Wywiad z tłumaczką, Anną Sawicką-Chrapkowicz

My, w blogu jedyni Onibe, znani jesteśmy z kilku zamiłowań. Na przykład do owadów, ale i… oczywiście: do kryminałów. Nic tak nie poprawia humoru jak dobrze opowiedziana historia morderstwa, które znalazło swój prawidłowy finał. Uwielbiając literaturę kryminalną i mając mniej lub bardziej sprecyzowane preferencje co do autorów, mamy często skłonność do zapominania o współtwórcach sukcesów powieści. O tłumaczach.

W styczniu zdarzyła się nam bardzo przyjemna okoliczność przeprowadzenia wywiadu z panią Anną Sawicką-Chrapkowicz. Pani Anna zmierzyła się już z pisarkami o uznanej i ugruntowanej sławie: z Caroline Graham (to ta, od „Morderstw w Midsomer”) i Maureen Jennings (odpowiedzialna za „Detektywa Murdocha”). Na tej podstawie możemy wnioskować, że pani Anna ma wiele ciekawego do powiedzenia w temacie – słusznie! Warto też dodać, że okazała się fascynującą partnerką do rozmowy.

Ale, dość gadania. Zapraszamy Was do przeczytania wywiadu, którego Anna Sawicka-Chrapkowicz udzieliła nam dla portalu Gildia

Izabela „Zunia” Grzelak-Barczewska: Tłumacz to zawód doceniany?

Anna Sawicka-Chrapkowicz: Tak jak każdy inny. Czy doceniany jest zawód nauczyciela? Pielęgniarki? Mechanika samochodowego? Sądzę, że doceniamy konkretnych przedstawicieli zawodu. Na przykład wśród prawników czy lekarzy, reprezentujących zawody powszechnie uznawane za nobilitujące, obok cenionych fachowców zdarzają się ludzie zupełnie przypadkowi, bez talentu, dopasowani na siłę, jak się zdaje. Podobnie ma się rzecz z tłumaczami. Są wśród nas dobrzy rzemieślnicy, świetni artyści, ale i też przypadkowi turyści, mówiąc obrazowo, którzy zatrzymują się w tej profesji na chwilę, sądząc, że sama znajomość języka, choćby nawet bardzo dobra, predestynuje ich do tłumaczeń. Trudno więc docenić – tak lekarza, który źle leczy lub ma przedmiotowe podejście do pacjenta, jak i tłumacza – który źle tłumaczy lub ma mechaniczne podejście do tekstu.

A jednak… czy nie jest tak, że dobrego lekarza, dobrego nauczyciela, kogoś z powołaniem i pasją, prędzej doceniamy niż wybitnego tłumacza? Wydaje mi się, że my, czytelnicy, świetny styl książki (tak obcojęzycznej, a tłumaczonej, jak i w rodzimym języku) z założenia przypisujemy autorowi. Kiedy coś szwankuje, w pierwszej kolejności winimy redaktora plus korektę lub / i tłumacza. Twórcę dopiero w dalszej…

Proszę wybaczyć, ale to już kwestia czytelnika 🙂 Ci bardziej świadomi, bardziej oczytani, co to książkę z niejednego pieca czytali 🙂 zdają sobie pewnie sprawę z tego, że jeśli „książkę świetnie się czyta”, „książka jest pięknie napisana” i tym podobne (jak to można przeczytać w większości recenzji, chyba że są niepochlebne!), to oznacza to dobrą pracę tłumacza (czy redaktora). Najlepszą recenzją jednego z moich tłumaczeń było zdanie „książka napisana świetnym językiem, lekkim stylem”. Pisząc ją, autor miał na myśli zapewne autorkę. Tymczasem pisał w dużej mierze o tłumaczu…
Myślę też, że trudno docenia się to, co niewidzialne. A praca tłumacza taka właśnie ma być – pośrednictwo między autorem a czytelnikiem powinno być takie, jakby go wcale nie było.

No właśnie… dobry tłumacz to Pani zdaniem…?

Mówimy o tłumaczach konferencyjnych, zajmujących się tłumaczeniami konsekutywnymi lub symultanicznymi? Pracujących nad dokumentami firmowymi, zatrudnionymi w korporacjach lub w rozmaitych urzędach? (Dla jasności – w tego typu tłumaczeniach potrzebny jest – oprócz świetnej znajomości języka z konkretnego obszaru – szczególny talent błyskawicznego kojarzenia, przerzutności uwagi, refleks, opanowanie… dużo by wymieniać). Czy tych, którzy z ciekawością i niecierpliwością otwierają książkę – tak jakby otwierali nowy świat – i wpadają w nią po uszy, i cieszą się myślą, że będzie im dane pokazać ten świat czytelnikowi? 🙂 Dobry tłumacz literatury – pięknej czy fachowej, bez znaczenia – to taki właśnie niecierpliwy i zachłanny odkrywca, który na pewien czas zamyka się w świecie wyznaczonym okładkami książki, żyje nim, a potem stara się go jak najwierniej oddać w ojczystym języku. I nie chodzi tu wcale o znajomość dwunastu tysięcy pięciuset czterech słówek, które zawsze można sprawdzić w którymś ze słowników. Ważne jest przefiltrowanie tłumaczonego tekstu przez własną wrażliwość, zestrojenie się z jego autorem, zrozumienie jego myśli, stylu, wyobraźni, a potem – paradoksalnie – wycofanie się, transparentność, tak, by czytelnik płynnie podróżował wyznaczonymi przez autora szlakami.

Wspaniała definicja 🙂 Jak to się stało, że została Pani tłumaczką serii o detektywie Murdochu?

Murdoch to trzecia z kolei seria „z dreszczykiem”, która znalazła się na moim warsztacie. Spotkanie z detektywem Barnabym (powieści Caroline Graham) zaowocowało pracą nad sprawami inspektora Morse’a (powieści Colina Dextera), a to z kolei doprowadziło mnie do Murdocha. Wszystkie te kryminalne światy otworzyła przede mną – i zachęciła do zmierzenia się z nimi – pani Jolanta Świetlikowska. Obdarzona niezwykłą intuicją wiedziała już wtedy, że polubię każdego z moich „kryminalnych” bohaterów. I tłumaczenia tego rodzaju literatury.

Co było największym wyzwaniem w pracy nad książkami Maureen Jennings?

A może – co było największą przyjemnością? Prawdziwe psychologiczne portrety bohaterów. To nie są jednowymiarowe postaci, lecz barwne i prawdziwe osoby, opisane piórem kobiety, która całymi latami poznawała ludzi, będąc ich terapeutką. Tu nie ma oszustwa, gdybania, niewiarygodnych postaw i zachowań. Jennings pisze o tych, których kiedyś naprawdę spotkała, widziała, a co więcej – przenosi ich sprawnie w XIX wiek, starając się (z sukcesem) umieścić prawdę o człowieku w czasach wiktoriańskich. Z „pierwszego” wykształcenia jestem psychologiem i ten wątek mojej pracy „nad Murdochem” jest dla mnie źródłem prawdziwej przyjemności.
Jeśli już muszę znaleźć jakieś wyzwania – to są to zapewne pojedyncze określenia, sformułowania, nazwy, które kiedyś, w XIX wieku, funkcjonowały w Toronto. Czasem trzeba wytrwałości i warsztatu prawdziwego śledczego, żeby do nich dotrzeć.

W wywiadzie dla Zbrodni w Bibliotece powiedziała Pani, że „praca tłumacza wzbogaca edukacyjnie”. Czego dowiedziała się Pani przy okazji tłumaczenia „Murdocha”?

Proszę zajrzeć na http://www.detektywmurdoch.blogspot.com. Tam niemal każdy wpis jest dowodem na to, że znalazło się w książce coś, co warto głębiej poznać, czemu dobrze się jest przyjrzeć, zrozumieć tło, wyjaśnić. Wpisów jest dwieście… 🙂

Imponujący blog 🙂 I z tego samego wywiadu: „Muzyka jest ze mną nierozerwalnie związana, nigdy nie pracuję w ciszy, każda książka to inna opowieść – także muzyczna. Przy midsomerkach było dużo Metheny’ego i Cocteau Twins, teraz natomiast zdecydowanie dominuje klasyka”. Nie mogę nie zapytać, jaka muzyka towarzyszyła pracy nad „Murdochem”?

The Cure przede wszystkim, And Also the Trees, Eric Clapton, Dire Straits… Duży przekrój.

Rzeczywiście duży! 🙂 A z innej beczki, jak, w kontekście książek Jennings, ocenia Pani telewizyjny serial? Lubi go Pani oglądać?

Uściślijmy, że najpierw pojawiły się trzy filmy pełnometrażowe, taki mini serial, z Peterem Outerbridgem w roli Murdocha. Dopiero później zaczął powstawać serial z uroczym Yannickiem Bissonem. Wolę te pierwsze filmy. Dobrze zrealizowane, równie mroczne, jak (miejscami) powieści, Murdoch bliższy moim wyobrażeniom, które budowały się w oparciu o książki. Serial ma swój urok, wciąga, ale jest dość odległy od tego, co pokazuje autorka w powieściach. Nie chcę przez to powiedzieć, że stoi w sprzeczności z jej intencjami, sama przecież była współautorką scenariuszy do piątej serii serialu.

Fakt 🙂 Choć, rzeczywiście, serial z Yannickiem Bissonem właściwie niewiele ma wspólnego z pierwowzorami… Wspomniała Pani o tym, że tłumaczyła także „Morderstwa w Midsomer” i „Inspektora Morse’a”. Który bohater najbardziej przypadł Pani do serca: Tom Barnaby, Endeavour Morse czy William Murdoch?

Trudno wybierać między tak fascynującymi mężczyznami. Może jednak Morse? Może dlatego, że to postać tragiczna, a mnie – przyznam – bardziej pociągają sytuacje, które nie kończą się happy endem. Dzięki Morse’owi wpadłam na trop krzyżówek hetmańskich, jednej z najlepszych znanych mi rozrywek umysłowych. Barnaby z kolei zaprosił mnie na przepiękną i pozornie sielską angielską prowincję. Murdoch otworzył miniony świat wiktoriańskiej Kanady. Każdy z nich zajmuje w moim sercu należne sobie miejsce 🙂

Przyznam, że ja bym wybrała Toma… 🙂 A jak wyglądają Pani najbliższe plany? Nad czym Pani aktualnie pracuje?

Ten rok zapowiada się sensacyjnie. W szerokim znaczeniu tego słowa. I tak to może zostawmy 🙂

Zatem… tego właśnie Pani życzę: sensacyjnego roku!!! 🙂

Wywiad ukazał się na portalu Gildia 29 stycznia 2012 roku i dostępny jest TUTAJ.

Advertisements

13 thoughts on “Wywiad z tłumaczką, Anną Sawicką-Chrapkowicz

  1. Nieraz jestem pod wrażeniem pracy tłumacza. Szczególnie gdy mogę porównać tę pracę z oryginałem. Zgadzam się ze słowami wywiadu, że czasami tłumacz pada ofiarą pewnego upraszczania. Gdy książkę czyta się lekko, laury zbiera autor. Za to gdy coś się nie klei, wszyscy wylewają pomyje na tłumacza. Rzadko kto jest w stanie go docenić. A szkoda, bo to dopiero sztuka zachować styl, klimat, technikę pisarza.
    Bardzo fajny wywiad

    • tak, tłumacz to bohater drugiego planu. Można powiedzieć: szara eminencja, ale bez dobrego tłumaczenia żaden zagraniczny mistrz nie trafi do serc tutejszych czytelników. Fajnie, że wywiad się podoba. W planach lub wstępnej realizacji jest jeszcze kilka wywiadów z osobami związanymi ze światem literatury niekoniecznie od strony pisarskiej 😉

  2. praca tłumacza przywodzi mi na myśl zawód charakteryzatora.
    Jak wielka zależność istnieje między wyglądem aktora wygłaszanym na scenie tekstem, tak charakteryzacja słów i zdań samych w sobie recytowanych na łamach radia, czy w czytanych przeze mnie książkach jest wielce istotna dla stworzenia odpowiedniego klimatu toczących się wydarzeń, dialogów, opisów..powodujących pobudzenie wyobrażni…
    Bardzo fajny i przyjazny wywiad:)

    • słuszne porównanie, charakteryzacja to jedna z tych robót „drugiego planu”, bez których nie ma sukcesu „pierwszego planu”.

  3. Skoro już jesteśmy przy porównaniach to może można spojrzeć na tłumacza, jak na… przewodnika? To on dobiera słowa, które najlepiej w jego odczuciu oddają nastrój i klimat książki.
    Mam wrażenie, że często tłumacz musi się więcej natrudzić niż autor:)

    • tak chyba jest – uwzględniając, że tłumaczenie – dobre tłumaczenie – nigdy nie ma charakteru słownikowego, bo wiąże się z transpozycją kontekstów, gier słownych itd, to tłumaczenie jest w pewnym sensie pisaniem książki na nowo. I ciekawa sprawa: co jest dobrym tłumaczeniem – czy tłumaczenie wierne literalnie, czy raczej oddające klimat, ale niekoniecznie zgodne warsztatowo?

  4. Biblia domaga się wierności, wręcz dosłowności z racji hieratyczności, która jest jej immanentna, natomiast inne wytwory literackie mogą budź tłumaczone w wygodniejszy i „klimatyczny” sposób.

  5. Poezja? Cóż… Platon wykluczył poetów z państwa, ale chyba dlatego, ze ich nie rozumiał.
    Tłumaczenie poezji to już w ogóle wyższa szkoła jazdy.

    • wyższa, zapewne. Ale mnie ciekawi ile w tłumaczonej poezji jest oryginalnego zamysłu – który przecież w oryginalnym kształcie nie podlega tłumaczeniu ;-). Zresztą, tłumaczeniem poezji często zajmowali się inni poeci ;-). Tak sobie dywaguję, trochę bez celu.

  6. Możliwe, że poezja tak naprawdę jest nieprzekładalna i w istocie powstają nowe wiersze.
    Poezja to tworzenie nowych sensów i znaczeń poprzez postawienie obok siebie określonych słów. W innym języku to już nie będzie to samo.

  7. w tłumaczeniu poezji to właśnie sens powinien zostać zachowany. Można zmienić słowa, rymy, formę, ale sens musi zostać zachowany. To oczywiście teoria, z praktyką bywa różnie, no ale o teorii chyba tutaj rozmawiamy..

    • problem pojawia się dopiero z definicją sensu w poezji – nie jest on bowiem stricte powiązany z opisem, ale raczej ukryty za ścianą interpretacji…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s