Nie wierz nigdy kobiecie – opowiadanie po tuningu ;-)

„Nie wierz nigdy kobiecie” to jedno z naszych pierwszych opowiadań. Nazwijmy… jedno z pierwszych świadomych ;-). Dawno, dawno temu, a konkretnie w 2008 roku, opublikowała je Gildia Literatury i tak sobie wisi na tamtejszych stronach. Statystyki na onibe pokazują, że jest w miarę regularnie czytywane, a to z kolei skłoniło nas do przyjrzenia się temu starociowi. Szybki rekonesans ujawnił dramatyczne pęknięcia poszycia i poważne uszkodzenia strukturalne. Uznaliśmy, że ten statek długo nie pociągnie, więc wzięliśmy go na warsztat ;-).

Poniżej efekt: „Nie wierz nigdy kobiecie” w wersji 2.0. Odświeżone, odmłodzone, zdatne do przeczytania. Nadal jest to stare, umiarkowanie udane opko. Tuning nie zdziałał cudów, ale w ramach jesiennych porządków możemy dla niego zrobić choć tyle ;-). Jako ilustracji pozwoliliśmy użyć sobie gościnnie naszej grafiki wykorzystanej już raz (w felietonie z serii „Reflektorem w mrok”).

Zapraszamy do lektury:

Nie wierz nigdy kobiecie

Mężczyzna pochylił się nad stołem.

Jego twarz zanurzyła się w mgle cygarowego dymu, niczym Titanic wpływający w swoją pierwszą i ostatnią atlantycką mgłę. Delikatnie dmuchnął – woniejący tytoniem opar zawirował, skłębił się, rozstąpił na krótką chwilę i znowu zawarł szczelnie przed jego oczami, odzyskując integralność prywatnej tarczy.

Zakasłał. Niedbale sięgnął po szklaneczkę whisky i dopiero wtedy odchylił się do tyłu. Odrobina dymu utknęła w naczyniu i teraz uciekała z niego, wspinając się po czerwonej, pełnej bruzd twarzy mężczyzny, co wyglądało jakby przepalił mu się jakiś obwód bezpieczeństwa.

Porcja mocnego alkoholu trafiła do ust. Mężczyzna przez krótką chwilę delektował się smakiem trunku, który przyniósł zagładę prawowitym władcom północnoamerykańskich ziem. Połknął solidny haust nie krzywiąc się, z doskonałą obojętnością.

Rytuał został odprawiony.

Mężczyzna pokiwał głową i wreszcie przerwał ciszę, która zdążyła zgęstnieć wokół niego na podobieństwo papierosowego dymu.

– O czym to ja mówiłem…? Aha… No więc… Było coś takiego w jej oczach. Coś…

***

Było coś takiego w jej oczach. Coś, czego nie potrafiłem określić wtedy, a i dzisiaj, choć jestem mądrzejszy o kilka solidnych i bolesnych upadków, nie potrafię tego uczynić tak, aby zadość uczynić potrzebie prawdy.

Bo musicie wiedzieć, że prawda jest dla mnie wszystkim.

Jej poświęciłem swoje życie. Jej szukałem w dzieciństwie, odbijając się od ścian kolejnych szkół. Jej poszukiwałem w swoim małżeństwie i w towarzystwie tych wszystkich kobiet, które mogę zwać swoimi partnerkami. A później… później moja żona odkryła pewną wersję prawdy i zostawiła mnie bez domu, samochodu, odtwarzacza DVD i naszego syna, ale w zamian za to ze stertą wolno żółkniejących papierków, z których każdy był zapisem jakiegoś długu do spłacenia. Cóż… można powiedzieć, że poległem od broni, w którą wierzyłem i o którą walczyłem.

Prawda jest chimerycznym bogiem. Karmi się swoimi wyznawcami, ale i tak warto w nią wierzyć. W coś trzeba, prawda?

Wtedy nie byłem jeszcze detektywem. To znaczy, nie byłem nim wtedy kiedy odeszła moja była. Prywatnym okiem, jak profesję tą zwą anglosasi, zostałem wkrótce później. Oczywiście przede wszystkim dlatego, aby móc dociekać prawdy. To właśnie jeden z detektywów nagrał na tanią cyfrową kamerę zapis prawdy, którą wyczyniałem z uroczą i nie do końca konserwatywną dziewczyną w pewnym mało uroczym i zdecydowanie mało konserwatywnym hotelu. Kiedy w sądzie oglądałem na wielkim plazmowym ekranie skaczące, nieostre i kiepsko nasycone obrazy, doznałem olśnienia. Mała karta pamięci, która stała się ostatnim gwoździem do mojej trumny, podpowiedziała mi co dalej czynić.

Szukać prawdy.

Zostałem detektywem i tropiłem ją ze zmiennym szczęściem przez kolejne pięć lat. W międzyczasie kupiłem sobie trzy samochody i wynajmowałem pięć mieszkań. Nie. Nie jednocześnie. Jedno po drugim. Samochody sprzedawałem kiedy zaczynało być bardzo źle z moimi finansami, a mniej więcej w tych samych okolicznościach wyrzucano mnie z najmowanych lokali. Nikt nie mówił, że robota detektywa jest lekka. Może więc ktoś powinien powiedzieć, że jest nie tylko cholernie ciężka i niewdzięczna, ale i zdecydowanie mało profitogenna.

Wiedzcie, że detektyw to współczesny odpowiednik kata, a więc tego gościa w czerwonej bądź czarnej pelerynie, którego mniej lub bardziej ostry topór był przez setki lat synonimem szybkiej i widowiskowej śmierci dla tysięcy złodziei, morderców, gwałcicieli, nie dość utalentowanych bardów oraz, last but not least, nazbyt wyemancypowanych kobiet, czarownicami zwanych. Kata przyzywano wtedy, kiedy ktoś musiał ubrudzić dłonie posoką ludzi niepotrzebnych, a kiedy ich głowy już zleciały na ziemię, sam oprawca się stawał niepotrzebny, choć przez wzgląd na pewien szacunek do jego profesji, katów rzadko eliminowano fizycznie. O nie, oni po prostu szli w odstawkę. Tłumy się przed nimi rozstępowały, jak Morze Czerwone przed tym facetem od tablic. Kaci żyli na uboczu swoich społeczności i wiedli życie ludzi tolerowanych choć pewnie nie do końca akceptowanych.

O czym to ja właściwie mówię? Ah… chciałem powiedzieć, że tacy właśnie są detektywi. Tolerowani, choć nie akceptowani. Musicie wiedzieć, że żona szukająca haka na niewiernego męża czy też facio próbujący nakryć na gorącym uczynku swoją dupcię, lubią nas tak długo, jak długo wydaje im się, że okazywana nam sympatia – starannie wyreżyserowana i równie głęboka jak wczesny jesienny śnieg – może pomóc w doprowadzeniu do szczęśliwego końca ich spraw. A kiedy taki małżonek otrzyma w końcu płytę z nagranymi figlami swojej drugiej połówki, opada maska i w ich oczach widać pogardę. Pogardę dla pariasów, którzy upadli tak nisko, by podstępnie wykradać intymną prawdę o innych ludziach – pracowitych ojcach i matkach średnich i wyższych warstw społecznych.

Ale to nie ma znaczenia. Nam sympatia wcale nie jest potrzebna. Jedyny dowód uznania jaki się liczy, to czek z należytym pokryciem. Reszta to kwestia filozofii, a my, detektywi, nie zajmujemy się filozofią lecz prawdą.

No dobra, trafiła się kolejna dygresja. O czym to ja mówiłem? Aha… A więc po kilku latach roboty detektywa, wydawało mi się, że wiem już wszystko. I że dostałem już każdy możliwy rodzaj ciosu, w każde możliwe miejsce, z wyjątkiem tych opancerzonych.

Wtedy pojawiła się ona.

***

Wkroczyła do mojego gabinetu pewnego pochmurnego dnia jak zabłąkany promień słońca. Pamiętam, że był to czwartek, choć sam nie wiem czemu ten szczegół utkwił mi w pamięci. Zapamiętałem też godzinę: była to punkt dwunasta, a kojarzę ten fakt dzięki miejskiemu hejnałowi, który rozległ się wtedy z podziwu godną synchronizacją, jako nieprzewidziane, ale imponujące okraszenie wspaniałego entrēe.

Inna sprawa, że żaden hejnał nie był potrzebny. Zbędne byłoby także trzęsienie ziemi czy wybuch wielkiej światłości. Ta kobieta nie wymagała tła: była obrazem i ramą jednocześnie. Była wysoka, długonoga, a po jej ramionach spływały kaskady czarnych jak krucze pióra włosów. Na nosie – urokliwie zadartym i godnym samej Kleopatry, tkwiły eleganckie okulary przeciwsłoneczne, co było o tyle zastanawiające że słońca nie widziałem wtedy od paru dni. Miała na sobie czekoladową garsonkę, opasaną kremowym pasem o fakturze skóry aligatora. Spódnica sięgała dyskretnie tuż za kolana, a więc trochę za daleko jak na mój gust, ale i tak nie była w stanie zakryć nóg, które robiłyby wrażenie, choćby owinąć je bandażami.

Musicie wiedzieć, że są kobiece nogi i kobiece nogi. Jedne przydają się do chodzenia, drugie zaś są skończonym dziełem boga (dowolnego, ale właściwego) i nie służą do niczego innego, poza kontemplacją… choć prawdę mówiąc, posiadaczki korzystają z nich w szerszym zakresie. Ona miała takie właśnie nogi, które w głowie każdego samca rodzą myśli o delikatnym głaskaniu i całowaniu. Tak, takie nogi sprawiają, że zapominamy o czymś innym, równie słodkim, a przy tym nie tak odległym, jeśli rozumiecie co mam na myśli.

Ah… znowu ta dygresja. Trudno mi trzymać się jednej myśli. Trudno i coraz trudniej – nabywam coraz więcej praw człowieka starego, nieco już zużytego. Często potrafię się zagalopować za jakąś samotną odnogą moich myśli aż hen, poza horyzont bieżących rozważań i bywa, że spadam wtedy w czarną przepaść rozciągającej się tam osobliwości. Porzucanie w nieodkrytym mroku wielu szczegółów jest jawnym i obrzydłym kłamstwem oraz ciosem zadanym danej nam przez Boga skłonności do poznawania świata, a chyba już wspominałem, że umiłowanie prawdy rozwinęło się we mnie całkowicie prywatnie, natomiast ciekawość zwykłem zaspokajać także zawodowo. Lecz wróćmy już do rzeczy, nim wchłonie mnie kolejny temat, który być może nie zainteresuje was tak, jak obecnym.

Musicie wiedzieć, że nogi tej kobiety są istotne z punktu widzenia niniejszej historii.

Okryte były czarnymi rajstopami, które aż lśniły w mdłym świetle lampy zawieszonej w moim biurze. Stopy schowane były w pantofelkach na wysokim obcasie, takich z wiązaniem nad kostką i odkrytym środkiem stopy. Te miały jeszcze czerwone spody i była to jedyna kolorowa rzecz, jaką ta kobieta nosiła na sobie.

Tak. Nogi były ważne, bo żaden mężczyzna nie wyrzuci ze swojego życia czy biura kobiety o takich nogach, nawet jeśli powinien to uczynić.

Była piękna, gustownie ubrana, bogata i miała na imię Maria, przy czym tylko imienia dowiedziałem się od niej, resztę wniosków oparłem na podstawie własnych obserwacji, czy też szperając pomiędzy tym, co powiedziała.

Była też mężatką, co wybitnie jej przeszkadzało. Znacznie mniej przeszkadzał jej majątek męża – z nim (z majątkiem, nie z mężem) polubiła się na tyle, że gotowa była uczynić naprawdę wiele, aby zapobiec ewentualnej rozłące. Czy była chciwa? Tak, ale pod tym względem nie wybijała się ponad przeciętność, ot, klasyczny przypadek niewiasty, która wiedziała, że karty kredytowe nie biorą się znikąd. Życie uczy chciwości, bo promuje i nagradza tych, którzy nigdy nie przestają widzieć rachunku zysków i strat. Ona go widziała dobrze. Była młoda, cholernie atrakcyjna i bogata dzięki mężowi. Do szczęścia brakowało jej odpowiedniego zabezpieczenia. Jakiego? Maria, mimo wielkiego acz pozornego wyrafinowania, była niewiastą prostą i takie też wybrała rozwiązanie swojego kłopotu. Uznała, że aby równanie miało sens, aby dwa i dwa było cztery, wystarczyło wyeliminować z niego staruszka. Nie, żeby chciała go zabić: to byłoby zbyt proste i pachniałoby wsią, ewentualnie jakimś brooklyńskim gettem, a pięknie zadarty nosek Marii nie gustował w takich zapaszkach. Aby odjąć męża od swojego stanu posiadania musiała dodać do swej puli jakiegoś haka na niego. Coś, co ułatwiłoby działania matematyczne w sądzie. Na przykład potwierdzenie znanego jej faktu, że mężulo ją zdradza.

I tutaj doszliśmy do sedna: może i jestem katem, może i byłem nim przyjmując tę robotę, ale czy nie jest tak, że facet sam był sobie winny? Czyż to nie on wydał na siebie wyrok? Moje sumienie widziało to następująco: mąż Marii miał właśnie sam się powiesić, ja tylko miałem zadbać, by klientka podtrzymała sznurek.

Proste i czyste.

Tyle, że w życiu nic nie jest tak proste i czyste, jak by się chciało…

***

Jeszcze tego samego dnia zasiadłem za kierownicą lekko już rdzewiejącego opla i zastawiałem wnyki na niewiernego samca.

Mój cel był zadziwiająco naiwny. Z jakichś powodów nie uwzględniał tej niezwykłej możliwości, iż jego piękniejsza połóweczka mogłaby chcieć wykiwać go z małżeńskiego biznesu. To z kolei świadczyło, iż Maria była chyba także bystrzejszym umysłem w tej skazanej na zagładzie rodzinie… A może facet po prostu nie dbał o takie drobiazgi? Faktem jest, że nie taił i nie maskował swoich działań.

O godzinie osiemnastej czterdzieści pięć (stosowna informacja natychmiast została nagrana na podręcznym dyktafonie – lubiłem rejestrować na bieżąco swoje spektakularne wyczyny: nigdy nie wiadomo kto i kiedy będzie chciał nakręcić na ich podstawie kasowy film…) wyszedł z wysokiego biurowca, którego kilka pięter należało do firmy obiektu (wiem, wiem: „obiekt”, to takie odhumanizowane… ale przyznacie sami, że i tak lepsze niż „ofiara”, prawda?).

Teoretycznie, tacy ludzie na ogół nie korzystają z taksówek, a jeszcze rzadziej do przemieszania się we wrogim terenie (a więc wszędzie poza ufortyfikowanymi przez siebie przestrzeniami) używają nóg i markowych butów. Wszystkie te zera na kontach poprzedzone jedynkami, dwójkami i jeszcze wyższymi cyframi, nakazują im posiadanie własnych maybachów czy choćby lexusów, dyskretnie parkowanych na podziemnych parkingach, do których właściciele dostać się mogą za pomocą szybkich i wygodnych wind, bez konieczności narażania się na terrorystyczne działania aury czy – co gorsza – ocierania się o szary, spocony tłum. Nowoczesne biurowce są prawdziwymi szklanymi górami, na które wejść można jedynie znając odpowiednie zaklęcie. Magicznej przepustki nie posiadałem – te mieli tylko zatrudnieni tutaj ludzie, starannie legitymowani przez wysokich i mocno rozrośniętych w barkach ochroniarzy. Wiedziałem jednak, że nie muszę się wcale dostawać do środka. Wystarczy bym kontrolował wychodzących.

No właśnie: wychodzących a nie wyjeżdżających. Czyżby lapsus? Wręcz przeciwnie!

Wcale nie zamierzałem śledzić samochodu mojego celu. A przynajmniej miałem nadzieję, że się obędzie bez takiej konieczności. Skąd? Powiedzmy, że zaufałem instynktowi i doświadczeniu. Miałem już na koncie kilka upolowanych ptaszków i zakładałem, że ten zachowa się standardowo, czyli bardzo cwanie według własnego osądu i całkowicie przewidywalnie z mojej perspektywy.

Biurowiec dysponował jednym wjazdem i jednym wyjazdem z parkingu – oba monitorowane baterią kamer, których nie powstydziłby się NORAD i pilnowane przez komando strażników, uzbrojonych w srogie miny, pałki i pistolety. Jeśli gdzieś jest trudno wejść, to niewykluczone że jest też trudno się wydostać. Każdy wjeżdżający i wyjeżdżający samochód był kontrolowany – mniej lub bardziej pobieżnie. Rejestrowano jego numery rejestracyjne i personalia kierowcy. Mój cel – będę go od tej pory zwał Romeo aby sprawić satysfakcję swojemu romantycznemu usposobieniu, wiedział że każdy kto by go chciał kontrolować musiał tylko pilnować wyjazdu. Jedno miejsce, wąskie gardło, na którym swoje jaja zostawił niejeden wierny inaczej prezes.

Do gmachu prowadziło – poza wjazdem na podziemny parking – także przestronne, mocno oszklone i równie zdobne wejście główne oraz dwa boczne, przeznaczone do celów ewakuacyjnych, ewentualnie dla pracowników porządkowych. Uznałem, że Romeo będzie miał dość zapobiegliwości aby zostawić swoją limuzynę na strzeżonym parkingu (aby zmylić ewentualny ogon), ale zabraknie mu tegoż aby skorzystać z drogi ewakuacyjnej. I rzeczywiście: bez problemu rozpoznałem go w świetle silnych lamp, rozstawionych na szerokich, monumentalnych schodach prowadzących do biurowca. Mocna lornetka pomogła mi potwierdzić rysy twarzy, których nie mógł skryć nawet o północy w tak doskonale zalanym światłem miejscu.

Po prawdzie, to nie potrzebowałem lornetki aby potwierdzić jego personalia.

W tym miejscu nie pracowali biedacy, nie licząc może sprzątaczy i paru plutonów drobnych pomocników, ale bogatsi i tak odróżniali się od jeszcze bogatszych. Romeo – ubrany w perfekcyjnie skrojony płaszcz z kaszmiru i z wypisaną na twarzy radością z posiadania milionów, wystrzelił z wnętrza biurowca z wdziękiem młodego półboga ruszającego na łowy. Tak rześkim krokiem nie miał prawa chodzić nikt, po morderczym dniu pracy. Chyba że ten ktoś był właścicielem i stał nad nim jedynie cierpliwy i małomówny Bóg.

Poszedłem za nim po to aby się upewnić, że moje przewidywania są słuszne. Rzeczywiście: skierował swoje kroki ku postojowi taksówek. Nim wybrał odpowiednią taryfę i nim ta włączyła się do ruchu, siedziałem już w aucie i byłem przygotowany na ciąg dalszy przygody.

Mówiłem coś o tym, że bogacze nie poruszają się taryfami? Owszem, nie czynią tego, chyba że ich ograniczony zmysł poczucia rzeczywistości podpowie im, że to doskonały sposób na skryte przemieszczanie się. No cóż… ten osobnik miał się wkrótce rozczarować co do własnej błyskotliwości. Podobnie jak wielu przed nim.

A jednak, ciągle jeszcze byłem czujny. Mógł spróbować jakiegoś fortelu. Wyskoczyć z taksówki obok stacji metra lub wysiąść w jakimś wielkim centrum handlowym, wypełnionym o tej porze mrowiem ludzików kupujących i patrzących jak kupują inni. To by trochę skomplikowało moje życie. Śledzenie w tłumie jest trudne. Śledzenie w makabrycznym tłumie jest makabrycznie trudne. Inna sprawa, że śledzenie generalnie nie bywa łatwe, chyba że nasz cel decyduje się jechać świetnie oznakowaną taksówką na samo miejsce zbrodni.

Tak jak wtedy.

Taksa nie zatrzymała się ani przy żadnym przystanku metra ani przy żadnym centrum handlowym. Spokojnie, zgodnie z przepisami przedzierała się przez eszelony sobie podobnych pojazdów aż w końcu dotarła na przedmieścia, gdzie stanęła przed małym, niezbyt miło wyglądającym domkiem jednorodzinnym. Na zagraconym podjeździe stał wysłużony i trudny do zidentyfikowania samochód. Okna na parterze zasłonięte były okiennicami, choć zauważyłem, że niektóre z nich trzymały się tylko dzięki sile woli właściciela posesji.

Romeo zadzwonił do drzwi. Zapaliło się światło na piętrze. Chwilę później dostrzegłem blask na parterze. Drzwi się otworzyły i wessały dzielnego Romeo do środka niewielkiego i zaniedbanego domku jednorodzinnego, wartego pewnie mniej niż bielizna jego asystentek.

Tego dnia, a raczej wieczora nie miałem już nic więcej do zrobienia. Spisałem adres domku i numery rejestracyjne wraka stojącego przed nim, po czym pojechałem do własnego mieszkania.

***

Tydzień później byłem gotowy do następnego etapu działania.

Przez cały ten czas nie śledziłem już Romea, choć codziennie wieczorem zasadzałem się przed tamtym domkiem. Dwukrotnie jeszcze moje oczekiwanie zostało zwieńczone sukcesem, tyleż bowiem razy dostrzegłem taksówkę, z której wysiadał odziany w kaszmirowy płaszcz prezes. To mi wystarczyło aby utwierdzić się w przekonaniu, że Romeo skacze na bok i co gorsza dla siebie – ciągle w to samo miejsce, udowadniając tym samym, że jest wierny w swojej niewierności. Mnie to w zasadzie urządzało – mniej roboty, mniej ryzyka, mniej stresu. Stres jest chorobą zawodową wszystkich tych, którzy służą prawdzie bądź też rozmaitym jej odłamom. To właśnie na stres najczęściej umierają detektywi. Często jest to stres wywołany strzałem w serce w wykonaniu człowieka, któremu na własne życzenie właśnie zdruzgotaliśmy życie. Ale czymże byłaby nasza egzystencja bez odrobiny ryzyka?

Jak już rzekłem, po tygodniu rozpocząłem kolejny etap mojej działalności. Uzbrojony w prawdę – wiedziałem bowiem co się święci i kim jest odskocznia naszego Romea, sięgnąłem po zestaw środków elektronicznych. Kamera z teleobiektywem, kilka małych mikrofonów z własnym zasilaniem, silny mikrofon kierunkowy i trzy małe kamery pracujące w niskiej rozdzielczości, również zaopatrzone we własne akumulatorki.

Pluskwy, czyli mikrofony, podrzuciłem tam, gdzie uznałem, że się najbardziej przydadzą – pierwszy schowałem w szparze przy drzwiach wejściowych, wykonując tym samym najłatwiejszą część pracy. Cztery kolejne ustawiłem na terenie wroga – w środku domu, do którego dostałem się udając pracownika telekomunikacji. Stary trik, wykorzystany przez tak wielu reżyserów filmów klasy od a do zet nadal działał. Ludzie oglądają za mało filmów. Albo… zbyt dużo i przestają w nie wierzyć. Zainscenizowałem drobną awarię, pojawiłem się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim stroju i zostałem wpuszczony do środka, gdzie pod surowym okiem gospodyni (atrakcyjnej blondynki o parametrach mogących zainteresować nie tylko prezesa) sprawdziłem wszystkie trzy aparaty telefoniczne, wykorzystując tą okazję do pozbycia się ciężaru mikrofonów. Jeden wylądował w dużym pokoju na dole, jeden skrył się w szparze na schodach, na których przypadkowo rozwiązał mi się but. Dwa kolejne zasiałem na górze – tutaj już byłem mniej wybredny. Jeden w sypialni a drugi tuż przed nią.

Małe kamerki umieściłem za domem – ich zadaniem było ostrzegać mnie o nieprzewidzianych sytuacjach. Na przykład o próbie ucieczki obserwowanych ptaszków. Oglądacie filmy, prawda? Pamiętacie tą scenę w waszym ulubionym filmie sensacyjnym, w której bohaterowie zajmują się zwyczajną rozmową dla odwrócenia uwagi, a w rzeczywistości szykują się do dania dyla? Ja pamiętam i się przed zabezpieczam przed podobną ewentualnością, choć do tej pory wyobraźnia moich ofiar nigdy nie sięgnęła aż tak daleko.

Mikrofon kierunkowy i dużą kamerę miałem ze sobą – na posterunku założonym na płaskim dachu przeciwległego domostwa. Nie, nie pytałem właścicieli o zdanie. Wystarczył mi fakt, że nie mieli ani psa, ani alarmu, co świadczyło o zdrowym podejściu do życia i szeroko rozumianej gościnności. Ze swojego punktu dobrze widziałem cały front budynku i mogłem też zajrzeć do okien na piętrze.

Jak się okazało, to wystarczyło. Dokładnie o dziewiętnastej dwadzieścia osiem, taksówka pojawiła się przed paskudnym domkiem i chwilę później zniknęła, wypluwając z siebie prezesa. Trzy minuty później obserwowałem na ekranie swojej kamery starcie rozgrywające się we wrażej sypialni. Mężczyzna i kobieta (ta sama, pod okiem której rozstawiałem pluskwy) walczyli o swoje przetrwanie. Bez ubrań ale za to wzbogacając walkę seriami ciętych zwrotów, takich jak: „rżnij mnie jeszcze”. No cóż, nikt nie mówił, że jest to opowiadanie dla dzieci, prawda? Choć, nikt też nie mówił że nie jest…

Nie wiem kto wygrał, ale po odgłosach sądząc, oboje byli usatysfakcjonowani. Ja też, gdyż po tygodniu roboty, byłem po robocie.

***

Dwa dni później do mojego biura wkroczyła ONA.

Wysokie obcasy jej granatowych, eleganckich pantofli wybiły rytm na dawno niemytej podłodze – był to rytm mojego serca i pożądania. Nie wiem jakim cudem barwa głębokiego oceanu harmonizowała z pełną nadziei zielenią garsonki – prostej, absolutnie klasycznej, ale ewidentnie szytej na miarę i starannie dopasowanej – ale faktem jest, iż to kuriozalne zestawienie nie raziło. Może dzięki urokowi nosicielki, która każdy dzień mogła uczynić dobrym lub złym w zależności od swoich potrzeb.

Wręczyłem jej płytę DVD z porno, w którym wystąpił małżonek prezes, ale najpierw poprosiłem aby obejrzała ze mną choć fragment przeboju. Było mi to potrzebne do celów formalnych – klientka musiała podpisać papierek, że zapoznała się z materiałem dowodowym i potwierdza, że przedstawia on osobę, której śledzenie zleciła. Dziwi was to? Bardziej by was zdziwiły sposoby, których imają się bogaci ludzie aby nie rozstawać się ze swoim szmalem, bo w tej branży zator płatniczy jest równie bolesny jak w każdej innej. Może nawet boleśniejszy, gdyż służba prawdzie jest służbą, którą zaszczytnie pełnimy na krawędzi prawa, a często wręcz otuleni bezpiecznym mrokiem bezprawia.

Pamiętam jej reakcję na film. Wtedy po raz pierwszy zdjęła okulary przeciwsłoneczne. Kiedy wyjmowałem płytę z odtwarzacza, na wiśniowych ustach kobiety zagościł uśmiech. Podpisała papierki i od razu zostawiła czek.

A później na mnie spojrzała i poczułem, że tracę kontrolę nad kończynami. Rozkoszne mrowienie przebiegło wzdłuż mego kręgosłupa. Od lędźwi do głowy, a po rozświetleniu wszystkich żarówek z powrotem w dół, gdzie było jego miejsce. Nie, nie zakochałem się, choć pewnie dobry scenarzysta właśnie tak by wykorzystał tę okazję – aby zasiać ziarenko romantycznej przygody. To, co dostrzegłem w oczach kobiety nie miało jednak w sobie nic romantycznego. To co się działo w źrenicach doskonale pięknej kobiety i mojej klientki, było ponadludzkie, a ludzkość jeszcze nie wykształciła odpowiednio swojej mowy, by należycie to oddać słowem. Gdybym jednak starał się oddać wrażenia nie bacząc na uronionych milion odcieni znaczeń i kontekstów, to pewnie określiłbym jej spojrzenie jako przepełnione nienawiścią, ale poza granicami wszelkiej przynależnej ludziom nienawiści. Była to nienawiść czysta, zwierzęca, biorąca się z mroku. Doskonała jak uroda Marii. I równie skończona.

Za nienawiścią kryły się jeszcze inne tajemnice.

Patrzyłem w jej oczy jedynie przez krótką sekundę, więc dojrzałem wierzchołek góry lodowej, ale dla mnie i tak było tego zbyt wiele. Nie będę wam tego tutaj opisywał, bo pomyślicie że gadam od rzeczy, lub co gorsza – że jestem poetą.

Coś mi podpowiedziało, że prawdopodobnie popełniłem największy błąd swojego życia i że będę tego bardzo żałował.

***

Potem ona wyszła, zostawiając czek i ulatniający się zapach kobiecej skóry. A także tlące się w mojej głowie przeświadczenie, że coś poszło cholernie nie tak.

***

Tego samego dnia zrealizowałem czek. Miał pokrycie.

Wyszedłem z banku bogatszy o całkiem niezłą sumę, ale jeszcze bardziej niespokojny niż parę godzin wcześniej. Choć zabrzmi to dziwnie, miałem nadzieję, że moje przeczucie dotyczy pieniędzy. Że ich nie będzie. Że czek nie ma swojego rewersu na koncie. To byłaby tragedia, ale wyszedłbym z tego. W sumie, miałem i takie doświadczenia. Mogłem sprzedać opla i przeczekać. Nie pierwszy i nie ostatni raz.

Ale… pieniądze były.

A zatem wydarzyć miało się coś innego.

***

Coś gorszego od fałszywego czeku.

***

Fałszywa żona na przykład.

Dwa tygodnie po realizacji czeku, moje spojrzenie padło na artykuł umieszczony na pierwszej stronie jakiegoś toaletowego szmatławca. Nie czytuję takich pseudo gazet, moje poczucie ekologii zabrania mi wydawać pieniądze (papierowe, między innymi) na coś, co jest marnotrawstwem lasów.

Tym razem zmieniłem swoje przyzwyczajenia. Kupiłem egzemplarz a, po namyśle, cofnąłem się do kiosku i nabyłem jeszcze trzy, starając się nie słyszeć w głowie burzy dźwięków kojarzących się jednoznacznie z uderzeniami siekier w pnie drzew.

Na okładce (ona przyciągnęła mój wzrok i nakłoniła mnie do zmiany przyzwyczajeń) wydrukowano zdjęcie żony pewnego prezesa i jego samego. To był człowiek, którego śledziłem. Romeo. Natomiast żona z okładki nie przypominała tej, którą pamiętałem ze swojego biura. Znacie to twierdzenie, że aparat przekłamuje? Kobieta na fotografii wygląda zawsze inaczej niż ta, którą możemy spotkać w świecie realnym. Ona nie wyglądała po prostu inaczej. Ona była zupełnie kimś innym!

Połówka Romea była blondynką i to dość niewysoką. O ile mogłem się zorientować, była lekko przy kości, choć w sposób, który nie szkodzi kobiecości. Wydrukowane w niskiej rozdzielczości zdjęcie nie oddawało wielu szczegółów, ale wydawało mi się, że widzę jej oczy i twarz. Nie dostrzegam natomiast tego demonicznego błysku, który zwalił mnie z nóg, podczas ostatniej wizyty domniemanej zdradzanej żony.

Cholera. To nie była ona.

Ale… o co w tym wszystkim chodzi?

Nie miałem dość cierpliwości aby dojść do biura. Usiadłem na ławeczce w parku. Wyjątkowo, nie przejąłem się ptasimi odchodami, które obrastały siedzisko niczym nowotworowe guzy, nadając mu kształt awangardowego dzieła sztuki. Rozgorączkowanym wzrokiem przebiegłem linijki tekstu, próbując w nadętym dziennikarskim pustosłowie odkryć jądro mojego niepokoju. I czułem, że krew odpływa mi z twarzy…

Okazało się bowiem, że rzeczywista żona Romea była kobietą dobrze ustosunkowaną. Jej ojcem był szef tutejszej mafii. Tego typu stwierdzenia nie mogły się znaleźć w normalnej gazecie bez dupochronów typu „domniemany” czy „prawdopodobnie”, ale w szmatławcu można było wyczytać czarno na białym, że właśnie kroił się rozwód nie tylko pomiędzy prezesem silnej spółki giełdowej i jego słodką żoną, ale między dwiema rodzinami mafijnymi, gdyż Romeo był (bez „ponoć”) przybranym synem innego wielkiego mafiosa. Co gorsza, spółka Romea ledwo trzy tygodnie temu podpisała lukratywny kontrakt na budowę nikomu niepotrzebnej sieci internetowej, gdzieś w amazońskiej dżungli. Były z tym związane kosmiczne pieniądze, które miały trafić do mafijnej kasy. Okazało się jednak, że ktoś upublicznił w Internecie nagranie przedstawiające Romea zabawiającego się z dość brzydką dziwką, która na dodatek okazała się siostrą pewnego prominentnego polityka.

W tym momencie szczęka opadła mi już prosto w wielką kupę (nomen omen) ptasich odchodów, ale czytałem dalej. Nie zdziwiło mnie, że prominentny polityk kiedyś molestował swoją siostrę, teraz zaś, kiedy rzecz wyszła na jaw, będzie musiał się zrzec swojej pozycji. A był nie byle kim, gdyż odpowiadał za działania służb specjalnych. Jego dymisja oznaczała ni mniej ni więcej tylko zachwianie kruchej równowagi politycznej w kraju. Dziennikarze z ponurą satysfakcją przepowiadali kolejne sejmowe przepychanki i blokady drogowe, połączone najpewniej z wysypywaniem buraków cukrowych na tory kolejowe (prognozowano, że ten rok będzie rokiem buraka – za modą się nie nadąży).

W kolejnym artykule zapoznałem się z tezą, że dymisja ministra koordynatora służb specjalnych może zagrozić pozycji naszego kraju w NATO oraz… Nie! Dość tego. Przestałem czytać i wyrzuciłem gazetę do kosza. Tego było zbyt wiele.

Wszystko wskazywało na to, że pociągnąłem za łańcuszek, który przewracał gdzieś tam wysoko, całą wielką beczkę gówna. A teraz, owe gówno spływało wielkimi kaskadami, posłuszne nakazom grawitacji… Obym tylko ja nie znalazł się na jego drodze.

Na wszelki wypadek rozejrzałem się, zaniuchałem.

Póki co spokój.

Zresztą – pocieszałem się – ja byłem na uboczu tego wszystkiego. Bardzo dalekim uboczu.

***

Cholera.

Przecież tkwiłem w samym środku szamba. Stałem na samym środku kanału, którym gówniana breja zmierzała ku przeznaczeniu.

Każdy zainteresowany mógł łatwo ustalić kto nagrał filmik porno z udziałem Romea i brzydkiej siostry ministra (a zarazem dziwki). Oczywiście jednych mogło to zainteresować bardziej niż innych, a miałem niemiłe przeczucie, że do grona największych koneserów dzieła należeć będą ponurzy goście z przepraszającymi minami i obrzynami wystającymi spod płaszczy. Niemal biegłem do swojego biura, pozwalając moim myślom bić się i rozgrywać dalej ten wielki dramat.

Każdy kto dotarłby do mnie, liczyłby na coś więcej – mafia, agenci specjalni, policja, moherowe kapelusze… oni wszyscy chcieliby wiedzieć kim jest ten, kto stoi za mną. Albo… jeśli takiego nie ma, będą chcieli powiesić mnie. Zbyt wiele gówna płynęło pozłacanymi kanałami naszego światka, by źli ludzie darowali taką zniewagę.

Byłem na cholernym celowniku!

Drżącymi rękami pakowałem najpotrzebniejsze rzeczy. Na dno dużej teczki schowałem pieniądze – na szczęście było ich na tyle niedużo, że nie potrzebowałem dodatkowej walizki. Trochę sprzętu. Jakieś dokumenty. Kolekcję płyt DVD z seksualnymi wyczynami moich celów – trzymałem je aby mieć co oglądać nocami, gdyż nasza telewizja jest bardzo słaba jeśli chodzi o dobór ramówki.

Teczka była pełna i zamknąłem ją z dużym trudem.

Zmieściło się w niej moje dotychczasowe życie, ale nie byłem w nastroju do filozofowania.

***

I właśnie wtedy pojawiła się ONA.

Po raz trzeci.

Tym razem miała na sobie krótką spódniczkę w kolorze ecru i o dwa tony ciemniejszą, cienką marynarkę. Usta podkreśliła zmysłową czerwienią pomadki, a na głowę wsunęła kapelusz z fantazyjnie przypiętą czarną siateczką. Jasne buciki na wysokich obcasach zastukały swój uwodzący rytm, który poruszał ściany. Tym razem jej spódniczka sięgała do połowy ud i przy każdym ruchu pięknie wyrzeźbionych nóg odkrywała koronkowe opaski pończoch samonośnych. Gdybym nie był przerażony, byłbym podniecony.

Cholera… i tak byłem podniecony, przecież jestem facetem. Ale, mimo wszystko, strach niemalże zaczął już wygrywać tę batalię.

Podeszła do mnie. Przypomniałem sobie jej imię. Maria.

– Czemu przyszłaś? – zapytałem.

Wcale nie czekałem na odpowiedź, gdyż ta była oczywista. Kobieta pojawiła się aby spalić mosty. Odciąć ślady, które mogły doprowadzić do niej.

– Przyszłam podziękować.

Uśmiechnęła się zmysłowo i pocałowała mnie w usta. Wierzcie lub nie, ale w tym momencie przeszło mi całe podniecenie. Poczułem chłód pocałunku i zdobyłem kolejny szczyt z niekończącej się serii pod zbiorczym tytułem „rekordy przerażenia”.

– Nic nie powiem… Nikomu – wydukałem.

– Oczywiście – odparła, a w jej oczach zamigotała figlarna pewność siebie.

Wtedy sięgnęła do torebki i wyciągnęła drobnego, kobiecego walthera ppk. Skierowała na mnie lufę, prosto w serce i… spokojnie nacisnęła spust.

Tak. Wtedy mnie zabiła. Hmm… nie wierzycie? No cóż… Musicie wiedzieć, że…

***

– Zamykamy lokal. Koniec picia, dziadku – kelner potrząsnął barkiem mężczyzny, który zareagował na to atakiem kaszlu.

– Jeszcze jednego, kolego. Postaw jeszcze jedno whisky na stole. Nie dokończyłem opowieści.

– Dokończysz ją innym razem. Nie mam ochoty siedzieć tutaj do pierwszej nad ranem. A od dwóch godzin jesteś jedynym klientem. Nie licząc pary, która przyszła tutaj nie po to aby się napić. No już! Zmywaj się!

– Eh… Idę, idę.

Mężczyzna odstawił pustą szklankę whisky na stolik i rozejrzał się po pustym lokalu. W trakcie opowieści zgasło jego cygaro a kiepsko ale konsekwentnie pracująca klimatyzacja rozwiała dym, którym się okrywał.

Wstał z krzesła i walcząc z silnym sztormem, który akurat rozszalał się w pubie, pobrnął do drzwi.

Barman przyniósł tacę, na której zaczął ustawiać puste szklanki. Wzruszył ramionami, kiedy usłyszał głos mężczyzny, który już na ulicy odezwał się do ciemności:

– A mówiłem wam już o tym jak to…

Reklamy

11 thoughts on “Nie wierz nigdy kobiecie – opowiadanie po tuningu ;-)

  1. Pierwsza połowa opowiadania mniej mi się podoba niż druga, w moim odczuciu trochę za dużo rozwlekłości i takiego spojrzenia redaktorskiego na tekst i jego tworzenie. Im dalej tym, dla mnie, było o wiele ciekawiej i więcej się działo. I kiedy doszło do punktu kulminacyjnego tej historii – przyznaję się – szczerze byłam zaskoczona. Zakończenie, z umiejscowieniem go w barze, podkreśliło taki duszny klimat opowieści. Dodam jeszcze, że w tekście bardzo spodobało mi się kilka zwrotów językowych, typu np. wstawka z odniesieniem do wydarzeń z Ks. Wyjścia zw. z rozstąpieniem się Morza Czerwonego. A co zapamiętam z Waszej opowieści….? Nogi…:d

    • nogi to podstawa ;-).

      to opowiadanie pisane było bez planu. Właściwie to nawet nie pamiętam, czy wiedziałem gdzie chcę dojść czy improwizowałem ;-). Jest nieco rozwlekłe, to fakt, ale rozwlekły jest także mój styl. Lubię rokokowe zawijasy ;-).

      • Rokokowe zawijasy, ciekawie powiedziane;) No cóż, ja w takich historiach wolę raczej prężną sunącą historię więc stąd moja uwaga, czysto subiektywna.

  2. Choć semantycznie rzecz ujmując, jesteśmy od siebie dosyć odlegli (różnica pokolenia), to w stosowanej konwencji – dość zbliżeni. Kiedy sam wracam do własnych opowiadań – najbardziej denerwuje mnie w nich występowanie dookreśleń w zakresie definicji postaci. Coś się dzieje – a musimy powiedzieć kto jest tego działania sprawcą, a powinno to automatycznie wynikać z treści sceny. U was – zauważam ten sam problem.
    Samo opowiadanie – oceniam na 7 / 10. 😉

    • 7 na 10? No to bardzo ładnie 😉

      to o czym piszesz to fakt. I tak w toku tej korekty sporo rzeczy zostało wyrównanych z ziemią ;-). Wielu jednak zmienić się nie dało bez potężnej ingerencji w tekst, a tego nie chciałem. Ot, po prostu staroć, który został trochę odświeżony. Ogólnie jednak, sprawdza się wracanie i korygowanie swoich tekstów po dłuższym czasie. Czytając to opko teraz, po kilku latach, byłem zdumiony faktem, iż kiedyś uznałem je za gotowe i sensowne! Jednak odbiór się zmienia. I dobrze, póki idzie to we właściwym kierunku…

    • fajnie że fajnego
      niefajnie, że byś przegapił 😉
      (mamy jakieś 10-15 opowiadań, gorszych, lepszych, bardzo złych, czekających na odświeżenie i publikację, więc od czasu do czasu będziemy męczyć)
      😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s