Wywiad z Dawidem Kainem (a propos „Za pięć rewolta”)

19 grudnia na łamach Gildii Literatury ukazał się krótki wywiadzik, którego udzielił nam Dawid Kain. Nie jest to pierwsza dyskusja z tym panem i pewnie nie ostatnia, ale wina leży po stronie Dawida. Facet ma po prostu sporo do powiedzenia. I do napisania ;-).

Zresztą, co się będziemy pocili. Przeczytajcie sami – życzymy miłej lektury.

Wywiad z Dawidem Kainem

Darek Barczewski: Witaj, Dawidzie. Tytuł Twojej nowej powieści – „Za pięć rewolta” – zdaje się mieć konotacje społeczne. Czy celowo zasugerowałeś Czytelnikom taki kierunek odbioru tekstu?

Dawid Kain: Tytuł ma wskazywać moment przed oczekiwaną rewolucją – wzrastające niepokoje społeczne doprowadzą w końcu do eksplozji. „Rewolta” jest moją ostatnią powieścią dotyczącą szeroko pojętych mediów i kontroli nad ludźmi. Debiut – „prawy, lewy, złamany” – opowiadał o losie bohaterów uzależnionych od telewizji, „Gęba w niebie” była o tym, jak marketingowcy, używając środków masowego przekazu, panują nad odbiorcami i do czego może to prowadzić. „Za pięć rewolta” ukazuje końcowy etap tego zjawiska – świat, gdzie już wszystkie fakty są wymyślane przez tak zwanych copywriterów faktów, którzy nawet z zabójstwa są w stanie zrobić telewizyjno-internetowy show z esemesową loterią. Jest to rzeczywistość, która zmieniła się w stuprocentową fikcję, nie ma tam miejsca na prawdę, współczucie czy zrozumienie. Tak właśnie rozumieć należy sytuację przedstawioną w tytule tej powieści: to koniec drogi, jaką kiedyś błędnie obraliśmy, teraz ludzkość stoi pod ścianą i pozostało jej tylko czekanie na przełom, ewentualnie walenie głową w mur, dopóki się go nie rozkruszy.

D.B.: Dostrzegam element, który łączy wszystkie trzy powieści: nie dajesz nadziei, unikasz happy endów. Czyżby ten szary mur był odpowiednikiem epickiej „final frontier” (ostatecznej granicy) z science fiction? Zamiast zdobywać wszechświat czeka nas gotowanie się w samowarze w sosie własnych niedoskonałości?

D.K.: Wydaje mi się, że nasza cywilizacja jest jeszcze tak niedojrzała, że o żadnym zdobywaniu wszechświata nie może być mowy. Możliwe, że za sto lat będziemy mieli technologię, która pozwoli nam wyjść poza Układ Słoneczny, wątpię jednak, czy będziemy na to gotowi umysłowo. Póki co od tysięcy lat ludzkość próbuje popełnić samobójstwo, na setki sposobów: od wojen począwszy, a na niszczeniu planety skończywszy. Ja w moich tekstach skupiam się na urojeniach, które ludzie mylą z rzeczywistością, sami stawiając się w kiepskim położeniu.

D.B.: Bardzo wyraźnie zarysowałeś w „Za pięć rewolta” podział na dwie warstwy społeczne, ale nie nazwałbym ich biednymi i bogatymi, raczej myśliwymi i ofiarami. Bawisz się w przewidywanie przyszłości czy jest to obserwacja teraźniejszości?

D.K.: Ten podział istnieje od bardzo dawna, ale na potrzeby powieści postanowiłem nieco podkręcić występujące współcześnie różnice, żeby książka miała konstrukcję – nazwijmy to – maniakalno-depresyjną. Rozdziały skrajnie depresyjne przeplatają się z tymi ekstatyczno-groteskowymi. Jeden bohater, Sławek, jest po prostu ubogi, w przebraniu hamburgera reklamuje sieć fast-food i zarabia jakieś śmieszne grosze; ledwo starcza mu na przeżycie. Drugi bohater, Tomek, może nie należy jeszcze do 1% najbogatszych na świecie, ale ma mnóstwo pieniędzy i tylko szuka okazji, żeby je na coś wydać. Oni należą do zupełnie różnych światów, mówią zupełnie innymi językami, ale w pewnym momencie następuje kolizja – dochodzi do spotkania, zderzają się dwie rzeczywistości, dwa sposoby mówienia o własnych doświadczeniach. I wtedy bohaterowie przekonują się, że poza tym, co widzieli dotąd, istnieje coś jeszcze, druga połowa obrazu. Można powiedzieć, że zarażają się sobą nawzajem, mimo że dzielące ich różnice nie znikają, a wręcz się uwypuklają.

D.B.: Skąd w ogóle pomysł na tak zakręconą powieść?

D.K.: Zastanawiałem się nad różnymi wizjami piekła i coś mi się w nich nie zgadzało. Doszedłem do wniosku, że ci, którzy trafili do piekła, nie powinni być świadomi, gdzie są, bo przecież w takim wypadku robiliby wszystko, żeby stamtąd uciec. Wtedy pojawiła mi się w głowie wizja piekła, które jest wyjątkowo realne, bo nie składa się wyłącznie z samych cierpień, pojawia się w nim niekiedy odrobina nadziei, wiary w lepszą przyszłość i tak dalej. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że właśnie opisałem miejsce, w którym wszyscy żyjemy. Później przez cały wieczór w głowie miałem myśl: Mój Boże, to przecież znaczy, że jesteśmy w piekle! Pomysł był skrajnie przerażający i z początku nie miałem pojęcia, co z tym zrobić. Po kilku dniach przyszła odpowiedź: muszę o tym piekle jakoś opowiedzieć. No i zacząłem pisać. A dwa i pół miesiąca później miałem już całą powieść – „Za pięć rewolta”, boleśnie szczegółowy opis piekła, które znajduje się obok nas. Bez diabłów, ognia i jezior siarki, za to z naprawdę okropnymi ludźmi, codziennym upodlaniem bliźnich i fikcją wypierającą prawdę.

D.B.: Czyżby nastąpiła pauperyzacja piekła? Może zbliżyliśmy się do niego tak, że przy skróconej perspektywie nie robi już ono wrażenia?

D.K.: Wydaje mi się, że wszystkie te poprzednie wizje piekła, w których grzesznicy męczą się przez wieczność, teraz już bardziej śmieszą niż straszą. A piekłem przecież może być wszystko: sytuacja, w jakiej znalazła się bohaterka „Dziewczyny z sąsiedztwa” Ketchuma, los rodziny Fritzla, warunki panujące w krajach najuboższych czy w końcu wypaczona psychika młodego karierowicza, jak to pięknie pokazano w „American Psycho”. Kiedy pisałem „Za pięć rewolta”, wykreowany świat wydawał mi się odległy, ale momentami miałem wrażenie, że coś takiego mogłoby się przecież wydarzyć, że to groteskowe wykoślawienie rzeczywistości nie jest tak znaczne, jak początkowo sądziłem.

D.B.: Bardzo mnie zaintrygowały pewne zastosowane przez Ciebie rozwiązania warsztatowe. Zapytam o jedno, najbardziej charakterystyczne: skąd się wziął podział na poprawną stylistycznie narrację bohatera z nizin społecznych i postinterpunkcyjną, chaotyczną przedstawiciela – bądź co bądź – intelektualnych elit?

D.K.: Bohater z nizin, Sławek, mimo że żyje w upodleniu, a jego dziewczyna jest lalką do zaspokajania cudzych potrzeb, bardzo dba o to, jak myśli i jak się wypowiada. Jego świat jest całkowicie zniszczony, ale on jeszcze stara się coś ocalić w języku. Wspomina, że w czasach liceum czytał mnóstwo poezji i chociaż rzeczywistość okazała się koszmarna, on próbuje opisywać ją w sposób poetycki, bo to go ratuje przed szaleństwem. Z kolei bohater będący copywriterem faktów, czyli Tomek, wypowiada się w sposób stanowiący zderzenie języka mediów z ulicznym bluzgiem. On nie musi dbać o to, jak się wypowiada, bo jest ustawiony finansowo i społecznie, i nikt mu nie podskoczy. To w gruncie rzeczy prostak, któremu się udało, wygrał na loterii. Bywa inteligentny, ale tylko wtedy, gdy idzie o zarabianie pieniędzy albo podrywanie nowej dziewczyny. Zachłystuje się rzeczywistością, a potem wypluwa ją z siebie w chaotycznej i absurdalnej formie.

D.B.: Osoby bliskie dobrze poinformowanym twierdzą (co prawda incognito), że jesteś właściwą personą, gdyby się chciało porozmawiać o bizarro-fiction. Jak to jest z tym bizarro u Ciebie?

D.K: Chociaż sam nie do końca piszę w tym gatunku, można u mnie znaleźć elementy dla niego charakterystyczne, to znaczy: łączenie science-fiction z horrorem i groteską, społeczną satyrę, surrealizm i całe mnóstwo czarnego humoru. Bizarro-fiction jest gatunkiem nowym i niesamowicie zróżnicowanym. Niektórzy autorzy nawiązują do klasyków w rodzaju Kafki, Lovecrafta, Burroughsa, Dicka czy Vonneguta. Inni z kolei inspirują się głównie filmami Tromy i piszą przezabawne bzdurki w typie noweli o przygodach ogórka i naleśnika („The Pickled Apocalypse of Pancake Island”). Moje książki są jednak trochę poważniejsze w wymowie, ale jest w nich też miejsce na odrobinę bizarro, bo ten gatunek jest prawdziwą orgią wyobraźni i daje twórcy duże pole do popisu. Poza tym na mnie też ogromny wpływ wywarli Philip Dick, Kurt Vonnegut czy William Burroughs.

D.B.: Kafka i Lovecraft wymienieni jednym tchem? Czy słuszna wydaje się myśl, że bizarro polega na łączeniu ognia z wodą?

D.K.: To jest gatunek tak zróżnicowany, że z jednej strony mamy autorów nawiązujących do Lovecrafta, a z drugiej na przykład do Kafki. Można też znaleźć związki z literaturą eksperymentalną – w sieci znajduje się nawet tekst, jak odróżnić bizarro od ambitnych literackich eksperymentów.

D.B.: Wspominasz, że wykorzystujesz narzędzia spod znaku bizarro, ale trudno jest porównać taką pozycję jak „Za pięć rewolta” z opowieścią o bobrach, które chciały być gotyckie i się przefarbowały… Lub z historią o dupo-goblinach z Auschwitz. Czy nie jest niebezpieczeństwem dla bizarro tak szerokie rozciągnięcie frontów?

D.K.: Moje teksty chyba bliższe są właśnie literaturze eksperymentalnej niż bizarro, ale rzeczywiście wiele elementów wspólnych z tym gatunkiem można u mnie znaleźć. Bizarro to jakby gigantyczny worek, gdzie wrzucić można wszystko, co dziwne: i filmy Lyncha, i filmy Tromy, i opowiadania Lovecrafta, i „Alicję w krainie czarów”. To jakby następny krok na drodze postmodernizmu – łączenie wszystkiego, co nas w jakiś sposób zainspirowało, choćby nawet były to zjawiska bardzo od siebie odległe. Ale faktycznie pojawia się problem z definicją – no bo jak opisać gatunek, w którego ramach mieści się wszystko, co dziwne?

D.B.: Jakie ścieżki doprowadziły Cię w okolice bizarro?

D.K.: Przeglądając ofertę Amazonu, trafiłem na książkę „The Haunted Vagina” Carltona Mellicka. Przeczytałem i okazało się to na tyle dziwaczne i oryginalne, że zacząłem szukać innych pozycji tego gatunku. Przekonałem się, że w USA to jest zupełny kult i te książki świetnie się sprzedają, mimo mocno niszowej tematyki. Sam publikuję w Wydawnictwie Nisza, więc czuję z autorami bizarro pewnego rodzaju więź emocjonalną. Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się czegoś więcej o bizarro-fiction, przeczytać za darmo polskie opowiadania należące do tego nurtu, zapraszam przy okazji na bloga Niedobre Literki. Tam jest wszystko wyjaśnione, czarno na białym.

D.B.: Czy zdradzisz nam, nad czym obecnie pracujesz?

D.K.: Od pół roku w nieco zwolnionym tempie piszę powieść „Przesunięcie ku czerwieni”, gdzie bohaterami są dziennikarz z guzem mózgu i dziewczyna-anioł uwięziona w piwnicy. Może zabrzmi to absurdalnie, ale tak naprawdę jest to powieść o współczesnej Polsce, śmieszna i jednocześnie poważna.

D.B.: Lubisz absurdy, dobrze się czujesz, opisując rzeczywistość przez pryzmat przerysowanych, niemalże komiksowych sytuacji. Czy i takich hiperboli oczekiwać mamy od „Przesunięcia…”?

D.K.: Tak, w tej powieści pewne rzeczy też zostaną sprowadzone do absurdu i można liczyć, że znowu w tekście będzie tyle samo strachu, co śmiechu. Wcześniej jednak – już za dwa miesiące – na rynek trafi moja najdłuższa powieść, „Punkt wyjścia”, która jest eksperymentalnym horrorem psychologicznym, prawie w ogóle nie zawierającym groteski. To książka, nad którą pracowałem najdłużej, pod względem psychologii postaci najbardziej rozbudowana w całym moim dorobku. Mam nadzieję, że okaże się dla Czytelników miłym zaskoczeniem.

Reklamy

3 thoughts on “Wywiad z Dawidem Kainem (a propos „Za pięć rewolta”)

  1. Ciekawa rozmowa. Ja już do Daina Kaina przymierzam się i przymierzam i mam nadzieję, że w tym miesiącu uda mi się wreszcie sięgnąć po jego tytuły bo wydaje się być interesującym autorem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s