Politycznie, historycznie, prywatnie: jedenasty września 2001 dwunastego września 2011

O 11/09 napisano już wiele a nawet stanowczo zbyt wiele. Czy jest jakiś powód, dla którego swoje trzy zdania miałaby dołożyć do tego tematu kolejna osoba? I tak, i nie. Ocenicie Wy.

Na początek akcent prywatny – nie jedyny, tych będzie więcej, czujcie się ostrzeżeni. Gdzie byliśmy i co robiliśmy kiedy nastąpił 11/09? Na przykład na podłodze, kontemplując kolejny odcinek „Przyjaciół”. Pamięć nie czuje się na siłach wyjaśnić czemu ręka powędrowała do pilota i nakazała za jego pośrednictwem wyświetlić telewizorowi TVN24, to jest zresztą nieistotne. Liczy się fakt, że jakieś dziesięć minut później jedno z nas usłyszało swoje pierwsze w życiu: „przerywamy program by…”. Nie oszukujmy się, wszyscy na to czekaliśmy, prawda? No, może nie na atak terrorystyczny, śmierć iluś tysięcy ludzi, czy niekończący się ciąg egzotycznych wojen, które nastąpiły w wyniku tego tumultu. Czekaliśmy na coś innego: na znalezienie się w środku Historii. A jeśli nie tak zupełnie w centrum, to przynajmniej na dobrym miejscu widowni.

Tak, niezwykłość 11/09 polega m.in. na wyjątkowo medialnym charakterze tych wydarzeń. 11 września 2001 był najlepszym dniem w historii wielu stacji telewizyjnych, które tak jak my, uzyskały na chwilę dostęp do magicznej Matrycy. Tego dnia los uśmiechnął się do newsroomów i prezesów newskoncernów: świat dał się ponieść ich melodii.

Pamiętamy jak to się działo: pierwsze doniesienia, bardzo nieskładne. Dużo wątpliwości, mało faktów. Co się właściwie stało? Jeszcze nie wiadomo. Wykonujemy swój pierwszy w życiu telefon – pierwszy, jeden z wielu – pod tytułem „czy masz włączone radio/TV/internet i czy wiesz co się właśnie wydarzyło?”. U mnie bingo: na trzy strzały trzy trafienia. Byłem pierwszy. O ataku nie wiedziała moja rodzina i dwóch kumpli. Dzięki TVN24 wyprzedziłem falę o parę minut. To wystarczyło. Ja też się dałem ponieść fali…

Z czasem doniesienia stawały się coraz bardziej składne i sensowne, ale do szaleńczego tańca informacyjnego wkradły się pierwsze fałszywe kroki. Programy informacyjne uchwyciły w swoich szczękach zbyt wiele, by były w stanie utrzymać własnymi siłami. Potrzebne było wsparcie i natychmiast zmobilizowano kilka plutonów wolnych strzelców, czyli tzw. ekspertów. Tzw. eksperci (uwaga! to ważne: należy odróżniać ekspertów od „tzw. ekspertów”. Jeśli rozróżnienie nie jest możliwe, lepiej dodać „tzw.”. Tak bezpieczniej…) zareagowali lepiej niż GROM: uderzyli szybko i bezboleśnie, sprawnie zajmując kolejne godziny bezcennego czasu antenowego. Bezcennego, ale nagle i niespodziewanie… występującego w nadmiarze. Kolejne godziny i dni to kolejni eksperci. Politologów i technologów zastąpili historycy (którzy, jak się okazało, spodziewali się tego, co nastąpiło), swoje dorzucili specjaliści innych dziedzin. Jarmark udał się nad wyraz: przez studia telewizyjne przewinął się chyba każdy tzw. ekspert choćby mgliście kojarzący Nowy Jork, Osamę lub terroryzm. Pomijając sarkazm, uważni widzowie mieli okazję dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, ale jak zwykle, fast foodowa koncepcja sprawiła, że kogiel mogiel wiedzy wszelakiej służył raczej przyśpieszeniu trawienia i wydalania, niż czemukolwiek innemu.

Mówią, że prawda jest pierwszą ofiarą. Niekoniecznie. 11 września 2011 ustalanie prawdy miało charakter drugorzędny. Znacznie ciekawsze okazało się ustalanie otoczki prawdy. Ilość paliwa w zbiornikach boeinga, możliwość nauczenia się obsługi maszyny za pomocą Flight Simulatora – te „fakty” grały pierwsze skrzypce. Do dzisiaj nie wiemy wielu istotnych elementów układanki i pewnie już nigdy się nie dowiemy. Co z oczu to z serca, nie bawmy się w teorie konspiracji, zobaczmy to, co możliwe jest do ustalenia.

W ten sposób doszliśmy do konsekwencji. Wojna w Afganistanie, wojna w Iraku – dwa konflikty określone mianem asymetrycznych, które od bez mała dekady trzymają USA za cohones. Podobno Obama postanowił wygasić konflikt metodą wzmocnienia kontyngentu. Kilka kolejnych dywizji ma w magiczny sposób uczynić to, co nie udało się ani armii, ani lotnictwu, ani marynarce, ani nawet biznesmenom przysłanym do zarządzania ruinami. Opór rośnie, tężeje – to akurat jest sukces interwencji. Wojska amerykańskie przyciągają wszystkich wariatów w okolicy.  Terroryści masakrują facetów i kobiety w mundurach, to zaś jest masakra nieco innego sortu niż zabijanie białych kołnierzyków w samym sercu Imperium. Sukces byłby większy, gdyby koszty finansowe były niższe. Niestety, za pieniądze potrzebne na wyszkolenie jednego marines oraz jego wyekwipowanie, asymetryczni wrogowie USA są w stanie wystawić pluton samobójców. Bolączka wojny asymetrycznej jest nie do przeskoczenia: marine nie może strzelać na lewo i prawo. O skuteczności jego działań świadczy niska ilość ofiar. Terroryści widzą to inaczej. Właściwie to na opak: im więcej ofiar tym lepiej. Atak jest ważniejszy od obrony. Wiadomo o tym od bardzo dawna, choć wyznający tą prawdę dowódcy kończyli na różne sposoby. Napoleonowi udało się prawie, Hitlerowi niemal też. Atak musi mieć logiczne konsekwencje: zajęcie terytorium jest dobre, jeśli nie chce się, by były posiadacz owego terytorium produkował tam czołgi i samoloty. Ale do produkcji terrorystów wystarcza byle lepianka. Jaka jest taktyka na fabryki terrorystów?

Nie sprawdziło się strzelanie, nie sprawdziło się rozrzucanie dolarów. W błoto poszły miliardy. Z pieniędzmi rzecz się ma tak, że każdą ich ilość można wydać. Środowisko nie ma ograniczeń w przyjmowaniu gotówki. Z efektami jest inaczej. Istnieją krzywe opłacalności nakładów, opisać nimi można także wojnę. Irak i Afganistan dawno już wykroczyły poza optima, maksima czy minima: to cały świat pod kreską.

Krytykować łatwo. Trudniej radzić. Co robić?

Po raz pierwszy od bardzo dawna USA nie mogą liczyć na soft power. W świecie unilateralnym Ameryka była szeryfem, który lubił strzelać i wyważać drzwi. Zawsze jednak za uśmiechniętym rewolwerowcem kroczyła jego żona: niewierna, puszczalska Europa, która w najrozmaitsze sposoby osładzała życie sojusznikom i przeciwnikom. Układ dobry policjant – zły policjant sprawdzał się długo, ale chyba się wyczerpał. Jest w tym wiele winy Ameryki, która postawiła na koncepcję toolbox, świadomie demontując Europę i czerpiąc z niej jak z zasobnika części zamiennych. Po części jest to logiczne, bowiem – nie oszukujmy się – Europa jest takim właśnie zasobnikiem, niczym więcej. Tyle, że od pewnego czasu Europa szuka własnej świadomości i tożsamości, a bycie zasobnikiem raczej w tym przeszkadza. Ameryka poszła na skróty. Wybrała do koalicji Polskę (przeciętny Amerykanin ma niejasną pewność, że Polska leży gdzieś pomiędzy Syberią a Kazachstanem, przy czym ten drugi jest nad Mare Nostrum) i Hiszpanię. Madryt padł na kolana po delikatnym przypomnieniu, w jakim świecie egzystuje. Ataki na pociągi wykluczyły silnego sojusznika z ważnej partii gry, ale paru ich jeszcze zostało. Co z  tego, skoro w całym tym balecie – konferencje, układy, postanowienia – zabrakło pewności co do słuszności postępowania. Każdy gracz ogląda się przez ramię. Na każdy krok do przodu robi tyleż do tyłu, czasami gratisowo jeszcze jeden na bok.

Koncepcji nie było i nie ma. Tak jak i nie ma demokracji w Iraku czy Afganistanie. Nie ma jej także w Pakistanie i Korei Północnej. Tak samo w Iranie czy Rosji. Nasuwa się pytanie: czy demokracja jako taka jest w ogóle możliwa do zainstalowania w tak egzostycznych miejscach? Spójrzmy na własne podwórko: niby demokrację mamy, ale korzystać z niej nie potrafimy. Z upodobaniem strzelamy sobie w nogę ilekroć ordynacja wyborcza daje nam taką szansę. Najbliższa już niedługo. Na czym polega demokracja? Na składaniu obietnic i późniejszym ich olewaniu. Na prześciganiu się w najbardziej nieprawdopodobnych stwierdzeniach typu „zrobię to czy tamto”. Jak widzielibyśmy demokrację w Afganistanie, w którym przedmiotem codziennego użytku nie jest laptop czy komórka ale raczej karabin. Odpowiedzią jest edukacja ale i tutaj trudno o coś twardego do ugryzienia. W Polsce, kraju w Europie, ciągle jeszcze zdarzają się nauczyciele informujący swoich podopiecznych, że od masturbacji można zajść w ciążę a prezerwatywa to twór szatana. Teraz robimy głośny pstryk i przenosimy się w sferę oczekiwań wobec dzikich i biednych rejonów Afganistanu. Co zamawiamy? Na początek totalny zanik fanatyzmu religijnego, później 110% państwa świeckiego i jeszcze równy udział kobiet w życiu publicznym. Na deser zaś kolę i czipsy. Z kolą problemu nie będzie: Mekka-Cola schodzi podobno jak bułeczki…

Za chwilę Ameryce zabraknie kasy na trzymanie tysięcy „boys and girls” na zamorskich wakacjach. Gospodarka zakwitnąć nie chce, z każdym kolejnym cyklem recesyjnym idzie jej coraz gorzej. W sumie nie jest to dziwne, samymi usługami nie da się najwyraźniej napędzić zasobności państwa, a produkcja dawno już w Chinach. Economy 2.0 sprawdza się umiarkowanie. Najlepiej w czasie hossy, ale wtedy sprawdza się wszystko. Zresztą, Economy 2.0 nie lubi wydatków na wojska i wojny, a tutaj nakłady zagospodarowane są już na dekadę do przodu.

Pułapka, lotne piaski, ściana. Sytuację określać można różnie, ale jedno jest pewne: mimo czarnowidztwa nie nastąpił już od paru ładnych lat żaden atak terrorystyczny. Koszty odzyskanego poczucia bezpieczeństwa są wysokie. Czy nie za wysokie? Na to pytanie odpowie historia. A historycy powiedzą: „a nie mówiłem?”

Na koniec jeszcze polecamy krótki wpis na zaprzyjaźnionym blogu – TUTAJ. Jeśli wypatrzymy jeszcze coś ciekawego, to chętnie dorzucimy kolejny link. Mamy nadzieję, że tekst nie wystraszył długością, chętnie powitamy komentarze 😉

Advertisements

18 thoughts on “Politycznie, historycznie, prywatnie: jedenasty września 2001 dwunastego września 2011

  1. Walka z terroryzmem kosztowała USA (od 2001) około dwóch bilionów dolarów. Czyli przyczyniła się do obecnego kryzysu. Na ile jednak działania wojenne były nastawione na stabilizację sytuacji, a na ile chodziło o jakieś korzyści materialne – przynajmniej w Iranie – tego nikt nie wie. Nadzieja zaprowadzenia demokracji w krajach plemiennych jest tak naiwna, że nie chce mi się wierzyć, by Amerykanie mogli się nią kierować. Ciekawe, czy gdyby u steru był Obama to walka z terroryzmem przybrałaby taką samą postać, czy może ograniczyłaby się do działań policyjnych i profilaktycznych, jak w większości krajów europejskich?

    • 2 biliony dolarów to całkowity nominalny PKB takiego kraju jak np. Włochy czy Wielka Brytania. Albo jakieś siedem lat zagregowanego PKB Polski ;-). Tyle pieniędzy zamiast na rozwój poszło na amunicję. Broń sama w sobie nie jest zła, jest nawet potrzebna. Rozwój technologii zbrojeniowych również nie stanowi ślepej uliczki. Ale… mimo wszystko, USA zbliża się do ZSRR w tej sferze, a wiadomo jak skończył ZSRR.

      wojna zawsze się wiąże z korzyściami materialnymi. Po coś się w końcu wysyła żołnierzy na drugi koniec świata. No, chyba że jest się Polską, wtedy właściwie nie wiadomo po co. Chyba dla frajdy.

      Obama widzi mi się jako dość chwiejny przywódca. Busha Jr. nie lubiłem, ale był konsekwentny.

  2. Tekst nie wystraszył długością 🙂
    Wręcz przeciwnie, jest tak świetnie napisany (inteligentnie, trafnie i ze swadą), że chętnie poczytałoby się jeszcze więcej.
    Zgadzam się w ogólnym zarysie ze wszystkim co tu stoi. A że wymieniliśmy już ze sobą nasze opinie na mim blogu, to znamy mniej więcej własne zapatrywania na tę kwestię.
    Pozdrawiam

    • super, że się podoba. Dzięki za miłe słowa i konstruktywną dyskusję u Ciebie. Fajnie sobie pogadać na takie tematy, przynajmniej od czasu do czasu 😉

  3. Zastanawiałem się czy coś napisać na tę rocznicę ale cieszę się, że nie zrobiłem tego, bo ten tekst jest wyśmienity. Dodam tylko, że takie mocarstwa oparte na militariach jak USA i ZSRR funkcjonują wyłącznie dzięki temu, że mają wroga. To jest jedyny argument, jaki motywuje społeczeństwo, do ponoszenia tak olbrzymiego kosztu. Tyle że zawsze przychodzi punkt przełamania tak jak było z Imperium Rzymskim, Hiszpanią czasów kolonialnych, Francją Napoleona, Prusami, Zjednoczonym Królestwem, III Rzeszą, ZSRR z całym blokiem i tak można w nieskończoność. W każdym z tych przypadków zabrakło środków do dalszego funkcjonowania, a to z powodu korupcji, a to przeciwnik miał więcej, a to zebrało się ich kilku i razem mieli więcej, to znów ludzie mieli dość harówki itd.
    W jednej z średnio-mądrych książek (a to już jest duży plus) przeczytałem takie stwierdzenie (nie jest to cytat bo książka była pożyczona i nie jestem w stanie się odnieść) – każda administracja będzie wydawała więcej kasy, bo to jest dowód, że są niezmiernie potrzebni. Dziś mój kumpel z pracy (zachęcam go, do od pewnego czasu, do założenia bloga, bo mógłby podzielić się swoją wiedzą lotniczą) przesłał mi zestawienie kosztów lotów różnych samolotów bojowych w USA. Kwoty astronomiczne, dla przybliżenia podam, że nie jeden Amerykanin nie zarabia tyle w rok co samolot kosztuje przez godzinę lotu!!!! Jak oni chcą prowadzić wojnę? Jak chcą uniknąć zapaści gospodarczej?
    Chińczycy mają powody do zdenerwowania bo większość swych środków ulokowali w walutę państwa, które przypomina węża połykającego własny ogon. Ale co mogą zrobić? Sytuacja przypomina znane nam powiedzenie: „złapał Turczyn Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma” – kto kupi ich produkty?
    Terroryzm stał się paliwem dla administracji USA w ostatniej dekadzie, jednakże rezerwa znów się zapaliła i czas na reformy. Tyle, że społeczeństwo, od dekad, motywowane do wysiłku wojną, nie bardzo rozumie zaistniałą sytuację, a Rosja od 20 lat jawi się jako gołąbek pokoju nie demontując swej potęgi, podobnie jak Chiny, które siedzą cicho.
    Obawiam się, że opamiętanie nie nastąpi, tak jak u Greków, uśmiech numer 5 w rządzie aż do samego końca. A tak, ap ropo Grecji. Nie rozumiem liczb z mediów:
    Pakiet pomocowy dla Grecji: 110 mld Euro
    Dochód Polski na rok 2011: 273,2 mld PLN – 63,5 mld Euro
    Ludność Polski: 38 mln
    Ludność Grecji: 11,2 mln
    Przeciętnie Polak wpłacił do budżetu: 1671,05 Euro
    Przeciętnie EU dopłaciła do tego co wpłacił Grek: 9821,43 Euro
    Hmm…. jak bankructwo ogarnie USA, to cały świat, nie zgromadzi takiej gotówki by ich wykaraskać.
    Tak trzymaj Wujku Sam 🙂

    • dobry koment, wcale nie za długi 😉

      jedna sprawa: mimo wszystko USA nie są mocarstwem opartym na idei wroga. A przynajmniej nie były nim do tej pory. Pod tym względem historia USA jest dość nietypowa, ale summa summarum, nic tak nie pomaga jak dobry wróg ;-). Terroryzm jest lepszy od ZSRR bo można się nim karmić i przez dwieście lat, niezależnie od głupoty przeciwników. W przypadku ZSRR nie było tak różowo, bo komuchy same sobie w nogę strzeliły i Imperium Zła popełniło malownicze se-pu-ku.

      kwoty o których gadamy są niewyobrażalne i lepiej o nich nie myśleć, bo grozi to rozstrojem. Ogrom zaangażowanych środków na ratowanie Grecji budzi podziw ale i nakazuje klepnąć kogoś w głowę. Dla naprawde wielu ludzi jest oczywiste, że tzw. ratowanie Grecji jest spektakularną próbą wyrzucenia pieniędzy w błoto. Grecja nie stanie na nogi, bo ich nie ma. Przepraszam za szowinizm, ale Grecy to naród pasterski i dobrze o nich mówi ich własne przysłowie: Grek się rodzi zmęczony i żyje aby odpocząć. Urośli w jaką taką siłę dzięki turystyce, ale to żaden sukces. Każdy bantu-lud daje sobie radę z wyciąganiem Ojro lub zielonych od napasionych turystów. Kiedy jednak tych brakuje, wychodzi na jaw kto jest silny a kto słaby. Grecja słynie z ruin, może więc lepiej nie dotować ich, a poczekać aż przybędzie im sporo świeżych ruin? 😉

      ratowanie USA nie jest możliwe. Upadek tego państwa spowoduje tsunami, które zmiecie z powierzchni globu kilka innych państw. Tak jak nie dało się uratować ZSRR. Oczywiście, USA to inny poziom. Amerykańska gospodarka jest nowoczesna, na ogół dobrze zarządzana i mocno rozbudowana. W ZSRR pieniądze i myśl techniczna lokowano tylko w zbrojeniach, podczas kiedy reszta państwa tkwiła gdzieś w średniowieczu. Ameryka nawet zrzucona z postumentu hegemona będzie miała struktury, które pozwolą jej jakoś uczestniczyć w systemie międzynarodowym, ale… co zrobią inne państwa? Co zrobi konkurencja? Zbyt wielu ostrzy sobie zęby na USA by świat przeczekał w bezruchu momenty amerykańskiej słabości…

      • USA do czasów IIWW byli absolutnie pozbawieni wrogości lecz zimna wojna ich tego nauczyła, a raczej ich przemysł zbrojeniowy, który musi sprzedawać. Upadek CCCP był… delikatny, bo szybko udało się „posklejać” Rosję. Gdy USA będą przeżywać totalną zapaść, myślę, że rozpad im nie grozi ale wystarczy że ich waluta upadnie tak jak Rubel, to będzie trzęsienie ziemi dla Świata. Wina nie leży w USA lecz w nas, w bezgraniczną wiarę w globalny rynek (patrz Islandia) i brak opamiętania przed zyskiem.

        • nie wiem czy upadek ZSRR był taki bezbolesny – Imperium zmniejszyło się o ogromne przestrzenie i nawet teraz, parę dekad później, Rosja jeszcze nie odbudowała swoich wpływów wszędzie tam, gdzie dysponowała nimi jako ZSRR. Dodajmy do tego jeszcze fakt, że Rosja jest cieniem swojego poprzednika, ze społeczeństwem bardzo zdenerwowanym i może nawet skłonnym do rozróby. Utrata mocarstwowości nakłada się na pogorszenie bytu materialnego części społeczeństwa (wcześniej też nie było różowo, ale Imperium gwarantowało stabilność, Rosja już nie). Dodajmy do tego jeszcze fakt, że Rosja rządzona jest przez mafię, a władza centralna ma najwięcej do powiedzenia w telewizji i Moskwie, w innych rejonach bywa różnie. Nawet nie może liczyć na pełną lojalność swoich wojsk. To delikatna sytuacja i nie wiadomo do końca co z tego wyniknie. Z drugiej strony, Rosja ma niezłą fasadę i dobry marketing, sprawia wrażenie nieco znudzonego lwa…

          globalny rynek działa, ale ekonomiści od dawna wiedzieli, że rynek ma charakter bytu przyrodniczego / fizycznego. Rządzą nim określone prawa niezależnie od tego czy o nich wiemy czy nie, stąd i sterowalność rynkiem bywa iluzoryczna. Rynek działa jak machina ewolucji, a ta zmieliła przecież miliony gatunków by wydać nowe i lepsze. Bankructwa firm i państw, ubożenie całych rejonów świata… to wszystko nakłada się na ewolucyjny szablon optymalizacji rynku. Problem polega na tym, że rynek optymalizuje się w zasadzie sam dla siebie: chudnie, staje się sprawniejszy, tańszy, szybszy… ale nie idzie to w parze z dobrobytem ludzi, którzy tracą miejsca pracy lub którym obcina się pensje. Rynek jest organizmem na którym pasożytujemy a nie naszym niewolnikiem.

          • Upadek CCCP był bezbolesny dla świata, a nie samego kraju. Rynki światowe nie zatrzęsły się w posadach bo i sam sprawca nie posiadał gospodarki rynkowej.
            A tak na marginesie, podobno Rosja planuje manewry wojskowe wspólnie z… Koreą Północną.
            tadada…. 😀

          • zależy co rozumiemy przez świat. My traktujemy upadek ZSRR jako wyzwolenie, ale teoretycznie straciliśmy patrona i staliśmy się szybko łupem innej ryby. Ukraina czy Białoruś zajrzały w oczy zagładzie. Zniknięcie ZSRR podziałało destabilizująco na wiele rejonów świata, choćby daleki czy bliski wschód. Niestety, w przypadku USA konsekwencje byłyby potężniejsze bo i interesy tego kraju bardziej dalekosiężne.

            manewry z koreą? Nic mnie nie zdziwi w przypadku Rosji 😉

            swoją drogą, na początku przyszłego tygodnia pojawi się nowa książka Vladimira Wolffa „Północny sztorm”, której tematem jest wojna sprokurowana przez Rosję właśnie, której ubzdurowało się, że Arktyka należy do niej ;-). Czytałem wersję przed korektą a nawet pisałem recenzję i powiem, że… lepiej nie czytać ;-). I nie dlatego, ze książka zła – wręcz naprzeciwko! Po prostu scenariusz przerażający i cholernie prawdopodobny…

          • No to skoro napisałeś by nie czytać, to przeczytam 😉

          • około poniedziałku – wtorku premiera książki i jakoś wtedy recka zawiśnie na Gildii (w niedzielę link u nas, ofkoz). Jeśli lubisz literaturę w stylu Clanciego to powinno Ci się to spodobać, mnie Wolff wciągnął baaardzo i mam już naszykowaną kolejną (wcześniejszą) jego powieść do połknięcia. Aby rozwiać wątpliwości, słowa te pisze męska połowa naszego duetu 😉

  4. Hmmm… Jako osoba wielbiąca Helladę bez pamięci, pozwolę sobie stwierdzić, że branża turystyczna i peryferyjne, mogłyby stanowić przykład, jak się prowadzi biznes i dba o klienta. I dodam, że właściciele hotelików i pensjonatów, restauracji i tawern, mają w nosie kryzys w swym kraju, tylko zapieprzają, jak dziki /nie wiem, czy to trafione porównanie/, żeby się kręciło. I się kręci. Wyspy i wybrzeże żyją swoim życiem i mało ich obchodzi, czy Unia dołoży, czy nie. Oni sobie poradzą. Kryzys generuje przerośnięta administracja, szara strefa, bałagan w dokumentacji i zero obciążeń społeczeństwa z tytułu podatków. No wiem, uprościłam to okrutnie, ale to tylko taka impresja, rys.
    Jeśli chodzi o dzień 11 Września roku pamiętnego, to miałam relację na żywo, od osoby, która znajdowała się w epicentrum wydarzeń. Skłoniło to ją do wyprowadzki na szeroko pojęte przedmieścia, celem zagwarantowania sobie pozoru bezpieczeństwa.
    Obama jest w Stanach coraz bardziej niepopularny, mówią o nim, że jak tak dalej pójdzie, to w swej niespójności i niekonsekwencji, niebawem zaprzeczy, iż jest czarnoskóry, a że jest po prostu w jednej którejś ciemny, a tak w ogóle, to bardziej śniady. Przetłumaczyłam dosłownie : )))

    No i powinien sobie postawić na stole sławetną kartkę z napisem, który tłumaczy wszystko: „GOSPODARKA, DURNIU”.

    • spośród naszych znajomych niemal wszyscy zahaczyli o Grecję i… praktycznie nikt do niej nie powrócił ;-). A są to ludzie spędzający sporo czasu na wypadach zagranicznych. Niby każdemu Grecja się podobała, ale… zawsze było wiele ale ;-). Co ciekawe, wszyscy zwracają uwagę na to, by Grekom patrzyć na ręce, które ponoć lepkie są nadmiernie. Ale to oczywiście subiektywna ocena. Grecja ma sporo cennych dóbr do pokazania i wspaniałe lokacje wakacyjne. Gdyby jednak porównać ją z taką Chorwacją, która w ciągu kilku lat po wojnie stworzyła imperium turystyczna i rozbudowaną infrastrukturę dla turystów to… nie ma porównania. Niestety.

      Obama to pomyłka prawie taka jak Benedykt. Dwaj ludzie z przypadku, dwóch „cofających rzekę” na najwyższych i najbardziej eksponowanych stanowiskach… Czyżby nowy trend?

      U nas kaczyści sugerują wyciągnąć 3 mld zł z NFZ (który przecież przeinwestowany jest) i otworzyć gabinety stomatologiczne w szkołach. A my się dziwimy USA że nie potrafią kasy liczyć 😉

  5. No widzisz? A mnie z kolei Chorwacja rozczarowała, bardzo. I owszem, nie ma porównania z Grecją, ale na korzyść tej pierwszej. Subiektywnie. Oczywiście, walory krajoznawcze super, Dubrownik przepiękny, baza turystyczna ok… Ale dla mnie za bardzo plastikowe to wszystko. Nie ma tego czegoś. Tego czegoś, co przyciąga i każe wracać. No i porażająca drożyzna – to jest dopiero żerowanie na turystach. Dużo bardziej podobała mi się Czarnogóra. Takie klimaty lubię : )

    Porównanie Obamy z Benedyktem, jak najbardziej trafione.

    A NFZ to w ogóle temat – rzeka…

    • kwestia gustu, poza tym… nie oszukujmy się, każdy przypadek jest jednak inny ;-). Nie mam nic do Grecji, nie jestem do Greków uprzedzony. Chorwaci parę razy mi za skórę zaszli a po prawdzie, to ostatnio reaguję alergicznie na wszystkich tubylców (parę miechów temu w Egipcie byłem bliski rzucenia się z pięściami na kilku tamtejszych, a raz, na lotnisku, prawie do rękoczynów doszło). Ogólnie, najlepiej korzystać z wakacji ile można, koncentrować się na plusach i nie dostrzegać minusów ;-). A drożyzna to problem poważny… coraz mniej miejsc, gdzie da się przyzwoicie spędzić czas za przyzwoite pieniądze ;-(

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s