„Kwestia Wyboru” – opowiadanie

Dzisiaj coś niemalże świeżego, bo opowiadanko sprzed miesiąca. Nie jest to kryminał, nie jest to science fiction – z przydzieleniem kategorii temu tekstowi mieliśmy (i nadal mamy) spory problem. Może Wam się uda, jeśli oczywiście dobrniecie do końca ;-).

Ikonka po lewej to dzieło Adama Grudzińskiego, który był podwójnie miły dla opowiadania, bowiem nie dość, że je pochwalił (hehe, wielkie dzięki!), to jeszcze dorzucił swoją wizję graficzną. Jeśli klikniecie na obrazek, to przeniesiecie się na stronę Adama i do pełnej wersji zdjęcia. Polecamy!

Zapraszamy do lektury:

Kwestia Wyboru

„Sielska Meandra” poddała się trzy mile od wyspy.

Jęknęła, zatrzeszczała i moment później, bryła jednostki –  wytargana przez sztorm , nadgryziona przez czas – rozpadła się na setki desek, krokwi i elementów takielunku, pomiędzy którymi szamotały się ciała pasażerów i marynarzy. Woda zagarnęła swoje ofiary, z triumfem zaciskając na nich lodowate zęby grzywaczy. Ocean jeszcze nie oczyścił się z gniewu. Fale wbijały rozbitków w głąb toni, roztańczone masy żywiołu mieliły ich pomiędzy skrzyniami oraz fragmentami masztów, a porywisty, nasączony solą wiatr wyłuskiwał z płuc oddech i ranił oczy, przeciągłym gwizdem kpiąc z wysiłków coraz mniej licznych ocaleńców.

Nawet nie wiedział, jak udało się mu przetrwać to morskie piekło.

Nie rozumiał też, czemu nie udało się innym.

Rekiny? Zdradliwy prąd? Zmęczenie?

Świtu doczekał tam, gdzie wypluły go przejedzone fale. Nawet nie czuł zimna – przestał odczuwać dyskomfort o wiele wcześniej. Leżał na piasku, pieścił dłońmi plażę, smakował opuszkami palców jej chropowaty dotyk. Łkał, śmiał się, wrzeszczał – wszystko po trochu. Pierwsze promienie słońca wypatrzyły go leżącego na wznak, z oczami utkwionymi w jaśniejącym niebie.

Przeżył.

Ale co dalej?

*

Bogowie ocalenia mieli kapryśne poczucie humoru.

Wystarczyły mu dwie godziny, aby obejść ląd. Świat stopniał do rozmiarów niewielkiej wyspy, która miała dwa tysiące kroków długości i nieco ponad dwa razy tyle obwodu. Z lotu ptaka przypominać musiała chudego banana, lecz w ciągu kolejnych dni dowiedział się, że ze smacznym owocem nie miała nic wspólnego.

Ani z żadnym innym.

Biały piasek omywany lazurowym językiem oceanu, gęsty, ale niezbyt rozległy zagajnik palmowy, splątany pomiędzy ich pniami gąszcz krzewów o twardych łodygach, ostrych kolcach i skórzastych liściach śmierdzących smołą, kilka rozrzuconych po okolicy plam trawy tak wyblakłej, że bardziej złotej niż zielonej, parę wyszczerbionych kamiennych zębów roztrzaskujących fale kilkadziesiąt metrów od brzegu – to i tylko to składało się na konstrukcję jego więzienia. Nie licząc trzystu sześćdziesięciu stopni nieba i morza, półsfery niezgłębionego błękitu, ironicznie efemerycznego w roli krat i łańcuchów…

Nie znalazł żadnych owoców, ani małych, ani większych. Nie wypatrzył zwierzyny, lecz to akurat nie było dziwne, czym bowiem by się wyżywiła w miejscu, którego bogowie nie zdążyli jeszcze urządzić do końca?

Trzeciego dnia głód przygiął jego kark do ziemi, a oczy wyczulił na najmniejsze ślady życia. Zjadłby cokolwiek – chrupiącego świerszcza, dorodną gąsienicę, tłustą dżdżownicę. Gdyby upolował mysz, padłby na kolana i dziękował losowi za jego uśmiech. Ale nie, powód do podziękowań – inny niż się spodziewał, niezasłużenie wspaniały – nie zamierzał się jeszcze pojawić i aż do późnego popołudnia trwał ukryty. Zagrzebany w piasku. Odnalazł się dopiero u schyłku dnia, przypadkiem. Pomogła trochę mocniejsza fala, która cofając swe ciało ku morzu, zagarnęła o kilka ziarenek rachitycznej ziemi więcej, swoje mogło też dorzucić słońce, które akurat w tym momencie spojrzało na wyspę spod oka, półtorej pięści nad odległym horyzontem, rysując ostrym konturem każde wybrzuszenie na powierzchni plaży.

Znalezisko było puszką. Średniej wielkości metalowym walcem, oszlifowanym piaskiem i oczyszczonym słoną wodą. Drżącymi rękami obracał skarb na wszystkie strony aż upewnił się, że nie jest uszkodzony. Konserwa była cała. A w niej…?

Nieprędko trafił na kamień odpowiedniej wielkości. Na wyspie brakowało nawet tych, ale ostatecznie udało mu się znaleźć narzędzie, za pomocą którego otworzył puszkę. W nozdrza uderzył go zapach fasoli. Był uratowany.

Na jakiś czas.

*

Kolejny cud pojawił się jak na zawołanie. Bogowie rozkręcali się powoli, acz konsekwentnie.

Następnego dnia, podczas zwyczajnego i zwyczajowego już spaceru wokół wyspy – nadal miała około trzech tysięcy ośmiuset kroków obwodu – wypatrzył na wilgotnym piasku ślady. Trop zaczynał się gdzieś na linii przyboju i zygzakiem biegł ku wnętrzu niewielkiego lądu. Był dwupalczasty, typowa raciczka. Należeć musiała do stworzenia ważącego nie mniej niż kilkanaście kilogramów. I zapewne dającego się zjeść! Tego dnia, nieco wcześniej, próbował rzuć surowe włókna palmowych pni – po tym nietrafionym i nieskutecznym eksperymencie nie potrafił sobie wyobrazić istnienia jakiegokolwiek zwierzęcia, które nie pasowałoby do jego zębów, przełyku i żołądka.

Przygarbiony tak mocno, że prawie rysując czubkiem nosa linię w piasku, podążył za tropem. Kawałek dalej, pośród wypłowiałych traw, zgubił go, ale szedł dalej, trochę na wyczucie. W końcu dostrzegł stworzenie, które zostawiło ślady. Niewielka świnia, ledwo owłosiona, trochę wychudzona, nie przejmując się jego obecnością, ze smakiem zajadała trawę i liście gęstych, śmierdzących smoliście krzewów.

Patrzył na nią, aż poczuł, że nieco uśpiony głód budzi się i wyciąga macki ku jego trzewiom.

Ostrożnie, krok za krokiem, cofnął się na piasek. Wrócił do miejsca, które było jego obecnym domem. Stało się nim poprzedniego dnia wieczorem, kiedy zjadł jedynie trzecią część zawartości cudem uratowanej puszki z fasolą. Pozostałe dwie trzecie uchował przed atakiem apetytu, zamknął w blasze i odłożył na bok, na piasek. Miejsce, w którym fasola czekała na swoje przeznaczenie, było właśnie jego domem: żadne inne nie nadawało się lepiej.

Tam dom twój, gdzie serce twoje. I żołądek.

Ponownie otworzył puszkę i pochłonął porcję czerwonej brei. Została jedna trzecia. Mógł na tym przeżyć jeden dzień.

Ale co dalej?

*

Była jeszcze świnia.

Odnalazł ją następnego dnia bez trudu. Spała w miejscu, w którym się wcześniej karmiła. Wyglądała na zadowoloną. Jej nieco bardziej zaokrąglone boki podnosiły się powoli i spokojnie w rytm niezakłóconego stresem oddechu.

Zważył stworzenie w myślach. Gdyby umiał konserwować mięso, gdyby miał do tego narzędzia, świnia zapewniłaby mu żywność na tydzień, może półtora.

Dobrze, ale co dalej?

*

Skąd się wzięła świnia na tej wyspie?

Odkąd zadał sobie to pytanie po raz pierwszy, zdążył obejść swój kawałek lądu kilkunastokrotnie. Bez efektu.

Nie dostrzegł żadnych nowych świń, ani nawet świeżych tropów.

Ocean leniwie głaskał plażę, wypluwając czasami różne śmieci. Niektóre pochodziły z „Sielskiej Meandry”, inne narodziły się gdzieś w głębinach. Po wszystkich było widać, że przez jakiś czas należały do bogów odmętów. Kawałek takielunku, metalowy kubek, fragment marynarskiego stroju, niemal perfekcyjnie obgryziona płetwa wielkiej ryby, kilka muszli, śluzowate ciało jakiejś ameby (parzyło nawet po jej śmierci, nawet wtedy, kiedy słońce zredukowało je do płaskiego, smętnego skrzepu materii), płat skóry morskiego smoka… różnorodność tych dobrodziejstw łączył wspólny mianownik: wszystkie były niejadalne.

Była jeszcze świnia.

*

No właśnie, co ze świnią?

Dało się ją zjeść. To pewne.

Z dnia na dzień wyglądała coraz lepiej. Zyskiwała na masie, dążyła usilnie ku ideałowi kuli. Nie bała się go, ledwie go dostrzegała. Nie bała się niczego, nie dostrzegała zapewne nic poza rachityczną zielenią, której poświęcała niemal całą uwagę. Nic nie wskazywało, by straszna jej była samotność, swoim zachowaniem nie sugerowała, by zesłanie było dla niej straszne. Jej światem były krzewy i trawy, które zjadała powoli, ale systematycznie.

Krzewów i trawy nie powinno zabraknąć. Wody, nawet słodkiej, która zbierała się na liściach i w zagłębieniach piasku wewnątrz wyspy, także nie.

Tak to właśnie wyglądało: człowiek, któremu już prawie zabrakło fasoli i świnia, której zabraknąć mogło życia na skonsumowanie tego, czym gotowa ją była obdarzyć wyspa.

Bogowie miewają ciekawe poczucie humoru.

A jeśli ta wyspa była przejawem ich dowcipu, to jak mogło wyglądać miejsce zmaterializowane z boskich koszmarów?

*

Mógł zjeść świnię, oczywiście, że mógł. Nikt by mu tego nie zabronił, nawet świnia, choć pewnie i ona, zwłaszcza ona, zainteresowana byłaby zachowaniem status quo.

Pożywienie się świnią nie rozwiązywało problemu. Przesuwało go w czasie.

Dwa tygodnie życia, może kilka dni więcej. Później nic.

Jeśli zje świnię, zabraknie mu już perspektyw.

Poza świnią nie było nic. Jedynie trawa (próbował jej: niezjadliwa, ostra, kaleczyła wargi i podniebienie) oraz liście krzewów (śmierdziały, ale nawet ich skosztował – bez pozytywnego efektu).

Poza świnią był koniec. Kropka. Definitywny kres możliwości.

Śmierć głodowa.

Myślał o tym, obserwując stworzenie.

Myślał o tym, patrząc jak śpi.

Myślał o tym, widząc jak rośnie.

Może dlatego, że za dużo myślał, wstrzymał się z decyzją. Dzień lub dwa postanowił przecierpieć.

*

Próbował łapać ryby, lecz płycizny nie obfitowały w jakiekolwiek życie. W głębinie owszem, znalazłby niejedna, ale żadna nie wykazała skłonności ku jego pustej puszcze, a innego narzędzia nie posiadał.

Wszedł na każdą palmę, starannie przepatrując, czy jednak gdzieś nie znajdzie choćby niewielkiego kokosa, choć oczywiście nie odniósł sukcesu. Tutejsze palmy jeszcze nie wiedziały, że może być z nich pożytek. Jeszcze ich nie nauczono rodzić – trwały w egoistycznym okresie samolubstwa, konsumowały światło, wysysały soki z ziemi, w zamian ciesząc się tylko szelestem wiatru pośród coraz dłuższych liści.

Widząc, jak się z niego naigrają, życzył im wszystkiego najgorszego. Gdyby mógł skrzesać ogień…

*

Wytrwał trzy dni. W głodzie, w gorączce.

Ilekroć czuł impuls rodzącego się w trzewiach buntu, mózg rodził nowe pomysły na przetrwanie.

Za pomocą puszki wkopał się na metr w głąb piasku. Szukał dżdżownic. Rów zapełniał się wodą tak szybko, jak wybierał z niego ziemię. Może dlatego żadne stworzenie nie zdecydowało się zamieszkać w tej glebie? Żadnego, w każdym razie, nie znalazł.

Próbował ponownie zdrewniałego miękiszu palm. Bez zmian. Niejadalny, chyba że dla termitów.

Aż przyszedł ten moment, w którym nie mógł już nic. Nie została mu żadna inna alternatywa poza świnią, która w międzyczasie przytyła kolejne pół kilograma.

*

Czemu się wahał?

Może dlatego, że świnia miała przyszłość. On nie.

Świnia mogła tu przeżyć aż przypomni sobie o niej starość. O ile starość w ogóle trafi na ten zapomniany przez bogów skrawek suchego lądu…

Świnia była z pewnością smaczna, ale była też piękna. Trwało w niej życie. I mogło trwać dalej.

Mógł ją zabić i zjeść, lecz byłoby to równoznaczne ze zgaszeniem świecy – jedynej, która rozświetlała tutejszy mrok.

Czyż nie miał obowiązków wobec świata? Czyż nie miał obowiązków wobec życia?

Miał.

Ale…

*

Ale przyszedł dzień, kiedy musiał zdecydować.

Ostatkiem sił przeczołgał się do świni.

Podjął decyzję.

Decyzja, jak to decyzja… każda jest kwestią wyboru.

Dziesięć dni później…

Zasypali podchodzącą wodą dziurę w piasku, przytargali na nią ważący ze trzydzieści kilogramów głaz.

Nie mieli trumny, nie mieli krzyża, nie mieli nawet księdza. Właściwie, to mogli sobie odpuścić ceremoniał, ale gdzieś w głębi wytarganych słonymi wichurami dusz czuli, iż coś się należało temu martwemu człowiekowi. Kimkolwiek był.

Postali kilka minut, w milczeniu, nad świeżym grobem, a raczej nad czymś, co grobem było w bardzo dużym przybliżeniu. Staliby krócej, lecz nie śpieszyło się im do powrotu na statek. Od zakotwiczonej paręset metrów od brzegu brygantyny dochodziły ich odgłosy cięcia drewna, wbijania gwoździ, porykiwania bosmana. W momencie, w którym postawią stopę na deskach „Mewy”, skończy się spokój, rozpocznie zwyczajna bieganina. Statek ich wchłonie i nie wydali, nim dotrą do najbliższego portu lub natrafią na przeznaczenie w gardzieli burzy.

Nic ciekawego.

Pomodlili się. Usta same ułożyły się do słów, w których prawdziwość wierzyli od przypadku do przypadku. Od sztormu do sztormu. Może ten, którego zakopali, mógłby coś powiedzieć na temat bogów, ale milczał, kiedy go znaleźli. Milczał, kiedy kopali dla niego dziurę w miękkim piasku. Milczał wreszcie, kiedy niezbyt delikatnie wrzucili jego zwłoki do wnętrza jamy.

Milczenie jest najlepszą formą komunikacji z bogiem.

Może nawet jedyną sensowną.

W końcu jednak minął czas, który mogli przeznaczyć na wstrzymywanie się przed powrotem.

Kiwnęli parę razy głowami, rzucili w przestrzeń garść szorstkich słów.

„Biedak…”

„Umrzeć z głodu…”

Jeszcze kilka kiwnięć.

„Umrzeć z głodu na własne życzenie…”

Ostatnie kiwnięcie.

Temat zamknięty.

Ruszyli w stronę łodzi. Jeden z marynarzy zarzucił na plecy jedyne naprawdę cenne trofeum z tej wyprawy. Utuczoną świnię. Silny cios pałki w głowę skrócił jej życie kilka godzin wcześniej. Przeznaczeniem stworzenia stało się pieczyste. Ten, który ją zabił, nie miał wyrzutów sumienia. Czemu miałby mieć? Świnia to świnia, ot, co!

No i, na dobrą sprawę, co by miała robić świnia na tej pustej wyspie…

Advertisements

24 thoughts on “„Kwestia Wyboru” – opowiadanie

  1. Czekałem. Na prawdę na początku opowieści spodziewając się postaci Piętaszka. W miarę rozwoju akcji – odniosłem wrażenie iż to właśnie świni autor tego opowiadania przypisał jego rolę.
    Finał? – chyba zbyt ludzki aby mógł się stać realnym i nierealnym zarazem.
    Świetne. Taka jest moja ocena 😉

    • hehe, to się udało trochę zakręcić
      dzięki za ocenę, jest trochę (mocniej niż trochę) na wyrost, ale co tam, każdy się musi dowartościować od czasu do czasu 😉

      • Należę do wymierającego już (niestety) gatunku anty-podlizywaczy, i uważając tego rodzaju zachowania za co najmniej niehigieniczne (żeby nie powiedzieć „obsceniczne”), – jeżeli wystawiam jakąś ocenę więcej niż pozytywną, to jest to naprawdę święto – i tak właśnie jest w tym wypadku.
        To opowiadanie (że tak to ujmę) zasługuje na specjale wyróżnienie, i dlatemu postanowiłem wykonać do niego grafikę, którą postaram się zaprezentować szerokiemu forum w najbliższym czasie, i o czym również niezwłocznie Cię poinformuję.
        Jeszcze raz – gratulacje.

        • coś w tym jest
          mnie się również zdaje, że szkoda czasu na podlizywanie, bo i po co to komu?
          tym bardziej miło mi za pozytywną ocenę, dzięki też za grafikę, odjechana jest 😉
          (jeśli pozwolisz, to chętnie byśmy podczepili pod opko)

          • Bierz. Po to ją zrobiłem. Miałem ten obraz w głowie w chwilę po przeczytaniu 😉

  2. kurde i skąd ja wiedziałam, że on jej nei zabije? jasnowiCka normalnie…tyle, że myslałam, że zakończenie będzie inne, liczyłam na większe poczucie humoru Bogów 😀

    • jasnoCzytka raczej 😉
      humor Bogów zależy od humoru skryby, którego jakby zabrakło… trzeba to będzie nadrobić w kolejnych dramatach 😉

  3. co nie zmienia faktu, że opowiadanie świetne, jak nie czytam długich notek, tak opowiadanie przeczytałam do ostatniej literki 😉

  4. Całe nasze życie zmusza nas do dokonywania wyborów czy zabić czy ocalić świnię ;))
    Opowiadanie super:) gratulejszyn

  5. Za każdym razem jak do Was zaglądam i jest jakieś nowe opowiadanie czy notka, mimo iż nie mam czasu i nie powinnam czytać w danym momencie i tak czytam bo nie mogę oderwać wzroku 🙂 Świetnie, świetnie i jeszcze raz świetnie. Gratulacje za opowiadanie i gratulacje za grafikę !!!

    • grafa to super sprawa, Adam odwalił kawał dobrej roboty
      cieszy, że opko się podoba… kolejne wkrótce (tym razem chyba jakieś z archiwum głębszego)

      • Fajnie mieć takie umiejętności (jeśli chodzi o grafikę , więc tu pełne wyrazy mojego uznania) Czekam w takim razie cierpliwie na kolejne opowiadanie 🙂

  6. I ja miałam prawie pewność ze nie zje tej świni choć przez ułamek sekundy się zawahałam.To wszystko co piszesz w tym opowiadaniu można przełożyć na nasze życie…Gdzie jeden lituje się nawet nad zwierzęciem kierując się wrażliwością ktora jest w nim a drugi bez zmrugnięcia powieką zrobi coś by było mu zwyczajnie dobrze.Wolna wola jak dobrze że ją posiadamy.Dzięki temu wiemy jacy naprawdę jesteśmy.Opowiadanie fajnie napisane a co najważniejsze nie jest puste i głupie.

    • chciałem, aby finał nie był przewidywalny, ale niestety, nie potrafiłem doprowadzić do tego uczciwymi środkami (tzn. nie rzucając zmyłek i przekłamań). Ale jak widzę, mimo wszystko pomysł się broni ;-).

      ludzie żyją w różnych tempach i przyjmują różne perspektywy postrzegania. Dla jednych wartością jest okazanie wrazliwości, inni widząc pochylone plecy traktują to jako szansę wejścia komuś na głowę. Samo życie… dotyczy to nie tylko świń 😉

  7. Egoistyczne palmy nie dające kokosów… – ładna obserwacja. Lubię jak przedmiotom martwym lub – jak w przypadku drzew – nie do końca zywym, nadaje się ludzkie cechy.
    A świnia? Opowiadanie jest o ludzkich dylematach, hierarchii wartości i wyborach życiowych. Rozbitek testował swoje Człowieczeństwo w konfrontacji ze świnią. Pzrewrotne!
    Pzdr

    • staram się, ale mam na uwadze, że łatwo przy okazji doczłowieczania palm popełnić przestępstwo grafomanii (bez podtekstów wobec Romana)

      nie wiem czy uwierzysz, Laudate, ale opowiadanie miało oryginalnie być… science fiction. To dopiero przewrotność losu 😉

  8. no wróciłam bo doszłam po rozum do głowy zem nie przywitała się z gospodarzem.Normalnie jak swinia:)

    • tak, świnia daje się nam wszystkim we znaki 😉
      ale spoko, ja również nie powitałem na naszych progach, co niniejszym czynię ;-D

  9. Niestety, smutny wniosek, że nie ma co myśleć o przyszłości, bo i tak nie wiadomo, kto i co z tą świnią zrobi…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s