„Mission: Impossible – Ghost Protocol” recenzja filmu

Wiele, oj wiele się przelało wody przez sejmowe korytarze od czasu, kiedy opublikowaliśmy ostatnią filmową recenzję. Sami już nie pamiętamy kiedy to było. I co to było ;-). Faktem jest, że od czasu do czasu coś oglądamy i pewnie gdyby czas pozwolił, to chętniej i częściej byśmy pisali. Z czasem jednak jest tak, że drań nie lubi współpracować. Nie dość, że jest mało elastyczny, to zawsze wygina się nie w tę stronę co trzeba… Ale mniejsza o to. Postanowiliśmy od czasu do czasu pomęczyć Was naszymi filmowymi przemyśleniami. W ramach nowego otwarcia zaczynamy od filmu niekoniecznie z górnej półki, ale… dość interesującego. Mission: Impossible – Ghost Protocol to klasyczne dzieło mainstreamowe, pod tym względem nieco wstyd o nim pisać. Z drugiej strony, czemu nie?

No właśnie: czemu nie?

W ten przewrotny sposób zapraszamy Was do lektury recenzji.

Mission: Impossible – Ghost Protocol

Cykl Mission: Impossible powinien właściwie zwać się Historią utraconej szansy. Szansy na konsekwentną linię filmów akcji, które przebiłyby Jamesa Bonda, nim ten dokonał ostatecznie samozatopienia. Szansy, na wykreowanie od nowa gatunku, wcielenie go w nowe realia. Szansy na ożenienie opowieści szpiegowskiej i napakowanego adrenaliną, dostosowanego do współczesnego, jednosekundowego widza, action movie. Pierwsza część jedynie bardzo nielicznych widzów pozostawiła obojętnych. „To jest to!” – tak mówiły i krzyczały miliony fanów nowego boga popkultury, Toma Cruise’a. Miało być pięknie. Było… jak zawsze.

Co oznacza „jak zawsze”? W przypadku Hollywood, dwie rzeczy. Przede wszystkim: kasowość. Jedynka, przy swoich osiemdziesięciu milionach dolarów budżetu, ponad połowę tej kwoty zarobiła w pierwszy weekend, a w sumie pozwoliła producentom zgromadzić około czterysta milionów „zielonych”. Dwójka była droższa – kosztowała sto milionów z górką, zarobiła zaś więcej niż pół miliarda dolarów. Trójka kosztowała sto pięćdziesiąt milionów banknotów z Jurkiem Waszyngtonem, a swoim twórcom przyniosła zwrot na poziomie niecałych czterystu milionów. Gorzej, ale przecież nadal świetnie, prawda? Tutaj dochodzimy do drugiego „jak zawsze”, a więc konsekwentnie słabnącej jakości filmu. Jedynka była super, dwójka niezła, a trójka… cóż, podobno są na świecie ludzie, którzy wiedzą, o co w niej chodziło. Poza pokazaniem losowo zespawanych scen akcji, mnóstwa gadżetów i stosu produktów, którym miejsce obok Toma Cruise’a wykupili bogaci sponsorzy. Klątwa coraz gorszych sequeli nie zepsuła humoru producentom, w efekcie czego, po długim, pięcioletnim oczekiwaniu, pojawiła się w końcu czwarta część M:I (pierwsze trzy ukazały się w ciągu dziesięciu lat, odpowiednio: 1996, 2000 i 2006). I jak to zwykle bywa, ujawniły się oczekiwania. M:I4 miało odmłodzić cykl, pokazać nową twarz. I udowodnić, że Tom Cruise jednak ma pomysł i wie, jak go zrealizować. Czy się udało? Zobaczmy.

Nie jesteśmy księgowymi, ale skoro wspomnieliśmy o liczbach, uzupełnijmy ten wątek. Ot, tak – dla porządku. Ghost Protocol kosztował nieco mniej niż część trzecia i miał raczej kiepski start. Według IMDB w pierwszy weekend zarobił zaledwie niecałe trzynaście milionów dolarów. Skąd tak słaby wynik? Cudów nie ma. O ile trójkę wyświetlano na czterech tysiącach ekranów w ciągu pierwszych paru dni, czwórka trafiła na skromne czterysta sztuk. W tym ujęciu wygląda to już trochę lepiej, prawda? Ciekawe, nawiasem mówiąc, czemu lubujący się w wielkim marketingu Tom Cruise nie postawił na wejście smoka. Ghost Protocol, jak się zdaje, spróbował trafić do mainstreamu drzwiami kuchennymi, ale nie musicie się obawiać o finanse Cruise’a. Mimo kryzysu Ghost Protocol zebrał ponad sześćset milionów dolarów, co świadczyć może o dwóch rzeczach: albo że kryzysu jednak nie ma (szybki rzut oka do własnego portfela, z którego wylatuje jakiś zabłąkany mól… hmm… a jednak, kryzys jest, zdecydowanie), albo okazał się dość dobry, aby setki tysięcy ludzi zdecydowały się dlań uszczuplić domowe budżety (Cruise zamiast masła orzechowego!). I na tym rozważania o mamonie porzućmy, pewnie nawet scjentolodzy nie gadają tylko o kasie na swoich zebraniach. O ile takowe odbywają, rzecz jasna.

Ghost Protocol jest filmem niezłym, to mu trzeba przyznać, ale niezłym w ujęciu dość szczególnym. Nie można go ocenić inaczej, jak przez pryzmat kina gatunkowego, w tym przypadku sensacyjnego. Podstawowym założeniem tegoż jest dostarczenie widzowi określonych przeczyć – może i płytkiej natury, lecz mocnych, a więc, mówiąc krótko i bez ogródek: adrenalinowego kopa, od którego mogłaby stanąć co słabsza pikawa. Co natomiast nie jest celem filmu akcji? Filozofowanie, mędrkowanie i uświadamianie statystycznemu widzowi szukającemu czegoś do odstresowania się, że jest głupszy niż reżyser. W praktyce, większość twórców tego typu dzieł idzie dalej i pozwala poczuć się oglądającym jak tytani intelektu, lecz mniejsza o to. Ale, ale… trochę się nam te dygresje rozrastają, pora zatem wrócić do sedna sprawy i napisać parę konkretów o filmie.

Ghost Protocol został zrealizowany z wielką dbałością o oprawę wizualną. Dożyliśmy co prawda takich czasów, że jest to standardem, o którym wspominać nie warto, zresztą wszystko wskazuje na to, że współczesnym twórcom po prostu łatwiej przekuć zasobność budżetu na pikselkowe piękno niż zadbać o grę aktorską czy nawet scenariusz. Na obu tych płaszczyznach najnowsze Mission: Impossible nie wychodzi poza ciasne i cokolwiek niechlubne widełki standardów. Fabuła mniej więcej trzyma się kupy, a przynajmniej główna intryga nie obraża inteligencji czytelnika. No, powiedzmy, że nie czyni tego wprost, a to już nie byle co! Niewykluczone, że wynika to z faktu, że jest w niej za mało wymiernej treści, aby złapać twórców na poważnej niekonsekwencji czy co bardziej ordynarnym morderstwie z gwałtem na logice. Pościg agenta Ethana Hunta i jego dobranej kompanii za Wielkim Złym jest opowiedziany właściwie z przymrużeniem oka. Motywacje bohaterów (i antybohaterów) są słabo przedstawione, ale zgodzimy się chyba, że nie o głębię psychologiczną tutaj chodzi, prawda? Dość wiedzieć, że Hunt jest bezwzględnie dobry i nawet wypięcie się na niego rodzimej organizacji IMF nie sprawi, że zadrży mu powieka (jednym z założeń fabuły jest uruchomienie przez prezydenta USA tytułowego protokołu duchów, pod którym to rokokowym określeniem kryje się po prostu wyciągnięcie z gniazda wtyczki zasilającej IMF). Jak na postać komiksową przystało, facet do samego końca będzie robił to, co należy. Jego przeciwnik, Hendricks (w tej roli Michael Nyqvist, którego macie pełne prawo nie znać z ekranizacji kilku części Millenium) jest równie zły, jak Hunt dobry. Nie zadowala się półśrodkami, obce mu jest pragnienie ziemskich rozkoszy. Nic nie wiadomo, aby rajcowały go szybkie kobiety, piękne samochody czy lśniące diamenty, natomiast nie ma wątpliwości co do tego, że w niepojęty i niezdrowy sposób pasjonuje go, ni mniej ni więcej, tylko… zagłada świata. W uzasadnieniu jest mowa o ewolucji, zapewne więc Hendricks jest wielbicielem szczurów i karaluchów, które to stworzenia są typowane na głównych wygranych wojny atomowej, nad której wybuchem pracuje nasz Zły. Pomiędzy tymi dwoma biegunami rozpięto paletę bohaterów drugiego planu – ci bywają zabawni, ładni, a nawet użyteczni, ale przecież wiadomo, że walka toczy się pomiędzy Huntem i Hendricksem. Gwoli ścisłości, warto paroma słowami podsumować niezłą w sumie grę Jeremiego Rennera (w CV ma wpisane, m.in. The Hurt Locker. Pułapka wojny oraz 28 tygodni później) czy przeciętną, acz jakże uroczą rolę Pauli Bretton. Najlepiej poradziła sobie bodaj Lea Seydoux, postać epizodyczna, ale dla fabuły ważna, a nawet morderczo ważna… Tom Cruise zagrał bezbarwnie – nie mogliśmy się powstrzymać od wrażenia, że nawet na chwilę nie wyszedł ze skóry… producenta. Tutaj warto wspomnieć jeszcze o Bradzie Birdzie, reżyserze tego spektaklu. Brad odwalił kawał niezłej roboty, zbierając do kupy mnóstwo diamencików i szyjąc z nich dość zgrabny patchwork. Jego poprzednicy udowodnili, że temat taki, jak Mission: Impossible potrafi być bardzo niewdzięczny. Brad dał radę. W internetowych recenzjach wspomina się o jego doświadczeniu i tutaj – przynajmniej dla nas – pojawia się zagadka stulecia. Jakim cudem doświadczenie ze – skądinąd genialnego – Ratatuja czy – bardzo porządnych, lecz niezwykle lajtowych – Iniemamocnych (obie pozycje animowane) pomogło mu okiełznać bezgraniczny spokój Toma Cruisa i adrenalinowy odlot speców od efektów specjalnych? Jako rzekliśmy: zagadka.

No dobra, wiemy już, o co toczy się gra: o przetrwanie świata. Zagłada mogłaby źle wpłynąć na budżety studiów filmowych, więc naprawdę jest o co walczyć! Zobaczmy zatem, jak się owa walka toczy. Brak rozwiniętego scenariusza kompensuje zestaw podręcznych łatek. Pierwszą są – oczywiście – efekty specjalne, lecz o nich już nie będziemy pisać. Drugą łatką są sceny „niemożliwe” czyli przede wszystkim kaskaderskie. Ethan udowadnia, że potrafi nie tylko wspiąć się na najwyższy budynek świata (czyni to oczywiście bez przygotowania), ale i ścigać się autem w zerowej widoczności. Pewien udział w jego triumfach mają gadżety. Mission: Impossible ukradła ten patent Bondom. Pamiętacie słodkiego lecz nieco stetryczałego Q? Tutaj hiper-super cuda techniki pojawiają się bez udziału takiego artysty-rzemieślnika. Zdają się leżeć wszędzie wokół i po prostu czekać, aż przydadzą się Huntowi.

W Ghost Protocol uświadczyć możemy kilku naprawdę mocnych scen. Wyczyny Ethana na Burdż Chalifa robią astronomiczne wrażenie, a jeśli macie lęk wysokości, to określenie „astronomiczne” należy pomnożyć przez dziesięć. Wspaniała scena burzy piaskowej ogarniającej miasto (łowcy błędów wypatrzyli już, nawiasem mówiąc, że w różnych scenach burza zbliża się do miasta z różnych kierunków) jest również czymś, co nie trafia się często, choć zupełnie teoretycznie, w Hollywood wszystko już było. Może jednak nie wszystko? W temacie zmian i nowości mamy jeszcze kilka ciekawych detali. Przede wszystkim lokacje. Nic, co istotne w Ghost Protocol, nie ma miejsca w Stanach Zjednoczonych (stolicy świata) czy Londynie (awaryjnej stolicy świata). Początek filmu to Budapeszt (ósmy świat) i Moskwa (siódmy świat), a więc miasta będące zimnowojennymi scenariuszami dla Bóg jeden wie jak wielu filmów szpiegowskich. Później następuje znamienne przesunięcie akcentów i widzowie, wraz z kamerą, Huntem i całą akcją przemieszczają się do Emiratów Arabskich oraz… do Indii. W ten oto sposób Cruise symbolicznie potwierdza, że wie, gdzie w ciągu najbliższych latach będą największe pieniądze, a tym samym – być może – władza. Kolejnym, subtelnym symbolem, doceniającym rosnącą w siłę widownię z krajów pozaatlantyckich, jest krótka, acz interesująca rola Anila Kapoora, bollywoodzkiego gwiazdora, znanego ze Slumdoga.

Do Ghost Protocol można mieć kilka zastrzeżeń: nadmierna eksploatacja kaskaderskich scen, przesycenie akcją, często bez uzasadnienia czy błędy techniczne (mój ulubiony: głowica jądrowa w broni balistycznej, wbrew filmowemu dramatyzmowi, nie powinna eksplodować po uderzeniu w ziemię, ale kilkaset lub nawet kilka tysięcy metrów nad poziomem gruntu, aby zmaksymalizować efekt eksplozji, ale to by odebrało Huntowi kilka bardzo dramatycznych sekund – pomińmy fakt, czemu w rakiecie była tylko jedna głowica, a nie kilkanaście, ale może to akurat jest wynikiem ostrych cięć budżetowych…). Mimo wszystko, jest to udany film akcji, przy którym można się nieźle bawić. Niewykluczone, że jest to najlepsza część cyklu, a w każdym razie nie gorsza niż świetna jedynka. Ważnym zyskiem tej produkcji jest udowodnienie, że porządne kino sensacyjne nie musi być przeznaczone dla dwunastolatków. Być może wkrótce doczekamy się tego typu obrazów przeznaczonych dla odbiorców powyżej dwudziestego piątego roku życia? Módlmy się o to, choć niekoniecznie do Jego Wysokości Toma Cruise’a.

Advertisements

12 thoughts on “„Mission: Impossible – Ghost Protocol” recenzja filmu

  1. Aż oderwałam się od zajęć widząc Wasz wpis o tym filmie i cyklu MI!:D Nie ma co się wstydzić pisać o takich tytułach, zapewne większość z nas widziała przynajmniej jedną część MI , a poza tym kto powiedział, że codziennie mamy żyć filmami krojonymi na miarę wielkich dzieł, kinowej sztuki, nasz mózg potrzebuje też odlotu w inne rejony. Piszcie więcej w wolnym czasie tego typu tekstów, bo przynajmniej ja czytałam go z wielką przyjemnością;-) Prywatnie jestem fanką tej serii. Zgadzam się, że części są nierówne, ale jako kino gatunkowe, do którego zasiadam z konkretnymi oczekiwaniami, daje mi to, czego szukam, oczywiście o parę rzeczy można się poczepiać. W ogóle nie rozumiem, dlaczego wiele osób skreśla kino czy nawet literaturę gatunkową, oceniając je z góry już jako coś gorszego, niższego. Oczywiście pewnych rzeczy nie da rady porównać i się nie porównuje, bo to tak samo jakby ktoś chciał porównać malucha do porsche. Dobre, soczyste i wiedzące o co kaman kino gatunkowe to fajna sprawa. *Najbardziej z Waszego wpisu spodobał mi się zwrot „tytani intelektu”! heh, cudeńko;D PozdrawiaM

    • nie mamy nic przeciwko dobrej sensacji, ale dobra sensacja – naszym zdaniem – nie powinna być głupia. Lubimy połączenie niezłego poziomu fabuły z umiarkowaną i sensowną akcją.

      I zgadzamy się z Tobą, że na kino gatunkowe nie ma co się obrażać – przecież nie o to chodzi, abyśmy wszyscy oglądali jakieś mózgo-parujące cuda. Film służy różnym celom i sensacja ma swoje miejsce w panteonie.

      dzięki za koment 😉

  2. O… niespodzianka – tekst o filmie 🙂
    Widzę, że masz lepsze zdanie o nim, niż ja. Może to kwestia wieku? Może innego podejścia do kina i innych oczekiwań?

    Mogę tylko powtórzyć, co kiedyś napisałem o „MI IV”:

    „Owszem, w “MI – Ghost Protocol” widać sporo dobrej, a może nawet i znakomitej filmowej roboty, ale odnieść to można raczej tylko do jego strony technicznej, warsztatowej (film pod tym względem jest niewątpliwie produkcyjnym majstersztykiem), lecz już nie fabularnej, narracyjnej (co tu kryć – sam wątek jest jednym wielkim i niestety dość prymitywnym schematem, o którego wiarygodności i logice lepiej nie wspominać). Nie wierzę, że nie można było – nawet przy całym tym efekciarsko-widowiskowym sztafażu – zrobić filmu bardziej inteligentnego, o większej i choćby ciut głębszej zawartości myślowej. Ale najwidoczniej jego twórcom na tym nie zależało. Zależało im natomiast na pewno na wyprodukowaniu blockbustera, czyli kinowego hitu, który by nie tylko zwrócił wielkie koszta produkcji filmu, ale i zasilił wydatnie kiesy samych producentów (a więc – w tym konkretnym przypadku – przede wszystkim Toma Cruise’a).
    Cóż, pisząc tu o kasie staję się chyba małostkowy. To jeszcze jeden powód, bym w ogóle nie wypowiadał się na temat tego filmu, choć aż ciśnie mi się na pióro parę konkretnych zarzutów… Np. co do scenariuszowej sztampy, wykrojonych z papieru postaci (wszelkie próby ich “pogłębienia” tylko bardziej kompromitują ich psychologiczną wiarygodność), czy też samego montażu, który przy sekwencjach wyczynowej akcji jakoś sobie radzi, jednakże “pęka”, kiedy przychodzi do sklejenia ich ze sobą w jakąś sensowną, bardziej wiarygodna całość. W sumie: puste to wszystko (choć rozdmuchane i wielce krzykliwe), szpanerskie (lecz bynajmniej nie stylowe), dość bezmyślne (może jednak o to w tym wszystkim chodzi?), no i czcze, czcze (choć spektakularne).”

    Nie wiem, może miałem zły dzień, kiedy oglądałem film Cruise’a? (bo to właściwie JEGO film, a nie Birda).
    Mimo wszystko uważam, że pierwsza część „MI” była/jest najlepsza.
    Pozdrawiam

    • czytaliśmy Twoją recenzję i w pewnym sensie potraktowaliśmy ją jako punkt wyjścia do naszej ;-). Mimo wszystko, nasz osąd jest bardzo zbliżony do Twojego, inaczej spojrzeliśmy na detale. Może wynika to z faktu, że już na siłę szukamy dobrego filmu sensacyjnego? Niestety, od paru lat na bardzo niewielu filmach tego typu dobrze się bawiliśmy. Większość tego kina jest przeznaczona – przepraszam za wyrażenie – dla idiotów i aby się cieszyć fabułą trzeba całkowicie wyłączyć mózg. Bycie warzywem srednio nam odpowiada, ale doszliśmy do wniosku, że trzeba zrobić krok na przód. Jak wspomnieliśmy, kino gatunkowe rządzi się swoimi prawami i staraliśmy się wątpliwości rozstrzygać na korzyść MI:GP. Tak więc, wcale nie jesteśmy wielkimi zwolennikami tego „dzieła” i również, tak jak Ty, uważamy że jest w nim więcej Cruise’a niż Birda. Natomiast w skali większości filmów z tego gatunku, którymi epatuje współczesne kino, GP jest niezły i nadaje się do obejrzenia. To już dużo 😉

      • Dla mnie, jako nieuleczalnego kinomana, niemal wszystko „nadaje się do obejrzenia” – ale już zachwycać się każdym filmem nie jest tak łatwo 😉

        Teraz furorę na ekranach robią „Avengers” – i mają bardzo dobre recenzję, zarówno ze strony fachowej krytyki jak i szeregowej widowni.
        Muszę sam się przekonać co to za film – choć przed raczeniem się tym rodzajem kina coraz bardziej z czasem zacząłem się zastrzegać.

        • „Avengers”, powiadasz? Ja się powstrzymam przed konsumpcją. Nie żebym nie lubił filmów dla dzieciaków – wręcz przeciwnie, uwielbiam animacje takie jak np. „Madagaskar” czy „Jak wytresować smoka”, ale… cóż, ujmę to w ten sposób: kiedy oglądam animację wiem co oglądam. Filmy takie jak Avengeres (czy X-Men) wpędzają mnie w ogromne zakłopotanie i zwyczajnie nie potrafię się nimi cieszyć. Zresztą, do tej pory nie znalazłem w nich nic, co by mnie autentycznie usatysfakcjonowało. Zresztą, co ze mnie za konsument kultury, skoro od komiksów Marvela (podobno kultowych) zawsze preferowałem Asterixa 😉

  3. Pingback: “Szpieg” – podwójna gra, podwójna recenzja | onibe

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s