamaskowanej tylko polityczną “koniecznością” i usprawiedliwianej historycznym determinizmem.

    No i jeszcze ta muzyka. Myślę, że ów nostalgiczno-melancholijny klimat obrazu Alfredsona znakomicie oddaje ten oto fragment ścieżki dźwiękowej filmu:

    Pozdrawiam

    • czytaliśmy Twoją recenzję i jak zwykle była dla nas pewnym punktem odniesienia. W sumie, mamy bardzo podobne odczucia i też się skłaniam do zdania, że jest to jeden z najlepszych filmów widzianych przez nas w ciągu ostatnich miesięcy czy nawet lat.

      przede mną jeszcze lektura „Tinkera…” – książka czeka na półce, już wkrótce ją zamierzam przeczytać…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s