Wywiad z Vladimirem Wolffem

Nie wiemy kto się kryje za pseudonimem literackim „Vladimir Wolff„, ale jedno jest pewne: facet (zakładamy…) pisze naprawdę niezłe thrillery militarno – polityczne. A to więcej niż wystarczający powód, aby go przepytać… Co uczyniliśmy, a efekty naszych starań pojawiły się na Gildii Literatury 22 września 2011.

Publikacja gildiowa dostępna jest tutaj ale równie gorąco zapraszamy Was do lektury wywiadu na naszym blogu. Znajdziecie go poniżej. Miłej lektury!

Darek Barczewski: Na początek pytanie zasadnicze: kim właściwie jest Vladimir Wolff?

Vladimir Wolff: Nikim nadzwyczajnym. Zwykły ze mnie pracownik polskiej budżetówki, chociaż sektora, w jakim działam, nie ujawnię.

Czy planuje Pan ujawnić się w perspektywie jakiegoś czasu, czy raczej personalia twórcy kryjącego się za pseudonimem Vladimir Wolff pozostaną poufne?

Raczej niech tak zostanie.

Jak budował Pań swój zasób wiedzy w tematach politycznych? Czy przydatne okazały się studia historyczne, czy raczej… pasja hobbisty?

Studia to podstawa. Systematyzują wiedzę, a pasja pozwala ją rozszerzyć. Jedno bez drugiego nie wystarcza.

Pytania zadaję Panu na gorąco, tuż po lekturze „Piasków Armagedonu”, nie mogę więc odpuścić sobie tematu bardzo interesującego z punktu widzenia czytelnika powieści. Skąd pomysł na tego typu historię?

Jestem wielkim fanem prozy Larry’ego Bonda. W trzech powieściach „Kocioł”, „Wir” i „Czerwony Feniks” autor snuje wizje współczesnych konfliktów zbrojnych. Zawsze zastanawiałem się, dlaczego nie podjął tematu Bliskiego Wschodu i jak wyglądałoby to w jego wykonaniu. Przez lata nie doczekałem się odpowiedzi i w końcu spróbowałem go wyręczyć. Mam nadzieję, że udanie.

Faktycznie, zaskakuje, że Bond pominął tak ważny teatr działań, ale – z drugiej strony – chyba na brak pomysłów nie narzekał. A skoro już jego nazwisko wypłynęło, to jak ocenia Pan dzisiaj nakreślone przez niego scenariusze? Czy „Stalowa kurtyna” to podkreślenie aktualności fabuły z „Kotła”, czy raczej podróż sentymentalna?

Ani jedno ani drugie. W „Kotle” Polskę najeżdża… Unia Europejska, co w obecnych warunkach zakrawa na absurd. Z drugiej strony istnienie takiej osoby jak Aleksandr Łukaszenka i stworzonego przezeń państwa aż prosi się o wykorzystanie w literaturze. Scenariusz przedstawiony w „Stalowej kurtynie” zawsze będzie interesujący, przecież lubimy widzieć, jak nasi dzielni chłopcy rozprawiają się z wrogiem.

Skoro już przy Bondzie jesteśmy, nie sposób zapomnieć, że Amerykanin stał się słynny m.in. ze względu na swój udział w tworzeniu gier komputerowych. Także Toma Clancy’ego tematyka polityczno-militarna powiodła w cyfrowe rejony. Czy Pan zamierza wstąpić w ich ślady, czy raczej planuje pozostać wierny literaturze?

W polskich realiach taki ruch jest mało prawdopodobny. Na początek chciałbym skończyć to, co już zacząłem, a więc ostatnie dwa tomy przygód Wirskiego. W sumie będzie ich sześć oraz przynajmniej pierwszy tom nowego cyklu. Później zobaczymy.

Czego możemy się spodziewać po nowym cyklu?

Zupełnie odmiennej wizji drugiej wojny światowej. Miałem podobny pomysł do tego, jaki zaprezentował Marcin Ciszewski (autor wydanej przez WarBook trylogii „WWW.1939.COM.PL.”, „WWW.1944.WAW.PL” i „Major” oraz „Mrozu” – przypis D.B.) Musiałem zatem przemyśleć go na nowo, czego efektem będą ,,Odległe Rubieże”. Wystąpi w nich kilka dobrze znanych postać, jak choćby major Henryk „Hubal” Dobrzański, ale w rolach w zupełnie innych niż te znane z kart podręczników.

Czy losy Wirskiego są już dokładnie zaplanowane, czy też gotów jest Pan zdać się na los?

Wszystko zostało z grubsza zaplanowane, niemniej często wcześniejsze pomysły zastępuję innymi wraz z postępem prac nad kolejnym tekstem.

Jak to się stało, że gatunek political fiction nie osiągnął w Polsce – kraju Solidarności, byłym członku Układu Warszawskiego, obecnym NATO itd. – popularności porównywalnej choćby z fantastyką? Przecież polityka to nasz sport narodowy! Zdawać by się mogło, że literackie dywagacje powinny być naturalnym przedłużeniem wrodzonych skłonności Polaków do politykowania…

To bardzo ciekawe pytanie, jednak lepiej byłoby zadać je socjologowi czy kulturoznawcy niż mnie. Doprawdy nie mam pojęcia, dlaczego tak się dzieje. Widać Polacy mają dość polityki na co dzień.

A Pan nie ma jej dość?

I tak i nie. Zagraniczne serwisy informacyjne śledzę na bieżąco. Wiadomości krajowe już niekoniecznie.

„Piaski Armagedonu” zaskakują aktualnością. Zadziwia wykorzystanie przez Pana detali z historii najnowszej, w tym także takich, które wydarzyły się dosłownie na chwilę przed publikacją książki. Jak się Panu udało to udźwignąć logistycznie?

„Piaski” powstawały pomiędzy kwietniem 2010 a lutym bieżącego roku. Kiedy tekst był gotowy w osiemdziesięciu procentach, doszło do pierwszych zamieszek w Tunezji. Proszę sobie wyobrazić moją konsternację! Tekst nadawał się albo do wyrzucenia, albo do całej masy poprawek. To, że zyskał na aktualności, to zasługa kilku osób, poczynając od wydawcy, a na redaktorach kończąc.

Dobrze zna się Pan na sprzęcie wojskowym i sposobie jego wykorzystania. Czy zdradzi nam Pan, skąd ta biegłość?

Przed przystąpieniem do pracy nad książką przeglądam co najmniej kilkadziesiąt publikacji: artykułów i książek. Pomocne bywają również kanały tematyczne w telewizji. Mimo to zdarzają się błędy, za co czytelników bardzo przepraszam. Inna sprawa, że niektóre rzeczy należy nagiąć, inne pominąć tak, żeby wszystko pasowało do fabuły.

Jak Pan ocenia rzeczywisty stan polskiej armii?

Odnoszę wrażenie, że poprzedni minister MON-u (Bogdan Klich – przypis D.B.) zaprowadził armię nad skraj przepaści. Wiele spraw chciano zrobić od razu. Na pierwsze miejsce wysunęło się uzawodowienie sił zbrojnych, co oczywiście było realizacją obietnic wyborczych. Uzawodowienie, owszem, istnieje, ale tylko na papierze, podobnie jak zorganizowanie sprawnych Narodowych Sił Rezerwowych, wprowadzenie nowej fregaty dla marynarki wojennej czy śmigłowca bojowego. Wymieniać można bez końca, choćby brak podstawowego czołgu czy bojowego wozu piechoty. Wystarczy posłuchać prawdziwych specjalistów w tym temacie i tych, którzy mają doświadczenie, jak generał Skrzypczak. Przyczyny polityczne biorą górę nad interesem narodowym.

Wybór amerykańskiego F-16 na główny myśliwiec wielozadaniowy był szeroko komentowany i wzbudził wielkie emocje także pośród ludzi nieinteresujących się wojskowością. Czy Pana zdaniem był to wybór trafny?

W sprawie F-16 podjęto najlepszą możliwą decyzję. Nic lepszego nam nie zaproponowano. Mig-29 odpadał z przyczyn politycznych. Mirage to konstrukcja, na jakiej latają w Afryce i na Bliskim Wschodzie. W Europie wykorzystują ją wyłącznie Francuzi. Najnowszego Rafale nie wystawili. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Szwedzko-brytyjski Gripen (Saab JAS-39, myśliwiec będący efektem koprodukcji szwedzkiego Saaba i multinarodowego BAE Systems, powstałego m.in. na bazie brytyjskiego British Aerospace – przypis D.B.) to lekki myśliwiec niesprawdzony w walce. W naszych warunkach najnowsza wersja szturmowego Fighting Falcona (to oficjalna, amerykańska nazwa myśliwca F-16; do lotnictwa polskiego został wcielony jako Jastrząb dla odróżnienia od już istniejącego Sokoła: śmigłowca PZL W3 – przypis D.B.) to najrozsądniejsza decyzja.

Narodowe Siły Rezerwowe, o których Pan wspomina, wzorowane są częściowo na amerykańskiej Gwardii Narodowej, ale czemu ta formacja miałaby właściwie służyć w naszych realiach?

Chyba niczemu, jedynie dobremu samopoczuciu ministra Klicha.

Gdyby na kartach którejś z Pańskich kolejnych powieści pojawiła się problematyka modernizacji naszej armii, jak by Pan do tego podszedł? Na zakupy jakiego sprzętu postawiliby Pańscy bohaterowie? Jakich sojuszy by szukali?

Nowych sojuszy szukać nie trzeba. Bardziej chodzi o zobowiązania, jakim podlegają wszystkie kraje należące do NATO. Mam obawę graniczącą z pewnością, że w razie potrzeby będą problemy z wcieleniem w życie punktu 5 Traktatu Północnoatlantyckego. Myślenie decydentów, że ktoś inny obroni nasz kraj, jest naiwne i bezsensowne. Traktaty to tylko świstki papieru. O wszystkim będą decydowały konkretne okoliczności. Jeżeli chodzi o zakup, to potrzeby są spore, gdyż dysponujemy tylko śmigłowcami i bojowymi wozami piechoty. BWP-1 najlepiej odesłać do muzeum. Zresztą potrzeby są o wiele większe – jak np. korweta i czołg podstawowy. To tylko niektóre z kolejnych spraw, które aż proszą się o załatwienie.

Czy, Pana zdaniem, tak duże zaangażowanie naszych sił w misjach międzynarodowych jest właściwe z punktu widzenia obronności kraju czy choćby wpływu na polskie siły zbrojne?

Jest potrzebne. Oczywiście w formie i zakresie bardziej dostosowanym do realnych możliwości naszego państwa.

Serdecznie dziękuję za udział w rozmowie. Z niecierpliwością czekam na kolejne Pańskie publikacje.

Advertisements

3 thoughts on “Wywiad z Vladimirem Wolffem

  1. Przy nadarzającej się okazji zajrzę jak pisze Wolff, choć ten rodzaj literatury, to w ogóle nie moje klimaty.

    • hej, jakoś umknęło nam to pytanie, więc sorki za poślizg. Nie, Wolff ma niewiele wspólnego z Suworowem by nie powiedzieć, że nic. Rezun to historyk ewentualnie historyk-fantasta zakochany w temacie Związku Radzieckiego ;-). Wolff to z kolei entuzjasta militarnych i politycznych thrillerów – nacisk u niego położony jest bardziej na technikę, taktykę, intrygę i akcję, z kolei Suworow koncentruje się na historii, technikalia mają u niego znaczenie trzeciorzędne…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s