Felieton: Wrota do fabuły, rzecz o tytułach książek

Dzisiaj pora na pewien stary felieton, który został opublikowany w Qfancie we wrześniu 2011. Artykuł pojawił się w kwartalniku, nie na stronie Qfanta. Dostępny jest, razem z resztą numeru, w postaci pdf.

Poniżej znajdziecie pełną treść tekstu. Dodamy jeszcze, że mieliście pewien udział w jego powstaniu. Pamiętacie, jak pytaliśmy czym kierujecie się przy wyborze książki? Odpowiedzi, których udzieliliście zostały w pokrętny sposób wykorzystane i odpowiednio zmanipulowane ;-). Tak czy siak, zapraszamy do lektury felietonu Wrota do fabuły, rzecz o tytułach książek.

Wrota do fabuły, rzecz o tytułach książek

Jest takie mądre powiedzenie: nie oceniaj człowieka po ubraniu, a książki po okładce. Rzeczywiście, ile to razy zdarza się, że elegancko ubrany dżentelmen ucieka z naszym portfelem lub żoną (albo z jednym i drugim), a wspaniale oprawiona powieść nie chce się nawet porządnie spalić w kominku, o innym jej zastosowaniu nawet nie wspominając! Z drugiej strony, pewnie wielu z Was do dziś trzyma jeszcze na półkach wydane kilka dekad wstecz pozycje, straszące szaro-burymi okładkami, ale zachwycające treściwymi wnętrzami. Im większe doświadczenie czytelnika, tym mniejsza skłonność do wartościowania książek na podstawie pierwszego wrażenia. Teoretycznie. Bo w praktyce bywa różnie. W końcu, gdyby marketingowe triki odbijały się nieszkodliwie od pancerza naszej przenikliwości, żaden wydawca nie traciłby środków na ich uskutecznianie.

A jak się ma rzecz z tytułami? Każda powieść, opowiadanie, wiersz, tak jak i niemal wszystkie artefakty kultury (obrazy, rzeźby, a nawet happeningi…), każdy wytwór ludzkiego umysłu, zwłaszcza taki, który choćby przejściowo, w magazynie firmy wysyłkowej, leżał koło kultury, musi mieć swój tytuł. Im lepszy, tym lepiej. Ale czy rzeczywiście? Czy zwracamy uwagę na tytuły? Czy nadajemy im jakieś znaczenie? Czy tytuły w ogóle są nam do czegoś potrzebne? Nie prościej i praktyczniej byłoby je zastąpić nomenklaturą kodów kreskowych? „Czytałeś SX89283829?”, „Nie, ale sięgnę po nią zaraz jak skończę z EL828192834”. Co ciekawe, choć twórcy – zwłaszcza ci spod skrzydeł science fiction – wielokrotnie „uspokajali” nas wizją przyszłości, w której ludzie bądź to zostaną sprowadzeni do roli bateryjek, bądź zdewaluowani do roli obiektów statystycznych z numerami wytatuowanymi na łysej czaszce/ramieniu/karku (niepotrzebne skreślić), to czy któryś posunął się do zasugerowania podobnego rozwiązania wobec książek, filmów czy obrazów? W „Fahrenheit 451” Raya Bradbury’ego posiadanie książek było zabronione, w „Roku 1984” George’a Orwella tekst pisany był na tyle groźny dla władzy, że niszczono go najszybciej jak to możliwe, nawet nakłady gazet mielono i reedytowano. Przykłady te łączy antyutopijna niechęć do (szeroko rozumianej) literatury, ale nawet w tych scenariuszach nikt nie odejmuje kulturze prawa do tytulatury. Jest w tym coś na rzeczy, czy to po prostu… przeoczenie? Akiba ben Josef mógł nie mieć racji: chyba jednak nie wszystko już było…

Po prawdzie Akiba nie zajmował się teorią tytułu. Jeśli więc interesuje nas znaczenie tych kilku literek drukowanych na okładkach książek, to odniesienia musimy szukać bliżej i później. Choćby na Wyspach. „The Bookseller”, prestiżowy magazyn branży wydawniczej, już od kilku niezłych lat rozdaje nagrody za… najdziwniejszy tytuł książki. Jeśli jesteście pisarzami lub dopiero chcecie nimi zostać, wymyśliliście już naprawdę przebojowy tytuł i spodziewacie się, że milionom czytelników opadnie szczęka przy pierwszym kontakcie z Waszym dziełem, to zapoznajcie się z dotychczasowymi zwycięzcami Diagram Prize. Czy rzeczywiście gotowi jesteście podjąć wyzwanie i zmierzyć się z potencjalnie praktycznym: „Jeśli chcesz zakończyć swój związek, zacznij od nóg”[1] („If You Want Closure In Your Relationship, Start With Your Legs” – zwycięzca z 2007 roku) lub obiecującą: „Wielką księgą lesbijskich historii konnych” („The Big Book of Lesbian Horse Stories” – triumfator z 2003-ego)? No właśnie.

Skądinąd czcigodne Jury konkursu ze szczególną troską zwykło patrzyć na literaturę poświęconą urokom seksu, co jest przecież całkowicie zrozumiałe. Od uprawiania miłości fizycznej lepsza może być tylko lektura „Pani domu przedsiębiorcą: Zarządzanie karierą w domowej prostytucji” („The Madam as Entrepreneur: Career Management in House Prostitution” – doceniony w 1979 roku – nawiasem mówiąc, ciekawe, czy książka nie kryje odpowiedzi mogących rozwiązać nasze problemy z bezrobociem?) lub „Instrukcji bezpieczeństwa lesbijskiego sado-maso” („Lesbian Sadomasochism Safety Manual”, 1990). Wobec powyższych, całkowicie niezrozumiałe jest wniesienie na tron banalnej „Radości z seksu: edycji kieszonkowej” („The Joy of Sex: Pocket Edition”, 1997), chyba że owa „kieszonkowość” ujęła sędziów pewnym podtekstem, którego nie ośmielimy się podkreślić wprost. O znaczeniu dobrze dobranego tytułu wiedzą inni zwycięscy autorzy, weźmy chociaż taką pozycję: „Jak załatwiać się w lesie: bezpieczne dla środowiska podejście do utraconej sztuki” („How to Shit in the Woods: An Environmentally Sound Approach to a Lost Art”, 1989).

Wiemy, że zwycięstwo w tym niezwykłym konkursie – a nie da się go osiągnąć bez odpowiedniego logo! – może się przełożyć na wyniki rynkowe. „Crocheting Adventures with Hyperbolic Planes” – którego to tytułu nawet nie ośmielam się tłumaczyć (rozumiem jednak, iż rzecz dotyczy przygód na płaszczyznach, może więc jest to rodzaj „Kamasutry” dla geometriofilów?) – został doceniony wzrostem sprzedaży na poziomie… 1500% w miesiącu po ogłoszeniu wyników[2]. Pewnym problemem dla Anglików może okazać się fakt, że w bieżącym 2011 roku sukces odniósł poradnik dla stomatologów: „Zarządzanie praktyką dentystyczną metodą Dżyngis Hana” („Managing a Dental Practice the Genghis Khan Way”). Już się mówi o tym, że zamieszczone w nim sugestie zostaną wprowadzone do powszechnego, stomatologicznego użytku… To dobry moment, aby zacytować klasyka. Jak to szło? Aha, już wiem: „Aj, aj, aj!”

Jak widać, tytuł w sytuacjach szczególnych przekłada się na najważniejszy parametr książki – wyrażony w brzęczącej kochliwie monecie. Warto jednak docenić jeszcze jeden aspekt, bardzo silnie uzależniony od tytułu: przewidywalność treści. Joanna Salak, dyrektor wydawniczy Wydawnictwa Zielona Sowa, ujmuje to następująco: „Poznając tytuł, czytelnik odpowiada sobie na pytanie, o czym opowiada dana książka i do kogo jest skierowana”. Joel Rickett, zastępca redaktora naczelnego Diagram Prize, znalazł podsumowanie bardziej lakoniczne, ale równie dobre: „Tytuł jest tak sugestywny (dotyczy jednego ze zwycięzców – przyp. autora), że nie potrzeba czytać książki[3]”. My, będąc konserwatystami, tak daleko byśmy się nie posunęli. Czasami naprawdę warto przeczytać coś więcej niż samą tylko nazwę dzieła…

Co na temat tytułu sądzą jego odbiorcy, a więc czytelnicy sięgający po konkretną powieść? Zwróćmy uwagę na słowo „konkretną” – czy nie jest tak, że to właśnie tytuł decyduje o tym, że będąc w księgarni lub bibliotece, nasza dłoń po pewnych powieściach prześlizguje się bez trudu, na innych natomiast zatrzymuje się na dłużej? Tytuł jest jednym z kilku czynników, do których należy jeszcze nazwisko autora, wygląd okładki, cena i – last but not least – czyjeś polecenie. Ale czy istotnym? Aby nie być całkowicie (a jedynie umiarkowanie) gołosłownym, pozwoliliśmy sobie przeprowadzić niewielką ankietę. Zadaliśmy pytanie o najważniejszy czynnik/czynniki decydujące o wyborze książki[4]. Gdybyśmy postawili milion dolarów na odpowiedź „tytuł”, to dzisiaj nie mielibyśmy na czym pisać niniejszego artykułu, a nasze organy zostałyby wysłane potrzebującym milionerom za Oceanem. Okazało się bowiem, że respondenci gotowi są kierować się jakością tytułu dopiero na samym końcu. Biedaczek tytuł nie ma szans z czyimś poleceniem (recenzją lub reklamą) oraz z tematyką. Wszystko to jest jasne, a nawet oczywiste. Idąc do księgarni nie szukamy przecież książki na literę „w” lub „r”, ale interesuje nas pewien kontekst treści. Mimo wszystko wynik mikrobadania jest odrobinę mylący.

Pomyślmy: czy kupilibyśmy powieść bez tytułu? Albo obdarzoną tytułem błyskotliwym-inaczej – pozwolimy sobie zacytować sami siebie – „SX89283829”, ewentualnie „EL828192834”? W tym ujęciu możemy zaryzykować teorię: tytuł ma znaczenie o tyle, że błędnie dobrany, nieciekawy lub dezinformujący, może zniechęcić do lektury. Tytuł, w dobrym tego słowa znaczeniu, po prostu musi być. Nie zawsze go docenimy, choć raczej na pewno dostrzeżemy i skrytykujemy niechlujstwo. Raz jeszcze oddajmy głos Joannie Salak: „Tłumaczenie i nadawanie tytułów nie jest czynnością stricte marketingową. Oprócz pozycjonowania książki na rynku, istotne jest oddanie jej ducha, klimatu i przemówienie do czytelnika w sposób, który oddaje pomysł twórcy. Tytuł uzupełnia treść”. Tak więc bardzo nam przykro, lecz ten ciężar jeszcze nie zostanie zdjęty z barków pisarzy. Zatrudnieni w przedsiębiorstwie Kaliope & Siostry (spółka bez odpowiedzialności), nadal muszą w pocie czoła wymyślać nazwy dla swoich dzieł…

A skoro już przy twórcach jesteśmy – tytuł zaczyna swoją egzystencję tam, gdzie i reszta książki, właśnie w ich głowach. Nie od rzeczy byłoby dowiedzieć się, co pisarze – a więc ci, którzy stykają się z „problemem” w warunkach bojowych – sądzą o roli tytułu. Jacek Skowroński, autor m.in. „Muchy” i „Był sobie złodziej”, nie ma wątpliwości: „Tytuł sam w sobie rzadko jest pewną wskazówką dla czytelnika, zwykle nabiera głębszego sensu dopiero w powiązaniu z nazwiskiem autora, z okładką sugerującą gatunek lub gdy słyszało się gdzieś o dziele. Jest łatką, ledwie symbolem, do którego właściwy klucz stanowi treść książki, o jego sile i trafności, paradoksalnie, daje się wyrokować dopiero po przeczytaniu ostatniej strony. Do słów przywiązanych jest tak wiele odcieni znaczeniowych i nastrojów, że nie sposób z góry przewidzieć, co dokładnie skrywają. A piękne kobiety zawsze noszą piękne imiona…”. Nieco inaczej patrzy na to Kazimierz Kyrcz Jr, który zdradza: „Kiedy widzę totalnie oklepany tytuł, zwyczajnie nie chce mi się czytać opatrzonego nim tekstu. Uważam, że skoro ja mogę męczyć się i dręczyć, byle tylko wydusić z obolałej mózgownicy coś intrygującego, to inni autorzy też powinni zdobyć się na ten wysiłek”. A jak może wyglądać proces twórczy w przypadku nadawania tytułu? Pozostańmy przy Kyrczu, który ma na swoim koncie kilka ciekawych nazw (o treściach nie wspominając): „Miniaturę >>Horrorarium<< praktycznie dopisałem do tytułu, który wyświetlił mi się w głowie nie wiedzieć skąd, >>Chorego, chorszego, trupa<< wymyśliłem już po tym, jak mieliśmy z Dawidem kilka tekstów, które trafiły do tego zbioru. Dobrze dobrany tytuł określa, podsumowuje dany utwór, tak więc najczęściej nie zostawiam go sobie na koniec”.

Nie da się ukryć, że tytuł znaczenie ma, przynajmniej dla twórców. Ale czy zdajemy sobie sprawę z tego, że pewne nazwy nie są… zgodne ze stanem faktycznym? Teoria gnosis ma zastosowanie i tutaj: to, co widzimy na okładce, nie jest rzeczywistym tytułem, a jedynie… tłumaczeniem, będącym mniej lub bardziej wiernym odbiciem lustrzanym (czasami w bardzo krzywym zwierciadle). Ma to oczywiście zastosowanie przy książkach obcojęzycznych, lecz jest to tak wielka grupa, że na jej analizę zabrakłoby życia. Weźmy pod lupę tylko kilka przykładów. Ot, pierwszy z brzegu: kultowa powieść Philipa K. Dicka „Do Androids Dream of Electric Sheep?”. Wiele dla jej sławy uczynił Ridley Scott, który przeniósł fabułę Dicka na wielki ekran w równie wielkim stylu, choć roniąc oryginalny tytuł. Widzowie w Stanach Zjednoczonych obejrzeli „Blade Runnera” – musicie przyznać, że ta wersja ma swoje zalety, prawda? A teraz hop, przeskoczmy ocean i zawitajmy do Polski, gdzie następuje kolejne hokus-pokus i filmowy „Biegający po ostrzu” (sic!) staje się… „Łowcą androidów”. Niby lepiej, ale… Wariant papierowy także wpada w korkociąg zmian, które doprowadzają nas wszystkich do zadziwiająco kompromisowego la grande finale: „Blade Runner. Czy androidy marzą o mechanicznych owcach?”. Dwa w jednym: da się wymyślić coś zgrabniejszego?

Czy powyższe może dziwić, skoro celuloidowy „Dirty Dancing” mógł się stać „Wirującym seksem”[5], a takie na przykład „High Fidelity” trafiło na ekrany jako „Przeboje i podboje”, zaś do księgarń pod logiem… „Wierność w stereo”? Listę można pociągnąć dalej, ograniczmy się do ostatnich już punktów. Triumfy święci cykl Charlaine Harris poświęcony Lily Bard. Trzy pierwsze tomy, odpowiednio „Shakespeare’s Landlord”, „Shakespeare’s Champion” i „Shakespeare’s Christmas” przetłumaczono jako „Czysty jak łza”, „Czyste szaleństwo” i „Czyste intencje” – oddajmy jednak honor polskiej redakcji, udało się bowiem utrzymać ważny element tytulatury, a mianowicie powtarzający się wyraz. Tyle, że odrobinę inny niż w oryginale. Bardzo konkretną koncepcję przyjął także James Patterson. Jeśli spojrzymy na listę jego powieści, prawidłowość dostrzeżemy bez trudu: „1st to Die”, „2nd Chance”, „3rd Degree” i tak aż do „10th Anniversary”. Polskiemu wydawcy udało się bardzo sprytnie utrzymać konwencję, jednocześnie unikając językowych łamańców: „Ty umrzesz pierwszy”, „Druga szansa”, „Trzy oblicza zemsty” i tak dalej.

Sporej korekty dokonano przy tłumaczeniu kultowej powieści Nevila Shute’a – oryginalne „On the beach” przekształcono w „Ostatni brzeg”[6]. Efekt jest intrygujący, choć zmienia wymowę pierwowzoru. Agatha Christie miała na ogół duże szczęście – tytuły jej powieści w znamienitej większości przypadków są po prostu idealnymi albo bardzo bliskimi tłumaczeniami. Ale i ona nie zachowała czystego konta – „Przyjdź i zgiń” w miejsce „The clocks” to zamiana kuriozalna, a w dodatku przyjęta niechętnie przez wielbicieli talentu Królowej. Wiadomo: są pisarze, których każde zapisane słowo (a więc i tytuł) jest na tyle przemyślane, że warto je celebrować. Aby należycie zrozumieć problem, przenieśmy się na chwilę do świata dźwięków. Co byście powiedzieli na próbę spolszczenia „Blue suede shoes” lub „Love me tender”? Sama próba takiego świętokradztwa mogłaby skłonić Króla do obrócenia się w grobie, a wobec dynamicznych reakcji jego fanów nawet najbardziej spektakularne akcje śniadych facetów w ręcznikach na głowie wydałyby się co najwyżej rewią na lodzie…

Faktem jest, że nie każdy opacznie przetłumaczony tytuł należy identyfikować jako błąd w sztuce. Wręcz przeciwnie. Tytuł powinien się dobrze kojarzyć. Albo kojarzyć w ogóle. Często trzeba po prostu zaufać redakcji i tłumaczowi. Dobrze to ujęła Joanna Salak z Zielonej Sowy: „Bardzo ważną rzeczą przy tłumaczeniu pozycji obcojęzycznych jest uwzględnienie specyfiki kulturowej rynku docelowego. Przekład nazbyt precyzyjny i wierny oryginałowi może zmylić czytelnika, któremu obcy jest kontekst kulturowy oczywisty w kraju pisarza. Dotyczy to zarówno treści dzieła, jak i tytułu. W obu przypadkach czasami lepiej uniknąć dosłownego przekładu litera w literę, jeśli można w ten sposób uronić sens i klimat”.

Jak widać, problemu odpuścić sobie nie można, z czym zgadza się nasza rozmówczyni: „Nigdy nie zostawiamy kwestii tytułu przypadkowi. Staramy się współpracować z autorami, tak, by wspólnym wysiłkiem, uwzględniając nasze doświadczenia i pomysłowość twórców nadawać książkom możliwie najlepsze tytuły”. Jak to wygląda od drugiej strony? Po raz ostatni zacytujmy Kazimierza Kyrcza: „Tuż przed tym jak opowiadanie miało pójść drukiem w „Przekroju” wydawca zażądał, by tytuł >>Paste love<< zastąpić czymś brzmiącym bardziej z polska. Miałem na to jakieś dwie godziny. Wynotowałem sobie wtedy słowa, które opcjonalnie chciałbym umieścić w tytule, no i odmieniłem je na różne sposoby, szukając oryginalnych skojarzeń, a jednocześnie treści odnoszących się do tekstu. W ten sposób wymyśliłem >>Głowę do kochania<< (która zastąpiła „Paste love” – przyp. autora)”. Ta przygoda zasługuje na osobne opowiadanie, ale i świadczy dobitnie o tym, że praca nad tytułem wymaga nie tylko szczęścia, lecz i refleksu…

Jak wynika z powyższego, tytuł musi wiele przeżyć, nim zostanie wydrukowany na okładce książki. Kiedy to się już stanie, stanowi pierwszą wskazówkę dla naszej wyobraźni. I bramę do ukrytej na stronicach fabuły… Nie ważne, czy gotowi jesteśmy przyznać odpowiednią wagę tytułowi czy nie, jedno jest pewne: ilekroć zdarzy się, że przeczytana powieść zapada nam w pamięć, lepiej hołubić w myślach dzieło o przyjemnej i godnej naszej uwagi nazwie.

[1] Tłumaczenia tytułów wyróżnionych w ramach Diagram Prize są moje. Wszystkie strony internetowe wykorzystane do artykułu odwiedzono na przełomie czerwca i lipca 2011.

[2] http://www.thebookseller.com/news/dictator-dentistry-wins-odd-title-prize.html. Niesamowity wzrost sprzedaży książki – zapewne wynikający z oryginalnie nisko oszacowanego pułapu – potwierdzają także inne źródła, na przykład: http://www.tressugar.com/Bookseller-Diagram-Prize-Oddest-Title-Year-15216848.

[3] http://www.thebookseller.com/news/oddest-title-crowned.html.

[4] Ankieta została umieszczona na naszym blogu https://onibe.wordpress.com/2011/06/25/ankieta-czym-kierujecie-sie-przy-wyborze-ksiazki/.

[5] Mowa oczywiście o filmie. Problematyka tłumaczeń tytułów filmowych to temat na osobną rozprawę. I bardzo długą. Jako ciekawostkę wspomnijmy kilka ewenementów: „Highlander” spolszczył się na „Nieśmiertelnego”, „Coyote Ugly” na „Wygrane marzenia”, „Cruel Intentions” na „Szkołę uwodzenia”, „Swordfish” na „Kod dostępu”, a „Die hard” na „Szklaną pułapkę”. Literatura, mimo wszystko, zna mniej równie konstruktywnych szarż na oryginalne tytuły.

[6] Taka jest także polska wersja tytułu filmu opartego na motywach powieści.

Reklamy

2 thoughts on “Felieton: Wrota do fabuły, rzecz o tytułach książek

  1. Fajny tekst!;) Więcej takich chętnie bym poczytała!
    Obecnie książki, które czytam wybieram wg autorów, gatunków i na końcu po tytułach. Wydaje mi się, że im się jest bardziej dojrzałym czytelnikiem tym trudniej specom od promocji książek zmylić starego mola krzykliwą czy sprośną okładką lub tylko mocnym tytułem. Musi iść za tym, i tu znowu dla mnie przynajmniej, dobry opis na tylnej okładce. Bo jeśli idziesz do księgarni po prostu poszukać czegoś bez planu, masz kasę na książki – najpierw widzisz okładkę – potem zerkasz na tytuł i na końcu (i to jest dla mnie najważniejsze) czytasz opis. Jak jest zmontowany mądrze i dobrze – biorę książki! Tytuł uważam za bardzo ważny, choć nie najważniejszy, ale jest tak z drugiej strony, że przynajmniej chwytliwe i „inne” od reszty tytuły działają jak lep na muchy – bo zawsze z ciekawości do nich zaglądam – a jak już wezmę w dłonie książkę – jest szansa dla niej, że być może ją kupię. Tak m.in. sięgnęłam kiedyś po „Mechaniczną pomarańczę”;)

    • dzięki 😉

      kolejne oczywiście będą.

      faktem jest, że tytuł nie jest determinatą kluczową w przypadku wyboru książki, tutaj staraliśmy się do tematu podejść bardziej ciekawostkowo. Mimo wszystko, lepiej nie oceniać książki po okładce… choć mam na półce, przeznaczonych do przeczytania, kilka takich tytułów, że ho ho ho… ;-D

      dzięki za rzut światła na technikę własnych wyborów. Podchodzimy do tego dość podobnie 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s