Naftalinowa recenzja „Śniadanie u Tiffaniego”

W lipcu na naszym blogu pojawiła się recenzja „Szarady”. Okazało się, że nie mieliśmy dość Audrey, więc kilka miesięcy później zanurkowaliśmy ponownie do skrzyni z antykami i wypłynęliśmy z nieco zużytą już płytą DVD „Śniadanie u Tiffaniego”. Poniżej znajdziecie naszą podwójną recenzję tego filmu. Jak zwykle, zapraszamy do lektury ;-).

 Na wstępie dodajmy jeszcze, że „Śniadanie u Tiffaniego” miało swoją premierę w październiku 1961 roku, a w Polsce dokładnie 31 grudnia tegoż roku. Audrey okazał się zatem sylwestrowym prezentem dla naszych rodaków, którzy w tamtych wielki świat mogli poznawać właśnie z takich obrazów. I, niestety, często tylko z nich…

Śniadanie u Tiffany’ego

I.: „Śniadanie u Tiffany’ego” to film bez dwóch zdań kultowy. Myślę, że – gdyby przeprowadzić odpowiednie badania (te z pewnością gdzieś ktoś już kiedyś przeprowadził…) – zająłby jedno z pierwszych miejsc pośród najbardziej rozpoznawalnych tytułów w dziejach kina, ale i najbardziej lubianych i docenianych. Przede wszystkim dlatego, że jest uniwersalny: podoba się zarówno kobietom (Audrey Hepburn w swoich cudownych, oszałamiających elegancją kreacjach + historia miłosna), jak i mężczyznom (Audrey Hepburn, niezależnie od cudownych, oszałamiających elegancją kreacji i miłosnej historii). Po drugie, jest to bardzo wdzięczny obraz – wdzięczny, w każdym tego słowa znaczeniu. Może nie ambitny czy przeintelektualizowany, ale… wdzięczny, ot co. Po trzecie, nieźle zrealizowany, co – gdybyśmy mieli jakiekolwiek wątpliwości – potwierdzają zdobyte nagrody: Oscary za rok 1961 w kategoriach „Najlepsza muzyka” i „Najlepsza piosenka” (świetna „Moonriver” ze słowami Johny’ego Mercera do muzyki Henry’ego Manicini’ego – jeśli choć raz zwróciliście na nią uwagę, już nigdy nie wypadnie Wam z pamięci) i nominacje (Oscary i Złote Globy między innymi za scenariusz i najlepszą pierwszoplanową aktorkę).

D.: Masz rację. Audrey niezależnie od wszystkiego, tudzież od wszystkiego zależnie (niepotrzebne skreślić) jest magnesem, który potrafi przyciągnąć do „Śniadania…” bardzo szerokie grono odbiorców. Wspomniałaś o Oscarach, ale akurat polemizowałbym z faktem, czy dwie statuetki – i to drugorzędne – są dowodem triumfu filmu. We wspomnianym przez Ciebie roku – 1961 – najważniejszą nagrodę Akademii (za najlepszy film) zgarnęło „West Side Story”, któremu przytrafiły się także ważne statuetki towarzyszące (m.in. najlepsza reżyseria). Co istotne, „Śniadanie u Tiffany’ego” przegrało najważniejszą z naszego punktu widzenia bitwę: Oscar ominął spragnione jego czułego dotyku dłonie Audrey i trafił w łapki Sophie Loren („Matka i córka” – ekranizacja znanej powieści Alberto Moravii, o której, nawiasem mówiąc, mam ochotę napisać). W tym ujęciu Grammy w 1962 roku za muzykę to co najwyżej skąpy osuszacz łez. Lepiej w tej roli sprawił się zapewne wybór na najlepiej napisaną komedię (czyli scenariusz) przez Writers Guild of America. Ale wszystko to proch i pył… gdzie tam „Śniadaniu…” do takiego „Titanica”, który wprawdzie zatonął, ale za to z wielką porcją złota na pokładzie?

I.: Fakt – „West Side Story” wygrał batalię na nagrody, ale… czy rzeczywiście – w szerszym kontekście – zwyciężył? Chyba nie! O czym niech świadczy to, że pół wieku później komentujemy nie musical, a właśnie „Śniadanie…” 😉

D.: Tutaj się zgodzę z Tobąi. Zresztą, nie o licytowanie nagród chodzi. Faktem jest, że „Moonriver” – piosenka oscarowa – jest pięknym kawałkiem muzyki i nie bez przyczyny utwór ten przeniknął szerzej do kultury. Jako ciekawostkę można podać, że „Moonriver” pojawia się nawet w… „Bucie Manitou”, niemieckiej komedii-westernie. A jest to o tyle interesujące, że piosenka zdaje się znacznie lepiej pasować do dzikich prerii niż ulic Nowego Jorku. Osądźcie sami. Oto Audrey w „Moonriver”:

I.: Ech… rozmarzyłam się 😉 Nie wspomnieliśmy jeszcze – i pora nadrobić tę zaległość – o genezie „Śniadania…”, a więc o tym, że film powstał na kanwie powieści Trumana Capote’a, pod tym samym tytułem. Jak to w Hollywood bywa, oba dzieła różnią się od siebie znacznie. Ze smutnej historii o ekscentrycznej damie do towarzystwa filmowcy ukręcili, a jakże, subtelną komedię romantyczną. Dowodem na to, iż pisarz zupełnie inaczej wyobrażał sobie ekranizację swojego dzieła, niech będzie następujący fakt: Capote w roli Holly Golightly widział… Marilyn Monroe! Gdzie Audrey, a gdzie Marilyn, ktoś może zapytać… No właśnie! Nie chcę tu porównywać Audrey i Marilyn, bo z pewnością byśmy się posprzeczali ;-D. Wielbiciel Hepburn kontra wielbicielka obu (każdej z innych powodów)… Poza tym to jakby zestawiać ogień i wodę. Pozostańmy więc może przy tym, że gdyby główną rolę w „Śniadaniu…” zagrała Monroe, byłby to… zupełnie inny film.

D.: Z pewnością nie lepszy ;-). Ale my tu sobie o aktorkach rozmawiamy, a zapomnieliśmy wspomnieć o pułkowniku Johnie „Hannibalu” Smithie… och, przepraszam, w roku 1961 George Peppard nawet jeszcze sobie nie wyobrażał, że będzie zasuwał czarnym wanem z równie czarnym (pod względem koloru skóry) kumplem obwieszonym złotem i strzelał do… jakżeby inaczej: czarnych charakterów („Drużyna A” to, przypomnijmy, lata 1983-1987). Faktem jest, że ten aktor doświadczył niezwykłej kariery. Udział w „Śniadaniu…” to prawdziwy uśmiech losu, acz kapryśny. Po półtoraplanowej roli w tak ważnym filmie (bo jego Paul Varjak niby gra pierwsze skrzypce, ale nie oszukujmy się: tam, gdzie pojawia się Audrey, utwór musi mieć cechy dzieła solowego…) oczekiwać należałoby pochodu dalszych sukcesów. Spójrzmy w biogram Pepparda. Rok po „Śniadaniu…” trafił na pokład „Jak zdobyto Dziki Zachód” (gdzie mógł obserwować przy pracy samego Forda – bez wątpienia wielkie przeżycie, zwłaszcza jeśli lubi się westerny), a i kolejne role należały do prestiżowych, nawet jeśli teraz poszczególne tytuły niewiele nam mówią: „Zwycięzcy”, „Operacja kusza” czy „Błękitny Max”. Później jednak aktor przegrał z alkoholizmem, który na wiele lat wyłączył go z zawodu, a szansę rehabilitacji otrzymał dopiero wraz z pojawieniem się wspomnianej już „Drużyny A”. Na planie „Śniadania…” zagrał chyba najlepszą rolę swojego życia. Spokojną, przemyślaną i konsekwentną, choć nie da się ukryć, iż wielkim cieniem przykryła go Audrey. Inaczej być nie mogło, mimo iż – teoretycznie – stanowili dobraną parę fabularną. Ona: luksusowa prostytutka (dziś powiedzielibyśmy call girl), on: dobrze sobie radzący utrzymanek bogatych niewiast. Warci siebie, nieprawdaż? A jednak, Peppard nie miał szans z Audrey. W jego grze zabrakło tej finezji i… szaleństwa, którym zachwyciła jego piękna koleżanka. Ciekawe, czy u boku Monroe pokazałby się z lepszej strony? Zresztą, dużo istotniejsze jest pytanie, czy w ogóle wybrano by go do roli, gdyby w „Śniadaniu…” pojawiła się Marilyn w miejsce Audrey? Można w to wątpić, bowiem film miałby zupełnie inny rejestr. A skoro już przy pytaniach o odtwórców jesteśmy, to czy nie jest tak, iż „Śniadanie…” jest filmem jednej, damskiej roli? Moim zdaniem ten obraz powstał dla aktorki pierwszoplanowej – w zależności od jej doboru mógł zmienić wymowę, podczas kiedy wszyscy pozostali członkowie trupy aktorskiej byli zaledwie dodatkiem i tłem…

I.:Też tak myślę. Bo przecież to nie Paul Varjak – czy ktokolwiek inny – jest w filmie istotny, ale właśnie Holly Golightly. Właściwie wszystkie najlepsze fragmenty to te, w których pojawia się Holly. Melancholijna scena na parapecie (wspomniane już „Moonriver”), zabawna z kradzieżą karnawałowych masek (świetnie podkreślone napięcie przy pomocy muzyki – swoją drogą, koniecznie musicie to zobaczyć, jeśli nie wiecie o co chodzi!), jeszcze zabawniejsza na party zorganizowanym w jej mieszkaniu (kiedy to gospodyni o mały włos nie przypieka koleżanki, 2-E, poczynając od kapelusza tejże). Nawet tak wspaniałe role drugoplanowe, jak ta Mickeya Rooneya, bledną w obecności Hepburn. Swoją drogą, postać pana Yunioshi, sąsiada-fotografa to istna perełka! Najlepsza moim zdaniem, zarówno jeśli chodzi o sam pomysł, jak i o brawurową realizację. No i jest jeszcze bezimienny kot –

Holly: „Nie mam prawa nadawać mu imienia. Nie należymy do siebie. Po prostu nasze drogi się zeszły

– ten też nieźle sobie poradził przed kamerami ;-). To mi z kolei przypomina o tym, o czym wspominaliśmy już przy okazji „Szarady” – że „Śniadanie u Tiffany’ego” to jeden z tych filmów, które zapadają w pamięć także z uwagi na kapitalne dialogi. Lub przynajmniej sformułowania, tak jak właśnie „bezimienny kot” czy – moje ulubione – „szczur bądź, w szczególnych wypadkach, superszczur” (oba bardzo nośne i przydatne do obrazowego określania co gorszych przedstawicieli płci brzydszej ;-D). Ah, lubię jeszcze tą krótką wymianę myśli:

Holly: Czwartek… Dzisiaj czwartek? Czwartek! Niemożliwe, to potworne!

Paul: Co jest takiego potwornego w czwartku?

Holly: Nic, ale zawsze nadchodzi niespodziewanie.

Lub tą:

Paul: Kocham Cię!

Holly: Dzięki.

D.: Zabawne. Wspominasz o bezimiennym kocie (nie wiem, czy nie powinniśmy pisać o nim z wielkiej litery…), ale wspaniałe epizody czworonożne zostały zagrane aż przez… dziewięć różnych, acz podobnych do siebie kotów. Jeśli mieć na uwadze, że koty mają podobno właśnie dziewięć żyć, to właśnie odkryliśmy w „Śniadaniu u Tiffaniego” coś symbolicznego. Jakie jest tego znaczenie? Odkrycie tej tajemnicy zostawmy kolejnym pokoleniom. Ja natomiast pozwolę sobie podkreślić, że kot pojawił się jako… przedłużenie kobiecej roli Audrey. W pewnym sensie jest jej alter ego, bowiem Holly to właśnie taka kocica, o czym zresztą sama wspomina:

Nie jestem Holly! Nie jestem też Lula Mae! Nie wiem kim jestem! Jestem jak ten kot, bezimienny przybłęda. Nie należymy do nikogo. Nawet nie należymy do siebie.

Na koniec, tekst piosenki oraz alternatywne wykonanie. Miłego czytania i słuchania, oraz do spotkania przy następnej naftalinowej perełce…

Moon river

Wider than a mile

I’m crossing you in style someday

Old dream maker

You heart breaker

Wherever you’re goin’

I’m goin’ your way.

iPrzeprowadziłem szybkie badanie statystyczne, w czym pomocna okazał się Filmweb. Rzuciłem okiem na wyniki głosowania, te wygrało „Śniadanie…” (średnia 8.1 wobec 7.2 „West…”), ale za argument decydujący uznałem ilość głosujących osób i ilość osób chętnych do obejrzenia filmu (odpowiednio ok 35 000 i 15 000 dla „Śniadania…” wobec niecałych 4 000 w jednej i drugiej pozycji dla „West…”). Tyle internetowej statystyki, potraktujmy to jako skromną ciekawostkę.

Advertisements

18 thoughts on “Naftalinowa recenzja „Śniadanie u Tiffaniego”

  1. Film bardzo przyjemny, azaliż. Gdybym musiał wybierać czy umówić się z AH czy MM to chyba… wybrałbym tą pierwszą, żałując, że nie mogę umówić się z dwoma. ;-)))
    Jednak jak zwykle mam pewne „ale” na koniec. Nie jestem na 100% pewien czy Holly była prostytutką. Była raczej uwodzicielką uciekająca z 50-ma dolarami do łazienki w gorącym momencie. Co najwyżej szukała bogatego męża.

    • ja zdecydowanie też postawiłbym na AH (acz moja Iza jest blondynką, więc czasami mam opory moralne, tudzież inne, bardziej praktyczne, przed przyznawaniem tego w świetle dnia, hehe). Co do zawodu Holly – w filmie nie jest to dopowiedziane, można przyjąć różne założenia. Ja uznałem, że jest to bardzo subtelny sposób wyrażenia faktu, iż jest utrzymanką lub luksusową prostytutką (czasami jedno jest równe drugiemu). Ale nie będę przy tym obstawał, bo głowy nie dam 😉

    • święte słowa – to było po prostu dobre kino. Może nie wybitne, ale po prostu dobre ;-). Powiem Ci, że tak jak kiedyś nie cierpiałem starego kina, tak teraz mocno je doceniam. Cholernie brakuje mi dialogów we współczesnych filmach. I coraz częściej scenariuszy… 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s