„Dobry, niedobry” – opowiadanie

W związku ze zbliżającymi się świętami – wiadomo jakimi – w ramach przygotowań klimatycznych, publikujemy nasze opowiadanko… okołotematyczne ;-).

Tym razem serwujemy tekst napisany z większym niż zwykle przymrużeniem oka. Mamy jednak nadzieje, że Wasze oczy pozostaną na tyle otwarte, by jednak doczytać do końca. Jak zwykle, będziemy bardzo wdzięczni za feedback.

Miłej lektury (kolejny tekst… za rok, a więc w 2012)

Dobry, niedobry

Więc kimże w końcu jesteś?

Jam częścią tej siły,

która wiecznie zła pragnąc,

wieczne czyni dobro.

[Johann Wolfgang von Goethe – Faust]

Co ja tutaj robię?

Przewód kominowy znowu się zwęził. Utknąłem. Nie pierwszy i nie ostatni raz. No właśnie: czemu właściwie nie ostatni?

Co ja tutaj, do cholery jasnej, robię?

Głupie pytanie: utykam w kominie, rzecz jasna. Ha, ha, ha. Renifer by się uśmiał.

Poruszyłem się parę razy, to pomogło. Mogłem się teraz wycofać o pół metra i zmienić pozycję ciała. Nie, żebym miał szerokie (nomen omen…) możliwości w tym temacie. Udało mi się sięgnąć pod płaszcz i wyciągnąć przetykacz – radzieckiej roboty narzędzie oparte na sprawdzonym patencie breszki połączonej twórczo ze szpadlem i kilofem. Jak zwał, tak zwał, ale ciężki i nieporęczny przyrząd pomagał w takich sytuacjach.

Odzyskawszy względną swobodę ruchów przyjrzałem się zatorowi. Oczywiście! To nie tyle sam komin uległ zwężeniu (byłoby to zaskakującą atrakcją architektoniczną), co raczej jego światło przesłoniła ogromna dawka sadzy. Jakim cudem tak wiele tego świństwa mogło osiąść w ciągu roku?

Obróciłem w ustach brzydkie słowo – na kilka sposobów! – i wziąłem się do roboty.

Powoli.

Po cichu.

Delikatnie i subtelnie…

Milimetr po milimetrze czyściłem przewód kominowy z czarnego osadu. O ile jednak musiałem zachować pełen spokój na zewnątrz, to w umyśle buzowała mi wściekłość tak żywa, że aż stająca się powoli nowym, samoświadomym bytem.

Złość była częstym gościem pośród moich myśli. Od dawna żyłem z nią tak, jak inni żyją ze swoimi kobietami. Lub mężczyznami.

Kiedy ostatnio nie czułem jej smaku? Dawno. Bardzo dawno temu. Lepiej nie wnikać w detale. Próba ustalenia czegokolwiek w tym temacie poruszyłaby lawinę, do której osunięcia wystarczyło wyciągnąć jeden kamień. Jeden spośród wielu.

Nie, lepiej nie drążyć przeszłości.

Ostrożnie, ciupeńkę po ciupeńce pracowałem nad utwardzoną sadzą…

Ale co ja tutaj właściwie robię? No: co?

Kto przy zdrowych zmysłach wchodzi do komina? I to nie jednego, ale paru milionów? Kto z wchodzenia przez zawalone sadzą, brudne i śmierdzące nadpalonym kurzem kominy mógłby uczynić sens swojego życia? Nikt. I ja również nie! Ale… tkwiłem tutaj jak wielki, spocony wyrzut sumienia parszywego losu. Dłubałem w niedopalonych resztkach węgla i niczego tak nie pragnąłem, jak być gdzieś indzie. Gdziekolwiek. I bynajmniej nie chodziło mi o zamianę tego konkretnego komina na inny. W szerszej perspektywie one wszystkie były takie same i w żadnym nie chciałem spędzić ani sekundy.

Jedno jest pewne: kominów nigdy nie zabraknie. I ja się nigdy od nich nie wyzwolę. Ale, do licha, gdybym był kimś innym…

Ale kim?

Gwałtownie ruszyłem ręką. Stal przetykacza zazgrzytała groźnie na szamotowej cegle. W dół opadł solidny płat czarnego paskudztwa. Zatrzymałem się na chwilę. Uspokoiłem dłonie.

Cicho.

Spokojnie.

Do przodu.

Wznowiłem pracę i uśmiechnąłem się do swoich myśli. Dobrze wiedziałem, kim chciałbym być. Kim POWINIENEM być.

Drapieżnikiem.

Nie jakimś szczupakiem czy innym lampartem. Niczym takim! Chciałem być prawdziwym drapieżnikiem z górnej półki.

Ludzkim drapieżnikiem!

Ileż bym dał, aby spacerować po ulicach miast – dla odmiany ubrany na szaro lub czarno, bez tego całego dziadowskiego, czerwonego entourage – i łowić ofiary. Kobiety: one są najlepszymi ofiarami.

Zamykam oczy. Nie są potrzebne do pracy nad sadzą, wszędzie i tak jest ciemno jak w dupie renifera… Wyobrażam sobie, że spaceruję aleją handlową. Wyprzedza mnie piękna, wysoka kobieta. Długie nogi, zgrabne jak jasna cholera. Wysokie szpilki. Stukają na bruku staccato, w rytm którego wije się moje serce, a mózg staje dęba. I nie tylko mózg, oj, nie on jeden… Wdycham w nozdrza jej zapach: fiołki i cynamon, lekko kwaśna woń potu, tak smacznego, że mógłbym go kosztować przez całą wieczność oraz jedyny w swoim rodzaju zapach włosów. Moje myśli pędzą coraz szybciej, nieopatrznie przyśpieszam także pracę nad czarnym cholerstwem, ale w porę opanowuję się. Wracam do utkanego w głowie obrazu. Idę za kobietą… blondynką. Nie: brunetką. Albo jeszcze inaczej: niechaj będzie ognistoruda, niech jej krótkie… długie włosy podrygują w tempie dyktowanym przez ruch bioder. Ależ się te biodra kołyszą!

Idę za nią, coraz bliżej i bliżej.

Jestem już niecały metr od jej ciała. Czuję grawitację jej komórek. Przyciągają mnie. Spadam, coraz bliżej i bliżej, niżej i niżej. Jest to w zasadzie sen, więc momentalnie zmienia się sceneria. Opuściliśmy centrum miasta. Mijamy stare, rozpadające się rudery. Przyśpieszam kroku. Dopadam ją. Uderzam z prędkością atakującej kobry, paraliżuję jadem mojego pożądania.

Chwilę później jest moja. Unoszę ją w cień pobliskiej ruiny. Zaczyna walczyć. Uwielbiam, kiedy walczą i wiem, co z tym zrobić. Łamię opór jej słabego ciała, delektuję się przez chwilę krzykami i drapaniem, po czym dopełniam aktu. Jest moja, posiadam ją na własność. Wbrew jej woli.

Jestem drapieżnikiem. Skonsumowałem swoją ofiarę.

Czy może się z tym równać satysfakcja z przebicia się przez jakikolwiek komin?

Nie, oczywiście że nie może…

Sadza już prawie ustąpiła. Doświadczenie podpowiada mi, że za chwilę będę mógł pokonać ostatnie metry przewodu i bezpiecznie stanąć w wygaszonym palenisku.

Wracam jeszcze na parę sekund do urzekającej wizji, ale w międzyczasie zapomniałem, jak wyglądała moja ofiara. Nie ma to jednak znaczenia, wymyślam sobie kolejną. I jeszcze jedną. Mam sporą przewagę nad nimi: rzecz dzieje się w moim umyśle, mogę więc w ciągu ułamka minuty posiąść dowolną rzeszę kobiet. Mogę je niszczyć, upokarzać. Rzucać na kolana. Brać wbrew ich woli. Delektować się ich klęską. Smakować bycie drapieżcą.

Ale i to mi się nudzi.

Zsuwając się w głąb komina i chowając jednocześnie przetykacz, wymyślam inną scenkę.

Znowu jestem w centrum wielkiego miasta. Szary, czarny, niewidzialny. Obserwuję mijających mnie przechodniów i wdycham w nozdrza woń ich niewiedzy. Nie wiedzą, że jestem obok, że mogę wyciągnąć rękę i zagarnąć każdego z nich.

Robię to raz i drugi. Sięgam po nieświadome ofiary. Wyłuskuję je z tłumu. Łamię im karki, wypijam krew z tętnic. Zębami rozrywam mięśnie, pluję strzępkami ciała, połykam mięso… Nie, chyba odrobinę przesadziłem. Wcale nie mam ochoty próbować ludzkiego ciała, podobno jest kwaśne i niesmaczne. Poza tym chcę być drapieżnikiem, nie zwierzęciem.

Wróćmy zatem odrobinkę. Cofnijmy się do rozrywania ciał, chłeptania krwi. Krew jest lepsza niż mięso. Krew piją wampiry, a one są drapieżnikami absolutnymi. Stoją na samym szczycie piramidy. Kochają zabijać, niszczyć. Tak, takim drapieżnikiem mógłbym być…

Rozważam przez chwilę siebie w roli prawdziwego wampira. Myślę, jak to jest przebiegać ulice w mroku, kryjąc przed obserwatorami bladą skórę. Aż do samego końca, kiedy jest za późno. Umysł podsuwa mi nowe wizje: wyskakuję z zaułka przed jakąś piękną, niczego nieświadomą kobietą… niechaj tym razem będzie blondynka, one są takie bezradne, takie smaczne. Wypijam z niej krew i jednocześnie ją gwałcę, dopełniam zarazem rytuału życia i śmierci…

Czuję przenikliwy ból kolana. Rzucam w mroczną przestrzeń soczyste wyrażenie, ale sam sobie jestem winny: znowu się zagapiłem i uderzyłem o wystającą cegłę. Ale to już ostatnia przeszkoda. Z cichym stuknięciem opadam na palenisko. Dobra, udało się.

Jestem w domu.

Zawieszam smakowite myśli, kryję je w niewielkim ale pojemnym sejfie, gdzieś z tyłu mojej głowy. Na usta przywołuję uśmiech…

*

Mama mówiła, że jak będę grzeczny, to dostanę ładną zabawkę pod choinkę, ale tata ją wyśmiał. Jak zwykle. Wierzyłem mamie, nie tacie. Przynajmniej w tym przypadku, bo bardzo chciałem nową zabawkę.

Lubiłem nowe zabawki.

I byłem grzeczny. Na swój sposób.

Tata zawsze powtarzał, że święty Mikołaj nie istnieje, choć mama uśmiechała się dobrotliwie ilekroć dyskusja zbaczała na pana w czerwonym wdzianku. Później, kiedy byliśmy sami, tłumaczyła mi, że jeśli się w coś wierzy, to owe coś ma rację bytu. Mikołaj i do tego święty to raczej ktoś niż coś, ale zasada była chyba ta sama, więc na wszelki wypadek wierzyłem. Właściwie to nie potrzebowałem Mikołaja. Wystarczyłby nawet pan Janek, sąsiad z naprzeciwka, byle przyniósł zabawkę. Tata kiedyś krzyczał na mamę, że ona mu coś daje, a on jej w zamian daje prezenty, więc będę musiał przyjrzeć się temu tematowi bliżej. Co ja mógłbym dać panu Jankowi? Może ten ostatni rysunek? Wolałbym nie, bo podoba mi się. Jest całkiem udany, zwłaszcza jak się przymknie oczy.

Dzisiaj jest ta noc, kiedy powinien przyjść święty Mikołaj. Postanowiłem poczekać na niego i rozwiać wątpliwości. Jeśli okaże się, że tata miał rację, to może i miał ją co do pana Janka. Wtedy zastanowię się jak to wykorzystać. Dziś jednak szansę otrzymał święty Mikołaj.

Czekam na niego, wierząc, że przyjdzie.

Powieki opadają mi coraz bardziej i bardziej. Prawie zasypiam, ale nie daję się zmęczeniu. Pożyczyłem od taty takie tabletki, które on bierze ilekroć musi ciężko pracować w nocy. Są niebieskie i trochę mi pomagają. Jestem żywszy, jakby bardziej… naprężony. Chyba dam radę doczekać Mikołaja.

Jestem mądry, więc nie spodziewam się, by Mikołaj pojawił się w moim pokoju. Tacy jak on wchodzą przez komin, zaczajam się zatem w pokoju dziennym. Leżę na kanapie, przykryty pledem i udaję, że śpię. Nie jest to trudne, a z chwili na chwilę coraz łatwiejsze.

Wtem, słyszę cichy chrobot. Potem coś jakby stłumione „krwa”. Co to jest „krwa”? Może chodzi o kawę? Albo drwa? Interesująca zagadka, zajmę się nią później, bo tymczasem dostrzegam coś fascynującego: czerwone, wierzgające nogi wynurzające się z przewodu kominowego. Nogi opadają na palenisko, chwilę później dołącza do nich brzuszek, rączki i główka. To zdecydowanie święty Mikołaj! Jest czerwony, błyszczący i gruby. Ma też białą brodę, choć… nie, broda jest czarna. Pewnie od sadzy. Taki komin to nie jest czyste miejsce, i to mimo starań pana Janka, który przychodzi nawet trzy – cztery razy w tygodniu go przeczyszczać.

Wyjaśniają się dwie wątpliwości naraz. Po pierwsze, święty Mikołaj istnieje. Po drugie, nie jest panem Jankiem. Pan Janek jest znacznie szczuplejszy ale i szerszy w barach. A przy okazji chyba wyższy.

Dostrzegam zarys wielkiego worka za plecami Mikołaja, a później dobrotliwy uśmiech na jego twarzy. To musi być prawdziwy święty. Czuję, że ogarnia mnie coś przyjemnego, bardzo dobrego. Jest mi przyjemnie, prawie jak w niebie.

Patrzą na mnie czułe i kochające oczy świętego Mikołaja. Muszę zapamiętać, że Mikołaj jest naprawdę dobry. Nikt, kto jest zły, nie spojrzałby w ten sposób. Podobno dzieci potrafią wykryć takie rzeczy, a ja jestem dzieckiem, więc chyba mam rację.

Mikołaj uśmiecha się do mnie i delikatnie klepie mnie po głowie.

Ogarnia mnie senność. Coraz większa i większa. Nie daję już rady się jej oprzeć, ale co tam: swoje zobaczyłem. Ostatkiem sił widzę jeszcze, jak Mikołaj podchodzi do choinki i zaczyna wykładać prezenty. Później zasypiam i śni mi się wiele przyjemnych rzeczy.

*

Smarkacz cholerny!

Prawie go nie zauważyłem.

Skurczybyk zakamuflował się na kanapie. Przykrył kocem tak, że wystawała mu jedynie ta świńska główka. Co za robota! Co za cholerna robota! Wolałbym już pracować w rzeźni, tam przynajmniej mógłbym rozładowywać napięcie na bieżąco. Tasakiem lub kołkownicą.

Jestem odrobinę rozkojarzony, więc z pewnym opóźnieniem usypiam głupiego malca. Postanawiam w przyszłym roku przynieść mu coś złego, może zepsutą kolejkę? Albo snickersa z robakami? Dostanie za to swoje wścibstwo.

W zasadzie to mógłbym mu przyłożyć teraz. W moim worze są wszystkie możliwe prezenty świata, ale później bym nie doszedł do ładu. Postanawiam więc działać według planu.

Mały drań śpi, rozkładam prezenty pod choinką. Pani domu dostanie w tym roku wibrator. Chętnie bym przeszedł się do sypialni i osobiście włożył go jej w… wiadomo co. I nie tylko wibrator. Bycie drapieżnikiem mógłbym zacząć tu i teraz. Zgwałcić ją, wypić jej krew.

Albo nie: najpierw udusić tego ciekawskiego gówniarza. Śpi, więc wystarczyłoby przycisnąć mu do twarzy poduszkę.

Zbliżam się do niego i próbuję spojrzeć ze złością lub apetytem, ale… nie potrafię. Ten cholerny uśmiech przykleił się do mojej twarzy na dobre. Trudno. Innym razem.

Po drodze do komina mijam stolik, a na nim niewielkie lustro. Przyglądam się sobie. Jak ja nienawidzę tego radosnego, pełnego optymizmu spojrzenia! Próbuję wykrzywić twarz, przyoblec ją w jakiś grymas, nadać charakteru, ale oczywiście nie daję rady.

Wsuwam się do komina. Tym razem bez problemu wspinam się po cegłach, coraz wyżej i wyżej. Myślę, że gdybym był drapieżnikiem, mógłbym wykorzystywać kominy do wkradania się do cudzych domów. Mógłbym mordować, ile wlezie. To dobra myśl.

W końcu staję na szczycie komina, owiewa mnie mroźne powietrze. Otrzepuję brodę z sadzy, wprawnym ruchem czyszczę czerwone ubranie. Rozglądam się po pustej, zatopionej w ciszy okolicy.

No właśnie: pustej.

Gdzie, do cholery jasnej, są te głupie renifery? Te zawszone dranie znowu wycięły mi numer… Niech ja je dorwę, tym razem naprawdę skończą jako szynka!

Reklamy

10 thoughts on “„Dobry, niedobry” – opowiadanie

  1. Za rok można rozwinąć postać pana Janka, który regularnie czyści „komin” i jeszcze daje mamie prezenty. 😉 Ma chłopina znakomite mikołajowe predyspozycje. 😉

  2. Fajny pomysł na opowiadanie i na postać Mikołaja. Chyba pierwszy raz miałam przyjemność przeczytać tekst, w którym ten pan w czerwonym wdzianku przedstawiony jest od tej drugiej strony. Nawet mu do twarzy z tą złością, chorymi fantazjami i „złą” stroną jego osobowości. Przynajmniej zrobiliście ze świętego Mikołajka postać nie tak jednoznaczną;D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s