„Ten dzień” i inne atrakcje ;-)

No i doczekaliśmy się. Walentynek, oczywiście ;-). Przyszły jak co roku, dokładnie 14 lutego. Obyczaj to dziwny, hamerykański i w ogóle niesłowiański, ale co tam… dobra to okazja, aby przytulić się do jakiejś kobiety – swojej, lub z braku tejże, do dowolnej innej, która odpowiada parametrami i nie jest skłonna dzwonić na policję.

Aby uczcić należycie ten dzień przygotowaliśmy dla Was kilka skromnych atrakcji. Po pierwsze: opowiadanie „Ten dzień”, jeszcze gorące i pachnące klawiaturą (o tematyce, mniej więcej, walentynkowej, ale… z dużym przybliżeniem). Po drugie i po trzecie: dwa zdjęcia – na fotoblogu i na blogu przyrodniczym. Też mniej więcej okolicznościowe ;-). A wszystko to dlatego, że blog onibe obchodzi dzisiaj pierwszą rocznicę swojego funkcjonowania. 14 lutego 2011 opublikowaliśmy co prawda drugi post (pierwszy pojawił się dzień wcześniej), ale oficjalnie uznaliśmy go za Pierwszy Prawdziwy Post Na Blogu I Howgh! 😉

A jeśli i tego Wam mało, to zajrzyjcie na niedobreliterki, gdzie… tak tak, z okazji Okazji, czeka na czytelników kolejna porcja dobrych rzeczy. Lub niedobrych, gdybyśmy mieli być precyzyjni (w tym, jeszcze jedno nasze krótkie opowiadanko wiszące obok tekstów Kyrcza Jr., Kulety, Dąbrowskiego i Maciejewskiego).

Dobra, dosyć przynudzania. Zapraszamy do oglądania i czytania. Oraz, nade wszystko, miłego czynienia miłości. Idźcie w świat i bądźcie dla siebie dobrzy. Jutro sobie odbijemy w drugą stronę 😉

Ten dzień

Od dawna przygotowywaliśmy się na ten dzień.

Spokojnie.

Bez nerwów.

Profesjonalnie.

Alarm podniesiono na początku lutego.

„Bądźcie gotowi!”

Oczywiście, że będziemy. Oczywiście, że to nic nie da. Tak jak w zeszłym roku. I jeszcze w zeszłym. I każdego cholernego lutego, odkąd sięgam pamięcią wstecz. Było tak za pamięci mojego ojca i jego ojca. Dzień klęski.

Tradycja zobowiązuje. Ale… może tym razem będzie inaczej?

Dziesiątego pojawia się nadzieja. Nie, właściwie zaledwie jej cień. Błysk, szelest, ułuda. Łapiemy się jej jak kleszcz ciepłego ciała. Namierzono kogoś, kto prawdopodobnie, niewykluczone że, być może… Raporty pełne są dupochronów, gdybania i półsłówek, lecz ci, którzy je pisali i ci, którzy je czytają – my wszyscy – wiemy swoje: to musi być ON.

Pojawił się w Mieście bez ostrzeżenia, z dobrze przygotowaną historią. Biznesmen przybywający na targi. Zwiadowcy odwalili dobrą robotę: cel przyleciał samolotem rejsowym, ale nie zgodziła się liczba pasażerów wsiadających i wysiadających – gdzieś nad chłodnym Atlantykiem bilety rozmnożyły się, a siedzenia rozstąpiły, dając światu jeszcze jedno miejsce. Cwane, choć nie dość. To musi być ON. Tym razem nam nie ucieknie.

Cel melduje się w hotelu, a godzinę później wszystkie przylegające apartamenty zajmują nasi ludzie. Jesteśmy przygotowani, jest nas wielu. Długo czekaliśmy na tę chwilę. Niecierpliwość wre, buzuje w żyłach… wszyscy chcemy zakończyć tę farsę. Otrzymuję niekończące się ciągi pytań. „Czy możemy go zgarnąć?” Nie, nie możemy. Nie dzisiaj.

Czekamy.

Mamy w tym doświadczenie, prawda?

Znamy reguły gry…

Jedenasty. Dwunasty. Spokój. Obiekt jest ściśle obserwowany. Uzyskaliśmy wysoki priorytet. Oprócz oczu i uszu ludzi, śledzą go setki kamer, dziesiątki mikrofonów nasłuchują jego oddech. Trzy wytłumione śmigłowce patrolują teren z powietrza, a wysoko nad nimi, po ciemnym nocnym niebie, przemykają diamenty satelitów – także ślepia ich obiektywów i anteny czujników wpatrzone są w niego.

Jeszcze nigdy wcześniej nie byliśmy tak dobrze przygotowani.

Trzynasty. Spokój, ale podszyty nerwową atmosferą. Obiekt nic nie robi, siedzi w hotelu, zbiera siły. My: wręcz przeciwnie, zaczynamy je tracić na obijaniu się o ściany. Widzę trzęsące się dłonie, sam wylałem na siebie kawę. Może to i dobrze – od czterech dni zastępuje mi ona poduszkę i sen. Powinienem się zdrzemnąć. Powinienem…

Czternasty.

Napięcie opada, tak jak strach przed bitwą. Przyszłość stała się teraźniejszością, można ją już ugryźć. Ręce się uspokajają, umysły stygną. Zagłębiamy się w swym zen, przy okazji sprawdzając łączność, broń, ekwipunek. Sporadycznie łapię niepewne spojrzenia: „Czy tym razem rzeczywiście się nam uda?” Nie odpowiadam na nie. Nie chcę, by inni dostrzegli mój brak pewności. Wszyscy znamy historię.

Reguły gry. Reguły walki. Czternasty luty dwa zero dwanaście. Czas lokalny: dziesiąta rano. Obiekt opuszcza pokój. Kamera wychwytuje jego kontur – porusza się szybko, zbyt szybko jak na człowieka i rzeczywiście, dzisiaj nim nie jest.

My też nie.

Rzucamy się w pogoń. Drużyna pierwsza śledzi go, dwie pozostałe przesuwają się na flankach. Chwilę później mamy pierwsze potwierdzenie: ktoś wypatrzył długi cień na jego plecach.

Łuk.

Obiekt przemieszcza się zatłoczoną ulicą. Przemyka pomiędzy pieszymi, teraz i ja widzę długi łuk przecinający od tyłu jego sylwetkę niczym przekątna.

Piłka w grze. Daję sygnał i trzy śmigłowce podrywają się w powietrze, na ich pokładach pocą się trzy kolejne drużyny. Mamy liczebną przewagę, jesteśmy mobilni. Piłka jest w grze. Potrzebujemy już tylko jednego: poznać jego cel. Kto tym razem? Kto w tym roku? Reguły są sztywne: wcześniej nic, wcześniej cicho-sza!

Podążamy za nim jak wygłodniałe stado cieni.

Kwartał, drugi, trzeci. Jesteśmy w innej dzielnicy. Obiekt przyśpiesza.

Daję znak, śmigłowce zacieśniają kręgi. Flankujące oddziały zaczynają manewr okrążający. Przebiegam myślami listę procedur, historię akcji, niebezpieczne punkty. Wszystko gra. Wszystko musi grać. Nie widzę żadnej słabości. Za chwilę wyciągnie łuk. Nałoży strzałę i wyceluje… w tym momencie będzie nasz.

Moment później TO się dzieje. Obiekt wskakuje na przystanek autobusowy, jest teraz wysoko ponad ludzką ciżbą, ale całkowicie dla niej niewidoczny. Osiągalny jednak dla nas. Dostrzegam ruch jego ręki – sięga po łuk.

„Brać go!” – rzucam rozkaz i sam śpieszę go wykonać. Na tę chwilę czekaliśmy zbyt długo, by zostawić coś przypadkowi. Rzucamy się na niego niczym hieny, perfekcyjnie zsynchronizowani z jego zamierzeniami.

Łuk już jest napięty, strzała wędruje na swoje miejsce – najbliżsi z nas są o metry od niego, z nieba opadają śmigłowce.

Grot strzały błyszczy w promieniach słońca, w ciągu ułamka sekundy staje się tak jasny, jakby sam był słońcem – ręce i dłonie są o centymetry, wirniki śmigłowców uderzają huraganem spienionego wiatru o ściany budynków. Jestem w drugiej linii, widzę tych przede mną, ale przede wszystkim widzę obiekt. Widzę JEGO. Wygraliśmy – to jest ta chwila, kiedy możemy go zgarnąć.

Sekundy, ułamki sekund. Jest nasz.

Ułamki sekund… Obiekt odwraca się do mnie. Widzę uśmiech na jego twarzy. Uśmiech? Napinam mięśnie, w umyśle kiełkuje mi złe przeczucie…

Za jego spojrzeniem wędrują dłonie, a wraz z nimi łuk. Z nim zaś strzała. Grot drży, a później stabilizuje się. Patrzę w oczy obiektu. Uśmiechają się źrenicami.

Ułamki sekund, promile centymetrów – tyle właśnie zabrakło, o tyle nas wyprzedził. Strzała opuszcza leże ze świstem. Zauważam – właściwie mimochodem – że leci w moim kierunku.

Ach, więc o to chodziło?

Obiekt pada pod ciżbą ciał. Zbyt późno i na darmo. To nie on leży pokonany. To ktoś, kto się już nie liczy. Nosiciel, pusty i zbędny pokrowiec, manekin. Nikt jeszcze się nie zorientował. Nikt poza mną.

Strzała tkwi w moim sercu. Tkwi i… już jej nie ma. Roztapia się, rozpływa po ciele rozwleczona aortami i żyłami. Na ubraniu nie ma śladu. Kiedy myśliwi rozglądają się wokół, nic nie są w stanie wypatrzyć.

Wiem, że powinienem im powiedzieć…

… że ponieśliśmy klęskę – ale to już wiedzą. Dostrzegli, że obiekt ich uprzedził. Że spełnił swoją rolę. Strzelił. Ale gdzie? Jak? Kiedy?

Wiem, że powinienem im powiedzieć…

… że ja zostałem dotknięty. Że w przyszłym roku będą ścigać mnie. I że przez cały rok, aż do czasu, kiedy się spotkamy, będę rozsiewał chorobę serca, będę bogiem i oprawcą tego świata niszczącym stabilność i ład. Będę niszczycielem, pożogą, siewcą niezgody… Będę tym wszystkim, tym wszystkim… i będzie we mnie jeszcze więcej.

Chciałbym im to powiedzieć, ale… nie mogę. Jad toczy mój umysł.

Jestem już nim, jestem obiek… nie potrafię ułożyć tego wyrazu, litery same się rozsypują, na ich miejscu układają się nowe. Walczę, lecz opór mdleje, ustępuje samoistnie.

Nie mogę się bronić przed sobą!

Przed nowym sobą…

Jestem Amorem. Jestem Świętym Walentym. I mam rok na rozsiewanie ziaren miłości, nim jej wrogowie otrzymają szansę, aby mnie powstrzymać.

Uśmiecham się.

Zamierzam dobrze wykorzystać ten czas.

Moment później znikam w tłumie.

Nie oglądam się za siebie, ale wiem, że tamci ciągle jeszcze nie wiedzą, co się stało.

Cóż…

Do zobaczenia za rok.

Advertisements

19 thoughts on “„Ten dzień” i inne atrakcje ;-)

    • dzięki 😉
      i tak jak piszesz, oby był owocny… i – z ukłonem dla Chińczyków – aby nie był zbyt ciekawy 😉

  1. Hmm, coś się stało i z tego co widzę wcięło mi mój komentarz.
    W każdym razie: opowiadanko ciekawe, lubię gdy zasada decorum dumnie wypina pierś między literkami.
    Życzę kolejnego owocnego i ekspansywnego roku, oby blog rósł w siłę. W końcu macie dwa razy więcej energii, czasu i pomysłów na jego prowadzenie;)

    • Twój koment został ospamowany przez WP… rok już nam stuknął, ale jeszcze nie zrozumieliśmy zasady działania antyspamu na tym blogu 😉

      dzięki za miłe słowa. A co do sił… tych zawsze zbyt mało. Podobnie jak czasu. Na szczęście, w przeciwieństwie do pomysłów ;-). I problemów ;-(

  2. Onibuś 😉 a właściwie to Kochane Onibeczki;)) gratuluje rocznicy i życzę sobie następnych 😉 z Wami spędzać:)
    ps. Amory maja teraz lasery rzadko pudłują 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s